Jacek Wąsowicz

Informacje Personalne:

  • Miejsce Urodzenia: Świdwin, Polska
  • Narodowość: Polska
  • Język: Polski
  • Obywatelstwo: Polskie
  • Twórczość:

    '100 Kijów W Mrowisko'

    'Przystanek Londyn'

Biografia:

Jacek Wąsowicz - z pochodzenia Świdwinianin, z wykształcenia nauczyciel geografii. W 2002r. z Gdańska wyemigrował na stałe do Wielkiej Brytanii. W latach 2010-2011 uczestniczył w warsztatach literackich pod okiem wytrawnej pisarki polonijnej Marii Jastrzębskiej. W maju 2011r. podjął współpracę z polonijnym tygodnikiem "Polish Express", w którym prowadzi stałą kolumnę pt. "Kij w mrowisko" do dziś. Przeprowadza również wywiady, pisze reportaże i recenzje, współpracując m.in. z przedstawicielami prasy brytyjskiej oraz Parlamentu.
Laureat nagrody Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie za krótkie opowiadanie pt. „Talerz dla Zbłąkanego Wędrowca".
W grudniu 2013r. na rynku polskim ukazała się książka Jacka pt. "Sto kijów w (nie tylko polskie) mrowisko". Książka ukazała się nakładem wydawnictwa "Grupa MDM" i jest zbiorem stu felietonów, opowiadań, bajek i innych form literackich komentujących polską rzeczywistość i społeczeństwo w nie zawsze pochlebny sposób.

Wywiad:

1

"Przestałem liczyć ile razy dziennie złoszczę się na System"

Nazywasz się Jacek Wąsowicz. Czy masz drugie imię?

Nie tylko drugie, ale i trzecie. Jacek Sławomir Ireneusz. Gdy stanę się sławny, będę pewnie musiał używać wszystkich trzech – ale to okej, gdyż wtedy wydawca nie będzie na mnie żałował ani papieru, ani farby drukarskiej. [śmiech] Tak więc Ty, póki co, wykorzystaj proszę tę jedną z ostatnich okazji, by nazywać mnie zwyczajnie Jackiem.

Oczywiście, Jacku. Mieszkasz w Wielkiej Brytanii. Czy tubylcy, słysząc Twój akcent, podejrzewają z jakiego kraju pochodzisz?

Moi angielscy rozmówcy najczęściej biorą mnie za Holendra lub Francuza; rzadko za Polaka. Natomiast Afrykanie, Azjaci oraz - co ciekawe - Polacy (ci z mizernym angielskim), wszyscy oni obstawiają we mnie rodowitego Anglika. [śmiech]

Czy w UK nie brakuje Ci szumu morza?

To prawda, brakuje; w Trójmieście miałem go na cztery przystanki tramwajem. Lecz nie samym szumem morza żyje człowiek. Zresztą, od szumu morza preferuję szemrzenie strumyka. Gdy się chce, raj można znaleźć wszędzie.

Czy miło wspominasz życie w Gdańsku?

I tak, i nie. Ale nie ma tego złego, gdyż teraz, te milsze jak i te mniej miłe wrażenia mogę umieszczać w swych opowiadaniach i wykorzystywać w felietonach. Na pewno jest o czym pisać.

Skąd pochodzi nazwa miasta, w którym mieszkasz: Święty Albans?

Tak naprawdę, mieszkam w małym miasteczku pod St Albans, typowej podlondyńskiej sypialni, ale tak: w nazwie Saint Albans chodzi o Albana – lecz nie żadnego świętego, a zwykłego śmiertelnika, przeciętnego Chrześcijanina, który postąpił tak, jak nakazywało mu sumienie, tj. nie wydał Rzymianom poszukiwanego zbiega. Dziś produkcja świętych przez Instytucję ponoć "do tego powołaną" jest masowa, niemniej - jak to zwykle bywa - masówka wyjątkowo źle wpływa na jakość towaru, a i na reputację Producenta chyba również.

Jakie jest Twoje wykształcenie?

W nagrodę za dobrnięcie do końca 5-letnich studiów na Uniwersytecie Gdańskim, otrzymałem tytuł magistra geografii, w tym wykształcenie pedagogiczne. Z tytułu pierwszego nie skorzystałem nigdy, natomiast z uprawnień pedagogicznych jak najbardziej.

Co robisz zawodowo?

W UK jestem tzw. "artworker", co po naszemu oznacza komputerowego składacza tekstu, zaś kilka lat temu pokochałem pisarstwo.

Powiedz kilka słów o swojej twórczości, określ swój target.

Piszę i będę pisał o zjawiskach egoistycznych; o tych sprawach i sprawkach, które gdzieś w głębi serca krytykujemy, gdyż osądzamy jako zło, jednak już jako społeczeństwo powszechnie akceptujemy. To notabene ciekawe jak nasze zwyczaje, ta nasza "tradycja ojców" rozgrzesza nas z czynienia zła. Może dlatego, odkąd piszę, coraz mniej dziwi mnie uwielbienie narodów świata wobec swoich tradycji, tych swoich zwyczajów.

Na rynku polskim ukazała się niedawno Twoja książka pt. "100 kijów w mrowisko". Zbiera albo rewelacyjne, albo druzgocące recenzje. Czy to znaczyłoby, że nie można przejść obok niej obojętnie?

Najwyraźniej... Sądzę, iż te skrajne oceny "100 kijów" wynikają z faktu, że pozycji o naszej wielkości wydano już całe mrowie, tymczasem tych o naszych przywarach, paradoksach i śmiesznościach jest w księgarniach jak na lekarstwo. Dlatego ta polaryzacja w odbiorze "100 kijów" cieszy mnie najbardziej; tylko potwierdza jak bardzo odmiennie - jako naród - odbieramy i oceniamy nasze wartości narodowe, naszą unikalnie polską tożsamość, opartą ponoć na tzw. "wartościach chrześcijańskich". Co jednak dla mnie najciekawsze, każdy z nas rozumie je inaczej, natomiast nasze elity poczuwają się do obowiązku, by partyjną wykładnię owych wartości zawierać w swoich programach wyborczych. A później nagle narzekamy, że nie ma na kogo głosować, że trzeba wybierać "mniejsze zło" itd. To jakaś masakra.

Czy wsadzałeś kiedyś kij w mrowisko? (prawdziwy kij w prawdziwe mrowisko, nie chodzi o przenośnię)

Nie! Ciekawe pytanie... Od zawsze chciałem to zrobić, ale jakoś bałem się, choć wtedy los mrówek miałem za nic. W domu rodzinnym mieliśmy mrówki. Pamiętam, bawiłem się nimi; w balii wody wsadzałem je na mydelniczkę jak na łódkę, obserwując jak "żeglują". Ale na starość coś mi się chyba odmieniło, ponieważ nie boję się już wtykać kija tam, gdzie gryzą. Ale to dlatego, że troska o los ludzkich mrówek przeważa nad moim strachem przed ewentualnym ukąszeniem. A tego przenośnego kija wsadzam w ludzkie mrowisko już od trzech lat w cotygodniowym felietonie na łamach polonijnego tygodnika "Polish Express".

Jesteś laureatem Związku Pisarzy Polskich na Obczyźnie. Za co dostałeś to wyróżnienie?

Kilka lat temu, Związek ogłosił konkurs literacki pt. "Wszelkie Dziwy". Temat wdzięczny, gdyż nas, Polaków, dziwi wiele rzeczy – np. to, że na Wigilię stawiamy talerz dla zbłąkanego wędrowca. Stawiamy go, lecz gdyby taki wędrowiec nam się w wigilijny wieczór rzeczywiście napatoczył, jakież byłoby zdziwienie zobaczyć owego wędrowca zaproszonego do, bądź co bądź, swojego talerza. I właśnie o tym naszym dziwolągu napisałem opowiadanie, oczywiście mocno oparte na faktach, a jednocześnie podrasowane moją wścibską wyobraźnią. Temat i sposób opisu spodobał się jury – jest więc nagroda.

Wyczytałam, że Twoim celem jest pisać co naprawdę myślisz. Czy można to rozumieć, że w tej chwili nie zawsze możesz przelewać na papier swoje prawdziwe poglądy?

Haha! Rozumiem do czego pijesz, ale nie – mam ten komfort, że nie piszę na zamówienie, stąd już teraz piszę co myślę naprawdę. Tak było, jest i będzie.

W swoich artykułach podobno często domagasz się sprawiedliwości dla wykluczonych społecznie. To chyba musi być bardzo męczące, taka walka z wiatrakami. Ile razy dziennie złościsz się na System?

Szczerze? Przestałem liczyć. Choć do walki o sprawiedliwość staję co dzień z nowymi siłami.

Kto jest pierwszym czytelnikiem Twojej twórczości?

Moja partnerka oczywiście. I jeśli ona nie rozumie o co mi chodziło, wiem wtedy, że muszę pisać od nowa. [śmiech]

Czy uważasz się za polskiego patriotę?

Owszem, uważam – choć ci, którzy mienią się polskimi patriotami, mnie akurat uważają za antypatriotę, w tym niejeden czytelnik wspomnianego "Polish Express'u". Rozumiesz coś z tego?

Oczywiście, rozumiem. Niektórzy uważają, że mają monopol na bycie patriotą. Czy masz czytnik e-booków? Czy czytasz e-booki?

"Nie" dla obu pytań. Jest tak z powodów prozaicznych: oba moje zawody wymagają ślęczenia przy komputerze, tak więc chcąc dbać o przyszłość swoich oczu, preferuję czytanie książek papierowych.

Pod koniec sierpnia wybierasz się do Strzelina na LITERA TURĘ II. Jak się dowiedziałeś o tej imprezie?

Z zaproszenia od Stowarzyszenia "Sztukater", które jest patronem wspomnianych "100 kijów w mrowisko".

Czy w młodości miałeś przezwisko, na przykład związane z wąsami?

O tak! Przezwisko miałem, choć przyznam, że w moim kręgu najbardziej "przezwiskogenne" były nalepki na przedszkolnej szafce. Był w klasie Osa, był Gęsior, był Lis i chyba jeszcze jakiś gryzoń, ale ja ostałem się Jackiem. Dopiero w szóstej klasie podstawówki, w trakcie meczu tenisa stołowego z kolegą Maćkiem, zaserwowałem piłeczkę wysoce perfidnie, tzn. najpierw trafiła w kant stołu po mojej stronie, by spaść po stronie Maćka – również na kant. Punkt dla mnie. Musiał to być bardzo ważny punkt w naszym meczu, jako że coś wtedy w kolegę wstąpiło i w widocznej wściekłości chciał mnie jakoś przezwać, jakoś mi dopiec. Rzucił wtedy przy wszystkich swoje słynne "Ty, Ty Kocisie!". No i już tak został ten Kocis. Zdobył popularność do tego stopnia, iż niektórzy dalsi znajomi nigdy by mnie z Wąsowiczem nie skojarzyli, będąc święcie przekonani, że nazywam się Jacek Kocis. Notabene, co tak złego było w indiańskim wodzu Kocisie – nie wiem do dziś.

Wybierz fragmencik utworu (słowa), który mógłby być puentą naszego wywiadu.

"Który jest bez grzechu, niechaj pierwszy kamień rzuci". Autora tego tekstu podziwiam i kocham, choć przyznam, że jeszcze nie widziałem go "live". [śmiech]

Chyba nie tylko Ty nie spotkałeś go w realu. Dziękuję za rozmowę.

Wywiad przeprowadziła Maria Zofia Tomaszewska

2

 Jacek Wąsowicz - pokryty krytyk polskiego sumienia na uchodźstwie udziela subiektywnej reprymendy na tematy społeczne tym, którzy jeszcze nie czytali jego najnowszego zbioru utworów wtykających kilka kijów w jedno mrowisko.

Kim był Jacek Wąsowicz? Kim jest i dokąd zmierza?

O! Nie wiedziałem, że jestem na interview o pracę. [śmiech] Te trzy pytania niezmiennie przywołują mi na myśl pytania otwierające standardową rozmowę kwalifikacyjną, których odbyłem - i w Polsce, i w UK - dziesiątki, jeśli nie setki. Przy pytaniu "co robiłeś/kim byłeś" zazwyczaj należy błysnąć dojrzałością, doświadczeniem zdobytym w poprzednich pracach. Przy "co robisz teraz/kim jesteś" trzeba się pochwalić bieżącymi zdobyczami, a przy "dokąd zmierzasz/jakie masz plany na przyszłość" można wreszcie popuścić wodze fantazji, roztaczając przed egzaminatorem ambitne wizje rozwoju osobistego, oczywiście pod kątem przyniesienia biznesowi wymiernych korzyści, bo przecież tylko to ich zazwyczaj interesuje. Tak więc kim był Wąsowicz? Był człowiekiem wielu profesji, ale jednocześnie człowiekiem nieświadomym. Nieświadomym ani swych błędów, ani szans i możliwości, które zaprzepaścił. Kim jest? Człowiekiem trochę już świadomym, a w pełni świadomym, że tamto życie było nieświadome. Że tamte zawody mnie nie pociągały, tamto życie zostało przeputane. A dokąd zmierza? Do osiągnięcia większej wiedzy na interesujące go tematy oraz - utopijnie sobie marząc - do uzyskania pełnej świadomości. Ale to już chyba nie na tym świecie! [śmiech]

Słupki sprzedaży książki same nie podskoczą, nie uważasz, że to pytanie pozwala Ci na zaprezentowanie się szerszej widowni? W końcu w Polsce mało kto słyszał o Jacku Wąsowiczu. Nie chcesz jednak podjąć wyzwania i skorzystać z możliwości darmowej reklamy Swojej osoby?

Wierzę, że dobra reklama jest jak dobry erotyk: odsłonisz wszystko – wyjdzie tani pornus, tj. wszystko zostanie pokazane, powiedziane. Ale gdy umiejętnie pokażesz trochę – Czytelnik zechce więcej. A ja nie piszę zupełnie grzecznych treści, ale na pewno też nie tanie erotyki. Niech więc Czytelnika zaswędzi trochę mózg. To uczucie podoba się niejednemu.

Mimo wszystko czytelnik lubi wiedzieć, kogo „czyta", poznać autora, z którego słowami niejednokrotnie utożsamia się. Nie uważasz, że ukrywając własną osobę nie stajesz się tajemniczy, a okazujesz ignorancję dla swoich odbiorców?

Nie, nie uważam, lecz jeśli takie jest odczucie Prowadzącego, dlaczego Prowadzący nie zada mi pytania bardziej do wynurzeń inspirującego?

Czy jest coś o czym jeszcze nie pisałeś w swoich artykułach?

O proszę, od razu lepsze pytanie! [śmiech] Mam szczerą nadzieję, że tak! Że są jeszcze takie tematy. Gdy zacząłem prowadzić kolumnę w "Polish Express'ie", będąc twórcą przezornym - a także chorobliwie zorganizowanym - zbudowałem sobie listę tematów do poruszenia, nazwijmy je "zapasowymi"; do wykorzystania w następnych wydaniach. Pamiętam, miałem ich wtedy może z dziesięć. Po trzecim tekście, z listy ubyły trzy tematy. Przeraziłem się wtedy nie na żarty: "O kurcze, ja niedługo nie będę miał o czym pisać!" Ale nie, to okazało się niemożliwe. W tej chwili archiwum kolumny liczy prawie 140 odcinków, a ja na swojej liście mam 40 tematów zapasowych i chyba mój tygodnik musieliby zamienić na dziennik, by moja lista się odchudziła. Jak zatem sądzisz – czy mam się czego bać?

Sądząc po tematach jakie poruszasz, to raczej tak, bowiem zauważyłem brak sprecyzowanych poglądów w tekstach, stanowiska w formie jednoznacznej, które by przekonało czytelnika do Twoich racji. Może pora zmienić styl, dopasować go pod ludzi myślących? Czy uważasz, że ten czerstwy humor jeszcze kogoś śmieszy?

Jeśli piszę milion razy, żeby np. nie łączyć polityki z religią, to dla Ciebie "brak sprecyzowanych poglądów"? Jeśli piszę, że horoskopy i wróżki są do bani, to jest "brak sprecyzowanych poglądów"? Aczkolwiek próżne Twe oczekiwania, bym doprecyzował się na zasadzie "albo PO, albo PiS". A cóż to? Trzeciej drogi, albo nawet czwartej nie ma? Co zaś się tyczy rzekomej czerstwości... Ten się śmieje, kto się śmieje ostatni. Nawet czerstwo. [śmiech]

Moim zdaniem po prostu starasz się być poprawnie polityczny. Wywiad ma na celu pokazanie Twojej osoby, a Ty cały czas uciekasz przed szczerymi odpowiedziami bądź ukrywasz się pod słowem „śmiech". Przez tego typu zachowania przestajesz być autentyczny. Dlaczego nie chcesz pokazać swoich racji czytelnikowi?

Najbardziej doceniam takie anegdoty, w których puenta nie zabija swą oczywistością, a "jedynie" daje do myślenia. Lubię też takie anegdoty, w których do końca nie wiadomo jaka będzie puenta Czemu więc nie miałbym tak samo postępować w życiu, w tym również w niniejszym wywiadzie? Zresztą, mam wrażenie, iż Prowadzący nie dosłyszał wcześniejszych odpowiedzi.

Czy istnieją dla Ciebie tematy tabu? Odkryłeś już wszystkie alkowy ludzkiej głupoty?

Skoro mówi się - zresztą słusznie - iż człowiek to istota niezgłębiona, to czemu ja miałbym stroić mądralę i pozować do roli odkrywcy wszystkiego? Z drugiej jednak strony, żyjemy w świecie wypełnionym względnościami; to co dla jednego jest głupotą, dla drugiego będzie sednej i sensem życia, może nawet świętością. Jeśli więc komuś zdaje się, że odkrył już wszystko we wszystkich (głupotę, mądrość - nieważne), niech wtedy pędem wyrusza na poszukiwanie brakującej klepki w sobie.

A Ty już Swoją znalazłeś, sądząc po tematach, które poruszasz, wiesz wszystko o wszystkim, zatem dlaczego nie pogłębiasz wiedzy, którą przekazujesz w Swoich tekstach? Odnoszę wrażenie, że starasz się być zbyt powierzchowny, przez co mało przekonywujący. Może pora to zmienić?

Rzekome niezgłębianie wiedzy, o której piszę to dla mnie poważny zarzut. Proszę nie owijać w bawełnę, tylko walić wprost: o jaką konkretnie wiedzę koledze chodzi?

Poruszasz wiele tematów z rozległych, na pierwszy rzut oka nie związanych ze sobą dziedzin, lecz wszystko przedstawione jest w sposób powierzchowny. Nigdy nie wchodzisz na głęboką wodę, zawsze zatrzymujesz się na brzegu?

Na głęboką wodę wychodzę w swojej książce nie raz. Za każdym razem oczywiście musiałem mieć pewność, że sam taką wodę będę umiał przepłynąć. Z drugiej jednak strony, mam głębokie przekonanie, iż moje pisanie - jako że jest głównie skierowane do ludzkich sumień - nie powinno tłumaczyć pewnych spraw łopatologicznie. Gdzie wtedy byłoby to miejsce w ludzkiej duszy na zastanowienie się nad treścią tekstów oraz - co najważniejsze - na ich rozważenie przez Czytelnika w zaciszu własnego sumienia? Możesz to ze mnie wyciągać wołami – ja i tak nie przetłumaczę Ci Wąsowicza na język prostacki. Zresztą, kto ma oczy, niechaj czyta co już w niniejszym wywiadzie wyjawiłem.

Jak to się stało, że Polak na emigracji stworzył na nowo wizerunek osoby aktywnej społecznie w obcym kraju?

Czy to aby nie jakaś insynuacja? Czy pytasz o prawdziwą aktywność społeczną, czy tylko jej wizerunek? No cóż, emigracja z premedytacją - tj. nie na hurra, nie na chwilę, a na stałe; zaplanowana, czyli taka jak moja - jest jak odcięcie wszystkich przewodzeń w ciele; to eksterminacja wszystkich układów, poza jedną rurką na tlen podtrzymującą cię przy życiu. Lecz tak żyć się na dłuższą metę nie da; przynajmniej ja nie umiałbym. Tak więc aktywność przyszła sama – wystarczyło tylko wsłuchać się we własny głos, tzn. ten w środku; dać mu się wygadać, czasami wyżalić.

Mam rozumieć, że ta premedytacja spowodowana była nieudolnością lub bezsilnością na własnym podwórku?

Ha! Uwielbiam gdy Polak z Polski podnosi ten wątek, zaczynając rozmowę od podobnych insynuacji. Nie wiem, może to podświadoma próba rozliczenia się z własnymi demonami...? Chyba już każdy z nas posmakował bycia wrzuconym do worka z nalepką "nieudacznik". Nalepka "tchórz" to druga najbardziej popularna, którą przylepiają nam rodacy z ojczyzny. Natomiast ja - zamiast jałowo się powtarzać - pozwolę sobie odesłać kolegę oraz Czytelnika do swojej książki na strony 167-169, do kija nr.54 pt. "Emigrant - człowiek sukcesu, nieudacznik czy tchórz?".

Jesteś odpowiedzialny społecznie jako działacz w środowisku polonijnym czy to tylko zasłona dymna dla ignoranta, który w Swojej niszy znalazł sposób na wybicie się?

O nie, to żadna zasłona dymna. To raczej dobrowolne igranie z konsekwencjami, prawie jak hara-kiri. Z pisania reportaży np. o rodzicach, Polakach w UK, którym odebrano dzieci i przeznaczono do adopcji wynikają głównie problemy dla samego piszącego. Na jesień 2012r. musieliśmy zdjąć z internetu mój zbyt ostry artykuł w sprawie Polki, której odebrano czwórkę dzieci, w tym 2-miesięcznego bobasa, karmionego jeszcze piersią. Gazeta z czołówką "Oddajcie mi moje dzieci!" trafił na posiedzenie Sądu Rodzinnego w Londynie. Na drugi dzień, do Redakcji przyszło pismo od firmy prawniczej reprezentującej gminę będącą stroną w sprawie, grożąc nam konsekwencjami.
Podobnie się dzieje gdy piszesz o (nieistniejących) prawach ojca do współwychowywania swego dziecka. Te dwie sprawy to w UK przekręty chyba na skalę podobną do kombinacji firm farmaceutycznych.

Łatwiej jest oceniać, krytykować czy działać u podstaw?

Zależy komu. Jeśli przybierasz tylko pozę działacza, lecz w głębi ducha jesteś karierowiczem, wcześniej czy później znajdziesz swój ulubiony obszar życia publicznego, jakiegoś konika, w którego pochwale bądź krytyce wyrobisz "specjalizację". W świecie nauki nazywają to doktoratem lub wręcz profesurą. W świecie literatury – znanym publicystą. Jeśli jednak chcesz coś załatwić, co wtedy robisz? A no zwyczajnie: działasz u podstaw i tyle – co oczywiście nie kłóci się z prowadzeniem krytyki tego, co stoi ci przeszkodą w działaniu u podstaw.

Zatem wprost, jesteś działaczem czy karierowiczem?

Na sto procent działaczem. Muszę tu jednak od razu uprzedzić, że mierzi mnie gdy ludzie odmawiają działaczowi prawa do zrobienia tzw. kariery.

Wskażesz różnice kulturowe nawiązujące do obu narodów oraz ICH mentalności?

Owe różnice wskazuję właściwie co tydzień, na nowo odkrywając nowe ich aspekty, wyczuwając nowe smaczki. To fascynujące móc odnieść się do nich w kolejnych odcinkach swoich felietonów z cyklu "Kij w mrowisko". Powstała już z tego niezła saga, której próbą podsumowania jest właśnie premierowe "100 kijów w mrowisko". Pytasz o różnice kulturowe. Te różnice są jak studnia bez dna, ale to właśnie dzięki nim wciąż mam o czym pisać.

Każda studnia kiedyś wyschnie, nie boisz się monotematyczności lub wypalenia zawodowego?

Szczerze? Prawie co tydzień, taka myśl pojawia się gdzieś w tyle głowy. Jednak każdego tygodnia nadchodzi kolejny zestaw siedmiu dni, a wraz z nim nowe obserwacje, a więc i nowe doświadczenia. I wtedy ta studnia znów tryska energią. Istne perpetuum mobile. Notabene, życzę każdemu, by z taką samą ochotą mógł chodzić do pracy jak ja zasiadam do pisania.

Czy po jakimś czasie od publikacji artykułu zdarza Ci się odnosić wrażenie, że niepotrzebnie poruszyłeś wybrany temat, kiedy wokół Ciebie znajduje się o wiele więcej interesujących sytuacji do przedstawienia na łamach prasy?

Owszem, zdarzyło – i wtedy czym prędzej zasiadam do napisania o tych ważniejszych. Na bieżąco ustalam oraz zmieniam hierarchię tematów do poruszenia. Nie jestem jednak robotem, który skanuje każdy dostępny na tym świecie news.

Jedni krytykują, drudzy zachwalają Twoją twórczość, a Ty nadal piszesz... Przepis na bycie Jackiem Wąsowiczem dla debiutujących dziennikarzy społecznych?

Proszę bardzo, podaję przepis: rozebrać mnie na części pierwsze, zeskanować twardy dysk, zmierzyć natężenie prądu, po czym złożyć z powrotem w całość, dokręcić śrubki mocujące, nakręcić na kluczyk w plecach i gotowe – Wonsowicz na życzenie! [śmiech]
Oj nieee... To z pewnością nie jest do podrobienia – zresztą czemu miałoby być podrabiane? Wszak grunt to mieć swoją prawdziwą motywację do pisania, a potem - taki drobny szczegół - ją odkryć, a jeszcze potem jeszcze drobniejszy szczególik: ową motywację pielęgnować, być jej wiernym. I gotowe. Oto cały przepis.

Niczym zakalec po polsku, a jakieś rady dla początkujących?

Widzę, że kolega musi się jeszcze podkształcić w gotowaniu, gdyż powszechnie wiadomo, że zakalec to przeważnie nie wina przepisu, a kucharza, ewentualnie jego nieznajomości swego sprzętu. W przypadku gotowania, tym sprzętem jest piekarnik. A co jest nim w przypadku dziennikarza, np. prowadzącego wywiad – to też wiadomo...

Do gotowania czy pieczenia niezbędne są idealnie dobrane składniki. W przypadku dziennikarza głównym „składnikiem" wywiadu, tak zwaną wisienką na torcie, jest osoba, z którą przeprowadza rozmowę. Nie odpowiedziałeś na pytanie, czy masz posiadasz rady dla początkujących pisarzy.

Na pytanie odpowiedziałem już powyżej, i to celująco. Czy aby Prowadzący nie chce mnie do czegoś przymusić tym swoim nieustannym narzucaniem co zrobiłem, a czego nie? Jeśli oczekuje ode mnie przepisu co do techniki pisania – czymże innym byłyby moje "porady" jak nie właśnie zamordowaniem czyjejś indywidualności? Jeśli byłyby to porady tematyczne, tj. o czym pisać, czyż to nie byłoby dla początkującego pisarza jeszcze gorsze?? Z drugiej strony, nie sądzę, by uzasadnione było nazywanie kogokolwiek "profesjonalnym pisarzem". Ja piszę wyłącznie o tym, o czym pisać CHCĘ, a to z kolei wypływa ze mnie jako indywidualności. Dobrze znamy truizm pt. «każdy jest inny», jednak on tu się sprawdza jak nigdzie indziej. Wszelkie więc porady ignorujące powyższe prawidła byłyby z mojej strony nie tylko nieprzemyślane, co niebezpieczne. Tak więc porada może być tylko jedna: odnaleźć siebie oraz swoje powołanie. No, chyba że piszemy dla szmalu – wtedy wystarczy trzymać się opinii większości, a będzie git.

Skąd się wziął pomysł na siebie?

O! Tak właściwie, to nie wiem! Musiał chyba przyjść z góry, bo przecież nie ode mnie samego. Tak mało wiemy o sobie, że to mnie czasami przeraża. Ale niech już tak zostanie; tak jest bardziej intrygująco, a z pewnością zabawniej. [śmiech]

Zabawnie dla kogo? Czytelników zapewne interesuje, co Cię ukształtowało twórczo, zawodowo jak i prywatnie, odpowiesz wprost?

Kształtują mnie wydarzenia tego świata, naszego kraju. Gdy już do mnie wejdą, przepuszczam je przez wewnętrzny filtr swojej wiedzy, emocji, ale przede wszystkim własnego sumienia. Umówiłem się z sobą, że będę pisał głównie o tym, co człowiek - gdy uczciwie spyta się siebie o to w lustrze - uzna za niedobre, lecz co w społeczeństwie zostało uświęcone mocą zwyczaju, tradycji przodków bądź religii. No wiesz, wszelkie kurestwo maskowane otoczką "wyższej racji", czasami nawet zdobione koroną cierniową.

Łatwiej być pisarzem czy krytykiem?

Przepraszam, a jest jakaś różnica? Czy pisanie oraz krytyka to zbiory bez części wspólnej, automatycznie się wykluczające, jak np. koła i kwadraty? Gdy zamierzasz pisać i z góry zakładasz, że wszystko i wszystkich będziesz albo głaskał, albo krytykował, wkrótce staniesz się literaturną kurtyzaną. A kurtyzany są na sprzedaż. Z kolei gdy krytykujesz – już piszesz, a więc stałeś się pisarzem. Krytyczne spojrzenie to nierozłączna, a wręcz nieodzowna część pisania – no, chyba że piszesz społecznie niezaangażowane bajeczki dla dzieci, ckliwe harlekiny, odjechane fantasy albo bezpieczną poezję. Co masz wtedy do poddania ocenie? Że kwiatki na wiosnę nie rosną wystarczająco różowe? Wtedy wystarczy dostać publicznego orgazmu, a klienci się znajdą i będzie git.

Tak - albo krytykujesz albo tworzysz... Ale to chyba zbyt oczywiste by się rozmieniać na drobne. Zauważ, że dziennikarze nie ukrywają swoich poglądów politycznych, obyczajowych, pisarze nie zmieniają gatunków lub styli (zazwyczaj). Podobno wszystko jest na sprzedaż, a prasa i literatura niczym dobrze zaopatrzony harem, wybierasz czasami nawet bez płacenia, niestety również bez końcowej satysfakcji. Nie uważasz, że pora się określić? Sprecyzować cele i mierzyć siły na zamiary?

Okej, mówisz i masz. Oto mój cel: pisać to i tylko to co naprawdę myślę, i jeszcze z tego godnie żyć.

W wielu artykułach angażujesz się społecznie, opisujesz sprawy, poruszasz tematy związane z tragedią bądź głupotą obywateli na uchodźctwie i nie tylko. Czy to nie jest sposób na wywołanie skandali, które w rzeczywistości mogą mieć swój finał przed organami ścigania?

A niby kogo mają zamknąć? Mnie czy opisywane osoby? Nie piszę na Ukrainie czy w Iranie, więc póki będę pisał prawdę i tylko prawdę, mogą mi naskoczyć. A jeśli dzięki jednemu czy drugiemu artykułowi światło dzienne ujrzy jakaś niesprawiedliwość, bądź miałaby zostać zamknięta jakaś kanalia, to tym lepiej dla ogółu społeczeństwa. A może się mylę?

A kto lub co daje Ci do tego prawo? Masz jakieś wykształcenie kierunkowe lub chociaż sprawdzony sposób na uwiarygodnienie prezentowanych tematów?

Wykształcenie kierunkowe konieczne, żeby sensownie o czymś pisać? Przepraszam bardzo, ale gdy tzw. doktor nauk medycznych – ponoć fachowiec – mówi Ci, że masz łykać antybiotyki lub brać sterydy, by pozbyć się swojej przypadłości, a Ty potem idziesz do "zwykłej" pani dietetyczki (ledwo magister!), a ta poleca Ci odstawić mleko krowie – i to działa! To co? Tylko niewolnik pójdzie ponownie do takiego "lekarza" i w ogóle do miejsca, gdzie takich trzymają i masowo produkują. Ja takich speców od podtruwania całych pokoleń nazywam Pigułkowcami. A to przecież są ludzie z "wykształceniem kierunkowym". A jeśli pytałeś o bardziej zwyczajne aspekty życia, to nie wyobrażam sobie dyplomu ze Specjalizacji pt. Życie. Kto miałby taki wystawić? Prezydent USA? Papież? Mądry sąsiad, Goździkowa? A może statystyczna większość? Ja dziękuję, ja postoję i swoje sprawy wezmę w swoje ręce.

O ile „specjaliści ds. życia" nie istnieją to w społeczeństwie funkcjonują osoby z wykształceniem i doświadczeniem, jakie pozwala im na przedstawienie chociażby problemów emigrantów. W Twoim przypadku bazujesz jedynie na własnych spostrzeżeniach i myślach, co niekiedy może całkowicie nie oddawać prawdy, bowiem nie wszystko jest widoczne na pierwszy rzut oka. Nie obawiasz się, że Twoje artykuły mogą być krzywdzące dla osób, które oceniasz, nie mając żadnego pojęcia na temat ich sytuacji?

Nigdy nie piszę o osobach, których sytuacja jest mi nieznana. Tak było, jest i będzie, i tak mi dopomóż Bóg. Natomiast jeśli kolega ma inne informacje, proszę o konkrety. Nie lubię podchodów ani niedomówień. Co innego jednak gdy piszę o osobach, których sytuacje znam, lecz to, co o genezie ich sytuacji sądzę nie jest raczej po ich myśli. Wtedy, jak to mówią Anglicy, "tough shit", czyli nasze rodzime "trudno". [śmiech]

Gdzie leży granica między byciem wulgarnym karierowiczem, a rzetelnym dziennikarzem?

To zależy. Stale jej położenie odkrywam, ale na pewno nie ma jej tam, gdzie jest granica między wulgarnym dziennikarzem, a rzetelnym karierowiczem. Czasami trzeba mieć przysłowiowe jaja, żeby zadać pytanie, które skłoni Twego rozmówcę do pójścia w kierunku, w którym oryginalnie iść niekoniecznie miał zamiar. Wulgarność nie musi zaraz oznaczać przeklinania, tak więc jeśli pójście po bandzie ma przysłużyć się sprawie – czemu po tej bandzie pójść nie mielibyśmy? Rzetelność pewnym ludziom i tak skojarzy się z wulgarnością, ale to już ich broszka.

A nie uważasz, że za często w tym wywiadzie sam unikasz wypowiedzi na tematy kontrowersyjne? A gdzie tu jaja? Gdzie tu pazur? Widzę drętwy śmiech, który przyznam, że wzbudza we mnie politowanie dla Twojej osoby jako autora aniżeli zachwyt nad warsztatem. Nie uważasz, że powinieneś dostosowywać poziom do rozmówców? Zwracasz się do czytelników, nie uważasz, że już na tym etapie wykończyłeś ich Swoją transparentnością i brakiem ogłady?

Jeśli kolega wszystko już widzi i wszystko wie, to po co pyta? Pragnę też koledze grzecznie przypomnieć, że od stawiania tez dziś tu jest Wąsowicz – nie Prowadzący.
A tak już zupełnie na poważnie, to mam taką zasadę, że jeśli mnie samemu czegoś brakuje (np. ogłady), nie wytykam jej braku innym. Kij chamstwa - szczególnie tego nieudolnego, wyciśniętego sztucznie - ma dwa końce...

Owszem, wywiad jest stworzony dla prezentacji Ciebie, ale jest zarazem szansą na to, abyś pokazał się czytelnikom jako autor, z którego twórczością warto się zapoznac. Unikając odpowiedzi, wzbudzasz jedynie politowanie, nie poruszając swoimi słowami tłumów. Nie uważasz, że warto wykorzystać szansę do zaprezentowania Swojej prawdziwej odsłony?

O ludzie... A cóż to jest ta "prawdziwa odsłona" jak nie to, że cały czas odsłaniam siebie i prezentuję takim jakim jestem? Następne pytanie proszę.

W swoich artykułach często domagasz się sprawiedliwości dla wykluczonych społecznie, a zarazem poruszasz tematy na pierwszy rzut oka już nieco oklepane przez brukowce.

Widzę, że przed tym wywiadem zostałem już nieźle prześwietlony... [śmiech]
Tak, to prawda. Ale gdybym miał poruszać tematy wyłącznie z klucza ich oklepania bądź nie, albo tylko te zarezerwowane dla prasy "z wyższych sfer", wtedy zapewne moja superlista wkrótce by się wyczerpała. Sęk jednak w tym, że nie sztuka napisać o temacie oklepanym – sztuka napisać o nim w nieoklepany sposób. Tak, żeby Czytelnikowi szczęka opadła co jeszcze można wycisnąć ze Smoleńska, Małej Madzi albo z dżendera. A nawet z najbardziej oklepanego tematu świata, czyli relacji damsko-męskich. I to wcale nie musi być koniunkturalizm.
Jako ludzie, mamy tę nieodpartą ciągotę, by wszystkich włożyć w szufladki, opatrzyć je nalepkami, na których w dwóch, trzech wyrazach ma być zapisana zawartość szuflady. O, ten to kłamca, tamten prawdomówny, tu pedał, tam cham itp. No i oczywiście podziały na lewaków i prawicowców, a jeśli prawicowiec, to oczywiście zaraz narodowiec i zapewne od razu wierzący. Proszę, jak łatwo można opisać ludzi; jak próbki spermy w laboratorium: albo płodny, albo bezużyteczny. Jakby prawdomówny nigdy nie skłamał, człowiek o prawicowych poglądach nie mógł być gejem, a lewak to cham i jeszcze pewnie na dodatek leworęczny.

A nie uważasz, że powyższe odpowiedzi już skutecznie Cię zaszufladkowały?

Moje własne odpowiedzi? Raczej nie – lecz co do Prowadzącego, to moje podejrzenia rosną...

Wywiad, aby zyskać miano autentycznego, musi być przede wszystkim szczery. Czytając Twoje odpowiedzi rzadko odnosi się wrażenie, że całkowicie oddajesz swoje myśli bądź starasz się na siłę być zabawny. Myślisz, że czytelnicy nie potrafią dostrzec, że ich po prostu lekceważysz?

Jeśli tu ktoś kogoś lekceważy, to może jest to Prowadzący, lekceważąc drzewa, które posłużą do wydruku jego powtórnych pytań, ewentualnie Sztukatera, który za wycinkę owych drzew musiał zapłacić...? I następne pytanie proszę, bo powoli tracę cierpliwość.

Znasz powiedzenie: "Wszyscy kłamią!" Ile jest kłamstwa a ile prawdy w Twoich tekstach?

Sama prawda – chyba że gdzieś się z nią nieświadomie minąłem. Gdy jednak to odkryję, od razu ową prawdę przyjmę jak swoją i znów będę pisał samą prawdę.

Skąd czerpiesz inspirację do kolejnych wpisów, artykułów i twórczości?

Najczęściej z wpisów, artykułów i twórczości innych; z treści, które mnie wzruszą bądź skonsternują. Gdy zaczyna dopadać mnie kryzys, wtedy wiem, że to czas, by zaglądnąć na polski portal informacyjny, obejrzeć jakiś reportaż lub porozmawiać z kimś, kto ma inne poglądy od moich. Działa zawsze.
Jerzy Pilch powiedział ostatnio, że to "temat wybiera autora" – nie odwrotnie, jak by się mogło na pozór wydawać. Niech więc ten - mówił - co zastanawia się czy następną swoją książkę napisać o życiu szewców, czy krawców, niech lepiej zmieni zawód. [śmiech] Nie przepadam za Pilchową monotematycznością, jednak tę jego myśl uwielbiam i hołubię. To moje pisarskie motto. Jeśli więc ma się coś w sercu – jak o tym NIE pisać? Rozumiem, można nie mieć warsztatu, ale gdy już jako taki warsztat jest, jak można nie znajdować inspiracji? Nie mieć inspiracji to jakby nie mieć serca.

Po tym wywiadzie, Twoi wrogowie będą mieli pole do popisu, nie boisz się negatywnego wydźwięku w sprawie monotematyczności, którą właśnie wykazujesz? Albo tego, że posiłkujesz się opinią innych, by napisać kolejny artykuł? Gdzie tu praca u podstaw w zawodzie dziennikarza?

Gdybyśmy nie posiłkowali się wiedzą i opinią innych, nadal pewnie myślelibyśmy, że np. Słońce krąży wokół Ziemi.

Nie porównujmy wielkiego odkrycia geograficznego do Twoich artykułów. Posiłkowanie się wiedzą innych jest wskazane, aczkolwiek własne zdanie należy wyrobić sobie samemu. Niestety, w Twoim przypadku widać, że bazujesz na pewnych treściach, rzadko dając coś od siebie. Nie boisz się, że z czasem spowoduje to dezaprobatę ze strony czytelników?

Ta dezaprobata ujawniła się wokół mnie już dawno temu! To jednak tylko utwierdza mnie w przekonaniu, iż pisanie o rzeczach niewygodnych jest może nie najbardziej popłacalne w wymiarze finansowym, za to przynosi satysfakcję osobistą oraz - co najważniejsze - umożliwia mi realizację mojego celu nadrzędnego: dać Czytelnikowi pod rozwagę pewne informacje nie zawsze będące uznane (czytaj: aprobowane) w obiegu oficjalnym, a także zaprezentować Mu opinie, które nie zawsze są opiniami popularnymi. Ja bycia tym złym się nie boję. I to tyczy się wielu dziedzin życia przeciętnego Polaka, w tym jego tradycji, polityki, religijności, sposobu odżywiania itd.

Obywatel kontra ustrój... Czy zwykły szaraczek bez znajomości będzie potrafił pływać w akwarium pełnym piranii?

Przepraszam, niezbyt rozumiem sens pytania. Czy mogę prosić o sprecyzowanie?

A co to jest do rozumienia? Jako dziennikarz ze znajomościami, często korzystasz z tych kontaktów, czy ich nadużywasz? Jak pozyskać kontakty?

Jeśli ludzie wierzą Ci i doceniają poruszaną przez Ciebie tematykę, fama o tym się rozejdzie i informatorzy oraz kontakty pojawią się same. Tak samo jest zresztą ze wszystkim w życiu.

Czy nie boisz się informatorów, którzy będą wprowadzać Cię w błąd? Co stanie się, jeśli opiszesz sytuację, która przyniesie tylko krzywdę dla bohaterów artykułu?

Owszem, boję się lewych informatorów, mam jednak przy sobie na to pewne antidotum: coś, co nazywa się Zdrowy Rozsądek, czego życzę niejednemu rodzimemu publicyście. To on pozwala mi rozpoznawać oraz redukować takie fałszywe postaci z mojego pisania. To po pierwsze. Co zaś do krzywdy wyrządzonej bohaterowi... Czy sugerujesz, że coś takiego się wydarzyło, znasz jakiś konkretny przypadek? A tak poza tym, cóż... Budka Suflera śpiewała "To co dziś jest klęską, jutro szczęściem jest". Sam przekonałem się na własnej skórze o przecudnej prawdziwości tej linijki; to jedna z moich maksym. Jeśli więc komuś "zaszkodziłem" tylko po to, żeby mu w ostateczności pomóc – straszne będą me męki w ogniu piekelnym za takie "szkodzenie". [śmiech]

Gdzie leży granica w ich użyciu i czy z małej płotki nie wyrosłeś już na krwiożerczą piranię prasową, która zbiera ochłapy po innych?

Według mnie, znajomości nie nadużywam, aczkolwiek akceptuję fakt, iż znajdą się tacy, którzy stwierdzą, że jednak nadużywam. Póki mnie nie pomówią o świadome kłamstwo, zostawię ich w spokoju. Niech im życie lekkim będzie.

Polityka i kościół coraz częściej ingerują w naszą sferę osobistą, ograniczając ją do minimum, kontrolując dosłownie wszystko, zatem jest jakiś sposób by się temu przeciwstawić?

Nie chodzić na wybory, nie dawać na tacę. [śmiech]
A tak na poważnie... Jest u nas całkiem sporo osób, które nie chcą się temu przeciwstawiać. I co im zrobisz? Nic, co najwyżej możesz się z tego trochę ponatrząsać, ale to z kolei gwarancja, że oni ponatrząsają się z Ciebie. No, chyba że rzeczywiście chcesz coś zmienić, wtedy samo "nie pójście" na wybory czy "nie danie" na tacę będzie tylko żałosną przykrywką dla własnej bierności, a bierność to de facto aktywne godzenie się na obecny stan rzeczy.

Uważasz się za biernego? Jak by nie by nie patrzeć, ani Twoja twórczość ani Twój profil na FB nie wskazują na aktywny udział w zmianie tej chorej rzeczywistości.

A kto powiedział, że to, co jeden nazywa "chorym", drugi nie nazwie "zdrowym"? Wyjdźmy poza swoje standardy, a wnet ujrzymy jak bardzo jesteśmy w sobie zadufani. To nie sztuka mieć o sobie duże mniemanie, tj. większe niż o innych.

Czyli akceptujesz w pełni „chorą rzeczywistość", która niekiedy pokazuje błędy i problemy systemu? Nie przeciwstawiasz się jej, biernie obserwujesz?

Ależ oczywiście, że się przeciwstawiam! Sęk jednak w tym, że to, co dla jednego będzie "problemem systemu", dla innego będzie właśnie jego zdobyczą. Dla mnie problemem systemu jest np. dofinansowywanie wyznań religijnych przez - ponoć areligijne - państwo polskie. Dla innych to jednak tego systemu zdobycz. Dla mnie chore jest podtrzymywanie zawałowców przy życiu przez nawet 20 lat, przy jednoczesnym niewyleczeniu ich ani trochę z choroby – dla innych zaś to sukces, że chory nadal żyje.

Kiedyś dziennikarstwo stanowiło formę propagandową, obecnie reklamową. A w przyszłości jaką będzie pełniło, jaką lukę w tej dziedzinie wypełni Twoja osoba?

No więc właśnie! Internet zdobywa coraz to nowych wyznawców; pojawia się sporo ciekawych blogów oraz - co ważne - idzie za nimi konkretna publika, też coraz większa. Część z tam piszących pewnie zostanie przechwycona przez biznesy i reklamodawców, wierzę jednak, że część pozostanie wierna swoim ideałom. Ja chcę być jednym z nich. Bo w dzisiejszych czasach nie wystarczy nie chodzić na wybory i nie dawać na tacę – dziś, żeby coś załatwić, nie wolno bać się pójść na maxa i trzeba albo założyć własną partię, albo zostać samozwańczym przywódcą nowego wyznania. Albo i jedno, i drugie na raz. [śmiech]

A w Twoim przypadku występują już jacyś "wyznawcy"? O jakich ideałach tu wspominasz? Jaśniej proszę...

Jaśniej, jaśniej... Każdy ma jakieś ideały i chyba kluczowa rzecz dla psychicznej kondycji trzeźwego człowieka to trzymać się ich, nie być zakłamanym. Można być w błędzie; to zrozumiałe, ludzkie – ale być w błędzie, być ignorantem... To już groźne. Co ciekawe: rzeczownik "ignorant" pochodzi od określenia "celowo głupi". [śmiech]

Co uważasz o osobach, które boją się wyrazić własnego zdania? Czy sam zawsze jesteś szczery, postępując zgodnie z własnym sumieniem?

Oj, jeśli jestem szczery, to chyba zawsze zgodnie z własnym sumieniem, nie cudzym? [śmiech] A co do tych bojaźliwych osób nie wyrażających własnego zdania... To takie nowoczesne niewolnictwo bez krat. Człowiek najpierw pakuje się w układy, układziki, przeważnie czerpiąc z nich zyski, bo na tym mu przecież od początku najbardziej zależało. A potem, gdy coś idzie nie tak, gdy stawka robi się za wysoka, a gra zbyt niebezpieczna, wtedy lamentuje nad swoim losem. Przeważnie dopiero wtedy ludzie stają się szczerzy, ponieważ już nie mają nic do stracenia, jeszcze pociągając za sobą starych kumpli. Z drugiej jednak strony, takich ludzi rozumiem i im nawet współczuję. To jednak nie zmienia faktu, iż - kochając ich na swój sposób - nie zaniecham obnażania podobnego kurestwa. To się chyba nawet łączy z Twoim poprzednim pytaniem o robienie kuku swoim bohaterom. Takie "kuku" będę robił bez krępacji i oczywiście z pełną za nie odpowiedzialnością.

Bycie kontrowersyjnym przystwarza wielu wrogów jak i przyjaciół, stwarza wiele okazji zarobkowych i nie tylko. Korzystasz z tego typu znajomości prywatnie jak i zawodowo? Jak to wpływa na twój osąd?

Panicznie boję się znajomości, które miałyby mnie ograniczyć w tematyce pisarskiej. Mówiąc szczerze, już niejeden artykuł mi różne osobistości odrzuciły. Mam nadzieję, że czekają na lepszą okazję (artykuły, nie osobistości!).
I czy ja rzeczywiście jestem taki kontrowersyjny? Hmm, jestem beznadziejnie nudny wśród tych, którzy się ze mną całkowicie zgadzają. [śmiech]

Masz rację, zgadzam się ze stwierdzeniem, że w Swoich artykułach jesteś nudny, ale nie zgadzam się z formą i tematyką przez Ciebie w nich poruszaną. Jak można pisać o kraju, w którym się nie żyje i sposób tak otwarty go krytykować?

O! Widzę, że uderzyłem w czuły punkt kolegi? Prawdziwy "patryjota" nie robi do własnej miski? Cóż, nie będę kolegę na siłę przekonywał do swojej wizji patriotyzmu. Zamiast mnie, niech w tej kwestii wypowie się pewna blogerka, niejaka "Babcia Bez Mohera". Cytuję jej recenzję «100 kijów w mrowisko»: "Książek o naszej wielkości, bohaterstwie, odwadze i czym tam jeszcze jest całe mnóstwo, takich o naszych przywarach i ułomnościach mentalnych - baaardzo niewiele. Dobrze, że ta książka się ukazała. Jak dla mnie - lektura obowiązkowa!". Koniec cytatu.

Co zaś się tyczy rzekomej nudności... Oto inny cytat z powyższej recenzji: "Kupiłam i pochłonęłam w dwa dni. Czy się śmiałam? Na początku - tak! Potem przestało mi być do śmiechu. Czy żałowałam zakupu, rozczarowałam się? Ależ skądże!! Wręcz przeciwnie - będę tę książkę polecać każdemu z czystym sumieniem. Uważam, że Wąsowicz-Dąbrowski to znakomicie uzupełniający się tandem z podobnym poczuciem humoru i ironicznym dystansem w spojrzeniu na rodaka". Koniec cytatu. W razie konieczności, służę namiarami na Babcię Bez Moheru i kwestię nudności ustalicie już sobie między sobą, okej?

Bądźmy szczerzy - prawdziwi patrioci wymarli na wojnie. Twoja autentyczność jest poddana ciężkiej próbie, ponieważ nie jesteś w stanie całkowicie oddać problemy kraju, w którym już nie mieszkasz. Zdania czytelników mogą być podzielone. Nie boisz się tych, którzy będą mieli pretensje co do Twojej opinii na tematy, jakie już Ciebie w dużej mierze nie dotyczą?

Zaraz, zaraz – czyli emigrant już być patriotą nie może? Dość pokrętna to teoria. Dodatkowo, może to paradoksalnie, lecz problemy polskie widać z dystansu jeszcze wyraźniej. Najciemniej pod latarnią. I dlaczego problemy ojczyzny mają mnie nie dotyczyć jeśli mieszkam poza jej granicami? Prawda jest taka, że na emigracji być patriotą znaczy przede wszystkim stawić czoła innym kulturom, ludziom nierzadko uprzedzonym do Polaków, będąc dodatkowo w jakimś stopniu ograniczonym językowo. Jak już wspomniałem, piszę o tym wszystkim w felietonie "Emigrant - człowiek sukcesu, nieudacznik czy tchórz?"

Dlaczego się tak mało mówi o konkretach, jak już to o sprawach typowo politycznych, a nie o zwykłym życiu, które w swoim prozaizmie mogło by posłużyć do napisania nie jednego scenariusza na cykl prasowy?

Ponieważ tzw. zwykłe życie jest zbyt nudne – przynajmniej w odczuciu tzw. zwykłych ludzi, zwykłymi życiami żyjącymi. W efekcie otrzymujemy sitcomy i tasiemce o "zwykłym życiu", w których więcej fantasy niż w Harry Potterze.

W końcu ktoś pisze te scenariusze, do tych seriali, nie uważasz, że to twórcy (dziennikarze) narzucają styl bycia, życia i prezentacji "zwyczajnego" życia?

Scenarzysta/dziennikarz, jeśli dobrze nie wyczuje swego Odbiorcy, nic mu nie sprzeda. Już trener Górski mawiał, że "tak się gra jak przeciwnik pozwala". Nie pochwalam wprowadzania tej maksymy do literatury, niemniej to gorzka prawda.

Dlaczego w prasie nie przeczytam o homoseksualizmie w kontekście zachowań czysto kulturowych albo osobach niepełnosprawnych w kontekście seksualnym i ich potrzebach?

Gdyż z Zachodu zaimportowaliśmy sobie tę piękną ideę zwaną Polityczną Poprawnością. A ponadto, dziennikarze uważani za "wpływowych" oraz "poczytnych" są najwyraźniej uwikłani w jakieś układy, zazwyczaj polityczne lub religijne, a ponieważ u nas to prawie to samo, więc na jedno wychodzi. Muszę ze smutkiem stwierdzić, że nad Wisłą trzeba być albo pro-PO, albo pro-PIS; nic pośrodku. Że trzeba być albo kościołobojnym, albo anteklerykałem. A gdy nie dajesz się zamknąć w ich szufladki, ludzie nie wiedzą czy traktować Cię poważnie; patrzą na Ciebie jak na kosmitę. No więc dobrze – jestem kosmitą.

Z Zachodu? Tam te tematy są na porządku dziennym, chyba, że żyjesz w alternatywnej rzeczywistości? Z jakiej planety pochodzisz i jakie tam zwyczaje panują?

Wycieczkę osobistą o planecie pomijam i odnoszę się do pytania głównego, tj. pochodzenia Politycznej Poprawności: owszem, w UK tematyka np. homoseksualizmu jest na porządku dziennym. Cóż jednak z tego, skoro nie usłyszysz tam ani słowa np. o klinikach dla gejów? Że są wśród nich tacy, którzy otwarcie przyznają, że to co robią nie jest naturalne, że to widzą i czują? Albo że są i tacy wśród nich, którzy - wiem, dziwnie to zabrzmi - się w owych klinikach wyleczyli? Ale wspomnij to w UK na forum publicznym, a bez sprawdzenia faktów okrzykną Cię homofobem. A dlaczego? A no dlatego, że tam rządzi PolPop. To prawie jak khmer Pol Pot.

Czy w dzisiejszych czasach dziennikarz/autor/pisarz zasługuje na szacunek? Komercja ogarnęła praktycznie każdą dziedzinę naszego życia, co przekłada się również na jakość wykonywanych prac.

Nie, no oczywiście, pisarzem/dziennikarzem można pomiatać jak szmatą... Cóż, pisarz/dziennikarz - jak każdy człowiek - zasługuje na szacunek ZAWSZE. Owszem, trochę inaczej może to się mieć co do jego twórczości... Niestety, standardem w polskiej przestrzeni publicznej staje się zamazywanie różnicy między szacunkiem dla dziennikarza jako bliźniego, a szacunkiem dla jego wypocin. Dyskutantów hołdujących takim standardom się brzydzę.

Właśnie na każdy kroku udowadniam, że mimo treści publikowanych w artykułach prasowych pod Twoim nazwiskiem, w tym wywiadzie wydajesz się mdły i nijaki, to oznaka braku szacunku czy profesjonalizmu po mojej stronie? Brzydzisz się mną?

Że co, słucham? Że na każdym kroku udowadniasz? Pytasz też o swój profesjonalizm... Myślę, że profesjonalizm dziennikarza poznajemy np. po tym, że niczego właśnie nie udowadnia, a jedynie pyta oraz opisuje fakty. Zresztą, udowadniać możemy ile lat ma Jacek Wąsowicz albo że 2+2=4. Co zaś do mdłości, nijakości – to opinia. Notabene, pisarz jest tak mdły w swych odpowiedziach jak mdłe są zadane mu pytania. [śmiech] Ale jeśli już miałbym się spierać o rzekomą mdłość i nijakość, ponownie sięgnę po słowa recenzji swojej książki, tym razem z innego bloga pt. "In bed with books", cytuję: "Niewielu komentatorów życia publicznego (tu, w Polsce) zdobyłoby się na AŻ taką szczerość". Koniec cytatu. Zapytam więc Prowadzącego wprost: czy my aby mówimy o tej samej książce?
Zaś wątek o "brzydzeniu się" pominę wymownym milczeniem, gdyż nie chcę marnować papieru (ponoć) Patrona swojej publikacji, by musiał drukować rzeczy niepotrzebne nikomu. Proponuję więc Prowadzącemu po raz ostatni, by się ogarnął i zostawił ewentualne bóle osobiste poza ramami tej rozmowy.

Niejednokrotnie pokazałeś, że uciekasz przed szczerością, co udowadnia, że zdecydowana większość moich pytań jest po prostu dla Ciebie za trudna. W poruszonych przez siebie tematach owszem, możesz być autentyczny. Jednak, kiedy pojawiają się narzucone pytania, unikasz odpowiedzi. Może pora by to autor „się ogarnął" i pokazał własną osobę a nie tylko swój drwiący dla Czytelnika śmiech?

Trudna, srudna... Czy my naprawdę musimy się bić na słowa, zamiast od razu na pięści, albo choć trochę powspółpracować? Następne pytanie proszę.

Jak jest w Twoim przypadku, piszesz o tym co jest ważne?

Ważna jest Prawda i o niej piszę, ale jeśli dla kogoś ważne jest to czy lepszy jest ajfon, czy android, to nie – tym Czytelnikom gwarantuję, że nie piszę o niczym ważnym. [śmiech]

Ale wypowiadasz się na wiele tematów, czerpiesz z wielu dziedzin życia... Jakie ku temu masz podstawy lub predyspozycje?

Najważniejsza - przynajmniej dla mnie - jest obserwacja otoczenia. Tak jakoś mam, że to, co większość śmieszy – mnie smuci. Z kolei co wielu smuci i trapi, mnie śmieszy, bo to przeważnie błahostki. Oto moje podstawy. A jakie predyspozycje? No, chyba to "czerstwe" poczucie humoru. [śmiech]

Nie boisz się, że pewnego dnia przestaniesz czytelników bawić? Że będą patrzeć na Twoje teksty z litością?

Jeśli tak się stanie, to będzie dla mnie znak, by albo zoperować swoje poczucie humoru i wstawić sobie generator humoru będącego bardziej na czasie, ewentualnie przyjdzie mi żyć z tych, którzy zza ściany moich żartów i lekkiej atmosferki wyłapią głębsze, prawdziwe przesłanie. Mam jednak wrażenie, sądząc po niektórych pytanio-tezach Prowadzącego, iż Prowadzący "nie czuje" tych głębszych przesłań. Wyczuwam też w Prowadzącym pewne poirytowanie. Czyżby ktoryś z kijów wyjątkowo zalazł Mu za skórę...?

Lokujesz produkty, nazwy własne lub poglądy innych w celu przypodobania się określonej grupie społecznej?

Przepraszam, co masz na myśli pod "lokowaniem produktów"?

Czy w artykułach umieszczasz reklamę produktu za kasę? Ktoś Ci płaci za opisanie pewnych zachowań społecznych lub rzeczy? Sprzedajesz się?

Absolutnie nie, wspomniałem o tym już wcześniej, prawda? Jeśli natomiast miałbym coś komuś reklamować, to dopilnuję, by było to jasne dla wszystkich, że to reklama. Ale od razu uprzedzam: firmom farmaceutycznym, przemysłowi mięsnemu oraz mleczarskiemu z góry dziękuję. Ich niedoczekanie. Jeśli więc kiedykolwiek ktokolwiek zobaczy Wąsowicza w reklamie mięska, żółtego sera bądź pigułek, może ze spokojnym sumieniem nazwać mnie sprzedawczykiem.

Ile na byciu dziennikarzem można zarobić za granicą?

Nie wiem, nie jestem pełnoetatowym dziennikarzem, a "tylko" z powołania

Czyli Ci nie płacą?

Płacą, owszem, lecz jako że nie jest to moje jedyne źródło utrzymania, dlatego nie mam ciśnienia, by sprzedawać się pisząc wbrew swemu przekonaniu.

Czyli twierdzisz, że muszą płacić Ci, aby to uznać za zawód?

A co? Poświęcisz się wolontariatowi bez reszty, aż braknie czasu na pracę zawodową? A kto wykarmi dzieciaki, kto opłaci rachunki? Może to piękna idea, lecz utopijna, a nawet głupia.

A co z dziennikarstwem społecznym? Przecież to wolontariat a zasada ta sama!

Dziennikarstwo społeczne to piękna sprawa. Tylko czytając piszących za darmo mamy gwarancję, że piszą szczerze, od serca. Niemniej, oni również mogą się mylić, gdyż mogą wyciągać wnioski, które tylko na pozór będą logiczne – nawet mając pełen ogląd danej sprawy. Ogólnie jednak mówiąc, podziwiam piszących, którzy są oddani swojej sprawie i bez gratyfikacji finansowej "promują" to, co w ich głębokim przekonaniu jest ważne, ewentualnie gdy obnażają ogólnie akceptowalne półprawdy. Oni dzielą się swoją pasją z nami i to jest piękne.

Czyli przyznajesz się, że nie zawsze piszesz „szczerze, od serca", skoro za swoją pracę otrzymujesz wynagrodzenie? Czy gdybyś nie płacili Ci za pisanie to przestałbyś pisać?

Skoro za swoją pracę otrzymuję wynagrodzenie, to znaczy, że dorobiłem się idealnego układu, w którym - mimo otrzymywania honorarium - mogę pisać co chcę. Zaś artykuły, które wykraczają swoją formułą (w tym objętością) poza ramy i możliwości gazety, publikuję jako dziennikarz społeczny. Zapraszam na portal www.eioba.pl/jacekwasowicz

Opłaca się być pariasem w swoim zawodzie a może czasami warto popłynąć z nurtem?

Hmm, to zależy z jakiego powodu piszesz. Sam wyraz "zawód" sugeruje gratyfikację finansową, lecz jak wspomniałem powyżej nie piszę na pełen etat. Niemniej myślę, że jeśli pisze się dla kasy, wtedy zdecydowanie warto płynąć z nurtem, i najlepiej z jakimś wartkim. Jeśli zaś piszesz dla Prawdy, dla poruszenia ludzkich sumień, wtedy pariasowa robota na pewno nie obróci się w syzyfową. Ktoś na tym skorzysta; tak ten świat już został skonstruowany.

Czy istnieje jeszcze coś takiego jak patriotyzm? Czym obecnie się objawia? Czy będąc na emigracji nie spotkałeś się z opinią, że zdradziłeś własny kraj?

Ależ oczywiście! Jeden z moich "ulubionych" cytatów to, że "sram do własnej miski" [śmiech]
Czy patriotyzm jeszcze istnieje? Zdecydowanie tak! Jest tylko bardziej wymagający niż np. podczas wojny, tzn. jego definicja jest w dzisiejszych czasach bardziej zakamuflowana. A po więcej na ten temat zapraszam do "100 kijów w mrowisko", a konkretnie na strony 65-66, czyli do "kija" nr.20 pt. "Patriotyzm z odleżynami". Ding-dong, koniec reklamy. [śmiech]

Koniec reklamy, a teraz pora na konkrety. Nie każdego stać na zakup Twojej książki, więc może odpowiesz o "gównie" w Swojej misce? Jaką ma fakturę i odcień?

Fakturę ma zawiesistą, lepiącą się do wszystkiego i o wszystko. Jej odcień zaś jest różowawo-cielisty, bo taki kolor powstaje po zmieszaniu bieli i czerwieni w równych proporcjach. Gdy widzę człowieka wywijającego polskim sztandarem, wiem, że warto mieć się na baczności. A to jakiś paradoks, gdyż to właśnie powinna być pierwsza osoba godna naszego zaufania; osoba racjonalna, otwarta na innych.

Uważasz, że osoby, kochające Polskę są podejrzane? Czy w dzisiejszych czasach nie można wyrażać dobrych uczuć na temat własnej ojczyzny? Dlaczego krytykowanie przychodzi ludziom łatwiej, niż docenienie tego, co mają?

Sęk w tym, że "kochać Polskę" zamienia się ostatnio w "kochać Boga". Że od człowieka wymachującego polskim sztandarem szybciej niż kromkę chleba dostaniesz w nos. I to jest podejrzane. Ale ktoś uczy tę młodzież takiego "patriotyzmu", ktoś na to daje przyzwolenie. Na pohybel z nimi i ch obłudą. Parafrazując Jezusa, lepiej takim będzie uwiązać sobie kamień młyński do szyi niż tak nauczać młodych.

Bycie religijnym w Polsce a w innych krajach czym się charakteryzuje?

Nie byłem w wielu, lecz sądzę, iż mam dość klarowne pojęcie o religijności w wydaniu wyspiarskim. Może niejednego Czytelnika to zaskoczy, ale w UK panuje jeszcze większa obłuda: mało tu kogo pojęcie "bóg" w ogóle obchodzi, ale Kościół Anglikański ma status "państwowego". Takiego kuriozum nawet w Polsce jeszcze się nie dorobiliśmy. No i to ich przeczulenie na punkcie dyskryminacji religijnej... W przychodni na mojej wiosce jest specjalny "prayer room" (pokój do modlitwy). Dawno już się tam nie leczę, ale muszę chyba do nich kiedyś zajść, zasymulować jakąś chorobę i poprosić o otwarcie "pokoju zwierzeń", że niby przypiliło mnie do rozmowy z bogiem. Założę się, że klucze pokryte są grubym kurzem, ale mimo to wiszą na jakimś honorowym miejscu; pewnie zaraz obok gaśnicy p/poż.

Krytykujesz zatem ustrój wspierający religię czy religię kierującą ustrojem kraju, który zamieszkujesz?

I to, i to. Przecież to działa na zasadzie "ręka rękę".

Czy religia nadal dzierży władzę nad ciemnogrodem zaściankowym? Kiedyś wymysł schizofreników, potem narzędzie do rządzenia narodami a obecnie?

A obecnie nadal to samo, tyle że coraz tego więcej. Do tego stopnia więcej, że gdy przyznasz się komuś do bycia wierzącym, a nie religijnym, wywalą na ciebie oczy jak na antychrysta, choć zapewne częściej jak na pomylonego. No jak to – a jest jakaś różnica!? Zapytaj przeciętnego Polaka czy wierzy w Boga. Pewnikiem usłyszysz w odpowiedzi: "Oczywiście, że chodzę do kościoła". Ups, widzę, że znów udało Ci się wyciągnąć ze mnie cytat z jednego z "kijów". [śmiech]

Ups, jestem przeciętnym, wykształconym Polakiem, a jakoś nie po drodze mi do kościoła, to oznacza, że nie potwierdzam statystyk? Pisałeś o tym w oparciu o statystyki czy autopsje na emigracji?

W oparciu o jedno i drugie. No i potwierdzam, możesz być z siebie dumny: nie potwierdzasz statystyk. [śmiech]

Dokąd zmierza duchowieństwo i czy narody za nim podążą?

Czy podążą? Biblia mówi, że tak, a ja jej wierzę. Zresztą, czy trzeba być wierzącym, by dostrzec jak liczebne są trzody spędzane na religijne pastwiska? Co jednak ciekawe, wszystkie wyznania (z tych ponoć chrześcijańskich) nawołują, by przyjść do Jezusa, a ten - o ile mi wiadomo - był jeden. Czemu się więc nie połączą, nie zjednoczą sił, zakopując topór wewnętrznych sporów, przeważnie o dogmaciki (czytaj:
pierdoły)? Odpowiedź jest prosta: ileż by stołków w ramach takich konsolidacji poleciało...Niemniej, mówiąc o religii, trzeba nam pamiętać, iż większość ludzi to nie lokomotywy, a wagoniki. A czego potrzebuje wagonik? Siły napędowej oraz wyznaczenia mu kierunku, torów do poruszania się. Ma być szybko i gładko, a na końcu drogi mają wręczyć zapewnioną nagrodę za wykupienie biletu, oczywiście w pierwszej klasie. Bóg też człowiek, zbawienie swoje kosztować musi.

Ile Ty zapłaciłeś za Swoje zbawienie i ile jeszcze zamierzasz poświęcić?

Jeśli pytasz o koszt stricte finansowy, to zero. No, chyba że liczymy drobne od rodziców, które musiałem potem rzucać na tacę. [śmiech] Sęk w tym, że ja swego zbawienia szukam u Boga, który w granicach Polski jest w mniejszości. U Niego zbawienie jest za darmo, a na dodatek nie jestem straszony piekłem, więc nawet jakby co, to nie miałbym się czego bać. Cholercia, chyba jakiś głupi jestem, bo nie straszą
mnie piekłem, a ja i tak dobrowolnie wierzę w Niebo. [śmiech]

Czyli, w jednym zdaniu, jaki jest Twój stosunek do religii? W co wierzysz, co wyśmiewasz?

Wierzę w Boga (tego z Biblii), za to religijny nie jestem w ogóle. A wyśmiewam taką religijność, która z wiarą nie ma nic wspólnego.

Rząd Wielkiej Brytanii przygotował kampanię społeczną „Zanim wyjedziesz", która przestrzega Polaków przed nieprzygotowanym przyjazdem na Wyspy. O ile wątki poruszane w trzyminutowym wideo skłaniają do refleksji, o tyle sposób ich prezentacji budzi przede wszystkim duże zdziwienie... Kampanię, na zlecenie brytyjskiego resortu ds. samorządu lokalnego i społeczności lokalnych, zrealizowała organizacja charytatywna The Passage, która zajmuje się pomocą bezdomnym. Niestety, to właśnie w tej smutnej roli często kończą Polacy, przyjeżdżający do pracy na Wyspy – według statystyk stanowią oni niemal 40% wszystkich bezdomnych emigrantów (w tym niechlubnym rankingu wyprzedzają Rumunów i Litwinów). O tej kampanii było głośno, statystyki przerażają.A jak wygląda rzeczywistość?

Wybacz, lecz żadnym statystykom co do rodaków-tułaczy nie wierzę. Czy pracujący "na czarno" pan Mietek zgłasza się do jakiegokolwiek urzędu? Nie, a więc oficjalnie jego tam nie ma, czyli nie ma jak go policzyć.Ale jeśli pytasz o realia, to rzeczywiście nie wyglądają one zbyt kolorowo. Są rodacy, którzy osiągnęli to, czego w Polsce im brakowało, a i pewnie osiągnęli o wiele więcej niż sobie marzyli. Czasami poszli w
innych kierunkach, niż to sobie zakładali. Ale to jest okej; życie zaskakuje, czasami pozytywnie. Jednak w skali makro to raczej mniejszość, taki malutki pręcik z całego kwiatu naszej emigracji. Byłem u pewnych rodaków, widziałem jak mieszkają, widziałem też ich papiery; znam ich historie. To przerażające jak łatwowiernym można być. Ludzie w ciemno wyjeżdżają do kraju, którego języka ani w ząb, zawierzając obietnicy wyczytanej w podejrzanym anonsie z polskiej prasy, ewentualnie polegając na znajomym znajomego znajomego. Z drugiej jednak strony, nad Wisłą jest wiele osób zdesperowanych do tego stopnia, że łykną każdą bujdę, licząc na łut szczęścia. Wychodzą z tego sytuacje tragikomiczne, ale w gruncie rzeczy to nic śmiesznego. Wracając zaś do pytania o kampanię... Do takich osób nie dotrą więc żadne kampanie, bo dotrzeć nie mogą.

Ile osób, które poznałeś na emigracji pochodzenia polskiego sięgnęło dna, a następnie się z niego odbiło?

Pewnie poznałem ich kilka. Wietrzę tu jednak kolejny podstęp, więc uprzedzam kolejne pytanie: wierzę, że ludziom warto dać rybę tylko raz – generalnie należy dawać im odpowiednie wędki.

Może warto wyjść na ulice zamiast przebywać na salonach?

Lekka demagogia. Czasami można lepiej pomóc właśnie poprzez bycie na owych "salonach". Zresztą, Czytelnik zapewne zna korzyści pracy taśmowej. Każdy z nas jest inny, niech każdy więc trzyma się swojej specjalizacji. A jeśli ktoś twierdzi, że jego odcinek jest ważniejszy, niech ten ktoś założy własną fabrykę Lepszego Świata. Droga wolna.

Czyli uważasz, że nie warto pomagać tym, którym emigracja nie przyniosła zbyt wiele dobrego? Polak Polakowi wilkiem?

A wilkiem, wilkiem, oczywiście. Inne nacje sobie pomagają, za to my jak mało który naród na emigracji podstawiamy sobie nawzajem nogi. Krzywda rodaka nie powstrzymuje wielu z nas od czerpiania z niej wymiernych korzyści. Widziałem to na Wyspach na własne oczy niejeden raz. Dlatego tym bardziej warto pomagać, niemniej trzeba to robić umiejętnie, wiedzieć do kogo o konkretną pomoc się zgłosić. Np. w/s wymuszonych adopcji sto razy bardziej pomogła polskim emigrantom nie polska placówka dyplomatyczna w Londynie, co - uwaga - brytyjski parlamentarzysta, Pan John Hemming. To wspaniały człowiek; zorganizował np. spotkanie w Parlamencie dla ambasad krajów dotkniętych tym problemem; na sali widziałem przedstawicieli wielu krajów, w tym załamanych rodziców z Litwy, Belgii, Nigerii, również Polski. Byłem też w jego biurze z jedną zrozpaczoną polską rodziną, której zabrano 9-latka. Notabene, czy biuro parlamentarne brytyjskiego MP to w/g Prowadzącego "salony"? No więc co – zamiast do Parlamentarzysty miałem iść z tymi rodzicami na ulicę i stanąć pod płotem z wywieszoną karteczką "Ukradli moje dzieci"!? Pomagać też trzeba umieć, a nie po bolszewicku, na hurra.

Kraj, który obecnie zamieszkujesz kipi seksem, ilość emigrantów trudniących się prostytucją to odsetek ponad 10%, a przyzwolenie społeczne sprawia, iż seks biznes kwitnie. Czy prostytutka na emigracji może być szczęśliwa?

To chyba pytanie do prostytutki, ewentualnie alfonsa. Wiem tylko tyle, że kilkanaście stron za moją kolumną znajduje się rubryka pełna ogłoszeń usług towarzyskich. Pewnie mają wzięcie, bo z tego co obserwuję, rodak-tułacz nierzadko jest większym "patryjotą" od Polaka z kraju, więc pewnie nawet w łóżku wyznaje zasadę "dobre, bo polskie". Nieraz widziałem też ogłoszenia w stylu: "Cześć, nie mam czasu na zmywaki i wolę się nieźle bawić. Moje wymiary to...".

Korzystasz z takich usług? Jakie są stawki za Polkę lub Polaka na emigracji?

Ponoć £50, ale mogę nie być na czasie. Z tym pytaniem proponuję udać się do polskiego alfonsa.

Czy handel seksem w różnych aspektach życia może stać się dochodowy?

No, to już zdecydowanie pytanie do alfonsa! [śmiech] Czy masz tu na myśli eksploatowanie wątków erotycznych do nakręcania sprzedaży towarów i usług z seksem niezwiązanych?

Nie, rubrykę ogłoszeń w "Twojej" gazecie, gdzie 90% to reklamy odpłatnego seksu! Plus artykuły sponsorowane, podsycane erotyczną sensacją... Wymieniać dalej?

Gazeta ma swoje koszta, których nie przeskoczysz. Ma też własną politykę, na którą nie mam wpływu. A może kolega chce karać synów za grzechy ojców?

Pisząc dla danej gazety, stajesz się jej częścią. Czy popierasz publikację tego typu reklam? Sądzisz, że prasa polonijna powinna składać się z treści typowo erotycznych, a nie zaś artykułów, związanych z ojczyzną większości czytających?

Nie, w tym sensie nie staję się jej częścią. Bez obrazy, lecz kolega ma cokolwiek utopijne poglądy nt. profilu kontra poczytności publikacji dostępnych na rynku. Niemniej, jeśli kolega przysłuży się do podpisania przez mnie kontraktu z gazetą lub czasopismem, które w 100% będzie odpowiadało mojej wizji świata (m.in. brak reklam erotycznych), a do tego będzie to wydawnictwo o nakładzie minumum 100 tyś. egzemlarzy na tydzień, obiecuję, że dobrze się koledze za taką przysługę odwdzięczę. A póki co, utopie na bok.

Co z tysiącami nielegalnych aborcji, co miesiąc wykonywanych przez akuszerki bez wykształcenia i stanem zdrowia emigrantów?

Nasi Czytelnicy zgłaszają się do redakcji z raczej innymi problemami niż aborcje. Jest tak pewnie dlatego, że na Wyspach jest ona zdecydowanie bardziej dostępna niż np. praca.

Wasi czytelnicy zgłaszają się, a ktoś filtruje tematy i decyduje o ich publikacji? Do kogo należy to zadanie w Twojej redakcji?

Nie do mnie, to pewne. Proponuję napisać w tej sprawie do Naczelnej. I poproszę o jakieś mniej mdłe pytanie.

Zdarzyło Ci się, że sam odmówiłeś napisania na wybrany temat tylko dlatego, że jego problem Cię przerósł?

Owszem. I to dla mnie jedno z ciekawszych wyzwań, by zdobyć na dany temat wiedzę na tyle szeroką, by móc o nim kiedyś napisać.

Czy życie emigranta naprawdę wygląda tak kolorowo? Sądząc po spotach reklamowych i bilbordach, to Polska słynie z pielęgniarek i hydraulików, czyli taniej siły roboczej, dobrze wykształconej, lecz rzeczywistość pokazuje, iż w większych miastach podczas nocnych eskapad większość nieletnich, zwłaszcza męskich prostytutek, porozumiewa się między sobą w dialektach słowiańskich, w tym polskim. Po takim rozeznaniu, co jest bliższe wizerunkowi wylansowanego przez komercję obcokrajowca a co przez rzeczywistość?

Śmiem zauważyć, że bardzo drążysz temat prostytutek... [śmiech] Naprawdę nie chodzę po nocnych klubach i nie szwędam się po ulicach Soho po północy. Dlatego zapewne omija mnie sporo wiedzy, np. ile wśród prostytuujących się emigrantów płci męskiej pochodzi z Polski. Szczerze? Póki nie zetknę się z takim panem na żywo lub przynajmniej nie przeczytam bardziej obszernego z nim wywiadu, nie napiszę o tej kwestii nawet jednej linijki. Ale już teraz dam głowę, że polskich sprzątaczek, hydraulików i pielęgniarek jest tutaj więcej niż kurtyzan i kurtyzanów razem wziętych.

Może pora wyjść na ulice? Sięgnąć po właściwe tematy, opisujące tragedię emigrantów? Ich potrzeby i sposoby zarobkowe? Widzę, że doskonale wiesz o jaką dzielnicę pytam, też tam zaczynałeś Swoją podróż na emigracji?

Zaczynałem na Notting Hill oraz sąsiednim Shepherds Bush. A co do "właściwych tematów"... Primo: to ja ustalam co jest właściwe, bym o tym pisał, a co właściwe nie jest. Secundo: gdy kolega zostanie moim przełożonym, wtedy to on kupi sobie prawo do ustalania tematów. Jednak nie daję wtedy gwarancji jak długo tak ze sobą powspółpracujemy. [śmiech]

Dlaczego rzadko pojawiają się artykuły dotyczące ludzkich dramatów emigrantów? Wszyscy pragną wierzyc, że na obczyźnie czeka każdego wspaniały los, choć wiemy, że nie zawsze tak jest. Nie sądzisz, że jako dziennikarz powinieneś pokazywać również negatywne aspekty zmiany kraju zamieszkania? Dla niektórych mogła to by być idealna wskazówka.

Owszem, mogła by być. Lecz zauważ, że ja docieram do osób, które na emigracji już się zjawiły. Moje pisanie jest więc niejako post mortem. Sądzę, że takie artykuły i takie akcje społeczne to zadanie przede wszystkim autorów z Polski.

„Polub nas na Facebooku, a nie zaszczepimy ani jednego dziecka na polio". Tymi słowami szwedzki oddział UNICEF rzucił rękawicę wszystkim slacktywistom – osobom, które wspierają cele społeczne wyłącznie biernie. Na pozór, dla poprawy samopoczucia, bo tak modnie. Dadzą like'a znanej organizacji społecznej, swoich pieniędzy już nie. Zasłużony pstryczek w nos, mobilizacja sympatyków, czy zlekceważenie fanów?

Zapewne wszystko po trochu. Jednak w tym konkretnym przypadku brzmi to trochę jak mały akt desperacji. Nie oszukujmy się – treści na TwarzoKsiążce krążą w tak nieokiełznany sposób, docierając czasami do zupełnie przypadkowych osób, iż coś wartościowego zawsze warto "zalajkować". A nuż dotrze to do któregoś z naszych znajomych, który tylko czekał na daną treść? Nieważne czy czekał świadomie, czy nie. Jeśli więc UNICEF decyduje się rzucić rękawice, musi pamiętać, że nie wszyscy na te słowa zareagują tak samo. Z drugiej strony, to prawda, że "zalajkowanie" pomaga nam dostać wewnętrzne rozgrzeszenie: "No przecież polubiłem/-am, no przecież jestem człowiekiem!"

Ile razy dostąpiłeś rozgrzeszenia i w jakich przypadkach?

W dawnych czasach lubowałem się w takich rozgrzeszeniach; trzymały mnie przy życiu. Obecnie piszę o nich powieść.

A Ty włączasz się aktywnie czy biernie w cele społeczne? Jaką rolę w przyszłości odegrają social media w kreowaniu rzeczywistości?

Social media JUŻ ją kreują. Każda szanująca się brytyjska firma reklamowa zatrudnia "social media executive", "digital strategist" lub innych tego typu magików. Czy się włączam? Owszem, czasami biernie, wedle poprzedniej odpowiedzi, a czasami bardzo aktywnie.

A jakieś przykłady? Konkrety? Pochwalisz się?

Dziękuję za tę okazję. Wraz z połowicą prowadzę stronę na Facebooku pt. "Grupa Wsparcia Zdrowia" poświęconą zdrowiu oraz związanym z nim odżywianiem się. Po internecie krąży moje Świadectwo Wiary. To samo się nie zrobi, samo się nie znajdzie. Trzeba temu stale pomagać.

I Twoim zdaniem, co tego typu grupa daje? Czy naprawdę sądzisz, że tworząc stronę na facebooku komukolwiek pomagasz? Jaki jest w tym cel społeczny, bo ja go nie widzę?

Póki jesteś zdrowy i nic Ci nie dolega (bo notoryczne przeziębienie czy migrena to przecież "żadna przypadłość"), tego celu widzieć nie będziesz. Zauważyłem jednak, że jeśli człowiek zapadnie na coś, na co Pigułkowiec w Przychodni Zdrowia nie znajdzie dla niego remedium, wtedy się taki pacjent budzi i nawet czasami zmienia zdanie. Wtedy zaczyna szukać informacji na własną rękę; może znajdując Grupę Wsparcia Zdrowia. Czy masz zatem absolutną pewność, że tak samo nie stanie się i z Tobą?

"Hej, wszyscy kochamy cycki! W październiku* za każde 30 wyświetleń filmów oznaczonych tagiem "Duże cycki" lub "Małe cycki" Pornhub przekaże jednego centa na walkę z rakiem piersi. Im więcej filmów zostanie obejrzanych, tym większa kwota zostanie przeznaczona na ten charytatywny cel" głosi umieszczona na stronie głównej wiadomość od właścicieli serwisu. Co sądzisz o tego typu kampaniach? Czy cel uświęca środki? Poprzesz akcję?

No proszę! Jak wielkie serce trzeba mieć do pomagania innym, by poświęcić swój czas, forsę oraz wzrok na obejrzenie 3000 pornusów, by dla tak szczytnego celu zebrać okrągłą sumkę jednego dolara! Podejrzewam jednak, że od tak długiego wpatrywania się w monitor, to oglądający szybciej będzie w potrzebie jakiejś kuracji... A tak już zupełnie serio: czy Pornhub działa legalnie? Zapewne tak, a więc ma pełne prawo reklamować się jak tylko chce. Czy oglądanie pornusów stoi w sprzeczności z walką z rakiem? Nic mi o tym nie wiadomo. Tak więc wszystko okej. Ważne, że realnie pomagają, a nie tylko trzęsą się ze świętego oburzenia, jak to potrafią niejedni nasi publiczni pyskacze. Czy zaś poparłbym tę kampanię? Absolutnie nie. Mam własny pomysł na walkę z rakiem, i nie tylko - za przeproszeniem - cycków.

Czyli nie oglądasz pornografii? Nie kręcą Cię "cycki"? Tam są również krótkie filmiki, w wersji darmowej, sprawdzałem i polecam... Oczywiście kampanię! Nie włączysz się do akcji? Szczytny cel i jakieś 30 sekund przyjemności. ;). Naprawdę warto! Przekonałem Cię?

Jak mur do pójścia na spacer. Ani drgę, wybacz. Ale dziękuję za to pytanie, gdyż widząc je wcześniej, zainspirowało mnie do napisania tekstu pt. "Owsiak a cycki". Dostępny w "Polish Express", nr.468. Rzecz o autoreklamie kontra prawdziwym pomaganiu. Niestety, znów tam dostało się niektórym z moich rodaków. Niedobry ten Wąsowicz, oj, niedobry... [śmiech]

Czyli jesteś uodporniony na kobiece wdzięki? Uważasz, że prowadząc stronę o zdrowiu bardziej pokazujesz swoje zaangażowanie społeczne i pomoc dla otoczenia, tak?

Mam wrażenie, że już to zasugerowałem we wcześniejszych odpowiedziach. Otóż ja NIE MUSZĘ niczego pokazywać ani niczego udowadniać. Angażuję się nie tam gdzie leży łatwa popularność, a gdzie - w mojej skromnej ocenie - leży największa potrzeba społeczeństwa. Mam jednak szacunek dla tych, którzy wyznają inną hierarchię wartości. Zawsze chętnie z nimi o naszych odmiennych systemach wartości porozmawiam. Wszystko zawsze podlega dyskusji.

Czy kampanie społeczne i informacyjne za fundusze unijne zmieniają Polskę?

Zapewne tak, choć trudno mi śledzić to zjawisko z odległości tysiąca mil.

Ale krytykować rzeczywistość kulturową i polityczną to już można?

Kolejna demagogia, a na dodatek podstawowy błąd logiczny, choć mam nadzieję, że to tylko świadome podpuszczenie. Pytałeś o kampanie za fundusze unijne, a porównujesz je z moją oceną kultury i polityki. Czy Unia ma wpływ na wszystko i wszystkich? Czy już aż tak zbaranieliśmy? Zdecydowane "nie" do obu pytań.

Dlaczego w Polsce obowiązuje polityczna poprawność w przekazie trudnych treści? Jak to wygląda na Wyspach?

Wygląda na to, że stopień zaśmiecenia Poprawnością Polityczną jest odwrotnie proporcjonalny do stopnia otwartości społeczeństwa. I nie mówię tu o rzekomej zamkniętości Brytyjczyków. W UK też mamy PP, choć w trochę innych aspektach; ostatecznie oni mają tradycje kolonialne, dużo mniejszości narodowych, a więc i kulturalnych, religijnych, my zaś jak te dziewice: naród nietknięty zarazą mniejszości narodowych, a do tego naród jednolity, jednakowo myślący, jednakowo wierzący – a jak nie, to "Centralny Wyrównywacz wskaże nam ich".

A sądząc po wywiadzie, wychodzisz na "babilońską dziewicę", nawyk wyuczony czy chwyt marketingowy zwany polityczną poprawnością?

Pudło, Ani jedno, ani drugie. I dodam jeszcze, że gdy ktoś wyjedzie do rozmówcy z histerycznymi posądzeniami lub pajacowatymi insynuacjami, to żadna sztuka rzucić się na bidaka z pięściami czy nawet odgryźć mu ucho. Sztuka to kontynuować z nim dialog tak, aby delikwentowi zrobiło się nieswojo, iż okazał się prostym chłopkiem. Nadzieja jednak w tym, że z prostego chłopka zawsze można wyrobić się na klawego człowieka. Ja wierzę w ludzi.

Czytasz lub oglądasz polską twórczość?

Staram się, aczkolwiek skupiam się na śledzeniu polskiej rzeczywistości. Przede wszystkim zaś nie staram się faworyzować polskiej twórczości na siłę. Jeśli jestem np. w swojej bibliotece, nie odrzucę jakiejś pozycji tylko z powodu zagranicznego autora.

A mogę prosić jakieś przykłady twórczości polskiej w zagranicznej bibliotece?

Moja Święta Trójca to: Stanisław Dygat, Katarzyna Grochola, Ryszard Sadaj.

Dlaczego akurat Grochola? Czytasz namiętnie jej powieści? Nie spodziewałem się, że należysz do miłośników literatury kobiecej!

No widzisz, chyba jestem Dżenderystą! [śmiech] Nie, nie czytam jej namiętnie, ale spełniła swoją rolę na samym początku mej podróży z piórem. Faktem jest, iż to lektura Grocholi pobudziła mnie do pisania. Notabene, niejednemu facetowi przydałoby się Panią Katarzynę poczytać, poznać kobietę od środka; może nawet spróbować ją zrozumieć...?

W Polsce jest więcej piszących aniżeli czytających, a mimo to zawód "pisarz" nie został usankcjonowany, nie odprowadza się składek itp.

Ze swojego pisania nie rozliczam się w Polsce, tak więc nie będę się silił na komentarz w tej kwestii.

W Anglii zawód "pisarz" istnieje? Poważnie? I tam się z tej pracy rozliczasz? Przytocz sprawę, umieram z ciekawości...

Jaką sprawę? Nie rozumiem do czego zmierzasz.

Sprawę rozliczania się z pracy pisarza. Bo jak rozumiem, skoro w Polsce tego nie robisz, to w Anglii na pewno?

A jakby inaczej?

W jakim kierunku powinna podążać polska literatura współczesna, o ile jeszcze istnieje coś takiego?

Wybacz, to pytanie mi śmierdzi. Dlaczego "powinna"? Polska literatura to nie jest już komunistyczna ulotka propagandowa do pobrania u kierownika zakładu pracy, zapewne członka PZPR. Literatura w kraju demokratycznym jest wolna, tak samo jak wolny jest jej Czytelnik. Czyta to, co mu odpowiada ...i co podsuną mu do czytania obrotni "znawcy literatury".

Doprawdy? To dlaczego większość pisarzy w Polsce kopiuje motywy, wzorce i style z zachodu? Plagiat rządzi?

Jeśli uważasz, że większość kopiuje, to masz do tego prawo, ja zaś zapewne nie przeczytałem nawet 1% tego, co zostało na świecie napisane, tak więc do postawionej tezy odnieść się nie umiem. A czy plagiat rządzi? Ja jego popełniania unikam, choć to zapewne nieuniknione napisać w swej nieświadomości coś, co zostało już wcześniej opublikowane.

Co jest jej wyznacznikiem a co się dobrze sprzedaje, prócz nazwiska i trendów z zachodu?

Od kilku wydawców wiem, że nad Wisłą lepiej chodzą przekłady niż rodzime pisarstwo. Cóż, trzeba przed tymi faktami schylić czoła i zastanowić się: dlaczego tak jest? Może to wina miernego polskiego pisania, nietrafiania w polskie gusta? A może to zasługa międzynarodowych korporacji wydawniczych, którym - o ironio! - łatwiej jest przetłumaczyć coś już sprawdzonego niż inwestować w "polskie wynalazki"? Prawda leży zapewne pośrodku, choć równie dobrze wiemy, że jeśli nie wiadomo o co chodzi, to chodzi albo o seks, albo o forsę. W tym przypadku obstawiam to drugie.

A ja pierwsze, seks jest zawsze na topie, kiedy zaczniesz pisać o seksie? Może sprzedaż podskoczy w kraju nad Wisłą?

We wspomnianej wcześniej powieści zawarłem elementy seksu, aczkolwiek absolutnie nie jest to rzecz "o seksie". Tanich chwytów nie zastosuję nigdy.

Polacy uwielbiają literaturę zagraniczną. Myślisz, że pokochają również Twoją twórczość, tj. Polaka, piszącego z zagranicy? Teoretycznie to prawie tak samo, w końcu jakby nie patrzeć – żyjesz w innym kraju, niektórzy mogą powątpiewać już w Twoją „polskość".

Jednak to w Polsce zostałem wychowany. Jezus w wieku 33 lat już swoje zrobił i umierał, a ja w tym samym wieku dopiero zaczynałem nowe życie, praktycznie od zera. Moje spojrzenie na życie w Polsce nie jest więc spojrzeniem z pozycji "outsidera", a raczej osoby rozumiejącej unikalność obu nacji. To spojrzenie ponadnarodowe. Jeśli więc Czytelnik ma już dość promocji spojrzenia typowo narodowego, a szuka czegoś "alternatywnego" – "100 kijów" powinno go wciągnąć. Nie mowię, że zgodzi się ze wszystkimi moimi wnioskami czy tezami, lecz przynajmniej spojrzy przez chwilę na swoją ojczyznę oczami "kosmonauty", tj. z pewnego dystansu do siebie.

Polska szkoła plagiatu* tytuł ukradziony.
Rzecz o złych uczynkach polskich dystrybutorów filmowych w kwestii kreacji posterów reklamowych. „Sponsoring" to plagiat „Burleski"?! W nagłówkach doniesień medialnych o kolejnych wyczynach polskich grafików słowo plagiat odmieniane jest przez wszystkie przypadki. „Są chłopaki jest zabawa!" – przekonuje plakat filmu „Sztos 2". Podobieństwo między plakatem do sequela znanego filmu Olafa Lubaszenki, a tym wyprodukowanym na potrzeby promocji Ocean'sTwelve widać na pierwszy rzut oka. Co ciekawe w przypadku tej produkcji jest to raczej kontynuacja tradycji „kopiuj-wklej" z 1997 roku.
Plakat do 'Sztos' jest niemal identyczny jak plakat filmu Trefny Szmal. Jeżeli ktoś tłumaczyłby, że to twórcza inspiracja to warto zapytać – a gdzie tu kreacja? Czy to zjawisko zauważasz w literaturze lub prasie? Czym się objawia i jak z tym walczyć?

Nie kupować podróbek, nie słuchać cover'ów, nie oglądać nic nowego. [śmiech]
Włączam radio, a tam same znane utwory, tyle że w chamsko uproszczonych wersjach. To mnie odrzuca. Niestety, odpowiednik tego zjawiska w literaturze jest trudniej rozpoznawalny. Czytasz np. kogoś nowego, a tam chwytliwe sformułowania, szokujący język, niecodzienne rozwiązania graficzne, no i oczywiście coś o seksie. Ale czytasz dalej, a tam zero treści, tylko same językowe wygibasy. Przepraszam, ale po akrobacje chodzę do cyrku, nie do księgarni.

Ja po prostu zapraszam koleżanki z ulicy na herbatę... (Śmiech!) Akrobacje gwarantowane, od literatury wymagam czegoś więcej aniżeli elokwencji w maskowaniu plagiatu! Potrafisz wymyśleć coś w Swojej twórczości, czego wcześniej nikt nie poruszył, opisał i opublikował? Naprawdę pisarze muszą być aż tak odtwórczy i wtórni?

Ojojoj! Gdyby podchodzić do kwestii "wtórności" w taki sposób, nikt nie mógłby zostać zaliczony jako oryginalny poza twórcami fantasy. Ja natomiast opisuję realne życie, które niby dobrze znamy, tyle że jest to życie widziane moimi oczyma. Taka doza oryginalności mnie w zupełności zadowala.

Czy jako świadomy konsument powinienem mieć prawo do zwrotu książki, po przeczytaniu, gdy uznam daną pozycję za produkt niepełnowartościowy w myśl ustawy?

Ha! Na szczęście, jeszcze nie wymyślono urządzenia do skanowania odczuć, nie zatwierdzono ustawy o klasyfikacji takowych, ani nie ustalono jak określać objawy "zatrucia" niepełnowartościową książką. Jeśli to zostanie zrobione, znaczy się, że koniec świata tuż tuż. Chociaż nie, właśnie przypomniałem sobie jak na jednej z wypożyczonych z biblioteki książek przeczytałem napisaną ołówkiem szybką recenzję.
Tak czy inaczej, obstawiam zakład, że w "100 kijach" Czytelnik znajdzie choć jeden rozdział, który uzna za towar pełnowartościowy, a jednocześnie choć jeden stanie mu ością w gardle jego sumienia.

A jeżeli nie znajdzie? Może do Ciebie napisać o zwrot pieniędzy? Uznasz reklamację? Czy po prostu rzucasz propagandę w obieg?

Jeśli Czytelnik nie znajdzie, to znaczy, że niniejszy wywiad i/lub recenzje książki czytał na haju, a więc sam sobie winien, że zakupił.W takich przypadkach reklamacje nigdzie nie są uznawane. No, chyba że zakupił w celu rytualnego spalenia jej na stosie. [śmiech] A jeśli z kolei ktoś mocno się po tej lekturze zciśnieniuje, niech szuka sekundanta i idziemy na udeptaną ziemię, albo najlepiej od razu do jakiegoś talk-show i tam ustalimy sobie co i jak. Tak przy okazji: moim marzeniem jest spotkać się w takiej formule z Panem Terlikowskim... [śmiech]

Recenzje zazwyczaj są podzielone, a nawet jeśli wszyscy zachwalają daną książkę – zawsze trafi się czytelnik, który będzie miał odmienne zdanie. Nie uważasz, że powinien mieć on prawo do zwrotu pozycji, która dla niego nie była warta żadnych pieniędzy?

To po co ją kupował? Zresztą, pewnych rzeczy nie wycenisz żadną miarą. Ale do rzeczy: jeśli ktoś będzie chciał zwrotu, najpierw niech mi przedstawi swoje argumenty. Chętnie o nich z Czytelnikiem podyskutuję, najlepiej publicznie.

Dlaczego czytelnicy nie są szanowani przez autorów tekstów?

Szacunek to pojęcie względne. Jeśli chcesz Czytelnika poruszyć, jednym z bardziej niezawodnych chwytów jest postawić go pod ścianą w krzyżowym ogniu kul własnego poczucia sprawiedliwości. Ale uwaga: już samo to może zostać autorowi poczytane za "brak szacunku". Ale co tam – ja na takie "braki" pozwalam sobie cięgiem.

Świetnie, trafił swój na swego, a mimo to na wiele pytań odpowiedziałeś wymijająco, czy do któregoś z poruszonych tematów powrócisz w którymś z przyszłych artykułów lub projektów prasowych?

Pisałem, piszę i będę pisał o życiu, życiu w naszym chorym społeczeństwie, które - co gorsza - uważa się za zupełnie zdrowe. Ale o poważnej chorobie lekarz nie powinien informować pacjenta w sposób bezpośredni, żeby pacjenta nie "zabić". Jeśli więc kolega odniósł wrażenie, że odpowiadałem wymijająco, oto kolega dostał właśnie swoją na to odpowiedź: szok trzeba dozować.

Nie wrzucajmy do jednego worka szokowanie a bycie monotematycznym, bowiem są to dwie zupełnie inne rzeczy. Kiedy masz się wykazać i pokazać własną osobowość, jeśli nie podczas wywiadu? Warto było ukrywać się pod powierzchownymi wypowiedziami?

Jeśli są w Polsce Czytelnicy, którzy uznają, że byłem w tym wywiadzie sobą (w tym, nieugięty), wtedy odpowiem tak: warto było się tutaj takim zaprezentować.

Czujesz się celebrytą po premierze?

Celebryta to osoba, której podpis - mimo że nawet największy bazgroł - większość nazywa "ałtografem". Ja natomiast, choć też bazgrolę, nadal się podpisuję, a więc nie – celebrytą się nie czuję. [śmiech]

Ale odnoszę wrażenie, że po tym wywiadzie się Nim staniesz. I co Ty na to?

Oponować nie będę! [śmiech] Tym bardziej pozwoli mi to docierać z pewnymi kwestiami do szerszego grona Odbiorców. Martwię się jednak o celebrycki status kolegi... Celebryci, hmm – może to odpowiedni temat na mój kolejny felieton...? Tak czy inaczej, dziękuję za tony inspiracji.

Współpracujemy z: