Okładka wydania

Karaluchy

Kup Taniej - Promocja

Dodatkowe informacje


Oceń Publikację:

Książki

Fabuła: 100% - 2 votes
Akcja: 100% - 2 votes
Wątki: 100% - 1 votes
Postacie: 100% - 3 votes
Styl: 100% - 1 votes
Klimat: 100% - 2 votes
Okładka: 100% - 1 votes
Polecam: 100% - 2 votes

Polecam:


Podziel się!

Karaluchy | Autor: Jo Nesbø

Wybierz opinię:

Zuzankawes

Jeszcze do niedawna przekonana byłam, że w kwestii audiobooków już niewiele jest w stanie mnie zaskoczyć. Świetny lektor, niesamowita interpretacja książki, albo niepowtarzalny styl. Bo cóż innego można jeszcze wymyślić? Okazuje się, że rynek audiobooków jest polem do popisu i eksperymentów, żyznym, chłonnym i obfitującym w cudowne wręcz plony.

 

O ile do tej pory audiobooki lubiłam, od teraz je uwielbiam! A wszystko to za sprawą „Karaluchów" Jo Nesbo, kryminalnej superprodukcji, zrealizowanej przez Wydawnictwo Dolnośląskie i serwis Audioteka.pl.

 

Superprodukcja jest połączeniem tradycyjnego audiobooka ze słuchowiskiem. „Karaluchy" Nesbo, to poza czołowymi aktorami polskiej sceny, fantastyczna oprawa dźwiękowa i genialna muzyka Wojtka Mazolewskiego. Klimatyczna, mroczna, niepokojąca i przede wszystkim hipnotyzująca. Genialnie wtapiająca się w tło, a miejscami dopełniająca wydarzenia opisywane na kartach powieści Nesbo.

 

Historia rozgrywa się w orientalnym Bangkoku. Harry Hole, norweski policjant, wysłany zostaje do Tajlandii, by wraz z tamtejszą policją przeprowadzić śledztwo w sprawie morderstwa ambasadora Alte Molnesa. Sprawa jest niezwykle delikatna. Ambasadora, w hotelowym pokoju, odnajduje z nożem wbitym w plecy zamówiona przez niego prostytutka. Hole rozpoczyna dochodzenie, którym dowodzi charyzmatyczna Liz Crumley (w tej roli świetna Iza Kuna!). Śledztwo okazuje się bardzo zawiłe. Pojawia się mnóstwo tropów i wątków, które skompromitować mogą prominentnych Norwegów. Istnieje również realna groźba międzynarodowego skandalu, w którym ujawnione mogą zostać poza morderstwem ambasadora i okoliczności w jakich zginął, dużo paskudniejsze sprawy, od perwersji poczynając, kończąc na pedofilii. Władzom Norwegii i Tajlandii bardziej zależy na wyciszeniu całej sprawy, niż na znalezieniu mordercy ambasadora. W takich warunkach Hole, Crumley i jej ekipa prowadzić będą wyczerpujące dochodzenie, które namiesza w życiu wielu osób.

 

„Karaluchy" Jo Nesbo, to kryminał z prawdziwego zdarzenia. Dzieje się tu dużo i szybko, a autor zaskakuje coraz to nowymi sytuacjami, które gmatwają i tak bardzo poplątaną sytuację bohaterów. Zwodzi czytelnika, komplikuje losy postaci, rzuca nowe światło na wydarzenia, zmienia tempo toczących się wydarzeń, podsycając apetyt czytelnika / słuchacza. Jest nie tylko świetnie napisany, ale osadzony w egzotycznej scenerii, która dodatkowo wyostrza ciekawość. Samo otoczenie nie byłoby jednak wiele warte, gdyby pozbawić go tak misternej intrygi, przemyślanej i dopracowanej z precyzją i z prawdziwym mistrzostwem. I oczywiście byłaby też niczym, gdyby pozbawić ją charyzmatycznych postaci. A u Nesbo jest wszystko. Zrównoważone, a zarazem nadające żaru powieści...

 

Przyznam, że po raz pierwszy audiobook zrobił na mnie aż tak niesamowite wrażenie. „Karaluchów" słucha się lepiej niż ogląda film. Narrator prowadzi czytelnika zatłoczonymi ulicami Bangkoku, przeprowadza przez najbrudniejsze dzielnice i najpodlejsze zakątki miasta. Aktorzy doskonale grają swoje role. Brzmią autentycznie, fantastycznie oddając osobowości swoich bohaterów. Genialna jest zwłaszcza Danuta Stenka i fantastyczna Izabela Kuna. Ale to, co wyprawia Łukasz Simlat, to już prawdziwe mistrzostwo. Oprócz nich usłyszeć można m.in. Borysa Szyca, Magdalenę Cielecką, czy Bogusława Lindę i wielu innych fantastycznych aktorów.

 

Muzyka, jak wspominałam, świetnie wpasowuje się w tło, a efekty dźwiękowe dopełniają całości. Kapitalnie jest słuchać o Bangkoku i jednocześnie słyszeć w tle jazgot ulicy. Nieźle brzmią też, naturalistycznie oddane odgłosy, wydawane przez bohaterów (jęki, sapania, wzdychanie, etc.) Co prawda w nadmiarze mogą irytować, ale reżyser (Krzysztof Czeczot) na szczęście nie przeholował w tej materii. Jest jednak jeden mankament. Momentami zagłuszają dialogi i to w miejscach, w których robić tego nie powinny.

 

W każdym razie, dla mnie to i tak prawdziwa bomba. I przysięgam, musicie tego posłuchać!

PJK

Bangkok, stolica Tajlandii i seksturystyki. To tutaj z całego świata zjeżdżają się ludzie w poszukiwaniu wszystkiego, co tylko wyobraźnia może podsunąć. Tajski masaż nabiera zupełnie dosłownego znaczenia, gdy na każdym rogu stoją maleńkie, śliczne Tajeczki z miniaturowymi usteczkami, miniaturowymi rączkami, miniaturową moralnością i ogromnymi oczętami, za którymi kryje się przyzwolenie. To tutaj każda najgorsza perwersja może zostać nakarmiona. Dyskretnie. I nie jest ważne, czy lubisz seks z dziewczyną z łyżwami na nogach, nastoletnim chłopcem, czy katoey, czyli kobietą z dość wyraźnym jabłkiem Adama. Ważna jest jedynie cena. Pod tym względem Tajlandia to siedlisko hedonizmu, perwersji i braku zahamowań. Brzydka, sprośna kraina dewiacji i niezdrowych pociągów. Ale z drugiej strony to też ojczyzna tolerancji i tej pozytywnej odmiany rozrywki. Wszystko zależy od pobudek, którymi kierują się stadnie przybywający turyści.

 

W motelu, nieoficjalnym burdelu Wanga Lee, znalezione zostają zwłoki faranga, białasa, i to nie byle jakiego - norweskiego ambasadora. Wszystko wskazuje na to, że Atle Molnes został zamordowany, tylko, aby uniknąć politycznego skandalu, sprawa jest wyciszona. Na miejsce zostaje wysłany Harry Hole, skacowany policjant, który dziwnym trafem stał się bohaterem po sprawie w Sydney (Człowiek - nietoperz).

 

Nie muszę mówić, że Harry nie był zbyt zadowolony... Ale praca, to praca, prawda? Po raz kolejny salutuje na pożegnanie Jimowi Beanowi i wnika w duszne, śmierdzące i wiecznie zatłoczone miasto.

 

Nawet jakbym chciała opisać fabułę, musiałabym chyba przepisać książkę. Bo całość jest tak misternie uknuta, że mniej skomplikowane wydają się rachunki różniczkowe i całkowe...

 

Ogólnie rzecz biorąc, cała ta sprawa robi z Harry'ego debila. I, do pewnego momentu, Harry wpisuje się w swoją rolę. Ale Harry nie byłby Harry'm, gdyby nie okazał się mieć IQ godnego członkostwa w Mensie. Albo po prostu ma fart. Tak czy inaczej, za rozwikłanie zagadki przyjdzie norweskiemu Bondowi słono zapłacić, a trup będzie się siał pokotem. Intryga nie tyle dostarcza nam rozrywki, ale i wymaga, by nasze szare komórki trochę się pogimnastykowały. Taka siłownia intelektualna, co by mózg nie sczezł. Świetny język, duża dawka ironii, wciągająca fabuła powodują, że czas spędzony podczas lektury "Karaluchów" to naprawdę niezła zabawa.

 

Czytałam, czasami - sorry, Jo - ziewając. Ale częściej marszczyłam twarz i zagryzałam zęby (czytelnictwo sprzyja zmarszczkom mimicznym). Czasami akcja stała w miejscu, by po chwili ruszyć z kopyta. A czasami przewracałam kartki do tyłu, by po chwili palnąć się otwartą dłonią w czoło i rzec: "No oczywiście!". Bo, znając całą historię, muszę oddać Nesbø sprawiedliwość - nawet te pozornie nudne momenty miały ogromną wagę przy rozwiązaniu zagadki. Więc tym, którzy za lekturę dopiero się wezmą, radzę: czytajcie uważnie. Bo czasem nic nie znacząca rozmowa, niewielki detalik, wręcz drobne prychnięcie mogą okazać się zbawienne przy rozgryzaniu intrygi. A jest co rozgryzać...

 

Jedno, co mnie zastanawia i czego absolutnie nie jestem w stanie pojąć, to fakt, dla którego młody, jurny i nie tak znowu brzydki Harry, będąc w stolicy rozpusty, ani razu nie skorzystał z jakichkolwiek usług tajskich. Nie wierzę. Harry to przecież bad boy, a Nesbø, choć nie wybiela swojego bohatera na siłę i dodaje mu atrybutów niezłego skurczybyka, nadaje mu nieskalaną moralność. Nie, sorry, nie kupuję tego. Co prawda Harry spotyka się na krótkie tête-à-tête z pewną panią, ale ona ani nie jest egzotyczna, ani nie jest... płatna.

 

Generalnie moja miłość do kryminałów Jo Nesbø jeszcze wzrosła. Jestem bezwarunkowo i ślepo zauroczona, może dlatego nie widzę pewnych niuansów, które krytykują inni czytelnicy. Bo wystarczy sobie zadać jedno proste pytanie: "po co czytam"? Gdy odpowiedź brzmi "dla rozrywki", to, proszę Państwa, nie musicie dalej szukać. Jo Nesbø to rozrywka pierwszej klasy, z najwyższej półki.

Miłka Kołakowska

Średnie spotkanie z „Człowiekiem nietoperzem" mam już w niepamięci. JoNesbø nie okazał się tylko rozreklamowanym autorem, a człowiekiem, który ma dobre podstawy do pisania powieści kryminalnych. „Karaluchy" dotrzymywały mi towarzystwa podczas tegorocznego urlopu i wychodziło im to nawet nieźle. Udało mi się nawet polubić Harry'ego Hole, który w pierwszej części niekoniecznie przypadł mi do gustu.

 

Początek nie był jednak łatwy. Harry wyglądał na bohatera straconego w sposób wręcz pospolity. Wieczorne przesiadywanie w barach i popijanie alkoholu w ilości przekraczającej normy powodowało moją niechęć do norweskiego policjanta. Jednakże, to właśnie zatracenie się głównego bohatera stało się swego rodzaju motywatorem do wysłania go na drugi koniec świata, by błądził po omacku w celu poszukiwania zabójcy norweskiego ambasadora w Tajlandii. Harry, prawie do końca nieświadomy prawdziwego celu swojej wizyty, okazuje się niemałym wrzodem dla tych, którzy posłali go do Bangkoku. Jego dociekliwość, choć mocno skrywana i nie zawsze uchwytna przez czytelnika, pozwoliła mi na wydobycie lekkiej sympatii do policjanta. W pewnym momencie wiedziałam, że on już ma rozwiązanie w głowie, a ja nadal się nie domyślałam. Może miałam zbyt ulotny umysł na wakacjach i nie wszystkie wątki zlepiały mi się w precyzyjną całość. Istotne jest to, że nić porozumienia z Norwegiem została zasupłana i teraz pozostaje walczyć, aby ją utrzymać w tym samym, bądź mocniejszym, stanie w kolejnych tomach.

 

Wybrałam jeszcze dwie postaci, które zasłużyły na moje podwyższone zainteresowanie. Jedną z nich był JensBrekke, a drugą Runa. Jens, który niezaprzeczalnie miał powód, by uśmiercić ambasadora, okazał się postacią nadzwyczaj inteligentną i zorganizowaną. Połączenia, jakie wykonywał z więzienia do samego Harry'ego, wydawały się bardzo groteskowe, częściowo męczące, a dopiero koniec pokazał ich sensowne podłoże. Nesbø podszedł do niektórych wątków nieszablonowo i poprzez wtapianie w nas myśli o prostocie postaci, pokazał ich wielkość i rolę w prowadzonym śledztwie. Runa, zupełnie jak Jens, wydawała się błaha, wręcz przypominała zwykłą podkochującą się nastolatkę, a w ostateczności jej rola również okazała się wartościowa, od początku misternie zaplanowana. O pozostałych postaciach się nie rozpisuję, nie zapadną mi raczej w pamięć. Ot tak, niczym nie wyróżniający się bohaterowie, jakich pełno w kryminałach.

 

Poza czynnikiem ludzkim zwróciłam uwagę na tło powieści i ulokowanie akcji w Tajlandii. Zostałam miło zaskoczona dość szczegółowymi i realnymi opisami Bangkoku, ulicznym gwarem i wyjątkowym hałasem, jaki towarzyszył Harry'emu non stop. Klimat miasta wyrażony poprzez jeżdżące tuk-tuki, spływający pot i witanie gości na schodach, wydawał się być niemal odzwierciedleniem atmosfery panującej w stolicy Tajlandii. Niby tam nie byłam, ale mam podobne wyobrażenia o tym coraz bardziej popularnym mieście.

 

Na prawdziwość scenerii trzeba jednak uważać, bo łatwo zauważalne są błędy merytoryczne autora. Nawiązał bowiem do niby istniejącego w Chinach (akcja toczy się w latach 90-tych XX wieku) ruchu lewostronnego, podczas gdy ten został zmieniony na prawostronny w 1946 roku (za wyjątkiem Hong Kongu i Makau). Nie czepiam się do tego, ale lepiej wiedzieć, że zawarte dane nie zawsze pokrywają się z realnym światem. Dodatkowo (może to kwestia tłumaczenia), niektóre zwroty wydawały mi się co najmniej mało sensowne:

 

„Na moment zemdlał. Ale wiedział, że mu nie wolno"

 

Mało znam się na medycynie, ale osoba, która przed chwilą zemdlała, nie jest chyba na tyle świadoma, by od tak decydować, czy nadal być omdlałą, czy może jednak już się ocucić.

 

Nie zauważyłam też, ale może to przez moje wakacyjne roztargnienie, jakiegokolwiek powiązania tytułu z treścią powieści. Czy może coś mi umknęło? Tytuł często bywa zagadkowy, ale ostatecznie stwierdzam, że zwyczajnie pasuje, jest odpowiedni. Tu nie miałam takiego odczucia.

 

Przechodząc powoli do samej treści, przyznam, że nie była w żaden sposób skomplikowana. Nie ma tu aż tak typowej gmatwaniny wątków, uniemożliwiających sensowne połączenie splotu wydarzeń. Jeżeli ktoś liczy na bardzo diagnostyczną i wielowątkową opowieść, może nie być zadowolony. JoNesbø operuje prostymi wydarzeniami, oszczędnie wprowadza nowych bohaterów, nie operuje mało wiarygodnym, ale uzasadnionym, motywem zbrodni. Prowadzi czytelnika oczywistą ścieżką, skupiając się nie na motywie, jak często ma to miejsce w kryminałach, a na samej postaci winnego.Osobiście bardziej preferuję typowy labirynt w poszukiwaniu sprawcy, ale i tu się nie zawiodłam. Końcówka świadczy o tym, że autor postarał się, aby elementy były prawidłowo złożone. Teraz z większym spokojem podejdę do kolejnych części i nie obawiam się o stratę czasu. Polecam, szczególnie dla osób poszukujących typowo lekkiego kryminału.

 

Komentarze

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z:

BIBLIOTECZKA

Karta Do Kultury

? Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
*obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
*dodawać je do ulubionych
*polecać innym czytelnikom
*odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
*listować pozycje, które posiadasz
*oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!

  • Stwórz Konto