Hossula
-
Kocaponganie to lud tajwański zaliczający się do Rukajów, którzy należą do dużej grupy Aborygenów wysokogórskich Gaoshanzu, zamieszkującej wybrzeże pacyficzne Tajwanu. Pisarz Kadreseng Auvinni wywodzi się z Kocaponganów i postanowił utrwalić najświeższą historię swego ludu.
Społeczność Kocaponganów od zawsze zamieszkiwała górzyste tereny Tajwanu. Funkcjonowali tam w obrębie swojej wioski, Kocaponge, żyli w zgodzie z naturą, ze swoimi wierzeniami, które uczyły poszanowania drugiego człowieka i otaczającej przyrody, która była ich karmicielką. Harmonia trwała do czasu aneksji Tajwanu przez Japonię, która narzuciła wyspie swoje rządy i zasady, próbowała zjaponizować mieszkańców, a narzucone normy wykonań, dostarczania produktów sprawiły, że ludność coraz bardziej ubożała, zasoby naturalne się wyczerpywały, a młodzież coraz chętniej uciekała do cywilizacji. Po Japonii wyspę eksploatowały i niszczyły Chiny kontynując niszczenie lokalnych społeczności. Musieli opuścić rodzinną wioskę z powodów administracyjnych. Kiedy natura również dołożyła swoje i najpierw nową wioskę zniszczył tajfun, potem następną, założoną wspólnymi siłami, zaczęły nawiedzać kolejne tajfuny, a ostatni, największy - Sepat, dokończył dzieło zniszczenia, autor książki postanowił utrwalić od zapomnienia dzieje swojego ludu, które nigdy wcześniej nie zostały spisane. Intensywnie działa na rzecz ochrony dziewictwa Kocapongów, ich charakterystyczne chaty z łupków zostały wpisane na listę zabytków, a pierwotna wioska, Kocapongene, uzyskała status zabytku drogiej klasy i jest pod ochroną.
Książka oprócz historii najnowszej, opowiada całe dzieje Kocapongów, autor opisuje wierzenia, przedstawia rytuały, m.in. Święto Plonów. Poznajemy zwykłych ludzi związanych ze swoją ziemią i zwyczajami. Kocapongowie to przyjaźni, ludzie, niezwykle wrażliwi, mocno przywiązani do wspólnoty. Nawet tajfuny, które zniszczyły kilkakrotnie w czasie życia jednego pokolenia dorobek ich całego życia nie sprawiły, że się załamali. Z niezwykłym stoicyzmem przyjmują to, co daje im los i z niezwykłą pogodą ducha od razu po katastrofie planują odbudowę, choć boleją nad tym, że coraz bardziej zatracają swą tożsamość. Jednak pomimo tego starają się kultywować zwyczaje przodków, choć nie jest to łatwe na nowej ziemi, bez tradycyjnych budynków, posągów bóstw i coraz to bardziej zmniejszającej się społeczności. Tęsknią do swojej wioski, w której się wychowali, w której dorastali i żyli ich przodkowie. Kocaponge jest ich krajem utraconym. Tytuł książki kojarzy się z rajem utraconym i w takich właśnie kategoriach ludność traktuje swą rodzinną wieś. To ich kraj, raj, w którym powstała i trwała ich tożsamość plemienna. Jej trzon, rdzeń, oparł się wpływom obcych kultur, a zniszczyła natura, która upomniała się o swoje. To niesamowite, ze ci ludzie nie zostali zniszczeni psychicznie, dalej planują i działają w kierunku odbudowy społeczności. Z jednej strony są załamani tragediami, które ich spotkały, z drugiej zaś potrafią zebrać wszystkie siły do dalszego życia i tworzenia czegoś nowego. Na ile jeszcze starczy im wytrwałości? To się okaże.
Książka przedstawia historię niedużej grupy ludzi, którzy pielęgnują tradycje przodków, ale ich świat się coraz bardziej kurczy, coraz trudniej jest im zachować swą tożsamość.
W cywilizacyjnym naporze nowych idei wciąż znikają z powierzchni Ziemi całe plemiona, a ich kultura i zwyczaje odchodzą w niepamięć. Kocapongowie mają swojego Auvinniego Kadresenga, inni nie zawsze mają tyle szczęścia, by zanim znikną, ktoś utrwalił ich osiągnięcia.
„Kraj utracony" napisany jest pięknym poetyckim językiem, czyta się go jak bajkę, lub lepiej powiedzieć przypowieść, pełną mądrości ludu, opowieści o przodkach, duchach, bogach, który stopniowo zostaje pochłonięty przez cywilizację, gdzie panuje prawo silniejszego. Warto czasem przystanąć i wsłuchać się w głosy i szepty ludzi, od których możemy się nauczyć szacunku, wierności przekonaniom i życia w zgodzie z naturą.