Wersja dla osób niedowidzącychWersja dla osób niedowidzących

Okładka wydania

Ulica Żółtego Błota

Kup Taniej - Promocja

Additional Info


Oceń Publikację:

Książki

Fabuła: 100% - 1 votes
Akcja: 100% - 1 votes
Wątki: 100% - 3 votes
Postacie: 100% - 1 votes
Styl: 100% - 1 votes
Klimat: 100% - 2 votes
Okładka: 100% - 1 votes
Polecam: 100% - 1 votes

Polecam:


Podziel się!

Ulica Żółtego Błota | Autor: Can Xue

Wybierz opinię:

Doris

„Gdzieś w tym mieście znajduje się ulica Żółtego Błota, pamiętam to doskonale. Ale wszyscy powtarzają, że taka ulica nie istnieje.”

 

       Zaczyna się od brudu, który wciska się żarłocznie w każdą szczelinę, spada w nieba jako „smoliście czarny popiół. Nie wiadomo, skąd się brał, zdawał się padać cały czas, przez cały rok, nawet deszcz padał czarnymi kroplami”, pokrywając wszystko wokół ponurą, czarną breją: domy, drzewa, chodniki, a także ludzi. Wszędzie widzimy podejrzliwość, zamykanie się w swojej małej przestrzeni, opatulanie warstwami odzieży nawet w upał, by jeszcze bardziej się izolować, rozmemłanie i gnuśność, czyli wszystko, co odbiera energię do działania i chęć do życia. Ulica Żółtego Błota to miejsce, w którym na pewno nie chcielibyśmy się znaleźć, a jeśli już tak by się stało, salwowalibyśmy się natychmiastową ucieczką dokądkolwiek, byle dalej. A jej mieszkańcy tkwią tutaj od pokoleń, pogodzenie z tym życiem – nie życiem, złączeni z nim niczym z pępowiną rodzicielki, choć pokarm, który nią płynie jest zatruty.

 

       Tutaj nawet promienie słońca, niezbyt często goszczące na mętnym zwykle niebie, zamiast lekkości, radości, przynoszą tylko smród gnijących warzyw i cuchnące wydzieliny żywej tkanki oraz wszechogarniający sen. „Z porozrzucanych spróchniałych desek i z zatłuszczonych skrzynek wyrastały najróżniejsze sny, rozgrzane i spocone, i tworzyły sieć snów, w której utykały chrapania przypominające odgłosy zwierząt.” Zdawało się, że ulica zastygła w oczekiwaniu na COŚ lub KOGOŚ, kto ją obudzi, wskaże kierunek, natchnie energią… na swojego przywódcę, Mesjasza, oswobodziciela, jednocześnie go pragnąc, bojąc się go i o niego, bo przecież będzie dochodzenie, rozpytywanie, aresztowania, wysiedlenie i wszystko co najgorsze może się stać i przed czym nawet on, upragniony, odważny, który wie wszystko, nie zdoła się obronić, a wydadzą go właśnie ci, którzy teraz tak go wyglądają.

 

        Tymczasem zaś ulica Żółtego błota tkwi gdzieś między być, a nie być, światem realnym, a marzeniem, jawą, a snem. „Och, ulico Żółtego Błota, ulico Żółtego Błota, a może istniejesz wyłącznie w moich snach? Może jesteś tylko dygoczącym ze smutku cieniem?” To dość irracjonalna przestrzeń, gdzie wszystko sobie przeczy, wydaje się pozbawione sensu, mieszkańcy robią dziwne rzeczy, na pozór nie mające z sobą związku. Gdy już zaczynasz z tych klocków budować jakiś porządek, zaraz zostaje on brutalnie zburzony przez pojawiającego się znikąd bohatera, kompletnie niepasujące wydarzenie czy zwrot akcji o 180 stopni.

 

       Sny są koszmarne, podobnie jak rzeczywistość, osoby znikają niespodzianie nie wiadomo gdzie, co zauważa się z dużym nieraz opóźnieniem. Wokół fruwają odcięte głowy i kończyny, brocząc krwią, która barwi wszystko na czerwono i do której przysysają się natychmiast nienasycone larwy i owady. Jednak po co się budzić, skoro życie nie ma do zaoferowania nic lepszego, także zmuszając ludzi do tolerowania całej masy oślizgłych, małych stworzeń, skrzydlatych i bezskrzydłych, przynoszących epidemie, cierpienie, świąd i liczne inne niedogodności. Ludzie czekają „zachodu słońca i gdy nastawał kolejny dzień, znów dyszeli, zlewali się potem… i znów to samo, bez końca, bez wytchnienia.” Cóż, częściowo sami są sobie winni, zrzucając śmieci i odpady, gdzie popadnie, sami prowokują los.

 

       Zauważamy też, że ten nieopanowany, drastyczny turpizm, jaki wyrzuca z siebie wyobraźnia autorki, w pewnym sensie zaczyna nas fascynować, przyciągać, budzi niezdrową wręcz ciekawość, oczekiwanie na kolejne, coraz wymyślniejsze, coraz obrzydliwsze obrazy zdegenerowanego świata. Przestajemy nawet zastanawiać się nad znaczeniem tych treści, napawając się po prostu ich ohydą. Czy do takich potworności można przywyknąć, a nawet uzależnić się, polubić? Czemu mieszkańcy, tak udręczeni, nieszczęśliwi, nie opuszczą ulicy Żółtego Błota, nie poszukają dla siebie bardziej przyjaznego miejsca? To pytanie zawisa w przestrzeni nie doczekawszy się odpowiedzi. Może wyglądają ratunku z zewnątrz, kogoś jak Wang Ziguang. I gdy już nawet sami przeczuwamy w nim oswobodziciela, przywódcę prawdy i czystości, otrzymujemy same sprzeczne informacje: że przyjechał, że umarł, że nigdy nie istniał i że jest zwykłym pracownikiem wytwórni surowców wtórnych. Czyli znów nie wiemy nic, za to mętlik w głowie coraz większy.

 

       Powieść Can Xue pełna jest elementów charakterystycznych dla surrealizmu. Oniryczność, przenikanie się świata jawy i świata snu, wręcz ich splątanie niczym w tańcu świętego Wita, co tylko powiększa naszą dezorientację. Nie wiemy do końca czy ulica Żółtego Błota istnieje naprawdę, czy tez jej mieszkańcy ją wyśnili, spędzając większość swego czasu w tej somnambulicznej rzeczywistości. Chcieliby się obudzić, znaleźć drogę ucieczki od tego brudu i zgnilizny, czekają na wybawcę, wyobrażają go sobie, nieomal stwarzają z gorących marzeń, by za chwilę wątpić w jego istnienie. Dlaczego śnią tak paskudny sen, w którym nie ma wytchnienia ni dla wzroku, ni dla węchu, ni dla słuchu, który zdaje się ich kompulsywnie pożerać, głośno przy tym mlaskając i sapiąc? Myślę sobie, ze zdają sobie sprawę, iż można żyć inaczej, lepiej. Ale jak to jest owo lepiej? Tak daleko ich wyobraźnia już nie sięga. Po prostu innego życia niż to, na ulicy Żółtego Błota nie znają.

 

       Próżno tu wyglądać z nadzieją choć jednego elementu, który można by okrzyknąć zwiastunem nadziei. Nie ma jej nigdzie. Świat oszalał, zaplątał się, ludzie miotają się, mówią coś bezładnie, co jakiś czas powtarzają zakodowane w umysłach hasła: „reakcjoniści”, „towarzysze zachowajcie czujność”, które nagle urywają się, pozostają bez znaczenia.

 

       Większe szczury zagryzają te słabsze, mniejsze, stada owadów i robali atakują wszystko, co spotkają na swej drodze i co biorą za przeszkodę. No dobrze, niech autorka zarzeka się, że nie powinniśmy tworzyć jakichś frymuśnych porównań, przenosić tej wymyślonej przez nią rzeczywistości na jakąkolwiek inną, prawdziwą… Moje skojarzenie, silne, wręcz natrętne, z Chinami, z uciskiem państwowym, inwigilacją, pożeraniem jednych przez drugich, chęcią ucieczki, choćby i w senny koszmar, z wrażeniem błądzenia po omacku i nurzania się w zepsuciu, miotania się „pomiędzy”, nie wydaje się nieuprawnione. Autorka ucieka w bezsens, w nie realizm, w obłęd, byśmy sami mogli poczuć, jak w takim świecie funkcjonują małe, nic nie znaczące jednostki. Jak nieskładnie budują zdania, sami sobie przecząc, nie potrafią zebrać rozbieganych myśli, stąpają ostrożnie, by zdążyć ominąć każde potencjalne zagrożenie, jak czują się odizolowani od reszty świata, skazani na pobyt tu i na przebrzydłą ulicę Żółtego Błota, która trzyma ich w potrzasku, niszczy i odmienia, jak i wszystko dookoła, jak ulice i dachy domów. „Dach jest jak człowiek, wolno rozkłada się w środku, a kiedy już przegnije, zamienia się w robaki. Na tym świecie wszystko kiedyś się rozłoży i rozpadnie – czy to żelazo, czy brąz, i na końcu pojawiają się robaki. Czy jest jakaś nadzieja dla kontrrewolucjonistów?’

 

 

Komentarze

Security code
Refresh

Aby Skomentować Kliknij Tutaj

Współpracujemy z:

BIBLIOTECZKA

Karta Do Kultury

? Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
*obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
*dodawać je do ulubionych
*polecać innym czytelnikom
*odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
*listować pozycje, które posiadasz
*oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!
  • Zobacz Mini Tutorial