Okładka wydania

Wieczny Strach Przed Jutrem

Kup Taniej - Promocja

Dodatkowe informacje


Oceń Publikację:

Książki

Fabuła: 100% - 1 votes
Akcja: 100% - 1 votes
Wątki: 100% - 1 votes
Postacie: 100% - 3 votes
Styl: 100% - 1 votes
Klimat: 100% - 2 votes
Okładka: 100% - 3 votes
Polecam: 100% - 1 votes

Polecam:


Podziel się!

Wieczny Strach Przed Jutrem | Autor: Władysław Kaczorowski

Wybierz opinię:

Agnesto

Ostatnio, może przez zbieg okoliczności, może przez świadomy wybór, trafiam na książki wspomnieniowe. Oto autor w sędziwym dziś wieku zasiada przed białą kartką z długopisem w ręku i zaczyna... Co zaczyna? Zaczyna wspominać szmat życia, które zbliża się ku końcowi, a którego początek wymaga wielkiego skupienia i analizy. Wraca do przeszłości i odtwarza ją, jak niemy film z sobą w roli głównej. Dokonuje się katharsis i uwolnienie duszy. Ale takie podejście do książki ma jeden, inny zaś zapyta - kiedy to było? Lata temu? To skoro lata temu, gdy nie było mnie jeszcze na tym bożym świecie, to po co to czytać? Szkoda czasu.

 

I tu wkraczam ja, w sukurs tym wszystkim kpiącym głosom. Bronię tych wydań. Bo są autentyczne, prawdziwe i szczere. Spisane amatorską ręką sprawiają, że stajemy się autorami w wieku dojrzewania i patrzymy na świat z perspektywy bycia nimi. Te książki, to pamiętniki. To annały, dzienniki, jakich próżno szukać w dziale historii. „Wieczny strach przed jutrem” Władysława Kaczorowskiego to przykład właśnie takiego cudu. Okazu wręcz. To niebanalny „zeszyt” dla dzieci i wnuków pana Władysława o tym, co było, a także o tym, co czuł on sam. On – ich dziadek. Urodzony w 1940 roku nie miał czasu na dzieciństwo. Jako dziecko musiał szybko dorosnąć i włożyć buty dorosłego. W wieku czterech lat stracił rodziców, a także rodzeństwo – bliźniaków. Została mu babcia. Jedyna bliska, która go przygarnęła i która go wychowywała. W biedzie i ubóstwie, ale zawsze z pełnym brzuchem. Na wsi jadał poziomki i truskawki z krzaków, czasem nawet z ziemniakami i śmietaną, bo ich wysyp był otumaniający. Uczył się orki, pracy fizycznej i szacunku do drugiego człowieka – bez względu na rasę czy poglądy. Jednak warunki, choć dobre, sprawiły, że całe zło, jakie go otaczało kumulowało się w nim. Mościło wręcz, zatruwało zdrowie, stąd potrzeba spisania wszystkiego na papierze. Potrzeba terapeutycznego wręcz skrobania, które przyniosło oczyszczenie i ulgę. I oddech, bo dopiero w wieku osiemdziesięciu lat pan Władysław rozliczył się z okrucieństwem przeszłości. Makabryczne klisze wspomnień, okupacja, mordy i krew. Do tego permanentna samotność i stała obawa o życie swoje i innych. Pisanie sprawiało ból. Nie inaczej jest z czytaniem. Chłopiec rzucony w sam środek wojny....
Kubajówka. Polska. Ukraina....

 

Polacy. Ukraińcy. Niemcy.
Podobno miejsce urodzenia i dorastania koduje się w świadomości człowieka na całe życie. To ukorzenienie jest niemalże potrzebą, jakimś wręcz psychicznym wymogiem, by móc do czegoś wracać, coś pamiętać. By mieć w ogóle punkt odniesienia do samego siebie. Bo człowiek bez tego umiera, jest nikim, bo znikąd nie pochodzi. Jest niemalże śmieciem unoszonym przez mocny wiatr historii. Autor dzięki pisaniu owego pamiętnika tłumaczy się poniekąd z własnych losów, co daje mu wreszcie – poczucie bezpieczeństwa. Wieczny strach przed jutrem paraliżuje. Czy wszyscy położą się spać, czy kogoś zabraknie? Czy szkoła będzie jutro stała, tam gdzie dziś? Czy on sam przeżyje... Bóg był, ale byli i żołnierze i wojna i nic nie było pewne...

 

Niesamowita precyzja w chronologii wydarzeń zaowocowała książką. To pewnego rodzaju hołd dla najbliższych autora. To niebanalna historia człowieka, któremu przyszło żyć w ciężkich czasach i który na każdym kroku zmagał się z rozmaitymi trudnościami i negatywnymi emocjami.

Doris

Dzieciństwo i młodość to nasza kotwica i fundament pod dalsze życie. Im jesteśmy starsi, tym częściej powracamy ku nim myślami, można powiedzieć, że z wiekiem stajemy się coraz bardziej sentymentalni. Władysław Kaczorowski, autor książki „Wieczny strach przed jutrem”, wspomina w niej swoje dziecięce i wczesnomłodzieńcze lata spędzone na rodzinnej Ukrainie. Z myślą ich spisania nosił się długo, wielokrotnie powracał do Kubajówki, aby spotkać się z rodziną i przyjaciółmi, których tam pozostawił. Porządkował fakty, uzupełniał je, przeglądał dokumenty i książki historyczne dotyczące lat wojennych i tuż powojennych tego regionu, przygotowując materiał do opracowania. Powstała z tego obszerna, czterystustronicowa apoteoza dzieciństwa zapamiętanego z domu babci Praskowii, położonego w małej, spokojnej ukraińskiej wsi na Huculszczyźnie. Władysław urodził się tam w 1940 roku i jako malutkie dziecko stracił oboje rodziców. Matka zmarła po skomplikowanym porodzie. Wkrótce potem zmarły dwie, dopiero urodzone bliźniaczki, dla których nie można było zorganizować właściwego pokarmu. Ojca zaś bestialsko zamordowała horda banderowców, wcześniej okrutnie go torturując. 3 letni chłopczyk został sierotą.

 

Zaopiekowała się nim babcia ze strony matki. I dzięki niej, co autor wielokrotnie podkreśla, może on wspominać swoje dzieciństwo jako okres beztroski i szczęśliwy. I takie też nam się ono jawi na kartach tej książki. A pamiętajmy, że czasy były trudne, wojenne, a później stalinowskie. Trudne szczególnie dla Polaków zamieszkujących Ukrainę, a także dla rodzin mieszanych, polsko-ukraińskich, jak rodzina autora. Znamy to z wielu książek i filmów, między innymi z mistrzowskiego „Wołynia” Wojciecha Smarzowskiego. Podsycane przez nacjonalistów ukraińskich, później również przez sowieckich komisarzy, chcących pozbyć się „polskich panów”, a także przez kościół, nastroje antypolskie zaowocowały strasznymi pogromami. Kubajówka była wsią spokojną, sąsiedzi żyli zgodnie, rodzina Władka nie odczuła niechęci z ich strony. Jego wujek, Ukrainiec, zawsze spieszył z pomocą. Jednak nie wszędzie tak było. Na ludzi czyhało wówczas wiele niebezpieczeństw. We wsi stacjonowali żołnierze niemieccy i węgierscy, a od 1944 roku sowieccy, którzy za dnia plądrowali domy, rekwirując żywność i co cenniejsze rzeczy. Nocą zaś wieś nawiedzali banderowcy z lasu, domagając się tego samego. Żyło się w ciągłym strachu i ten lęk, szczególnie lęk przed nocą, pozostał Władkowi do dziś.

 

Podziwu godną osobą była babcia autora, która wychowała go sama i, będąc osobą zaradną, stanowczą, a nade wszystko pracowitą, zapewniła mu nie tylko spokojne i pełne miłości, ale też, szczególnie jak na warunki wojenne i późniejsze stalinowskie porządki –dostatnie życie.

 

Gdy przewracałam kolejne strony książki miałam często deja vu, nieodparte wrażenie, że już gdzieś to czytałam. No tak, jasne. Jakie to podobne do „Chłopów” Reymonta! Nie mówię tu oczywiście o języku. Styl Władysława Kaczorowskiego jest, owszem, gładki i poprawny, ale całkowicie pozbawiony swady, ognia i dynamizmu. Autor nie stosuje żadnej stylizacji językowej, nie posługuje się gwarą, choć tekst wprost się o to prosi. Są to wszakże wspomnienia, nie powieść. Jednak barwnie i szczegółowo opisane obyczaje, pięknie ukazana wiejska obrzędowość, ukraińska ludowość nasunęły mi to porównanie. Mamy tu wszak i wiejskie wesele z ludowymi przyśpiewkami, i obchodzone uroczyście Wigilie, Święta Bożego Narodzenia i Wielkiej Nocy, Śmigus Dyngus. Stosuję tu liczbę mnogą, gdyż rodzina była polsko-ukraińska, więc obchodziła każde z tych świąt dwa razy – raz w obrządku rzymskokatolickim, drugi raz w bizantyjskim.

 

Opisy prac w gospodarstwie brzmią sielankowo. Choć z pewnością wymagały wiele wysiłku, to zawsze łączyły się z zabawą, żartami i psikusami. Sianokosy, sadzenie ziemniaków, świniobicie, które pozwalało zaopatrzyć rodzinę w mięso i jego przetwory na długie miesiące. Wędliny wędzono nad kuchnią, opalaną koniecznie „twardym drewnem z gruszy, jabłoni albo olchy, aby wędliny uzyskały piękny czerwony kolor i przyjemny zapach”. Własnoręcznie wyrabiane w maselnicy masło i bochny chleba domowego wypieku – oto smaki szczęśliwego dzieciństwa. Później nic już tak nie smakuje. Idylliczne scenki łowienia ryb nad rzeką Tłumaczyk własnoręcznie sporządzonymi z byle czego wędkami, jazda na sankach, czy na łyżwach po zamarzniętym jeziorze. Bajeczny, zimowy pejzaż, jak ze snu. Wypasanie krów na łące, gdzie przy tym dzieciarnia swawoliła i szalała, bawiąc się na przykład w Tarzana z buszu. Albo ciekawy opis przędzenia lnu, kiedy to „Do naszego domu często przychodziły sąsiadki, przyjaciółki babci, przynoszące z sobą swoje kądziele i kołowrotki. Jeśli przędły ręcznie wrzeciona przyjemnie furczały, kręcąc się pod palcami przy słabym świetle naftowej lampy, a kobiety śpiewały, żartowały i opowiadały sobie o wydarzeniach, które miał miejsce we wsi. Ja siedziałem lub leżałem w moim ulubionym zakątku na ciepłym piecu i przysłuchiwałem się tym rozmowom oraz śpiewom”. Zapiecek to miejsce magiczne, ciepłe i bezpieczne. Azyl dla małego chłopca.

 

Tak więc mimo trudów wojny, niebezpieczeństw stalinowskich nakazów, częstych przeszukań domów, coraz to nowych, niezrozumiałych i nielogicznych obowiązków nakładanych przez sowieckich komisarzy, ówczesne życie w maleńkiej Kubajówce jawi się niczym cudowny sen, pełen ciepła bijącego z zapiecka, zapachu świeżo upieczonego chleba i furkotu kołowrotków przędących jakby nigdy nic lniane płótno. Wspomnienia Władysława Kaczorowskiego to tęsknota za światem dawno minionym, za prostotą życia blisko natury i w zgodzie z nią. A nade wszystko piękna pieśń miłości i wdzięczności na cześć dzielnej babci Praskowii.

Katarzyna Lisowska

Mogłoby się zdawać, że książka jest o naszych codziennych lękach, ale nie, to odwołanie do przeszłości, wycieczka w traumę wojny.

 

Pozycja jest bardzo interesująca, bo to obcowanie z autentycznymi, własnymi przeżyciami, traumatycznymi. To jest oczyszczanie siebie przez zapis emocji z nich właśnie, które bywają toksyczne i blokujące psychikę. To jest książka o sile emocji, które domagają się ujścia, zapisu, opowiedzenia, terapeutycznej narracji. Każda narracja, opowiedzenie trudnych emocji daje perspektywę pracy nad nimi, układania ich, nazywania, uświadamiania i obezwładniania.

 

Każdy czas ma swoją normalność, swoją normę, swoją zwyczajność. Jesteśmy w stanie sobie wytworzyć ostoję, namiastki oparcia w świecie, niezależnie jak wygląda. Możemy odkrywać analogiczną sytuację w dziś, dlatego polecam lekturę, która pokazuje, że przekazywanie narracji daje perspektywę uporania się z doświadczanym bagażem emocji, który szuka sobie sposobu na wypowiedzenie, opowiedzenie może o lękach, wewnętrznych konfliktach. Często nie wiemy jak sobie pomóc, dopóki nie odważymy się z sobą rozmawiać. Bardzo pomocna okazuje się literatura, nie jest jej główną funkcją terapia, ale książki bardzo ludziom pomagają, bo mają wiedzę istotną do życia. Pisząc książki – również układamy siebie, odkrywamy przestrzenie swojego umysłu, w które można wprowadzić trochę światła. Opowieść przybliża nas do innych, możemy się skomunikować i stać się zrozumianymi. To znacznie łagodzi trudne doświadczenia, szczególnie te, które nas ranią i szukają miejsca, przestrzeni, aby się objawić.

 

Zapisana historia i przekazana innym – przestaje człowieka straszyć. Wspomnienia, świadectwa – domagają się często, by omawiać je w kontekście psychologicznym i oczywiście nie tylko historycznym, a socjologicznym. Opowieści wpływają na siebie, inspirują nas. Czerpiemy z siebie sposoby na to, aby opowiedzieć trudne doświadczenia. Przekaz innych dodaje nam otuchy, aby się otworzyć. Lęki są najbardziej lękami, gdy tkwią w nas i żyją tylko w nas. Uwolnione – stają się do opanowania. Można o nich porozmawiać, nazywać je, być zrozumianym w tym, czego się doświadcza i okazać się może, że inni mają podobne trudności. Dialog zawsze jest szansą, aby nie być samemu z tragicznymi historiami. Nawet jak nie są nasze, a przodków – oddziałują na nas, ciążą nam, a razem z innymi jest łatwiej nieść te ciężary zdarzeń, które generują szereg emocji.

 

Warto opowiadać historie, by nie czuć się samotnym. Przez słowa jesteśmy bliżej siebie, możemy pojąć naszą perspektywę. Książkę oceniam wysoko za to, że jest nie tylko suchym świadectwem, ale daje się prze z nią odczuć obcowanie z żywym człowiekiem, z problemami jego pamięci, pamięci emocjonalnej.

 

Każdy powinien mieć możliwość opowiedzenia historii swojej rodziny, zwolnienia siebie z ciężaru intymnych tajemnic. Prawda okazuje się najlepszym sposobem na wyzwolenie, uwolnienie z klatki ciężkich, traumatycznych zdarzeń. Zapisywanie emocji jest szansą, żeby nas nie zdusiły i aby były lżejsze niż my, by można było unieść spokojnie to, co zdarza się w historiach rodzinnych. Każda rodzina ma swoje traumy. Powinniśmy pracować nad otwarciem społeczeństwa, dla nas wszystkich, by zadbać o to, aby ludzie wyzwalali się z tajemnic, które bardzo potrafią obciążać. Nowe pokolenie powinno wychodzić ze swoich domów oczyszczone, wolne, z przepracowanymi emocjami, ze stanem świadomości, który jest otwarty na życie, ludzi, świat.

 

Książkę oceniam jako dobrą.

 
 

Komentarze

Kod antyspamowy
Odśwież

Aby Skomentować Kliknij Tutaj

Współpracujemy z:

BIBLIOTECZKA

Karta Do Kultury

? Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
*obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
*dodawać je do ulubionych
*polecać innym czytelnikom
*odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
*listować pozycje, które posiadasz
*oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!
  • Zobacz Mini Tutorial