Karol Arentowicz

Informacje Personalne:

  • Twórczość:

    "Bajki Dla Niektórych Dorosłych"

    "Ojciec"

Biografia:

Karol Arentowicz jest doktorem nauk humanistycznych. Ukończył studia na filologii angielskiej, pracował w Polskiej Akademii Nauk i w międzynarodowej firmie, zajmował się doradztwem personalnym i badaniami ewaluacyjnymi. Jak wyznaje, pisze tylko o tym, co uważa za istotne. Oprócz „Ojca" i „Bajek" wydał – pod innym pseudonimem – jeszcze dwie inne książki.

Wywiad:

Witam serdecznie, z góry dziękuję za zaszczyt przeprowadzenia z Panem wywiadu, zwłaszcza, iż jest Pan wyjątkowo enigmatyczną postacią, jeżeli chodzi o polskich pisarzy, kreujących współczesny nurt czytelniczy w sposób tak znamienity… Stąd również moje pytanie, skąd ta skrytość u Pana? Może uchyliłby Pan rąbka tajemnicy i pokrótce przybliżył czytelnikom swój życiorys?

Witam równie serdecznie i dziękuję za miłe słowa. Wprawia mnie Pan w zakłopotanie tym „zaszczytem" – nie mam podstaw, by uważać się za kogoś wyjątkowego (uśmiech). Tajemniczość? Jak wiele innych osób (na przykład bywalców czytelniczych portali) nie czuję najwyraźniej potrzeby, aby zdobywać rozgłos pod własnym nazwiskiem (uśmiech). Życiorys w pigułce? Ukończyłem studia na filologii angielskiej, przez kilkanaście lat pracowałem w Polskiej Akademii Nauk, potem przez kilka lat w korporacji. Ostatnio (a właściwie „przedostatnio") zajmowałem się doradztwem personalnym i badaniami ewaluacyjnymi.

Zważywszy na tematykę debiutu, skąd czerpał Pan inspiracje na kolejną powieść? Jak długo trwały prace nad książką?

Druga książka, „Ojciec", jest w jakimś stopniu „kontynuacją" pierwszej, bo i w niej głównym tematem jest Człowiek. W „Bajkach" przedstawiłem postaci dwojga „za dobrych" ludzi – Pawła („jego") i Joanny („jej"); w „Ojcu" starałem się znaleźć odpowiedź na pytanie, dlaczego są tacy, jacy są (i oczywiście: dlaczego my jesteśmy tacy, jacy jesteśmy). Sięgnąłem po swoje własne przeżycia oraz po najbardziej skrajne przypadki z historii, znane nam wszystkim: Hitlera, Stalina, Jezusa. Książkę (właściwie – książeczkę, bo to zaledwie sto stron) pisałem kilka miesięcy.

Dokąd zmierzają Pana poszukiwania twórcze? Zważywszy na tematykę najnowszego dzieła, czy jest to powieść egzystencjalna?

„Egzystencjalna" kojarzy mi się z Sartrem, Camusem czy Kierkegaardem (uśmiech), ale tak, zgodziłbym się z tym określeniem. Każdy autor wybiera tematykę, która mu odpowiada. Dla mnie zawsze najważniejszy był człowiek – jego motywacje, zasady, którymi się w życiu kieruje, to, kim jest.

Rozczarowanie jałowością badań i zależnościami w zawodowej hierarchii spowodowało, iż rozstał się Pan z nauką. Czy zna Pan przepis na godne życie?

Każdy z nas „musi" znać w ł a s n y przepis. Tak, mam swój, ale nie chciałbym tu o nim mówić, bo nieuchronnie zabrzmiałoby to arogancko (uśmiech). Powiedzmy, że słowo „godne" nie jest dla mnie bez znaczenia.

Fikcja literacka czy autobiografia pod otoczką twórczych dywagacji została zawarta w Pana powieściach?

„Bajki" były oparte na fikcji – i postaci, i zdarzenia wymyśliłem „od podstaw" (co nie oznacza, że są fikcyjne w znaczeniu „niemożliwe" czy „nierealne"). „Ojciec" to w zasadzie książka „faktograficzna": są w niej opisane zdarzenia z życia postaci historycznych, znanych Czytelnikom, oraz z mojego.

Na czym polega według Pana prawdziwa pasja tworzenia, bowiem wielu artystów polskich pod naciskiem komercyjnego półświatka często ją zatraca?

Na swój użytek, widzę to nieco inaczej. Każdy autor pisze z powodu jakiejś potrzeby (pasji?). Powieści – jak Pan powiedział – egzystencjalne to tylko przykład spełnienia jednej z (całej gamy możliwych) potrzeb. Komercja? Jestem zwolennikiem liberalizmu w literaturze (uśmiech): jeśli ktoś chce pisać na przykład o fioletowych krasnalach (nie mam na myśli książek dla dzieci), to jego (jej) suwerenny wybór. I suwerenny wybór Czytelnika. Każdemu według potrzeb (uśmiech).

W świecie kalek i form artysta zostaje często zaszufladkowany, tworzy się wokół niego otoczka spostrzeżeń oraz dywagacji porównujących jego dzieła z wcześniejszym dorobkiem autorów o ugruntowanej pozycji na rynku wydawniczym. Z kim Pana porównywano a z kogo twórczością Pan się utożsamia?

Z nikim mnie nie porównywano. Nie wiem, czy to dobrze, czy źle... (uśmiech). Chyba też nie utożsamiam się (w sensie dosłownym) z twórczością konkretnych pisarzy, choć – przyznam – niektórzy z nich są dla mnie autorytetami (bardziej jednak jako ludzie niż jako twórcy). Pamiętam kilka pozycji, które zrobiły na mnie duże wrażenie: „Warto być przyzwoitym" Władysława Bartoszewskiego, „O szczęściu" Władysława Tatarkiewicza, „Lot nad kukułczym gniazdem" Kena Keseya.

Emocje kontra znieczulica społeczna, często Pan podkreśla w wywiadach, że społeczeństwo nie do końca jest zepsute... Zatem jaki wartościami można zmierzyć człowieczeństwo drugiego człowieka, będąc częścią społeczeństwa?

Ja w ogóle nie uważam (ani nigdy nie uważałem), że społeczeństwo jest zepsute. Myślę, że natura człowieka nie zmieniła się w gruncie rzeczy od tysięcy lat. Zawsze byli dobrzy i źli ludzie. Społeczeństwo jest ich sumą. Na świecie jest dostatecznie dużo tych dobrych, abyśmy mogli zachować optymizm. Czym można zmierzyć człowieczeństwo?... Szacunkiem wobec innych, tolerancją, zdolnością do empatii?

Analiza dzieciństwa Hitlera, Stalina, Jezusa i własnego w najnowszym utworze prowadzi Pana do pytań o wpływ ojca na rozwój osobowości dziecka i kształtowanie się jego przyszłych życiowych losów. Skąd się wziął pomysł na tak skrajny dobór osobowości?

Skrajne przypadki zawsze najlepiej pokazują znaczenie (skalę wpływu, potencjał oddziaływania) badanego czynnika. Hitler i Stalin to postaci jednoznacznie złe, Jezus jest przez miliardy ludzi uważany za uosobienie dobra. Wybór był więc niejako naturalny.

Jakie relacje łączyły Pana z ojcem? Czy ta powieść stanie się emocjonalnym wyładowaniem, zmierzeniem się z przeszłością a zarazem rachunkiem sumienia ludzkości?

Mogę przeprowadzać jedynie własny rachunek sumienia, każdy z nas ma swoje (uśmiech). Moje relacje z ojcem opisałem w książce – wolałbym ich tutaj nie streszczać. Chcę wierzyć (tak, wierzę), że lektura „Ojca" skłoni Czytelników do refleksji, która – jakkolwiek patetycznie to nie zabrzmi – może wpłynąć zarówno na życie ich samych, jak i innych ludzi.

W krótkiej formie zawarł Pan mnóstwo niedopowiedzeń, pozostawiając czytelnika bez odpowiedzi... Zadał trudne pytania, które niejednokrotnie zmuszały społeczeństwo do podjęcia walki o bycie altruistą... Według Pana na ile jest to możliwe, by czytelnik stał się altruistą i nie został pogrążony w swojej naiwności? Czy na świecie jeszcze istnieje miejsce dla altruistów?

Nie wiem, czy „altruista" to właściwe określenie, wołałbym raczej „przyzwoity człowiek". Trzeba pogodzić się z faktem: nie jesteśmy aniołami (uśmiech). Ale możemy p r ó b o w a ć być jak Joanna D. czy Paweł S. Czy to naiwność? Pewnie, że istnieje ryzyko, bo nigdy nie wiadomo, na kogo się trafi. Odpowiedź jest (i może być tylko) w każdym z nas.

Czy postacie, które pojawiają się w Pana twórczości to czysta fikcja literacka? Ile w nich możemy znaleźć z Pana osobowości a zarazem, która z nich jest Panu najbliższa?

Jak już powiedziałem, i Paweł, i Joanna są postaciami wymyślonymi. Nie jestem ani nim, ani – tym bardziej – nią (uśmiech). Oboje są mi jednakowo bliscy.

Jakie ograniczenia dostrzega Pan we współczesnym świecie? W końcu dążymy do bycia sobą, będąc zarazem ograniczani ze wszelkich stron... Wolter stwierdził, iż „optymizm to obłęd dowodzenia, że wszystko jest dobrze, kiedy nam się dzieje źle"... Zatem pozostaje pytanie, czy warto być optymistą (Arentowiczem), kreować świat niedoścignionych utopii w erze nasilającego się ucisku i normalizacji emocjonalnej, która w znaczący sposób została samoistnie okrojona w niektóre odczucia?

To zbyt skomplikowane pytanie (uśmiech) – można by na ten temat napisać spory esej. Nie zgadzam się z Wolterem – to zbyt pesymistyczna wizja (myślę, że raczej żartobliwy bon mot). Nie zgadzam się też z „utopią": można zachować człowieczeństwo nawet w najbardziej niesprzyjających warunkach. Dowodzi tego Władysław Bartoszewski w „Warto być przyzwoitym" czy Viktor Frankl w „Człowiek w poszukiwaniu sensu".

Czy warto być „sobą"? Zważywszy, iż przeszłość naszych rodziców ma znaczący wpływ na to, kim będziemy w przyszłości? Odwieczna walka między ojcem a synem zazwyczaj zatacza krąg... Stajemy się echem wspomnień dzieciństwa, stajemy się naszymi rodzicami, wychowując własne dzieci...

To znowu bardzo złożona kwestia. Powiedziałbym, że w pewnym sensie nie tylko nie warto nie być sobą, ale że wręcz jesteśmy na bycie sobą „skazani" (nikt wszak za nikogo życia nie przeżyje). Tak, nasi rodzice mają na nas (i przez to na nasze dzieci) bardzo duży wpływ, ale to nie oznacza, że nie możemy – świadomie – dokonywać innych niż oni wyborów. I mamy do tego pełne prawo, bo... to w końcu nasze życie. Najlepiej oczywiście, jeśli człowiek jest dobrze przygotowany do podjęcia tej odpowiedzialności...

Rynek czytelniczy został znacząco spłycony, zaryzykował bym stwierdzenie, że wręcz „zgwałcony" poprzez nawał mało znaczących czytadeł, które wręcz godzą w poziom intelektualny większości osób zatracających się bez pamięci w lekturze... Czy uważa Pan, że w tych trudnych czasach czytelnik jest gotowy na podjęcie wyzwania jakie Pan stawia przed nim w najnowszym dziele?

Żaden autor nie napisał książki, którą chcieliby przeczytać wszyscy: każda ma oprócz swoich Czytelników także nie-swoich.„Powiedziałem" to poniekąd w tytule „Bajek", które są przecież tylko dla n i e k t ó r y c h dorosłych. Mam nadzieję, że „Ojciec" zainteresuje szersze grono Czytelników, bo przecież ogromna większość z nas wychowała się w rodzinie, w której był ojciec. Co w nas pozostawił?... Wiele osób nie zna też zapewne historii dzieciństwa Hitlera, Stalina czy Jezusa. Może będą chciały ją poznać? Czy tak będzie, to się dopiero okaże. Zdecydują suwerenne decyzje Czytelników. A przede wszystkim – ich potrzeby.

Jakie są Pana dalsze plany życiowe? Czy w przyszłości będziemy mieli przyjemność zaczerpnąć z kolejnych dokonań literackich Arentowicza?

Wybrałem pewną ścieżkę. Byłbym niegodny Joasi i Pawła, gdybym ją porzucił (uśmiech). Pamiętam z lat młodości ogromny wstrząs, jakim była dla mnie samobójcza śmierć pewnego bliskiego mi autora. Wszystko, w co „kazał" mi wierzyć, w jednej chwili zbankrutowało... Moje motto życiowe, które zapożyczyłem od pani Eleanor Roosevelt, brzmi: „The future belongs to those who believe in the future of their dreams" (przyszłość należy do tych, którzy wierzą w przyszłość swoich marzeń). Tę najważniejszą dla mnie książkę już napisałem – ukaże się 20 października. Ale chciałbym napisać jeszcze kilka...

Albert Einstein stwierdził: „Formułowanie problemu jest częściej ważniejsze od jego rozwiązania, które może być wynikiem matematycznych lub doświadczalnych technik. Uświadomienie sobie nowych pytań i nowych możliwości, postrzeganie starych problemów z nowego punktu widzenia wymaga twórczej wyobraźni." W myśl tej zasady jakie postawi Pan nam kolejne wyzwania?

Wie Pan, ja właściwie stawiam te pytania samemu sobie, a potem – także sobie – staram się na nie odpowiedzieć. Szczerze mówiąc, jeszcze nie wiem, nad czym będę się zastanawiał w przyszłości. Ale na pewno będzie to związane z naszym życiem. I z człowieczeństwem.

Dziękuję za wywiad.

Wywiad przeprowadził Tomasz Szmich

Współpracujemy z: