Jan Zmit

Informacje Personalne:

  • Twórczość:

    "Serce Do Walki"

    "Bobry"

    "Sztuka Kochania Czyli Historia Michaliny Wisłockiej"

    "Na Wspólnej"

Biografia:

Jan Zmit jest młodym polskim aktorem nowego pokolenia. Urodził się w 1988 roku. Jan ma na swoim koncie rolę w krótkometrażowym filmie Tomka Matuszczaka pod tytułem „Serce do walki". Teraz Jan Zmit prezentuje swoją pierwszą sztukę teatralną. Jest to „Stand-up tragedy" – forma monologu, czy też raczej dialogu z publicznością, która ma przedstawić przemyślenia mówcy. Aktor reklamuje swoją sztukę zdaniem Jaroslava Haška – czeskiego pisarza: „Człowiekowi wydaje się, że jest gigantem – a tymczasem jest zwykłym gówniarzem". O sensie tego zdania i innych sprawach z Janem rozmawiał Szymon Jędrzejczyk:

Wywiad:

Dzień dobry, chciałbym Panu zadać kilka pytań.

Dzień dobry.

Co sprawiło, że został Pan aktorem?

Szczerze? Nie czuję się ani aktorem, ani artystą, ani człowiekiem sztuki, tylko staram się być wobec siebie szczery i uczciwy. Jest to jednak bardziej kwestia i potrzeba wypowiedzi, a nie chęć bycia aktorem. Pytanie jakie powinien sobie zadać każdy kto chce to robić, kto ma taką potrzebę, to jest to fundamentalne „Po co?". Oczywiście można grać, można brać udział w różnych przedsięwzięciach „artystycznych", można grać w filmie, serialu, reklamach, to nie jest żadna ujma. Tylko myślę, że jest to wyłącznie kwestia pewnej potrzeby. Jeśli ktoś ma tę potrzebę to będzie najzwyczajniej w świecie to robił. Ale jeśli ktoś nie ma tej potrzeby to będzie się zmuszał do tego, żeby to robić tylko dlatego, że jest tak zwanym Aktorem.

i w ten sposób zarabia na chleb

Tak, to jest zawód, wielki „zawód".

Czy ma Pan zatem jako aktor jakiś swój cel, przesłanie, motto, którym Pan się kieruje. Rozumiem, że w Pana przydatku to coś więcej niż sposób zarobku?

Tak jak mówię, jest to pewna potrzeba wypowiedzi, pewna potrzeba tworzenia. Nie chcę tego kategoryzować. Dla mnie samo określenie aktor jest dziwne. No, aktor – traktor. To nie jest kwestia fałszywej skromności, ale uczciwości wobec samego siebie i wobec drugiego człowieka. Uważam, że przede wszystkim jesteśmy ludźmi, i to co nas łączy to chęć zmiany tego co Nam nie odpowiada i Nas boli.

A co Pan chciałby zmienić?

Przede wszystkim chciałbym zmienić dużo rzeczy w sobie. Zanim bym się starał zmienić tak zwanego człowieka, chciałbym siebie zmienić. Chciałbym być człowiekiem mądrzejszym, pełniejszym, który stara się ten świat zrozumieć, nie potępiać, ale zrozumieć. Tylko jeśli coś zrozumiemy to możemy to zmienić. Jeśli potępiamy – to nie staramy się nic wnieść, a tylko krytykować. Najpierw trzeba siebie skrytykować, przejść uczciwą autoanalizę by móc podejść do analizy świata i drugiego człowieka.

Zatem „Stand-up tragedy" doskonale wpisuje się w tą autopoznawczą tendencję. W materiale o sztuce napisał Pan, że zdanie „Człowiekowi wydaje się, że jest gigantem – a tymczasem jest zwykłym gówniarzem" doskonale podsumowuje to Pana autorefleksje..

To może zabrzmi śmiesznie, ale jak się patrzy na największych: Mozart, Einstein... Patrzymy na nich jak na ikony, wydaje nam się, że są ulepieni z innej gliny. Prawda jest taka, że znamy tylko ich osiągnięcia i zupełnie nie myślimy o tych postaciach, jak o ludziach, którzy wykonywali wszystkie prozaiczne czynności jak my. Oczywiście możemy czuć, że jesteśmy gigantami ale tak naprawdę zawsze pozostajemy jednak tymi gówniarzami, którzy się obrażają, denerwują, są złośliwi. Skala człowieczeństwa nie zależy od tego, jakie ten człowiek ma osiągnięcia i jaką ma władzę. Nawiązując do pytania pierwszego: aktor – nie aktor. Uważam, że bycie aktorem jest rzeczą strasznie megalomańską i każdy kto się tym chce parać ma duże pokłady niespożytej megalomanii w sobie. Może to się przejawiać w tworzeniu - uzurpujemy sobie prawo by ze sceny mówić pewne rzeczy. Na dobrą sprawę moglibyśmy to samo mówić w jakimś barze...

Kwestia zasięgu...

Kwestia zasięgu i kwestia pozycji, jaką się zajmuje. Gdybym zaczął do Pana mówić tekstem przedstawienia na ławce w Parku Łazienkowskim pomyślałby Pan pewnie o mnie różne rzeczy. A w tym momencie ja jako aktor tworzę kreację, cokolwiek to znaczy.

Z tego co rozumiem Pana przekaz ze sceny jest autentyczny, zgodny z Pana opinią...

To jest akurat nieważne. Jeśli ja biorę Moliera, Shakespear'a, biorę Czechowa i się zgadzam jako twórca, żeby robić tego Moliera to ja muszę się zgadzać na to co jest tam napisane, inaczej jestem tylko maszynką do grania w rękach reżysera. A ja nie chcę być maszynką do grania. Jeśli się nie zgadzam fundamentalnie z treścią to ja nie mogę tego robić. Nie mógłbym robić np. Marka Ravenhilla czy innych dramaturgów, dlatego, że nie zgadzam się z ich wizją świata.

Skupmy się na „Stand-up tragedy". Czy jest to sztuka Pana autorstwa? Pan napisał ten tekst? Na Broadwayu wystawiana jest sztuka o tym samym tytule. Czy mają one coś wspólnego?

Stand-up tragedy to jest forma sceniczna. Zdecydowałem się żeby tak nazwać moją sztukę ze względu na to, że w Polsce wydaje mi się, że nie było w użyciu takiej formy. W Polsce jest to nazwane monodramem. Myślę, że monolog w teatrze jest fałszem bo wszystko jest dialogiem, nawet jeśli proporcje tego dialogu są takie, że aktor, performer nadaje a widz jest tą częścią bierną, ale jest to cały czas dialog.

Z widownią...

Z widownią, ze światem, tym co nas otacza. A monodram jest często tylko pozorną próbą dialogu, ale ta granica między widzem a sceną nie jest pokonywana. W monodramie nie da się tej granicy przekroczyć. Odbywa się to bowiem w ramach kreacji, a nie dialogu. I jeśli decydujemy, że ważniejsza jest moja kreacja, moja postać, a nie to co dzieje z widzem, to automatycznie kasujemy tego widza, bo nie poświęcamy mu tyle uwagi, ile moglibyśmy. To jest moje zdanie tylko i wyłącznie.

czyli rozumiem tekst jest Pańskiego autorstwa?

Powiem tak. Część jest na podstawie opowiadania takiego węgierskiego pisarza Petra Zilahy „Ostatnia oknożyrafa". To była moja inspiracja. Zerżnąłem – że tak powiem - po kilka zdań z „Księgi niepokoju" Fernando Pessoi oraz z „Dzienników" Sławomira Mrożka.

Co sprawiło Panu największą trudność w organizacji tego przedstawienia?

Sprawy organizacyjne. Widzi Pan, miało być pięciu reporterów, przyszedł tylko Pan. Smuci mnie to, że tak jest, ale nie niestety dochodzę do smutnej konkluzji. Wszyscy pragniemy zmian, ale na dobrą sprawę kiedy mamy wziąć sprawy we własne ręce i coś zrobić to już nie ma chętnych. Jedynym obowiązkiem ludzi, którzy mieli przyjść dzisiaj jest pisać o tym co się dzieje. Ja, gdybym był dziennikarzem chciałbym wiedzieć jak najwięcej o tym, co się dzieje w moim mieście. To jest indolencja, to jest dyletantyzm, nie chcę oceniać – nieobecność tych ludzi mówi sama za siebie. To nie chodzi tu tylko o mnie. Ja rozumiem, że są pewne marki, myślałem, że obecność Krzysztofa Majchrzaka, który jest opiekunem artystycznym mojego projektu i zarazem człowiekiem którego podziwiam jako aktora i artystę i jako człowieka też, coś zmieni. Ale widzę, że On też nie jest „osobistością medialną". Na szczęście...

Nie jest to Doda ani Krzysztof Ibisz..

no tak, ja nie chcę nawet grać w tej samej lidze co Doda i Krzysztof Ibisz. Ja im nie patrzę na ręce, niech robią swój biznes, mnie to nie przeszkadza. To bardzo dobrze, że oni są, cieszę się, że oni są.

Smutne jest chyba to, że ludzie wolą oglądać tamtych dwoje niż...

Wie Pan, nie ma czegoś takiego jak ludzie. Zawsze zwala się na tych nieszczęsnych ludzi, że oni mają kiepski gust, że chodzą nie do tych teatrów co trzeba. Ale jednak – fakt, faktem – chodzą! I co? Obrazić się mamy na nich? Mówić, że oni są gorsi, głupsi? Żyjemy w takich czasach, że o wiele prościej jest odgrzać pizzę mrożoną w mikrofali niż ugotować tę kolację. I nie ma w tym nic dziwnego. Dziwi mnie jedynie to, że ludzie, którzy mają tę moc sprawczą, żeby o czymś napisać, żeby dać świadectwo, że coś się dzieje nie korzystają w ogóle z tego. Wolą trwać w tych swoich – za przeproszeniem – ciepłych bąkach i się nimi napawać. Ale to jest wybór też, to świadczy o człowieku, który ma spore „pole rażenia" ale mówi „ja nie chcę o tym pisać".

W jaki sposób doszło do nawiązania współpracy z Panem Krzysztofem Majchrzakiem?

Krzysztof Majchrzak był moim profesorem w Akademii Teatralnej. To jest jedna z postaci, która ma gdzieś kategorie marketingowo – biznesowe, tylko jest to człowiek który jest ...

...autentyczny...

Z tą autentycznością to ja bym uważał bo każdy jest autentyczny na swój sposób, nawet nieautentyczność jest autentyczna. Krzysztof Majchrzak ma przede wszystkim „papiery" na to co mówi. Ale jest przede wszystkim skupiony na tym, żeby robić rzeczy, które wynikają z jego realnych potrzeb i które nosi w sercu, a nie rzeczy, które mógłby robić dla pięciominutowej sławy. On tę sławę i tak ma. Cenię go niezmiernie za to, że to człowiek, który poświęca się jak coś robi i robi to do kości.

Ciężko jest sprostać wymaganiom mistrza?

Ciężko, zawsze jest ciężko, dlatego, że trzeba przede wszystkim sprostać własnym wymaganiom. Jeśli się je ma... Ja staram się być bardzo wymagający wobec siebie. Z Panem Profesorem znamy się już jakiś czas – prywatnie i na gruncie szkolnym. Dużo spraw jest nam bliskich i spotykamy się światopoglądowo, ludzko. Dla mnie Jego zdanie jest bardzo ważne.

Zapytam się jeszcze, czy Pan Krzysztof Majchrzak dużo ingerował w kształt sztuki, czy to Pańska praca i otrzymał Pan tylko uwagi...

Raczej uwagi, Jeżeli chodzi o to co on mi dał...w szkole... Nikt inny nie dał mi tak dużo jak On. Gdyby nie On nigdy nie miałbym odwagi żeby takie coś napisać – i to robić. Tekst sztuki bardzo szybko zaaprobował, podoba mu się o czym to jest. On też wiedział jak ja do tego podchodzę, po co to robię i co chcę przez to powiedzieć. Do samego – nazwijmy to – trzonu on nigdy się nie czepiał.

Jakie uczucia, myśli czy refleksje chciałby Pan wywołać w odbiorcach?

Szczerze? Nie chcę wywoływać nic. To nie jest moja działka. Uważam, że byłoby to strasznie nieuczciwe, gdybym teraz chciał zostawić widza z czymś. To wygląda tak, że zewsząd jesteśmy manipulowani. Teatr jest wielką manipulacją. Kiedy dochodzi do spotkania z widzem jest to manipulacja po stokroć. Gdybym chciał wywoływać w widzu konkretne uczucia, myśli, musiałbym być Bogiem żeby to sprawić. Nie chcę być Bogiem. Zakres działania aktora, to przede wszystkim szczere i uczciwe mówienie o danej sprawie. I tylko tyle. Wszyscy staramy się opisywać nasze myśli, czy stany dusz i tylko na tym to polega. Na szczerości i uczciwości. Nic ponadto.

Jak czuje się Pan w roli jednego aktora na scenie? Jest Pan zdany tylko na siebie. Nie ma Pan tremy?

Wie Pan, tremę to się ma przed występem, a robię wszystko żeby „Stand-Up Tragedy" nie był występem. Dlatego, że występ to może mieć diva w operze, tancerz w balecie. Ale kiedy proponuje Pan komuś rozmowę kategorie tremy nie występują, bo jest to oparte na innych relacjach. Mnie przestały interesować już dawno tzw. występy, kreacje. Mogę docenić pracę jaką ktoś wykonał, ale nigdy mnie to nie będzie interesowało bo uważam, że jest to zawsze puste. Występ jest chęcią udowodnienia czegoś. Ja nie mam takich ambicji.

Jakie ma Pan plany na przyszłość? Kolejna sztuka? Film?

Plany na przyszłość są takie, że przebiorę się w jeansy, założę sportowe buty i bluzę. To są moje plany na przyszłość. Jestem człowiekiem, który nie planuje. Plany snuje ten kto nie docenia chwili. A ja staram się ją doceniać. Plany powodują, że stajemy się ślepi na to co dzieje się wokół nas, dążymy do tego by plan wypełnić zamiast korzystać z tego co mamy. A to co się nam zdarza się już nigdy nie powtórzy, jest unikatowe. Żyje się tylko raz.

Moje ostatnie pytanie: jaką radę dałby Pan tym, którzy chcą zostać aktorem?

Ja nie chcę dawać żadnych rad. Uważam, że to śliskie. Nie czuję się na siłach żeby wygłaszać gotowe formuły. Jeśli ktoś czuje potrzebę by być aktorem to niech to robi. Nie ma żadnej recepty. Niech robi wszystko by to robić. Trzeba robić to na co ma się ochotę, nie krzywdząc innych. Tak mi się wydaje.

Dziękuję bardzo za rozmowę...

Wywiad przeprowadził Szymon Jędrzejczyk

Współpracujemy z: