Urszula Jaksik

Informacje Personalne:

  • Twórczość:

    "Dom Nad Brzegiem Oceanu"

    "Odwrócone Życie"

    "Sobotnie Popołudnie"

    "Zaułek Szczęścia"

Biografia:

Urszula Jaksik urodziła się na Górnym Śląsku i do dziś jest mu wierna. Ukończyła bibliotekoznawstwo na Uniwersytecie Śląskim. Ma syna i córkę. Debiutowała w czasopiśmie "Płomyk" opowiadaniem dla nastolatków pt. "Z zapisków młodszego brata" (1981). W 1998 zdobyła trzecią nagrodę w Ogólnopolskim Konkursie Literackim "Miesiąc z życia kobiety", ogłoszonym przez czasopismo "Twój Styl" - pracę umieszczono w książce pt. 'Historie prawdziwe", wydanej przez Wydawnictwo "Twój Styl". W roku 2004 przyznano jej główną nagrodę w Ogólnopolskim Konkursie Literackim "Złote pióro" za opowiadanie pt. "Zakopany topór" - wydrukowano je w "Kwartalniku Wrzesińskim". Otrzymała "Literacką Przepustkę Zwierciadła" – wyróżnienie w konkursie literackim na dziennik "Dzień po dniu" zorganizowanym przez czasopismo "Zwierciadło". (2004)

Jej książkowy debiut to powieść "Sobotnie popołudnie" wydana przez Polski Dom Kreacji w Katowicach w 2008 roku.

Mówi, że sens jej życia doskonale wyraziła Wisława Szymborska w swoim wierszu "Radość pisania". Od zawsze towarzyszyła jej bowiem "radość pisania" i cieszyła "możliwość utrwalania".
Jej pasjami są: pisanie i fotografowanie. Bardzo lubi podróże. Aktualnie marzę o wyprawie na Islandię.

Jej dzisiejsze motto życiowe brzmi: „Przegrasz, gdy przestaniesz próbować." Uważa, że na realizację marzeń nigdy nie jest za późno.

Źródło: replika.eu/index.php?k=aut&id=131

Wywiad:

TO JEST MÓJ CZAS

Miło mi powitać panią Urszulę Jaksik, pisarkę, autorkę książek: Sobotnie popołudnie i Zaułek szczęścia. Zadebiutowała pani opowiadaniem: Z zapisków młodszego brata, które wygrało konkurs zorganizowany przez czasopismo „Płomyk". Była pani wielokrotnie zauważana i nagradzana. M.in. - rok 2004 to główna nagroda: „Złote pióro" w Ogólnopolskim Konkursie Literackim... rok 2012 główna nagroda w ogólnopolskim konkursie zorganizowanym przez Wydawnictwo Replika: „Świat kobiet". Czym były dla pani te nagrody, dawały satysfakcję, były nobilitacją do pisania?

Tak. Każda nagroda dawała mi nadzieję, że to co piszę – trafia do kogoś. Wiadomo, że nie ma pisarza na tym świecie, który by trafił do wszystkich czytelników, ale na szczęście każdy pisarz znajdzie „swojego" czytelnika. Tak sądzę. Całe życie pracowałam w bibliotekach publicznych, miałam do czynienia z wieloma czytelnikami i ich potrzebami. Obserwowałam czego szukają na półkach. Bardzo rzadko były to książki nagrodzone Noblem czy Nike. Bardzo mi przykro, ale taka jest polska rzeczywistość. Natomiast niektóre nazwiska natychmiast znikały z półki i nawet gościnnie tam nie stały, gdyż ciągle były czytane. Marzyłam o pisaniu, chciałam jednak żeby to były książki łatwe w odbiorze – ale bynajmniej niełatwe w treści. Chciałam, żeby czytelnik został wessany w mój świat, czyli musiałam znaleźć łatwy sposób przekazu (taka jest potrzeba czasu), natomiast treści poruszane – nie miały być łatwe. Nie wiem na ile mi się to udało, ale opinie czytelników, które do mnie docierają, są właśnie takie, że czyta się moje książki szybko i z przyjemnością. Jeśli już czytelnik wejdzie w mój świat, to pozostaje w nim aż do końca, do ostatniej strony. To właśnie jest dla mnie największą nagrodą.

Czy coś się zmieniło w pani życiu, kiedy opublikowano pierwszą powieść?

Nic się nie zmieniło (śmiech). To, że autor wydaje książkę, a potem drugą nie oznacza jeszcze, że będą one dostępne w księgarniach. W naszych polskich warunkach to jest taki niespełniony miraż. Za wydaniem książki musi iść solidna reklama, bo w dzisiejszym świecie coś, co nie ma reklamy – nie istnieje w świadomości społeczeństwa. Być może wydawnictwa nie są w stanie reklamować wszystkich swoich autorów i robią to wybiórczo. Ja niestety nie należę do tych wybrańców.

Rozumiem, że czeka pani na ten przełomowy moment, ale czy jako „pisarka" czuje się pani spełniona?

Nie, ja bardzo boję się tego słowa. Dwie książki wydane i dwie w przygotowaniu, to moim zdaniem za mało. Czuję się: autorką – to moje niezaprzeczalne prawo, gdyż sama je napisałam. Natomiast: pisarz – to dla mnie ktoś stojący dużo wyżej, to jest ideał, do którego dopiero dążę...

Czy pani najbliższe otoczenie stanęło na wysokości zadania? Czy wszyscy przeczytali książki?

Tak, oczywiście najbliższa rodzina, dzieci, mama i krewni – przeczytali. Ja jestem jednak studentką Uniwersytetu Trzeciego Wieku, gdzie studiuje sporo osób i muszę przyznać, że tam jestem zauważalna. Na początku studiów byłam jedną z wielu – w tej chwili idąc korytarzem czy ulicą słyszę: – A, to jest ta nasza pisarka! – i już jest uśmiech, pytania o następną książkę i to jest strasznie miłe. To, że oni już czekają, obiecują, że chętnie ją kupią i przeczytają.

Kontakt z czytelnikiem jest dla mnie zawsze fantastyczny. I to nie dlatego, że mówią tylko przyjemne rzeczy. Zdarza się, że konkretna książka nie trafiła w gust czytelnika. Sam fakt jednak, że ktoś ją przeczytał, przemyślał, wzruszył się, przeżył losy bohatera, a nawet skrytykował – jest piękny. To daje mi tę energię, która potrzebna jest, żeby tworzyć następne książki.

Co panią zainspirowało do napisania pierwszej powieści. Skąd nadszedł ten impuls, który zmobilizował panią do napisania książki i dodał odwagi?

Właściwie całe życie chciałam pisać. Już jako dziecko, pisałam bajki dla młodszego brata. Tak mi się jednak życie zawodowe i prywatne ułożyło, że nie miałam na to czasu. Wysyłanie od czasu do czasu jakiegoś opowiadania na konkurs literacki i potem to potwierdzenie, że ktoś je przeczytał, docenił, nawet nagrodził – to mi dawało nadzieję na przyszłość. Przeszłam na wcześniejszą emeryturę z myślą, że: dzieci już dorosłe, samodzielne, w stosunku do państwa zadanie wykonałam - uczciwie zapracowałam na emeryturę, więc teraz mogę się zająć sobą i spełniać własne marzenia, realizować siebie.
Pomysłów na książki mam pod dostatkiem, ponieważ ja od wielu lat piszę dzienniki. W tych dziennikach są moje pomysły, przemyślenia, fakty, przeżycia... Materiału do pisania książek mi nie zabraknie. Tylko siadać i pisać.
Jestem cztery lata na emeryturze, napisałam trzy powieści, czwartą w tej chwili piszę – i realizuję siebie. Myślę, że fajnie jest pisać w moim wieku, ponieważ ma się już ten cały bagaż doświadczeń, a poza tym przez całe życie byłam bibliotekarką, czytałam dużo. Przeczytałam... tysiące książek. Mam swój sposób pisania i tematy, o których chcę pisać. Myślę, że to naprawdę fantastyczny okres w moim życiu. Nie uznaję stwierdzenia: za późno. Dopóki się chce, nigdy nie jest za późno. Jestem szczęśliwym człowiekiem. Chociaż za moim pisaniem nie idzie ani sława, ani pieniądze. Jest satysfakcja, rozmowy z czytelnikami, jest potwierdzenie, że są ludzie, którzy już czekają na moje książki.

A to jest chyba najpiękniejsze w pisaniu książek, tylko wtedy naprawdę osiąga się prawdziwą satysfakcję, gdy tworzy się dla czytelników, a nie dla pieniędzy...

Nie byłabym w stanie napisać czegoś dla pieniędzy. Tematy poruszane w książkach są ze mną tak zrośnięte, że dopóki nie oddam książki do wydawnictwa nie mogę się oderwać od bohaterów. Ten świat z mojej książki jest dla mnie równie realny, jak ten, w którym żyję. Czasami nawet ta granica się zaciera. Moi bohaterowie wpływają na mnie. Ja ich tworzę, ale w którymś momencie sytuacja się odwraca. Bohater po prostu do mnie „przychodzi", ze swoimi problemami, swoim życiem, swoim „chceniem" i „nie chceniem". Z czasem jest już jednak tak psychicznie ukształtowany, że to ja muszę dostosowywać akcję do jego możliwości, zmieniać wcześniejszą koncepcję. I to jest takie fascynujące w pisaniu.

Trochę podpytam panią o jej bohaterów książki „Zaułek szczęścia". Napisała pani książkę nieco przewrotną... W książce przedstawiona jest kobieta niezwykle aktywna przez całe życie, poświęcająca się swojemu dziecku. Kobietę dotyka choroba, która uniemożliwia jej poruszanie się, wykonywanie najprostszych czynności i wtedy – postanawia usunąć się z życia swojego syna. Mimo tego, że pokazuje pani bohaterkę, która chce sięgnąć po bardzo drastyczne środki, książka prezentuje wyższe wartości. Cała książka jest bowiem hołdem oddanym wartościom jakie płyną z faktu posiadania rodziny. Jakie znaczenie ma dla pani posiadanie rodziny?

Uważam, że to jest w życiu każdego człowieka najważniejsze. Trzeba stworzyć dom, w którym pojawi się potomstwo, ukształtuje kolejnego człowieka, który potem zaczyna samodzielne życie... Moment odcinania pępowiny jest zawsze bardzo bolesny. Moja bohaterka też to przeżywa. Jest bardzo związana ze swoim synem, ale rozumie, że jeśli nie zrobi tego kroku, on nie stanie na własnych nogach, a ona będzie dla niego ciężarem. Oczywiście pomysł, żeby znaleźć swojego zabójcę, to jest...

...taki smaczek dodany do książki...

...właśnie. Miała pojawić się taka osoba, jakiej sobie bohaterka życzyła, więc się pojawiła. Tylko do końca nie przewidziała, że relacje między nimi mogą się potoczyć zupełnie inaczej, a wpływ osoby, którą spotykamy przypadkowo bywa czasem olbrzymi i nieprzewidywalny.

Czy zauważyła pani, że promowanie wartości rodzinnych jest dzisiaj zdecydowanie passe, że właśnie dlatego takie książki – jak Zaułek szczęścia - są bardzo potrzebne, świadczy o tym chociażby nagroda, którą pani otrzymała. Wróćmy jeszcze jednak na chwilę do bohaterów książki. Stworzyła pani kilka postaci kobiecych, pokazała pani mechanizm ich działania, zwróciła uwagę na ich konstrukcję psychologiczną, przedstawiła ich jasne i ciemne strony; natomiast pani jedyny męski bohater, to rycerz na białym koniu. On nie ma żadnych wad! Nawet raz nie potknął się o kamień i nie syknął przekleństwa... Czy w pani oczach mężczyźni ze Śląska tak się zachowują, są bez wad?

Odpowiem tak. Wychowałam się w rodzinie górniczej. Ojciec był górnikiem, mama nigdy nie pracowała, bo była żoną górnika i nie wypadało, by poszła do pracy – tak na Śląsku bywało. I wiem jedno – na dole, w kopalni górnicy używają tych najcięższych słów...

Na dole – to jest konieczność, nie przeżyli by inaczej... ;)

...właśnie tak! Natomiast nie zdarzyło się, by mój ojciec w naszym domu, gdzie rosłam i gdzie się wychowywałam, używał takich słów. Nawet gdy był bardzo zdenerwowany, potrafił zapanować nad językiem. Potrafił to rozdzielić. Na dole był górnikiem, natomiast w domu był – ojcem, miał dwoje dzieci do wychowania i żonę, którą szanował i kochał i takich słów u nas nie było. Przyznam szczerze, że przyjaciółki się ze mnie śmieją, bo ja nawet w bardzo dramatycznych sytuacjach nie potrafię zakląć, nie umiem. Napisanie takich scen... Pewnie, że uczę się używać takich słów, żeby jednak mój bohater był bardziej realistyczny i pasował do dzisiejszych czasów, bo jak się jedzie tramwajem i słyszy jak młodzież do siebie mówi, to wydaje mi się, że ja w ogóle w innej rzeczywistości żyłam. Skoro jednak oni mają to czytać, to musi być dla nich naturalne. A jak pani zauważyła – bohater, który dziś całkiem nie używa takich słów jest jakiś dziwny...

Nie, nie miałam na myśli tego, że jest dziwny. Wprost przeciwnie – on jest szarmancki dla kobiet i opiekuńczy. Raczej widzę to inaczej, zastanawiam się, czy pani podświadomie nie pokazała stosunku śląskich matek do ich synów. Pani bohaterka koresponduje z dwoma mężczyznami i w kontakcie z nimi – zauważa wady, pewne potknięcia. Pewne rzeczy w ich postępowaniu i wypowiedziach ją drażnią, natomiast syna idealizuje. Zastanawiam się, a trochę znam kobiety ze Śląska – czy one właśnie w taki sposób nie widzą świata – u swoich partnerów są skłonne do zauważenia wad, a synów stawiają na piedestale?

Z własnego doświadczenia i z tego co obserwuję w swojej rodzinie – widzę, że matki kochają miłością bezgraniczną i niestety też - bezkrytyczną. Ale - co ciekawe – synowie w domu potrafią naprawdę się zachowywać tak, jak oczekuje od niego matka. Ten szacunek w śląskich rodzinach jest jeszcze ciągle bardzo silny. Gdyby tego samego chłopaka mama mogła zobaczyć na klatce schodowej, wśród rówieśników – zdziwiłaby się, że to jest jej własny syn. Dlatego tak często spotyka się sytuacje, gdy przychodzi się na wywiadówki szkolne i nauczycielka żali się, że syn źle się zachował, brzydko się wyraził – matka robi zdziwione oczy, twierdzi, że jej syn nigdy by się tak nie zachował. I ma rację. Ten syn w domu rzeczywiście nigdy by tak nie postąpił. Nie wiem jak jest w innych rejonach, w innych rodzinach, ale w rdzennie śląskich, w jakiej ja się wychowałam, gdzie się bardzo szanowało dziadków, rodziców – to wszystko jeszcze w tradycji tych rodzin występuje.

Dużym walorem książki Zaułek szczęścia jest to, że pokazała pani portret gospodyń śląskich. Pokazała pani, że jest to już świat trochę przemijający, gdyż Karolina – jedna z głównych bohaterek – studiuje, ona już nie będzie siedziała w domu i się „poświęcała". Tak jak pani wcześniej powiedziała – górnikom nie wypadało, żeby jego żona pracowała. Pokazuje pani gospodynie śląskie z ich zamiłowaniem do czystości, z czyściutkimi oknami, z bieganiem z siatkami, z pichceniem, z tymi ich „karminadlami". Czy myślała jednak pani o tym, by nie tylko skupić się na życiu w „familoku", ale pójść dalej - żeby opisać miasto. Żeby uczynić np. Bytom, w którym pani mieszka - bohaterem swojej powieści. Żeby można było z książką w ręce pójść tropem ciekawych miejsc, do tych miejsc, które są ważne dla pani. Myślała pani już nad takim projektem?

Nie, nie przyszło mi to do głowy. Myślę, że to by mnie przerosło. Ja się bardzo skupiam na losach poszczególnej osoby, interesuje mnie życie wewnętrzne moich bohaterów. Oni oczywiście żyją w konkretnej rzeczywistości, pokazani są na jakimś tle, więc w książce to się odbija jak w lustrze. Dla mnie najważniejsze jest to jak sobie radzą z rzeczywistością.
Akcja mojej trzeciej książki też zaczyna się na Śląsku, ale kończy się już... w Islandii. Tworzę więc szerszą panoramę, bo takie są realia naszych czasów. Zawsze jednak pojedynczy człowiek jest moim bohaterem. W tej chwili mam duży kontakt ze studentami Uniwersytetu Trzeciego Wieku. To są ludzie po sześćdziesiątce, siedemdziesiątce, którzy z uwagi na to jak bardzo zmienia się świat – muszą się nauczyć obsługi komputera, języków obcych. Ponieważ np. córka mieszka w Hiszpanii, wnuki mówią tylko po hiszpańsku, więc pani zbliżająca się do siedemdziesiątki idzie na kurs hiszpańskiego, uczy się obsługi komputera, SKYpa, ponieważ inaczej nie miałaby kontaktu z wnukami. Po prostu nasza rzeczywistość się tak zmienia, że osoby wychowane w zupełnie innej tradycji muszą się dostosować, jeśli nie chcą pozostać na marginesie – odepchnięte od głównego nurtu życia.

Wspomniała pani Islandię. Niegdyś wypowiedziała się pani, że to jest jej marzenie. Czy już się spełniło? Dotarła pani na Islandię czy przeżyła ją pani tylko w swojej książce?

Nie, ciągle jest w sferze marzeń. To jeden z najdroższych krajów w Europie, więc szanse, że ją odwiedzę są niewielkie, ale... jak mówiłam, teraz jest czas spełniania moich marzeń, więc kto wie... Bardzo bym chciała. Przeniosłam akcję mojej książki na tę wyspę i wszystkie wiadomości, które potrzebowałam jako tło dla losów moich bohaterów, ściągałam głównie z Internetu, z forum podróżników, od blogerów, którzy tam byli, wszystko opisali i sfotografowali. Zachłystuję się możliwościami Internetu od kilku lat.

Jaki tytuł nosi najnowsza książka?

Ona jest w tej chwili w wydawnictwie z roboczym tytułem „Rocket". Rocket czyli rakieta. Zaczęło się wszystko od snu, który się zrealizował. Nie będę oczywiście zdradzać puenty, bo książka nawet jeszcze nie jest wydana. Dla mnie jest to już jednak proces zakończony, książka jest oddana do wydawnictwa, dzięki temu mogę skupić się na czwartej książce.

Nie mogę się oprzeć, by nie zapytać jeszcze o muzykę. Bohaterka książki Zaułek Szczęścia radzi sobie z samotnością różnymi sposobami, między innymi słucha muzyki. Ale jest to muzyka wyrafinowana, bo idąc tropem Julii, można dotrzeć do naprawdę dobrych „kawałków". Czym jest w takim razie muzyka w pani życiu?

Jestem człowiekiem, któremu słoń na ucho nadepnął, tak wszyscy zawsze mówili, ponieważ nie potrafię śpiewać. Natomiast w słuchanej muzyce i w wokalu wychwycę każdy fałsz i każde złe wykonanie. Czyli jestem świetnym krytykiem, ale z siebie nic nie daję, bo nie gram na żadnym instrumencie, ani nie zaśpiewam.

Jakiej muzyki pani słucha najchętniej?

Bardzo różnej. Ostatnio energetyzuje mnie Natalia Sikora, która wygrała the Voice of Poland. Jeśli wstaję rano i czuję się jak balonik, z którego wypuszczono powietrze, to zakładam słuchawki, słucham jej utworu „Cry bebe", włosy mi na rękach stają, tą jej energię odczuwam fizycznie. Po odsłuchaniu paru jej utworów mam taki „power", że mogę wstać od komputera, zacząć dzień bardzo energicznie. Słucham też oczywiście muzyki poważnej. Wszystko jednak zależy od nastroju. Słucham takiej muzyki na jaką w danej chwili mam zapotrzebowanie.

Serdecznie dziękuję za rozmowę. Mam nadzieję, że nowa książka jak najprędzej trafi w nasze ręce, a także, że nigdy nie wyczerpie się to źródło energii i optymizmu, które od pani otrzymują czytelnicy.

I ja dziękuję bardzo. Było mi bardzo miło.

Wywiada przeprowadziła Aleksandra Urbańczyk

Współpracujemy z: