Stanisław Karolewski

Informacje Personalne:

  • Twórczość:

    "Bilet Na Arkę"

    "Głodny Anioł"

    "Miłość Niejedno Ma Imię. Poezja. Proza"

    "Pokonałem Raka. 9 Sposobów, Dzięki Którym Wyzdrowiałem"

    "Szarlatańskie Wersety: Rok W Antykwariacie"

    "W Piaskownicy Światów. Epos Wrocławski"

Biografia:

Stanisław Karolewski - szarlatan, antykwariusz, historyk sztuki, fotograf, literat, bibliofil, bibofil i babofil. Pierwszy raz publikował poezje w wieku 7 lat w Szkolnym Ekspresie; wystawiał fotografie w Polsce i w Paryżu. Od 1-wszego kwietnia 2006 r. prowadzi we Wrocławiu antykwariat-galerię sztuki Szarlatan, który prócz tradycyjnych form upowszechniania kultury jak: wystawy malarstwa, głośne czytanie etc. zasłynął z promocji czytelnictwa w niecodzienny sposób, m. in.: Pogrzebem drogich książek, Meblami wykonanymi z książek. W trakcie pisania W piaskownicy ... odbył liczne głodówki tylko o wodzie, trwające łącznie ponad 40 dni z czego najdłuższa trwała 15 dób – odbył ją przed nadaniem ostatecznego szlifu powieści. W 2007 r. odkryto u niego nowotwór złośliwy, przeszedł przez chemioterapię i dwie operacje, jednak gdy po pół roku od skończenia leczenia guz się odnowił, przeklął lekarzy i wyleczył się sam – ziołami, dietą, i siłą woli.
Opublikował: "W piaskownicy światów, epos wrocławski", "Głodny anioł: Jak wyleczyłem się z raka", "Pokonałem raka: 9 sposobów, dzięki którym wyzdrowiałem".

Źródło: literatura.gildia.pl

Wywiad:

WSZYSTKO TO „SZARLATANERIA"

Jest Pan historykiem sztuki, fotografem, bibliofilem i antykwariuszem, pisarzem i wydawcą. Prowadzi Pan antykwariat „Szarlatan", więc jest też Pan głównym „Szarlatanem". Wszystkie te dziedziny harmonijnie z sobą współgrają, ale która przynosi Panu najwięcej satysfakcji?

Wszystko to „szarlataneria". Skąd nazwa? Bezpośrednio z Gałczyńskiego. Nosimy w sobie coś, co jeszcze nie ma końcowego kształtu. To „coś" dopiero w momencie wydostania się na światło dzienne staje się fotografią, malarstwem, literaturą. Żeby jednak tak było – musi zaistnieć jakaś pierwotna przyczyna. Wszystko, co się dzieje wcześniej, zanim ostatecznie to „coś" przyjmie swój kształt, jest szarlatanerią. I stąd nazwa mojego miejsca na ziemi.

Mówi Pan o sobie, że jest Pan spokrewniony z Królami Polski i z Ryszardem Wagnerem. Czy to oznacza, że pasjonuje się Pan genealogią, czy dysponuje świetnie zachowanymi kronikami rodzinnymi, a wiadomości przekazywane były z pokolenia na pokolenie?

Jestem historykiem sztuki, ciekawią mnie różne wydarzenia z przeszłości, więc także genealogia. Rodzinne historie przekazywane były po prostu z ust do ust z pokolenia na pokolenie. Moja prababcia była z domu: Wagner. Nie odziedziczyłem jednak talentu muzycznego, być może moja córka, to się okaże. Natomiast moja babcia była bardzo utalentowana. Jej edukacja w tym zakresie została przerwana w 1939 roku, tym niemniej kilka wcześniejszych lat pozwoliło jej zasłynąć w swoim regionie. Do późnych lat życia dawała koncerty na organach w kościołach.

Z której dynastii królewskiej Pan się wywodzi? ;)

To za dużo powiedziane (śmiech). Jestem spokrewniony po kądzieli przez babkę Marię, z domu Święcicką, z Piastami, zaś jednego z członków rodu – Mikołaja Stanisława Święcickiego, który był biskupem poznańskim i senatorem, wymienia „Złota księga szlachty polskiej" Teodora Żychlińskiego. Mikołaj Święcicki był zdecydowanym przeciwnikiem politycznym Augusta II Sasa, doprowadził do ogłoszenia bezkrólewia, a później do elekcji Stanisława Leszczyńskiego. Podczas koronacji biskup osobiście błogosławił i koronował króla. Z rodziną Leszczyńskich też jestem skoligacony – po mieczu.

To rzeczywiście niezwykłe, że w Pańskiej rodzinie zachowały się przekazy sięgające tak odległych czasów... Zresztą Pana działalność też w jakimś sensie stanowi pomost między przeszłością a teraźniejszością. Prowadzi Pan antykwariat, miejsce, gdzie obok książek współczesnych, można nabyć książki „z historią", które „trącą myszką", rzadkie, stare, kupić fotografie, płyty winylowe, wreszcie antyki. W „Szarlatanie" znaleźć można nawet zaskakujące przedmioty... na przykład maczetę Dogonów. Skąd się ona wzięła w Pańskich zbiorach?

Maczeta Dogonów? Tu można zastosować dwie wykładnie. W niejasnych okolicznościach lat międzywojennych zdobył ją niemiecki podróżnik – wprost na Czarnym Lądzie. Przywiózł ją ze sobą razem z innymi trofeami i powiesił nad kominkiem. Tak doczekała 1945 roku i została wraz z całym dobytkiem przejęta przez polskich osadników, a ich spadkobiercy oddali ją do antykwariatu. Albo: Dogoni to bardzo tajemnicze plemię, znające kosmos i tajemnice Syriusza, które my poznaliśmy dopiero w XX wieku. Ich magiczna broń trafiła w moje ręce za sprawą tejże magii, którą została nasycona. Proszę sobie wybrać jedną z wersji ;)

„Szarlatan" organizuje różne imprezy: wystawy malarstwa i fotografii, głośne czytanie fragmentów utworów, a nawet degustacje win. Czy ludzie, którzy Pana odwiedzają, to klienci czy już stali bywalcy?

Kilka lat już prowadzę antykwariat, więc siłą rzeczy mam stałych bywalców. Niektórzy wpadają codziennie, więc znajomości się zacieśniają. A wracając do pierwszej części pytania – o wystawy i degustacje, uważam, że nie należy rozdzielać pracy zawodowej, hobby i przyjemności. Jeżeli ktoś chce zajmować się sztuką, to trzeba nią żyć. Wtedy wszystko się układa, pojawiają się nawet przyjaciele związani z firmą i z samą sztuką. Nie wyobrażam sobie sytuacji, że idę do pracy na 8-10 godzin, a dopiero później zaczynam życie związane ze sztuką i literaturą.

Zasłynął Pan z niecodziennego promowania książek, między innymi urządził Pan „pogrzeb drogiej książki". Czym był Cmentarz Zapomnianych Książek?

Jest oczywiście miejscem opisanym w powieści Zafona „Cień wiatru". Natomiast we Wrocławiu był akcją. Stworzyliśmy miejsce w ktorym można było sobie wybrać książki, nie myśląc o ich cenie. Po prostu kupowało się bilet, otrzymywało torbę, wchodziło się na Cmentarzysko, mogąc z niego wynieść pełną torbę książek, w praktyce: nawet ponad sto, bez dodatkowych kosztów. Czyli relacja między czytelnikiem a książką była inna niż w zwyczajnej księgarni. Ta akcja cieszyła się sporym zainteresowaniem.

Przejdźmy do Pańskiej twórczości. Zadebiutował Pan cztery lata temu książką „W piaskownicy światów. Epos Wrocławski". Książka napisana jest błyskotliwym językiem, pełna motywów literackich i z racji Pana wykształcenia te elementy nie mogą dziwić. Czym miała być ta książka – manifestem artystycznym, hołdem oddanym miastu czy próbą mitologizacji własnej osoby, tworzeniem własnej legendy?

Pisząc książkę, brałem pod uwagę wszystkie powyższe czynniki. „Epos..." miał pokazać sposób, w jaki widzę świat. Jest w jakimś sensie manifestem artystycznym, moim sposobem patrzenia na literaturę, ale miał też pokazać miasto – mój dom.

Czytelnik przeżywa niezwykłą podróż. Narrator prowadzi go nie tylko uliczkami Wrocławia, śladem emocji bohatera, ale także prawdziwym labiryntem motywów literackich. Czerpie Pan obficie z literatury i kultury, wiele tu odniesień do kultury antycznej, trawestuje Pan słowa Fausta z dramatu Goethego, odnosi się do Gombrowicza, Bułhakowa. W pewnym momencie czujemy klimat, jaki towarzyszy lekturze „Sklepów Cynamonowych" Schulza... Czy poświęcił Pan kiedyś chwilę na zastanowienie się, z ilu motywów, z ilu książek zaczerpnął Pan inspirację? Czy można prowadzić taką „buchalterię"? ;)

Nie (śmiech), nie mam pojęcia. Obecny na LiteraTurze Jacek Inglot zarzucił mi przeintelektualizowanie. Natomiast ja uważam, że jeżeli podaje się jakąś myśl, która nie jest oryginalna, należy w jakiś sposób odwołać się do jej autora. Można też – jeśli jakiś motyw jest wystarczająco znany – wykorzystać go w książce, nawiązać do niego i czytelnik ma dodatkową zabawę w odczytywaniu aluzji.

Jak Pan długo pisał tę książkę?

Długo. Zacząłem ją pisać w wieku kilkunastu lat. Jednak od tamtej pory spłodziłem kilka tysięcy stron, więc z tej pierwszej wersji nic już nie przetrwało. Najchętniej pisałbym tę książkę przez całe życie, wraz z dojrzewaniem i zdobywaniem doświadczenia coś bym ciągle zmieniał i dopisywał. W którymś momencie jednak zrozumiałem, że tak się nie da, trzeba wreszcie postawić ostatnią kropkę.

Ponieważ książka miała premierę cztery lata temu i dzisiaj jest mniej widoczna na rynku niż pozostałe Pana książki, w jaki sposób, korzystając z okazji, zachęciłby Pan czytelników do sięgnięcia po nią?

Po prostu zapraszam. Jeżeli czytelnik przeczyta tę rozmowę i stwierdzi, że moja wizja świata jakoś odpowiada jego wrażliwości, to książka jest ciągle dostępna. Można ją zamówić na stronie „Szarlatana". Natomiast zdaję sobie sprawę, że to nie jest książka dla każdego. Albo się bardzo podoba, albo wręcz przeciwnie. Uczciwą propozycją będzie zachęcenie do przeczytania fragmentu... Jeżeli komuś się nie spodoba, to później nie będzie lepiej (śmiech).

Od razu przestrzegamy czytelników, że książka zawiera „lokowanie produktu" ;) Kryptoreklamę Pańskiego antykwariatu „Szarlatan". Czy do antykwariatu trafiają klienci po przeczytaniu książki, czy raczej książkę kupują stali bywalcy?

To chyba działa w obie strony. Pierwszymi czytelnikami byli klienci, ponieważ zaraz po jej publikacji została wyłożona w antykwariacie. Natomiast teraz, po czterech latach, mam już sygnały, że np. ktoś z Warszawy przyjechał specjalnie i szuka „Szarlatana" po lekturze książki.

Ile krasnoludków Pan wyzwolił? ;)

(śmiech) Niech to pozostanie tajemnicą :)

Wydawać by się mogło, że pomimo wrocławskiej otoczki i licznych motywów literackich „Epos..." jest książką tak osobistą, że trudno sobie wyobrazić, by mógł Pan napisać coś bardziej intymnego. A jednak życie zmusiło Pana do tego. Napisał Pan książkę o walce z rakiem. Przede wszystkim gratuluję sukcesu w starciu z tą chorobą. Dlaczego zdecydował się Pan tę książkę napisać i jak została odebrana?

Zupełnie podobnie, jak moja poprzednia książka. Przez jednych pozytywnie, przez innych... z agresją.

Czy dotarły do Pana sygnały, że komuś ta książka pomogła?

Tak, mnóstwo sygnałów od ludzi, którzy przeżyli podobną historię. Otrzymuję podziękowania za to, że taka książka się pojawiła. Mam sygnały od osób, które odzyskały zdrowie dzięki metodom, które opisuję. Właściwie wcale nie chciałem tej książki napisać. Powstała, ponieważ nagle zaczęły do mnie przychodzić tłumy ludzi z pytaniem, jak to było. Naiwnie sądziłem, że jeśli napiszę książkę, to... będę miał święty spokój (śmiech).

Czyli jest to trochę wypadek przy pracy, książka niezamierzona...?

Tak, pozostałe książki są całkowicie literackie, a ta ma tylko literackie wstawki, bo nie potrafiłem tego opowiedzieć np. w postaci poradnika. To nie byłoby wiarygodne. A dzięki literackiej formie czytelnik doświadcza trochę tego, co było moim udziałem. To przydaje tej historii realizmu, prawdziwości i szczerości.

Pana najnowszą książką jest „Bilet na Arkę". Sięga Pan w niej po jeden z najstarszych motywów świata – potop. Co Pana zainspirowało? Czy jest to odpowiedź na kilkakrotnie już ogłaszany koniec świata?

Pośrednio też, ale to szersza kwestia. Żyjemy w świecie, który się „kończy" i to dotyczy wszelkich zjawisk – naszej kultury i życia codziennego. A w jeszcze szerszym kontekście zastanawiam się nad kondycją dzisiejszego człowieka który musi żyć w tym "kończącym" i "kurczącym się" świecie. I to jest główny motyw książki.

Nad czym Pan obecnie pracuje?

Powstaje książka – znów będzie kryptoreklama (śmiech) – o ludziach, którzy przewijają się przez antykwariat „Szarlatan", ale też o przedmiotach, które się w tym miejscu znajdują, które mają swoją historię, są w jakiś sposób związane z ludźmi. A także o samym antykwariacie, o miejscu, które posiada swoją tożsamość. Forma książki będzie zupełnie odmienna od tego, co do tej pory napisałem. Będzie się składała z wielu krótkich fragmentów, podrozdziałów, w których ukryję różne opowieści.

Czy każdy przedmiot, który trafia do antykwariatu posiada zapisaną gdzieś własną historię?

Oczywiście, ale nie każdą znam. Jeżeli trafia do mnie interesujący przedmiot, próbuję dowiedzieć się o nim jak najwięcej. Ale nie zawsze jest to możliwe.

A czy trafiły do Pana przedmioty, które tak zrosły się, tak kojarzą się z „Szarlatanem", że nie decyduje się Pan już ich sprzedać?

Miałem kilka skarbów, tak jak maczetę Dogonów, ale staram się nie przywiązywać do przedmiotów. Próbuję odcinać się od kolekcjonerstwa. Potrafię się cieszyć przedmiotem, mogę nawet zabrać do domu na parę lat, ale z założeniem, że jednak kiedyś wypuszczę go w świat.

Serdecznie dziękuję za rozmowę :)

Wywiad przeprowadziła Aleksandra Urbańczyk

Współpracujemy z: