Krzysztof Pochwicki

Informacje Personalne:

  • Twórczość:

    "Cywilizacja traw"

    "Lato moralnego niepokoju"

Biografia:

Krzysztof Pochwicki ur. 1974. Z wykształcenia ekolog, biolog i historyk (ulubiona epoka: średniowiecze); ukończył też studia na Akademii Obrony Narodowej w Rembertowie. Pochłaniacz książek, przede wszystkim literatury naukowej oraz fantastyki. Od lat młodzieńczych należy do grona najwierniejszych fanów słoweńskiego zespołu Laibach. Pracuje jako nauczyciel. Z wyboru. Pisze teksty popularyzujące wiedzę, współpracował z nieistniejącym już pismem „Gameranking", obecnie redaktor miesięcznika „21. Wiek". Publikuje też w internecie. Autor książki Cywilizacja traw (2012), w lipcu 2013 r. ukazała się antologia Lato Moralnego Niepokoju zawierająca jego opowiadanie "Dałem słowo człowiekowi".

Źródło opisu: krzysztofpochwicki.pl

Wywiad:

STARAM SIĘ POBUDZAĆ WYOBRAŹNIĘ CZYTELNIKA

Jest Pan biologiem, ekologiem, historykiem, nauczycielem i pisarzem. Wszystkie te dziedziny układają się w harmonijną całość dzięki Pańskiemu wykształceniu i pasji. Która z nich jest dla Pana najważniejsza? Która przynosi najwięcej satysfakcji?

Nie umiem dokonać jednoznacznej hierarchizacji. Dobre życie jest niczym dobre żarcie, współistnieje jako całość, raczej nie stopniuje się składników. Wymienione elementy to po prostu ja. Natomiast zmieniłbym proporcje. Marzę o tym, by praca w szkole zajmowała mi mniej czasu, tak, bym mógł spokojnie poświęcić się pisaniu. Natomiast, gdy ogólnie życie jakże często sprowadza się do fluktuacji wyrzeczeń (czyli coś kosztem czegoś), wówczas jest to... trudne.

Jest Pan autorem książki „Cywilizacja traw", zakwalifikowanej do literatury popularnonaukowej. Z pewnością popularyzuje ona naukę, ale czym jest dla Pana jako autora? Temat ten ciągnie się za Panem już od czasu studiów, pisał Pan na ten temat pracę licencjacką. Czy „Cywilizacja traw" to w jakimś sensie Pana ideé fixe, dzieło życia?

Piszę, bo lubię. Jeżeli chodzi o zdobywanie wiedzy, samodzielną obróbkę faktów, wnioskowanie, wreszcie samo pisanie, uważam, że jestem w tym dobry. Zawsze robiłem notatki, skrypty, opracowania. Wciąż poszerzam prywatną bazę, mam nawet katalog tematyczny artykułów z gazet. W pewnym momencie poczułem, że znaczna część mojej pracy po prostu się marnuje. Nad „Cywilizacją traw" zdrowo się natrudziłem, fakt. Ale starania, by ją wydać, zajęły mi około dwóch lat. Kontaktowałem się m.in. z większymi wydawnictwami, CODN w Warszawie, Instytutem Badań Edukacyjnych Ministerstwa Edukacji Narodowej, Kuratorium Oświaty, Centralnym Punktem Informacyjnym Funduszy Europejskich. Odesłano mnie nawet (bezowocnie) do kwartalnika „Meritum", skąd trafił (również bezowocnie) do Mazowieckiego Samorządowego Centrum Doskonalenia Nauczycieli. Wreszcie się udało. Mam gotowe inne książki popularyzujące wiedzę, planuję je rozpowszechnić. Tytuły robocze: 1. „Terra Terrorium. Rozwój historyczny oraz wzajemne powiązania terroru i terroryzmu", 2. „Liga Irokezów. Narodziny, potęga, zmierzch indiańskiego sojuszu", 3. „Od zmierzchu do świtu. Fenomen nietoperzy". Może ktoś się tym zainteresuje, odezwie, pomoże?

Temat podjęty w „Cywilizacji traw" jest stale Panu bliski. Powiedział Pan kiedyś, że plik jest otwarty na pulpicie, ciągle Pan uzupełnia i aktualizuje dane. Czy pojawi się wkrótce potrzeba wznowienia i uzupełnienia tego opracowania w nowej książce?

Mimo, że jako autor parę rzeczy obecnie bym poprawił, wiem, że „Cywilizacja traw" należy do książek, które czyta się dobrze. Budzi ciekawość, niektórzy stawiają pytania, samodzielnie sprawdzają poruszane przeze mnie wątki. Zarazem, zwłaszcza jako autor nieznany, pozbawiony promocji, nie sprzedaję się w ilościach przyprawiających o migotanie konta. Fakt, książka w moim komputerze żyje. Nie wiem jednak, czy będzie drugie, zaktualizowane wydanie. Tu, nie ukrywam, niemal wszystko zależy od czytelników.

Zwraca Pan uwagę na uzależnienie człowieka od świata roślin, a zwłaszcza zbóż. Przedstawia Pan dowód na to, że uprawa zbóż miała wpływ na całą naszą cywilizację, budowę miast i wsi. Dużą wagę przywiązuje Pan do zagrożenia, jakie wynika dla człowieka z uzależnienia od tego sposobu zdobywania pożywienia. Napisał Pan, że już w chwili, gdy nasi praprzodkowie wykarczowali drzewa pod pierwsze pola, weszli na niebezpieczną drogę. Przestrzega Pan przed dalszymi zagrożeniami, a przyszłość, delikatnie mówiąc, nie jawi się różowo. Ale nie napisał Pan nic o tym, że w zasadzie ludzie nie mają i nie mieli alternatywy. Nasi przodkowie zostali zmuszeni do uprawy roli, ponieważ zaczęło brakować zwierząt i hodowla roślin stała się strategią przetrwania. Przez ładnych kilka tysięcy lat służyła ona całkiem dobrze, a zagrożenia, i to spore, pojawiły się dopiero teraz. Rzeczywiście, nie zdajemy sobie sprawy, że schyłek „cywilizacji traw" będzie „schyłkiem ludzkości"... Napisał Pan, że bez roślin nasza historia potoczyłaby się inaczej. A może jednak wcale by się nie potoczyła?

Nie pisałem, że nasi przodkowie zostali zmuszeni. Rolnictwo według mnie stanowi jeden z największych sekretów przeszłości. Niezależnie od przesłanek, które niegdyś nakłoniły ludzi do uprawiania wybranych roślin, na początku nowa strategia wydawała się mieć więcej zalet niż wad. Z czasem tego rodzaju rozważania przestały mieć głębszy sens praktyczny, po prostu jako ludzkość „wdepnęliśmy". Uzależniliśmy się. Nadaliśmy cywilizacji pewien kształt, jego zmiany są możliwe, ale potencjalne koszty trudno określić. No i woli brak.
Historia ludzkości zawsze była związana z roślinami. Człowieka kromaniońskiego (Homo sapiens fossilis, czyli Homo sapiens kopalny, człowiek z Crô-Magnon) uważa się za anatomicznie identycznego z człowiekiem współczesnym (Homo sapiens sapiens), czyli: po pierwsze – sam podział jest ewidentnie sztuczny i bezzasadny, po drugie – można przyjąć, że jako istota kształt ostateczny przyjęliśmy przed 43 tys. lat (a nawet wcześniej; w Etiopii pierwsi przedstawiciele H. sapiens o współczesnej budowie anatomicznej żyli przypuszczalnie już 160 tys. lat temu). W istocie przez większość istnienia ludzie tworzyli kulturę, historię (acz jej nośnikiem był język, nie pismo) nie będąc rolnikami. Co by było w przypadku innego scenariusza? Szczegółów nie znam, lecz historia z pewnością byłaby inna... Napisałbym wówczas książkę noszącą przykładowo tytuł „Cywilizacja umiaru". Mogłaby być spisana przez skrybę niewolnika na stronach z welinu i kosztować krocie. Hmmm.

Jest Pan nauczycielem. W jaki sposób uczy Pan swoich uczniów „ekologicznego" myślenia, wrażliwości na naturę?

Pracuję z młodzieżą gimnazjalną oraz licealną. Trudno mówić w tym przypadku o nauce od podstaw, na to były lata. Zazwyczaj zmarnowane. Wciąż nie istnieje u nas edukacja ekologiczna z prawdziwego zdarzenia. Niekiedy da się coś zdziałać realizując programy autorskie. Mają one jednak uzupełniać system, nie zaś go wyręczać. Staram się pobudzać ciekawość uczniów, ukazywać zaskakujące, mało znane oblicza świata. Zatrważające jest to, że w dobie powszechnego i łatwego dostępu do informacji coraz częściej spotyka się niemal dorosłych ludzi dysponujących kadłubową, a przy tym chaotyczną wiedzą o Polsce i świecie. Bez solidnych fundamentów trudno dobrze budować. Szkoły pozbawione pieniędzy i nowoczesnych pomocy naukowych, nauczyciele zawaleni papierami, spętani ramowymi planami nauczania; trudno uwrażliwiać w takich realiach. Pozostaje po prostu starać się i wierzyć w sens. System edukacji postrzegam coraz częściej jako iluzję, na którą społeczeństwo się godzi. Jak długo jeszcze?

Czy dzieci znają Pańską twórczość? Czy mają frajdę z tego, że ich nauczyciel jest prawdziwym pisarzem?

O tym, że piszę, uczniowie dowiadują się samodzielnie w sieci lub słuchając mnie uważnie na lekcjach. Niekiedy zachęcam bowiem do lektury moich wybranych tekstów. Wiem, że mam czytelników, ponoć nawet prawdziwych fanów. Naprawdę miło jest, gdy nie tylko uczeń, ale i rodzic mówi mi, że kupił moją książkę, przeczytał i jest pod wrażeniem.

W jaki sposób budował Pan relacje z uczniami? Na co zwraca Pan uwagę, by zachować respekt, ale nie stracić dobrego kontaktu? Czy ma Pan sprawdzoną receptę na budowanie właściwych relacji między nauczycielem i uczniami?

Młodzież błyskawicznie ocenia nauczyciela. Bezwzględnie wykorzystuje jego słabości, niedociągnięcia. Nie mam gotowego przepisu na wykształcanie relacji. Po prostu wchodzę do sali i robię swoje. Lubię swoją pracę, staram się prowadzić zajęcia ciekawie, intensywnie. Nie kumpluję się na siłę. Wyraźnie wyznaczam granice. Luz luzem, ale to moja lekcja i ja rządzę. Kropka.

„Cywilizacja traw" i tematy popularnonaukowe to nie jest jedyna dziedzina Pana zainteresowań. Pisze Pan opowiadania utrzymane w konwencji fantasy. Skąd zamiłowanie do tego typu literatury?

Jako dzieciak płynnie przeszedłem ze świata baśni, bajek do literatury fantastycznej. Czytałem niemal wszystko, co wpadło mi w ręce. Charles R. Tanner i jego „Tumitak z podziemnych korytarzy", Tolkien, Stanisław Lem, Janusz A Zajdel, Harry Harrison, wreszcie dwaj moim ulubieni bohaterowie: Conan Roberta E. Howarda oraz Kane stworzony przez Karla Wagnera. Wciąż mam do nich słabość. Bakcyl przekazano mi odpowiednio wcześnie, zamiłowanie pozostało.

Czym charakteryzują się Pańskie opowiadania?

Usłyszałem, że piszę w sposób barokowy. Cokolwiek ma to oznaczać. Nie upraszam na siłę stylu, natomiast lubię bawić się formą, niuansami. Uczę się. Pisząc staram się pobudzać wyobraźnię czytelnika, pozostawiając mu zarazem spory zakres swobody. Nie narzucam wszystkiego. Lubię historie linearne. Tak mam.

Publikuje Pan swoje opowiadania na stronie autorskiej. Czy myślał Pan o tym, by wydać drukiem wybór swoich opowiadań? Wysyłał je Pan może do wydawnictw?

Gdy zbiorę tak ze 30 opowiadań, wówczas można wybrać najlepsze i pomyśleć nad jakimś zbiorem. Ostatnio wysyłam prace na konkursy, na razie bez sukcesu. Poprawiam wybrane teksty, nie zniechęcam się. Zakładam, że są czytane i ktoś je doceni. Natomiast doszły mnie słuchy, że niektórzy usiłują wyrobić sobie zdanie na mój temat przez pryzmat moich fikcji. Powodzenia!

Jaka jest Pana opinia na temat opowiadań? To wstęp do pisania powieści czy „wyższa szkoła jazdy" i sprawdzian umiejętności warsztatowych pisarza?

Pisanie opowiadań nie zmusza automatycznie do prób z większą, dłuższą formą. Jednak jeśli ktoś przymierza się do stworzenia tekstu wykraczającego poza ramy opowiadania, wówczas bez znajomości warsztatu, wypracowanego stylu często ma problem. Większy lub mniejszy. Zazwyczaj większy. Opowiadanie oceniam jako trudny, wymagający rodzaj wypowiedzi narracyjnej. Głównie dlatego, że krótki.

Całkiem niedawno ukazał się tomik opowiadań „Lato moralnego niepokoju", w którym zamieszczone zostały utwory absolwentów Szkoły Pasji Pisania. Wśród nich znajduje się także Pańskie opowiadanie w konwencji fantasy „Dałem słowo człowiekowi". Dlaczego znalazł się Pan w tej szkole? Jakie umiejętności chciał Pan zdobyć? Czego Panu brakowało?

Nie jestem absolwentem, kursantem tych warsztatów. Jakub Winiarski jest moim przyjacielem. Nie znudziliśmy się swoim towarzystwem, mimo iż oglądamy swoje gębule od liceum. Znaczy lat parę (stosując pokaźną miarę). Dzięki Kubie poznałem wielu ciekawych ludzi, przeczytałem tony książek, po które sam pewnie bym nie sięgnął i wysłuchałem mnóstwo opinii, których w innej sytuacji raczej bym nie usłyszał. Analizuję, wnioskuję, przyswajam. Uczę się. O to chodzi.

Jak ogólnie podoba się Panu tom „Lato moralnego niepokoju" i o czym jest Pańskie opowiadanie?

„Lato moralnego niepokoju" podoba mi się jako całość. Z pewnością jest to pozycja zapewniająca lekturę zróżnicowaną stylem, poziomem, treścią. Co kto lubi. Nie jestem piewcą niektórych opowiadań, lecz nie wyjawię, które mam na myśli. Początkowo teksty miały mieć związek z szeroko pojmowaną problematyką wakacyjną. Napisałem tekst na potrzeby tego zbioru. Dobrze się przy tym bawiłem. „Dałem słowo człowiekowi" jest pewną wizją. Starałem się, by była to wizja plastyczna. Homo sapiens jako istota przegrana, przy tym wciąż budząca strach, tajemnicza. Konfrontacja nie tylko odmiennych postaw, kultur, ale wręcz różnych biologii. W tekście podrzuciłem pewne smaczki, wątki pobudzające ciekawość. Od początku mam ochotę wrócić do tego świata. Może inne opowiadania? Może coś dłuższego?

Czy myślał Pan już o napisaniu powieści w stylu fantasy? Może o rozbudowaniu jakiegoś własnego utworu?

Ponoć Karol May talent pisarski odkrył w więzieniu. Sporządził wówczas listę pomysłów na książki, które później metodycznie realizował. Też mam listę pomysłów na książki. Niektóre nawet zacząłem. Pozostaje tylko kwestia czasu. Teraz, ze względu na pewne zmiany w życiu prywatnym, istnieje szansa, że będę miał tego czasu więcej. Chcę skończyć 1-2 opowiadania i biorę się za powieść. Z pewnością nie będzie to literatura faktu.

W zeszłym roku wziął Pan udział w konkursie na Wolską Bajkę. Pański tekst „Pan Bola" zajął II miejsce. Jakie miejsce w Pana twórczości mają bajki dla dzieci?

Bajkę napisałem, by sprawić przyjemność mojemu dziedzicowi. Faktycznie, był dumny. Teraz powoli porządkuję własne bajki, które pisałem mając 10-13 lat. Dam znajomym do oceny, zobaczę.

W bajce przedstawił Pan chłopca, który wagarował, nie lubił szkoły aż do momentu, gdy spotkał „Esencjaka", który oprowadzał go po Woli, wskazując miejsca, w których wydarzyło się coś ważnego, gdzie „rodziła się" historia. Co zainspirowało Pana do stworzenia takiej postaci?

Chciałem stworzyć coś nowego. Uważam, że w esencjakach tkwi potencjał. Można wykorzystać je do promocji historii, uwikłać w nowe przygody. Wyobrażałem też sobie jak wyglądają, poruszają się. Krasnoludki jakoś nigdy nie zdołały mnie do siebie przekonać...

Dla kogo pisze się trudniej? Kto jest bardziej wymagającym czytelnikiem – dorosły czy dziecko?

Raczej dziecko. Uwzględniam przy tym fakt postępującego dziecinnienia coraz liczniejszej grupy dorosłych. Przez kurtuazję i typowy dla mnie umiar nie wypowiem się na temat poziomu części tytułów kierowanych ponoć do dorosłego, dojrzałego i wyrobionego odbiorcy.

Czy chce się Pan jeszcze sprawdzić w innych gatunkach literackich? Nad czym Pan teraz pracuje?

Inne gatunki mnie chwilowo nie pociągają. Wbrew panującym trendom nie przymierzam się do wspomnień, polemik, opisywania podróży lub zbierania przepisów kulinarnych. Mam pomysł na książkę w rodzaju historii alternatywnej, ale to wyjątek. Piszę książkę – żmudnie, powoli – wspólnie z Jakubem Winiarskim. Szczegółów nie zdradzę, aby nie zapeszyć. Potem, a może równolegle, powieść.

Po jakie książki sięga Pan dla własnej przyjemności?

Zależy od aury i chwilowych potrzeb. W domu mam pokaźną bibliotekę. Głównie książki z zakresu nauk przyrodniczych, geografii, historii. Prócz tego psychologia, socjologia, tytuły naukowe i popularnonaukowe, nieco filozofii, biografii, traktatów. Proza, niemal cała, została u mamy. Po prostu lubię czytać. Najlepiej w ubikacji. Ponoć to zwyczaj typowo samczy.

Jakie książki są dla Pana najważniejsze? Proszę wymienić dwie absolutnie obowiązkowe?

Trudno tak. Bardzo często zaglądam do „Sztuki wojny" Sun Zi. Książką, do której mam olbrzymi sentyment, do której wciąż niekiedy zaglądam, jest „Diuna" Franka Herberta.

Bardzo dziękuję za rozmowę:)

Wywiad przeprowadziła Aleksandra Urbańczyk

Współpracujemy z: