Anna Strzelec

Informacje Personalne:

  • Twórczość:

    "Akwarele I Lawendy"

    "Druga Pora Życia, Czyli Jak Zabija Się Miłość"

    "Gorąca Antologia"

    "Marysia Wnuczka Leonii"

    "Okno Z Widokiem Na Prowansję"

    "Tylko Nie Życz Mi Spełnienia Marzeń"

    "Wiza Do Nowego Jorku"

    "Życie To Nie Karnawał"

Biografia:

Anna Strzelec - poetka i pisarka, z wykształcenia -artysta plastyk. Zadebiutowała w maju 2008 roku kilkoma wierszami wśród nowych twarzy twórców, których wiersze i opowiadania umieściła Monika Sawicka w swojej powieści pt. "Kruchość porcelany".
Wieloletni pobyt w Niemczech dostarczył autorce inspiracji do napisania pierwszej książki, która została przyjęta z dużym zainteresowaniem ze strony recenzentów i czytelników. W krótkim czasie, w ślad za nią ukazał się dalszy ciąg opisanej historii z życia polskich emigrantów.
Anna Strzelec mieszka na Pomorzu Zachodnim, czerpie radość z posiadania dzieci, przyjaciół i ogrodu. Od kwietnia 2011 r. jest członkiem Związku Literatów Polskich.

Źródło: annastrzelec.eu

Wywiad:

NA MARZENIA NIGDY NIE JEST ZA PÓŹNO

Zadebiutowała Pani książką „Tylko nie życz mi spełnienia marzeń", w której opisuje Pani swoje przeżycia i doświadczenia związane z emigracją. Niewiele z niej jednak dowiadujemy się o Pani życiu przed wyjazdem z Polski.

Tak, bo dopiero pod koniec mojego pobytu w Niemczech postanowiłam opisać ten pobyt, całe 20 lat emigracji i życie w niemieckiej rodzinie.

Czytelnik sporo zatem wie o Pani od 1988 roku do dziś. Ale czym zajmowała się Pani wcześniej? Gdzie Pani studiowała i jaką podjęła pracę?

Ukończyłam studia na PWSP w Poznaniu i przez 22 lata byłam nauczycielką i prowadziłam pozalekcyjne zajęcia plastyczne z młodzieżą. Bardzo lubiłam swoją pracę i myślę, że jako pedagog byłam akceptowana. Spotykamy się teraz, po latach i z przyjemnością wspominamy szkolne lata.

Studiowała Pani malarstwo. Jakie nurty, jakich malarzy Pani ceni? Co Pani odnajduje w ich pracach?

Przede wszystkim impresjonistów. Trudno powiedzieć którego najbardziej... Nie chciałabym infantylnie wymieniać Van Gogha... Moneta i Gauguina też lubię. Zachwycały mnie ich techniki malarskie. Na zajęciach plastycznym malowaliśmy obrazy wykorzystując technikę puentylizmu. Bardzo cenię Toulouse-Lautreca. Czytałam ciekawą książkę o jego chorobie i próbach prowadzenia normalnego życia pomimo kalectwa. O tęsknocie za miłością, o kobietach jego życia. Wzruszająca postać... Stanisława Wyspiańskiego też powinnam wymienić ze względu na jego ciekawą kreskę i plamę malarską, a także projekty witraży. Pod koniec życia Wyspiański malował mimo bólu, pragnienie tworzenia było silniejsze. Podobno ból trzeba pokochać...

Zwraca Pani uwagę na dzieła artystów, ale podkreśla też Pani ich determinację, walkę z bólem i cierpienie...

Tak, ból, cierpienie, choroba, determinacja to dobrze mi znane aspekty życia i twórczości. Od kilkudziesięciu lat zmagam się z zapaleniem stawów, które uniemożliwiło mi działalność artystyczną.

Wspomniała Pani o projektach witraży Wyspiańskiego. Pani także wykonywała witraże, w Niemczech zetknęła się Pani z techniką Louisa Tiffany'ego, wybitnego amerykańskiego dekoratora wnętrz.

Byłam w Hamburgu na wystawie mistrza Tiffany'ego. Spora kolekcja jego dzieł została przywieziona z Ameryki. Witraże, lampy, wazy, naczynia przeróżnego rodzaju i biżuteria. Prawdziwa uczta dla oka i serca, dla mnie niesamowite przeżycie. Z techniką Tiffany'ego zetknęłam się dzięki mojemu mężowi. Witraże wykonywaliśmy razem i były to ostatnie prace, które zrobiłam. Jestem z nich dumna. Do dziś zachowałam okienko z witrażem, który zaprojektowaliśmy, wykonaliśmy, a zmontowaliśmy już w Polsce. Jestem plastykiem, prace w tej technice dawały mi bardzo dużo satysfakcji. Kiedy choroba zmusiła mnie do porzucenia tego zajęcia, bardzo to przeżyłam. Pisanie stało się po prostu rodzajem rekompensaty, sposobem na życie...

I wtedy powstał projekt książki „Tylko nie życz mi spełnienia marzeń"...?

Kiedy zaczęłam odczuwać potrzebę powrotu do kraju, pomyślałam, że mój dwudziestoletni pobyt za granicą, doznane tam przeżycia byłyby dobrym tematem do napisania książki.

Książka przypomina patchwork literacki, składający się z różnych elementów: narracja, wiersze, listy, maile, kartki z pamiętnika... Czym była dla Pani ta książka? Terapią, zamknięciem pewnego etapu? Jak ją Pani traktuje?

W pewnym sensie rzeczywiście stała się terapią. A sposób ujęcia przekazu, ten patchwork literacki, jak go Pani nazwała – przyjęłam jako swój styl. Inna czytelniczka, polonistka, nazwała go literackim kolażem. A umieściłam wszystko po to, by podkreślić wiarygodność mojej historii.

Czy zasiadając do pisania książki spodziewała się Pani, jaką przyjdzie zapłacić za to cenę?

Biografię trudno się pisze – nie można niczego zakamuflować, trzeba być szczerym, a pisaniu towarzyszą emocje. Dopuszcza się czytelnika do spraw rodzinnych, wręcz intymnych, także do sekretów ludzi najbliższych. Uświadomiłam sobie, że pisanie takiej książki to przeżywanie po raz drugi spraw często krępujących.

Kończy Pani książkę w takim momencie, że czytelnik odczuwa niedosyt. Czy od razu planowała Pani napisanie kontynuacji?

Zostawiłam książkę w zawieszeniu, bo sama znajdowałam się w takim stanie. Nie miałam zamiaru specjalnie podsycać ciekawości czytelników. Pierwszy raz pisałam książkę i nie miałam pojęcia, jak zostanie ona przyjęta. Przerwałam jej pisanie, bo zabrakło mi sił na przeżywanie tych spraw od nowa. Kończyłam pracę nad nią już w Polsce, a wydawało mi się, że chodzę po ruinach...

Jednak podjęła się Pani napisania drugiej części...

Tak, bo skoro książka okazała się potrzebna i została przyjęta ze zrozumieniem (a miała spory odzew – zasypywano mnie pytaniami: co było dalej?), to napisałam jej ciąg dalszy – „Drugą porę życia, czyli jak zabija się miłość".

Czy dziś nie jest Pani trochę zmęczona? Nie żałuje Pani, że opisała swoją historię?

Nie, ponieważ na podstawie tych książek zostałam przyjęta do Związku Literatów Polskich i byłam bardzo uradowana, że moja proza spodobała się. Natomiast nie bardzo lubię do tych historii wracać. Na spotkaniach autorskich traktuję je jako przestrogę. Czasy się zmieniły, ale wyjeżdżając na zarobek warto zadać sobie pytanie, czy będzie do kogo wrócić... Miałam to szczęście, że na mnie ktoś czekał. Zdecydowanie wolę jednak moje następne książki.

W Pani życiu ważne są podróże: Rzym, Tunezja, Hiszpania, Nowy Jork... Opisuje je Pani w swoich książkach. Co Panią najbardziej pociąga w podróżach?

Zwiedzając interesujące miejsca starałam się zawsze poznać zabytki, sztukę, kulturę, ale też być bliżej przyrody danego kraju. Rzym to szczególne przeżycie. Byłam tam krótko po śmierci naszego Ojca Świętego, wzruszenie było więc zwielokrotnione. Zakochana jestem w Krecie, odwiedzałam ją cztery razy i mogłabym zamieszkać tam na stałe.

Dlaczego właśnie tam?

Fascynuje mnie historia tej wyspy, odpowiada mi jej klimat, architektura, śródziemnomorska roślinność, kwiaty, owoce. Wspominam wycieczki w góry, zwiedzanie monasterów, sympatycznych mieszkańców... Wszystko mnie tam urzeka.

Rodzinna uroczystość, na którą wyjechała Pani do Stanów Zjednoczonych i spotkane tam osoby zainspirowały Panią do napisania znacznie pogodniejszej książki „Wiza do Nowego Jorku". Jak powstawała książka?

Pisałam ją stopniowo... Zostałam zaproszona na ślub mojej chrzestnej córki, więc uznałam, że grzechem byłoby nie skorzystać z okazji. W podróż wybrałam się z przyjaciółką i zwiedziłyśmy Long Island. Sam pobyt był dużym przeżyciem, a widok Statui Wolności zapierał dech...

Jaki jest Nowy Jork? Taki jak w filmach?

Taki, jak go sobie wyobrażałam: wielki, gwarny i ruchliwy, z żółtymi taksówkami na zawołanie. Ponieważ jestem fanką Audrey Hepburn, koniecznie chciałam pójść do jubilera, w którym kręcono przed laty „Śniadanie u Tiffany'ego". Byłam, mam nawet zdjęcie :)

W niebieskim kapelusiku przy witrynie Tiffany'ego, jak Leonia?

Tak, to jest to zdjęcie! Ale oczywiście nic nie kupiłam, a atmosfera w sklepie nie jest już tak zabójczo elegancka, jak przed laty.
Pani pierwsze książki pokazują autentyczne wydarzenia. Czy „Wiza do Nowego Jorku" to ulepszona wersja Pani historii?
Nie miałabym nic przeciwko temu, aby mój los potoczył się podobnie jak życie Leonii. Chociaż początek jej pobytu za oceanem wcale nie był najszczęśliwszy. Przyznaję – w każdej mojej książce przemycam coś z siebie...

Czy Jeremi to Pani ideał mężczyzny?

Tak. To mężczyzna z zasadami, inteligentny, dowcipny i oddany, na którym można polegać. Kontynuacją „Wizy do Nowego Jorku" jest „Okno z widokiem na Prowansję", gdzie czytelnik poznaje dalsze losy Leonii i Jeremiego.

Dlaczego wybrała Pani Prowansję? Czy planuje już Pani podróż do Francji w ślad za swoimi bohaterami?Dlaczego wybrała Pani Prowansję? Czy planuje już Pani podróż do Francji w ślad za swoimi bohaterami?

W tym wypadku stało się rzeczywiście nieco inaczej. Skupiłam się na swoich marzeniach. Planuję taką podróż... Mój bohater urodził się w Prowansji, w małej miejscowości Antibes i marzy o tym, by tam wrócić, oczywiście z Leonią. Mam cichą nadzieję, że po zakończeniu sagi również odwiedzę to miasteczko. Na marzenia nigdy nie jest za późno.

Czy ta historia ma kontynuację?

Tak. Być może ostatnią część, „Akwarele i lawendy", zakończę happy endem. Chociaż... Któż to wie?

Jest Pani także poetką. Już w pierwszej książce umieściła Pani swoje wiersze. Od kiedy Pani je pisze?

Moja przygoda z pisaniem zaczęła się w 1988 roku od wierszy. Gdy powróciłam do kraju, zobaczyłam program w telewizji: „Kobiety po przejściach chwytają za pióro". Jedną z osób, która się tam wypowiadała, była pisarka Monika Sawicka. Napisałam do niej, a ponieważ planowała wówczas wydanie „Kruchości porcelany" i udostępniała w niej kilkanaście stron debiutantom, zaprezentowałam jej kilka wierszy. Przyjęła je i tak to się zaczęło. Wkrótce ukazał się mój pierwszy tomik „Miłość niejedno ma imię" w formie e-booka. Ktoś powiedział, że jestem bardziej poetką niż pisarką i przyznaję, że to określenie bardzo mi się spodobało.

Czyli czuje się Pani bardziej poetką?

Są momenty, gdy wiersz zainspirowany sytuacją, przeżyciem sam się układa i trzeba go od razu zapisać, by nie umknął. Ale do prozy wracam z przyjemnością, więc jestem chyba jak dojrzałe jabłko – podzielona między te dwa literackie światy.

Z którego tomiku wierszy jest Pani szczególnie dumna?

Z ostatniego, „Jeszcze raz w podróż", który już ukazał się jako ebook, ale będzie też w wersji papierowej. Czekam na niego z utęsknieniem, jak na narodziny jeszcze jednego dziecka, które będę mogła wziąć na ręce. Bo poczęte jest z miłości...

Niedawno ukazał się także pięknie wydany tomik wierszy „Gdziekolwiek jesteś... Dialogi liryczne". To są wiersze Pani oraz Andrzeja I. Sawko. Jak doszło do Waszej współpracy?

Dzięki Facebookowi. Ujęła mnie poezja Andrzeja I. Sawko i jej liryczny, czasem dramatyczny wyraz. Zaproponowałam wspólne wydanie tomiku, ponieważ tej formy dialogu poetyckiego dotąd w literaturze nie było. Dodam, że tomik został opatrzony wspaniałą przedmową, analizą wierszy, napisaną przez kulturoznawcę dr Lucynę Smyłkowską-Karaś.

Tomik ilustrowany jest obrazami van Gogha. Czyj to był pomysł? Pytam o ten zbieg okoliczności, bo wan Gogh to jeden z ulubionych Pani malarzy.

Ilustracje dzieł van Gogha zamieszczone w tomiku były przemiłą niespodzianką ze strony wydawcy.

Zrobiło się bardzo artystycznie... Rozmawiałyśmy o malarstwie, sztuce, książkach i wierszach. Proszę jeszcze powiedzieć, czym jest w Pani życiu muzyka?

Muzyka towarzyszy mi przez całe życie, słucham jej w zależności od nastroju i czynności, które właśnie wykonuję – poważnej, popowej lub poezji śpiewanej. Na przykład podczas pisania fragmentu „Wizy do Nowego Jorku" słuchałam tang Astora Piazzolli, bo mój bohater grał je na skrzypcach. Aby koncert, który ma miejsce w „Akwarelach i lawendach" był wiarygodny, przesłuchałam kilka utworów Czajkowskiego, obliczając czas ich trwania...

Czego słucha Pani, gdy zbliża się depresja?

Nie miewam depresji, ale gdy jest mi smutnawo – podziwiam talent Daniela von Lisona. Chętnie słucham też Chrisa Rea, Leonarda Cohena, wracam do lirycznych piosenek Elvisa Presleya.

Zawsze jest Pani pełna energii. Jaka jest Pani recepta na doskonałe samopoczucie?

Przyznam, że samopoczucie nie zawsze jest takie, jakby się wydawało, ale myślę, że mam przepis na wewnętrzną pogodę. Nie rozmyślam o tym, co było złe, nie rozpamiętuję zbyt wiele. Mam nadzieję, że widać to także w książkach, bo staram się w nich wydobywać radosne i pozytywne strony życia. Na blogu umieściłam motto, które sobie wypracowałam: zadowolenie z samego siebie jest połową szczęścia. A jeśli także inni bywają z nas zadowoleni, to czegóż jeszcze trzeba?

Annie Strzelec nie wypada życzyć "spełnienia marzeń". Czego można zatem życzyć?

Zdrowia i aby moim czytelnikom nadal podobało się to, co piszę.

Tego właśnie życzę :) Dziękuję za rozmowę.

Wywiad przeprowadziła Aleksandra Urbańczyk

Współpracujemy z: