Jacek Inglot

Informacje Personalne:

  • Miejsce Urodzenia: Trzebnica, Polska
  • Narodowość: Polska
  • Język: Polski
  • Obywatelstwo: Polskie
  • Twórczość:

    "Antologia SF: Dira Necessitas"

    "Bohaterowie Do Wynajęcia"

    "Co Większe Muchy"

    "Czarna Msza"

    "Eri I Smok"

    "Inquisitor. Zemsta Azteków""

    Polska 2.0"

    "Porwanie Sabinek"

    "Quietus (Wydanie Rozszerzone)"

    "Sodomion"

    "Wizje Alternatywne 3"

    "Wizje Alternatywne 5: 12 Gniewnych Prekognitów"

    "Wizje Alternatywne. Antologia Opowiadań "SF" Pisarzy Polskich"

    "Wypędzony"

Biografia:

Jacek Inglot - pisarz, krytyk literacki, publicysta, redaktor i nauczyciel. Debiutował w połowie lat osiemdziesiątych na łamach czasopism poświęconych fantastyce. Publikował w „Feniksie", „Fantastyce", „Nowej Fantastyce", „Playboyu". Wydał powieści "Inquisitor" i "Quietus", obie nominowane do Nagrody im. Janusza A. Zajdla oraz powieści: "Porwanie Sabinek", "Eri i smok", "Wypędzony" a także zbiór opowiadań "Bohaterowie do wynajęcia" (wspólnie z Andrzejem Drzewińskim).

Wywiad:

ŻADNA KONWENCJA NIE JEST MI OBCA

Zanim został Pan pisarzem, był Pan nauczycielem. Zrezygnował Pan z pracy w szkole, natomiast nigdy nie porzucił Pan nauczania. Czy prowadzenie warsztatów literackich to Pańska misja?

Nigdy nie uważałem się za belfra z powołania, raczej z życiowej konieczności. W przypadku warsztatów literackich było to raczej hobby, prowadziłem je z przyjemnością, bo nie musiałem wystawiać stopni. Choć otwarcie mówiłem, co sądzę o przedstawionych do oceny pracach, według wyznawanej przeze mnie prostej zasady: po pierwsze nie kłamać. Nie ma większej katastrofy niż młody twórca przekonany o własnej genialności. Zderzenie wygórowanych mniemań o własnej osobie z rzeczywistością bywa bardzo bolesne.

Jak można (można było?) dostać się do Pańskiej szkoły? W jaki sposób rekrutuje Pan swoich kursantów? I jak wyglądają zajęcia na warsztatach literackich?

To były otwarte zajęcia, mógł się zgłosić każdy uczeń czy student. Decydowała kolejność zgłoszeń, miałem ok. 20 miejsc. Na zajęciach czytaliśmy poezję i prozę, ja poddawałem teksty gruntownej krytyce i radziłem, jak je poprawić. Albo, w przypadkach beznadziejnych, wrzucić do kosza. Czasem warto napisać coś nowego niż biedzić się nad rzeczami kompletnie nieudanymi.

Pisze Pan i opowiadania, i powieści. Co jest według Pana trudniejszym wyzwaniem? Czy na warsztatach uczy Pan zaczynać od opowiadań, czy opowiadanie to, Pańskim zdaniem, „wyższa szkoła jazdy"?

Wyższą szkołą jazdy jest powieść, zwłaszcza dobra. Ale radziłem zaczynać od opowiadań, aby przećwiczyć prowadzenie narracji w krótszej formie. Mało kto potrafi ot tak usiąść i od razu walnąć powieść, i to nadającą się do czytania. Potrafią to jedynie grafomani. Przypomnijmy jednak, że jedną z podstawowych cech grafomanii jest absolutny brak samokrytycyzmu i totalne samozadowolenie. Nie o to jednak w literaturze chodzi, aby autor doznawał orgazmu w czasie pisania, bo tak mu fajnie.

Pierwsze Prawo Inglota brzmi: „Przede wszystkim nie nudzić". Czy sformułował Pan także kolejne prawa? A może powstanie kodeks Jacka Inglota, zawierający wskazówki dla przyszłych literatów? ;)

To zdanko jest ważne na terenie fantastyki, gdzie czytelnik jest bardzo wrażliwy na nudziarstwo. Rozwlekły pseudoartystyczny bełkot zupełnie go nie bierze. Myślę, że to zdrowa zasada, choć wielu krytyków mainstreamowych uważa inaczej. Jak się przy książce nie nudzą, to znaczy, że pisarz nie jest artystą. Bo sztuka nudną musi być i basta! Im nudniejsza, tym większa. Jak pisarz nie nudzi, to od razu jest podejrzany, bo to ani chybi jakiś rzemiecha od komercji. Myśl wyrażona jasno i klarownie z definicji nie może być mądrą ani głęboką. Bóg jeden raczy wiedzieć, dlaczego tak uważają. A na jakiś pisarski alfabet pewnie się kiedyś poważę, muszę jednak zebrać więcej doświadczeń.

Jakie składniki powinna zawierać dobrze skomponowana książka? Czego wymaga Pan od swoich kursantów? Na co zwraca Pan uwagę w książkach czytanych dla własnej przyjemności?

Przede wszystkim powinna mieć fabułę z jakimś początkiem, środkiem i końcem. Moim zdaniem, pisanie prozy to przede wszystkim opowiadanie ciekawych historii. Nie tyle tego wymagałem na kursach, co dobrotliwie radziłem. Jedni brali to do siebie, inni nie. Tego też szukam w innych książkach.

Czy pojawił się kiedyś na warsztatach młody człowiek, przyszły pisarz, o którym pomyślał Pan: „Oto uczeń, który prześcignął/prześcignie mistrza?". Czeka Pan na książkę utalentowanego autora, który może się okazać „objawieniem literackim"?

Kilka osób prezentowało bardzo interesujące talenty, ale raczej w poezji... na ciekawego kandydata na prozaika na moich warsztatach się nie natknąłem. Tak jakoś wyszło. A co do „objawień", ostatnio są one najczęściej dziełem speców od PR. Ci współcześni „inżynierowie dusz ludzkich" byle chłam potrafią wykreować na arcydzieło, tj. wmówić to publice. Tak bywało i dawniej, ale teraz skala zjawiska jest naprawdę ogromna. Nastąpiła totalna macdonaldyzacja literatury. Im chłam większy, tym wydawcy (i czytelnicy, niestety) pełniejsi entuzjazmu. Wiąże się to też z zanikiem tzw. smaku literackiego (no bo co ma McDonald's wspólnego ze smacznym jedzeniem?). Ludziom jest już wszystko jedno i nie zwracają uwagi na to, czy to, co czytają, jest dobrze napisane.

Jak powinna funkcjonować szkoła – może nie idealna, ale taka, która potrafiłaby zatrzymać Jacka Inglota?

Szkoła musi być taka, jaka jeszcze jest, choć nie wiadomo, jak długo: opresyjna, z podziałem na role mistrza i ucznia, inaczej jest moim zdaniem nieskuteczna. Wydaje mi się, że najlepiej by mi się uczyło w XIX-wiecznym gimnazjum, gdzie w kącie stróżówki stała beczka z moknącymi w wodzie brzozowymi witkami. Po lekcjach uczniowie karnie stawiali się na chłostę, ci niesforni oczywiście, i brali na gołą dupę naznaczoną przez nauczyciela „działkę"... ale nie dysponuję niestety maszyną czasu.

Teraz padnie pytanie standardowe, mam nadzieję, że nie nazbyt irytujące. Gdziekolwiek szukać informacji na Pański temat, znajduje się żelazną formułkę, że Jacek Inglot jest przedstawicielem polskiej fantastyki. Dlaczego zaczynał Pan swoją przygodę literacką właśnie od tego gatunku? W jakich książkach się Pan zaczytywał zanim sam sięgnął po pióro?

To przez Stanisława Lema, który w dzieciństwie zaraził mnie fantastyką. A potem to już nie mogłem się odkleić, uwiodła mnie romantyka kosmicznej przygody. Zresztą do tej pory uważam, że ta konwencja – science fiction – jest bardzo pojemna i można pisać w niej dobrą literaturę, taką, jaką tworzył Lem.

Zadał Pan kiedyś wielokrotnie później cytowane pytanie: „Czy każdy, kto zajmuje się fantastyką, musi być zamknięty w getcie?". Te słowa brzmią jak odparcie ataku. Czy w momencie, gdy odsunął się Pan od fantastyki, poczuł się Pan obiektem nagonki, krytyki? Czy środowisko literackie bądź fanowskie próbowało wywierać na Pana naciski?

Fanowie fantastki mają teraz tylu nowych idoli, że nawet nie zauważyli mojej „dezercji". Tę „gębę" autora fantastyki to raczej przypinali mi krytycy mainstreamowi, mimo że pierwszą niefantastyczną powieść, „Porwanie sabinek", wydałem w 2008 roku. Ale oni już mieli mnie w szufladce i nie chciało im się mnie z niej wyjąć. Dopiero po „Wypędzonym" w niektórych głowach zapanowała konsternacja. Jak mu się to udało, temu tandeciarzowi od fantastyki?! Panowie, wyszedłem z getta, bo nigdy w nim nie byłem. Taki mały paradoks.

Powiedział Pan kiedyś, że zmienia się dzisiaj rola pisarza. „Niegdyś był wieszczem, dziś jest błaznem, dostarczającym tłumom lekkostrawnej rozrywki". Pan natomiast, stając wobec tej alternatywy – wybrał szyderstwo. Stwierdził Pan także, że nieważny jest entourage – powieść może być w konwencji fantasy, kryminału czy romansu nawet, dla Pana istotne jest, by zmusić czytelnika do refleksji, pracy nad sobą, przekłuć „balonik jego samozadowolenia". Czy tak właśnie rozumie Pan swoją misję?

Obecnie dzielę ludzi pióra – czy raczej klawiatury – na pisarzy i pismaków. Ci pierwsi chcą się podzielić z czytelnikiem swoją wizją świata, ci drudzy wypełniają popkulturowe formaty, wypełniając zamówienia wydawców. Kiedyś sekretarze wydziałów kultury KC PZPR dzwonili do pisarza i mówili: „Napiszcie no mi powieść o milicjancie". I powieść po dwóch tygodniach była. Teraz dzwoni wydawca i poleca: „Napisz mi powieść o wampirze i zombi". I co? Też jest, może nawet szybciej. Prawdziwy pisarz tak nie potrafi. Dlatego jest ich coraz mniej, za to pismaki mnożą się jak kleszcze w upalne lato.

W swojej twórczości sięga Pan po różne gatunki i w każdym z nich czuje się Pan dobrze. Pisze Pan opowiadania i powieści w konwencji fantasy, horroru, science fiction. Sięgał Pan po historię alternatywną, interesował się tematyką współczesną i historyczną. Czy szykuje Pan jeszcze jakąś niespodziankę dla czytelników?

Pewnie. Żadna konwencja nie jest mi obca, jak humanizm Terencjuszowi. Rozmyślam na przykład intensywnie nad napisaniem współczesnego kryminału, dziejącego się oczywiście we Wrocławiu. Czytałem ostatnio kilka dzieł polskich autorów kryminalnych, bez satysfakcji. Może powinienem wskoczyć na ich poletko? Wydaje mi się, że bym potrafił.

Tomasz Mann napisał kiedyś, że „Pisarz to człowiek, któremu pisanie przychodzi trudniej niż wszystkim innym ludziom". Jak może się Pan odnieść do tych słów?

Łatwo się pisze geniuszom i grafomanom. Tych pierwszych jest naprawdę niewielu. Cała reszta średnio utalentowanych – myślę, że i ja się do nich zaliczam – musi harować w pocie czoła. Moim zdaniem, często to wręcz rodzaj galer, takich oczywiście umysłowych. Nadanie właściwego kształtu myśli/frazie/zdaniu jest równie znojne, jak łupanie marmuru przez rzeźbiarza.

Gdzie szuka Pan inspiracji do swoich książek?

Gdzie się da, trzeba być otwartym na nowe bodźce. Pomysły dopadają człowieka dokładnie wszędzie, kiedyś np. wpadłem na pomysł powieści pijąc piwo z pewną dziewczyną. Coś takiego powiedziała (już nie pamiętam, co dokładnie), że doznałem czegoś w rodzaju olśnienia. Tylko trzeba to potem szybko zapisać, aby gdzieś się nie ulotniło. Parę opowiadań wymyśliłem w autobusie, gapiąc się przez okno na ulicę.

Jest Pan autorem słuchowiska radiowego, które zajęło drugie miejsce w konkursie IV Programu Polskiego Radia. Jak ono powstało? Zaadaptował Pan własne opowiadanie czy specyfika radia wymusiła zupełnie nowy tekst?

Oj, dawno to było, jeszcze za komuny, ale już schyłkowej, w 1988 chyba. Tekst jest oryginalny, napisałem go specjalnie i wysłałem na konkurs, organizowany przez IV program Polskiego Radia. Potem ze zdziwieniem się dowiedziałem, że zdobyłem II miejsce. Pewnie dlatego, że prace były opatrzone godłem. Nawet myślałem potem, żeby coś jeszcze dla radia napisać, ale jakoś nie napisałem. Może szkoda, bo bardzo lubię słuchowiska.


W zeszłym roku opublikował Pan powieść „Wypędzony", która pokazuje niezbyt chlubny fragment polskiej historii najnowszej. Mówił Pan przy okazji premiery, że temat interesował Pana już w czasach liceum, gdy odkrył Pan poniemieckie ślady we Wrocławiu. Potem były jeszcze książki Daviesa i Moorhouse'a oraz Gregory'ego Thuma. Jednak co ostatecznie Pana zainspirowało?

Pomysł w formie bardzo luźnej błąkał mi się od może 2003 roku, ale „kropką nad i" okazała się lektura monografii Gregora Thuma pt. „Obce miasto. Wrocław 1945 i potem". To opisany z fenomenalną rzetelnością proces umierania jednego miasta i narodzin drugiego. Kiedy ją skończyłem, zdałem sobie sprawę, że to jest temat na dużą powieść.

Czy ta książka miała być rozliczeniem powojennej historii Polski, wyrazem hołdu dla prawdy, czy wynikała z innych jeszcze pobudek?

Myślę, że w życiu jednostek i narodów najważniejsza jest prawda. O nią chodziło mi przede wszystkim.

Ile czasu zajęły przygotowania do napisania tej książki i jak długo Pan ją pisał?

Zacząłem w 2008, skończyłem w 2011. Pisałem i jednocześnie czytałem konieczną literaturę. Sięgałem tak do pamiętników pionierów, jak do współczesnych opracowań historycznych. Aby poczuć klimat miasta ruin, wielokrotnie wertowałem album zawierający kilkadziesiąt bardzo dobrych fotogramów z lat 1945-46, który ukazał się nakładem wrocławskiego wydawnictwa Via Nova. Wiele z miejsc, które odwiedza mój bohater, to są właśnie te fotografie, opisywałem wygląd okolicy na ich podstawie. Bardzo wiele dały mi też zdjęcia lotnicze Wrocławia wykonane w roku 1947. Oczywiście czytałem też książki Peikerta, Horninga, Hartunga, chcąc zbliżyć się do niemieckiego punktu widzenia. Sięgnąłem też po zapomnianą już nieco prozę Henryka Worcella To była ciężka harówka, chciałem ze trzy razy dać sobie spokój, przerywałem pracę na kilka miesięcy, potem wracałem do niej. Ale w końcu zabrnąłem w tę historię tak daleko, że trzeba ją było skończyć.

Czy lubi Pan książki Leopolda Tyrmanda? Czy dostrzega Pan dalekie pokrewieństwo „Wypędzonego" ze „Złym"?

Tyrmanda lubię, zwłaszcza za jego „Dziennik 1954", ale „Złego" dziwnym trafem nie czytałem, choć miałem parę razy zamiar. Wszelkie podobieństwa są więc przypadkowe. Korzyckiego wzorowałem po trosze na Kenigu, bohaterze filmu Hofmanna i Skórzewskiego „Prawo i pięść". To taki eastern, opowiadający o przejmowaniu ziem zachodnich i walce z szajkami szabrowników.

\1

Który Pański utwór jest Panu najbliższy i dlaczego?Tak na to nie patrzę, każda książka była na swój sposób ważna. Choć największą sympatia darzę chyba moją młodzieżówkę „Eri i smok". Może dlatego, że to całkowity wyjątek na tle innych moich utworów. Pisanie tej młodzieżowej fantasy dało mi dużą frajdę. Poza tym mogłem się sprawdzić w zupełnie nowej konwencji. To był ważny test mej „literackości", bo swobodnie wędrować między konwencjami mogą tylko pisarze, pismacy mają z tym problem. Wielu z nich jest uwięzionych w jednym typie powieści i jednym rodzaju bohatera. Trochę nawet im współczuję.

Czy zdarzyło się Panu ostatnio przeczytać książkę, o której pomyślał Pan z zachwytem i nutą zazdrości, że chciałby być jej autorem? Jaka to była książka?

Chciałbym być autorem książek Stanisława Lema. A w literaturze współczesnej ostatnio nic mnie nie zachwyca, przeciwnie jakby. Samo przyczynkarstwo albo i poplit, nie ma już prozaików gotowych do brania się za łby z rzeczywistością. Takie czasy, niby wielkie, tylko ludzie jacyś mali... to z „Kartoteki" Różewicza. Żeromski to by tu umarł z głodu, czytelnicy by go nie wyżywili. Teraz na topie są ludzie, przy których Antoni Marczyński (czołowy poplitowiec międzywojnia) wydaje się mistrzem stylu i refleksyjności.

Nad czym Pan obecnie pracuje? Kiedy ukaże się nowa książka?

Wracam na jedną powieść do twardej, przyszłościowej SF. Rzecz będzie dotyczyła przyszłości Polski, będzie też pewnym formalnym eksperymentem. Mam nadzieję, że napiszę ją w ciągu najbliższych paru miesięcy i ukaże się w przyszły roku.

Jest Pan pisarzem, redaktorem, nauczycielem, publicystą i oczywiście czytelnikiem. W zasadzie cały czas pracuje Pan nad tekstem. Jak Pan od tego odpoczywa?

W bardzo prosty sposób. Oglądam telewizję, bo jest zupełnie bezrefleksyjna, nie muszę angażować wyższych partii umysłu, więc odsyłam je tym samym na odpoczynek. Lubię też obejrzeć dobry film w kinie... acz tym razem z włączonym umysłem. Względem kina mam jeszcze jakieś oczekiwania intelektualne.

Serdecznie dziękuję za rozmowę.

Wywiad przeprowadziła Aleksandra Urbańczyk

Współpracujemy z: