Agnieszka Gil

Informacje Personalne:

  • Miejsce Urodzenia: Wrocław, Polska
  • Narodowość: Polska
  • Język: Polski
  • Obywatelstwo: Polskie
  • Twórczość:

    "Dziki Szczaw"

    "Herbata Z Jaśminem"

    "Szkice Z Życia"

    "Układ Nerwowy"

Biografia:

Agnieszka Gil – wrocławianka z urodzenia i zamiłowania. Odkąd pamięta, opowiada bajki. Zadebiutowała w antologii "Wesołe historie" (2004), publikuje także w lokalnych miesięcznikach. W 2008 roku ukazała się jej powieść nie tylko dla młodzieży pt. "Dziki szczaw", zaś w 2012 roku "Herbata z jaśminem", w której autorka podejmuje się niełatwego tematu dojrzewania i poszukiwania drogi w zawiłych meandrach nastoletniego życia. W 2014 roku zostanie wydana jej kolejna powieść pn. "Układ nerwowy".

Pisarka współpracuje z redakcją serwisu dla rodziców eDziecko.pl, czasopisma dla młodzieży "Świat Matematyki" oraz redakcją miesięcznika "Pawłowice", gdzie publikuje cykl tekstów dla rodziców, wykazując, że różne przybytki niesłusznie kojarzą się z zakurzoną nudą. Zabiera swoje dzieci w ciekawe miejsca, starając się oswoić je z miastem i jego historią. Dzieli się tym później z innymi rodzicami.
Najłatwiej spotkać ją na blogu Piszę z Wrocławia (agnieszkagil.blox.pl) albo w bibliotece, gdzie prowadzi dwutorowy autorski cykl GILgotki – tematyczne spotkania dla dzieci z rodzicami, podczas których organizuje zabawy dla małych czytelników. GILgotki, czyli Agnieszka Gil zaprasza to cykl, w którym autorka gości pisarzy opowiadających o swojej pracy i ilustratorów prowadzących warsztaty plastyczne.

Źródło: agnieszkagil.blox.pl

Wywiad:

ŻYCIE NIESIE NAJCIEKAWSZE SCENARIUSZE

W jaki sposób zaczęła się Pani przygoda z pisarstwem? Czy pisywała Pani do szuflady?

Jako nastolatka oczywiście pisałam wiersze, próbowałam nawet zmierzyć się z powieścią, ale zupełnie nie pamiętam, czy myślałam wówczas o pisaniu w przyszłości. Moja przyjaciółka z dzieciństwa twierdzi, że tak, a nie mam podstaw jej nie wierzyć (śmiech). Tak naprawdę wszystko się zaczęło, gdy wzięłam udział w konkursie na bajkę i znalazłam się w gronie laureatów. Niewykluczone, że największym impulsem była nagroda – świetne i dość drogie klocki. W każdym razie to spowodowało, że zachciało mi się pisać dalej.

Dlaczego dzisiaj pisze Pani książki?

Nie wiem, czy na to pytanie da się krótko odpowiedzieć... Bo lubię, chcę, czuję potrzebę wypowiedzenia się. Bo mogę tworzyć sytuacje, miejsca, postaci albo opisywać życie tak, jak je widzę. Pewnie powodów znalazłoby się więcej. Mogłabym jeszcze pisać dla pieniędzy, ale to może kiedyś, w przyszłości. Między nami mówiąc, załatwiam dzięki temu różne swoje sprawy i to też bardzo mi się podoba! (śmiech).

„Przygoda na basenie" to Pani debiut. Tę właśnie bajkę wysłała Pani na konkurs. Utwór został opublikowany przez wydawnictwo Wilga, a Pani mogła zobaczyć swoje nazwisko obok takich autorów, jak Grzegorz Kasdepke czy Wanda Chotomska. Jakie to było uczucie?

Uskrzydlające. Bardzo byłam dumna, że znalazłam się w takim gronie. Po latach okazało się, że w tym samym zbiorze debiutowała jedna z moich ulubionych autorek powieści psychologicznych, Małgorzata Warda, wówczas jeszcze pod panieńskim nazwiskiem. W zasadzie tamta wygrana cieszy mnie do dziś. Miło jest dowiedzieć się, że to, co robimy ma sens, że komuś się podoba, jest zauważone i docenione.

Powiedziała Pani kiedyś, że „Dziki szczaw" został przez wydawcę błędnie uznany za książkę młodzieżową. Chce Pani sprostować ten błąd? Jak należy tę książkę sklasyfikować?

Nie nazwałabym tego błędem, ostatecznie i bohaterowie tej powieści, i jej czytelnicy mają po kilkanaście lat. Sądząc po odbiorze, bardziej jednak niż samym nastolatkom podobała się ich mamom. To była pierwsza dłuższa forma, z jaką się zmierzyłam. Pisząc nie myślałam o odbiorcy, kim i w jakim wieku będzie. Książka spełniła moje oczekiwania i jest dokładnie taka, jak miała być, ale myślę, że rzeczywiście bardziej może podobać się czytelnikom, którzy pierwsze wybory życiowe i pierwsze poważne uczucia mają już za sobą.

„Herbatę z jaśminem" można jednak bezpiecznie uznać za powieść młodzieżową. To historia dziewczyny, dla której rodzina nie jest oparciem. Zapewne z tego wynika trudny charakter bohaterki. Książka pokazuje problemy młodzieży, ale w sposób niebanalny – wplotła Pani w fabułę fragmenty historii i topografii Wrocławia, przedstawiła zagrożenia typowe dla młodego wieku, ale bez moralizatorstwa. Co Panią zainspirowało do napisania tej powieści? Wykorzystała Pani w niej prawdziwe wydarzenia?

Zanim zaczęłam pracować nad „Herbatą z jaśminem", już wiedziałam, do jakiego czytelnika będzie skierowana. Dlatego od początku robiłam wszystko, by zarówno sama historia, jak i sposób pisania trafiły do młodych odbiorców, by powieść była dla nich ciekawa i wiarygodna. Fabuła i bohaterowie są wymyśleni, ale... nie całkiem. Większość zdarzeń miała miejsce, ale przytrafiały się różnym osobom. Zarówno współczesnym, jak i byłym nastolatkom. Już dawno zorientowałam się, że nie ma potrzeby zmyślać – życie niesie najlepsze, najciekawsze scenariusze. Na samą postać Kury złożyło się kilka osób, które znałam lub znam. Myślę, że dzięki temu jest ona trójwymiarowa, pełniejsza niż postać powstająca wyłącznie w wyobraźni autora. Prawdziwy był rejs, pożar, a także miejsca, w których bywali bohaterowie.

Jak została przyjęta książka? Jakie są Pani odczucia?

„Herbata..." podobała mi się w trakcie tworzenia. Pisałam ją z przyjemnością, dobrze mi się obcowało z bohaterami, rozwiązywało ich problemy i „przemierzało" Wrocław. Miałam nadzieję, że powieść zostanie odebrana dobrze, ale rzeczywistość przekroczyła moje oczekiwania. Listy, telefony, rozmowy pokazały, że zawarłam tam więcej niż przypuszczałam. Fabuła, opisy, obraz mojego Wrocławia, takiego, jakim go widzę, zaintrygował niektórych do tego stopnia, że zechcieli go obejrzeć na żywo. Pewna czytelniczka przyjechała tu specjalnie spod Warszawy i rowerem poruszała się śladami Kury, co zrelacjonowała potem na swoim blogu (nitoniowo.blogspot.com/2012/08/migawki-wrocawia-sladami-kury.html).
Postać Kury, niespecjalnie sympatyczna, budziła różne emocje, lecz jednak je budziła. To ważniejsze niż obojętność. Był to dla mnie sygnał, że nie powinnam się bać pisania o sprawach trudniejszych. Przy „Herbacie z jaśminem" nabrałam chyba odwagi, poczułam, że mogę porzucić bezpieczną i lekką tematykę, jakiej trzymałam się w „Dzikim szczawiu".

Jak odebrała książkę Pani córka? Bohaterka ma na imię Martyna, tak jak ona. Czy córka polubiła swą powieściową imienniczkę? Uznała, że pisze Pani „życiowo"?

Z imieniem miałam duży kłopot, bo żadne mi do bohaterki nie pasowało. Martyna „nie pasowała" najmniej. Zapytałam córkę, czy zgodzi się go użyczyć i uczyniła to. Jednak muszę powiedzieć, że w żadnym stopniu postać Kury nie jest wzorowana na niej – to zupełnie różne charaktery, o innych priorytetach i wartościach. To niebo i ziemia. Córka twierdzi, że lubi Kurę, a książkę ocenia jako dobrą i wiarygodną. Bardzo mnie to cieszy, bo ją niełatwo zadowolić. W trakcie powstawania powieści, miała jej sporo do zarzucenia. Jednej rzeczy nie chce mi wybaczyć do dziś... Nie powiem jednak jakiej, bo to byłby spojler.

Jaki był udział córki w pisaniu książki? Jest Pani pierwszą recenzentką i głównym doradcą w sprawach młodzieżowego języka? Mocno się napracowała?

O tak, napracowała się! (śmiech) Nie miałam pojęcia, że język zmienia się tak szybko. Córka uświadomiła mi, że dziś nikt nie powie: „do jasnej Anielki" i zasugerowała zmianę. To byłoby potknięcie. Żeby być wiarygodnym, nie można stosować w powieściach dla młodzieży określeń, które są już passé. To demaskuje tak samo, jak nieprawdopodobna fabuła. Nastolatki bezbłędnie rozpoznają, kiedy autor usiłuje wbić się w krótkie spodenki czy spódniczkę – i są bezlitośni. Słusznie, moim zdaniem, bo czytelnikowi należą się dobre książki.

Coś się zmieniło w Pani życiu po opublikowaniu powieści? Czy to był moment przełomowy dla Pani jako pisarki?

Jak wspomniałam wcześniej, reakcje czytelników na „Herbatę z jaśminem" sprawiły, że odważyłam się pisać o trudnych sprawach. Okazało się, że ani młodzież nie oczekuje wyłącznie „krzepiących i lukrowanych" historii, ani dorośli czytelnicy (bo takich było wielu) nie szukają w lekturze wyłącznie lekkości i optymizmu. To zaowocowało kolejną powieścią, tym razem dla dorosłych, podejmującą ważny i trudny temat, z którym stosunkowo rzadko spotykam się w beletrystyce, a dotyczy niemałej części naszego społeczeństwa. Ta powieść pisana była już zupełnie świadomie. Trochę inaczej niż w „Herbacie", celowo poruszałam pewne kwestie, poważne i niezbyt łatwe do ujęcia w powieści obyczajowej.

Wracając do „Herbaty z jaśminem", czuje Pani, że ta historia ma potencjał i będzie ją Pani kontynuować?

Chyba ma potencjał (śmiech). Szalenie trudno mi to ocenić, ale spotkałam się z tyloma prośbami o kontynuację, że czułam się w obowiązku zareagować. Jednak trochę przewrotnie. Kura nie należy do moich ulubionych bohaterów. Nie jest zbyt sympatyczna, nie bardzo ją lubię, chociaż istnieją przyczyny, dla których jest taka, a nie inna. Dla mnie jej historia już jest w zasadzie zamknięta. Postanowiłam napisać książkę, w której znajdzie się dwoje innych bohaterów „Herbaty". Ulubieniec dziewcząt, Leon, i jeszcze ktoś, ale to na razie niespodzianka. I tym razem czytelnik spotka ich poza Wrocławiem. Ale kto wie, może kiedyś wpadnie mi do głowy fabuła, w której znów znajdzie się miejsce dla Kury.

Czy portretuje Pani kogoś ze swego otoczenia? Mówiła Pani, że niektóre zdarzenia się wydarzyły naprawdę, czy jednak ktoś może się w książce rozpoznać?

Staram się ze wszystkich sił nie pokazać, o kim piszę! (śmiech) Jak już wcześniej wspomniałam – nie widzę potrzeby wymyślania wszystkiego, skoro tyle „materiału" jest dookoła. Czerpię z siebie, z życia, podpatruję, obserwuję i wykorzystuję. Składam postać z kilku osób, nadaję im cechy, jakich potrzebuje mój bohater, nie zawsze zgodne z cechami pierwowzoru. Niektóre typy ludzkie to niemal gotowe postaci literacką. Ale takie sytuacje zdarzają mi się raczej w epizodach. Pierwszoplanowi bohaterowie to mozaika różnych – mniej lub bardziej mi znanych – osób, o cechach autentycznych albo wymyślonych. Niektórzy się rozpoznawali. W „Dzikim szczawiu" pozwoliłam sobie na wykorzystanie konkretnych osób. Za ich zgodą lub... bez.

Z jaką spotkała się Pani reakcją?

Wiem, że czytelnicy w miejscowości, gdzie rozgrywa się akcja, komentowali to głośno, ale bez awantur. Cieszyli się, że zaistnieli na kartach powieści. Bywają też sytuacje, gdy wkładam do książki konkretne osoby, z imieniem i nazwiskiem. Tak jest w „Układzie nerwowym", który ukaże się w styczniu przyszłego roku – np. dziennikarka pewnego czasopisma, osoby zajmujące się niecodzienną działalnością, ale do rozpoznania w życiu. Lubię pisać o konkretnych miejscach, rzeczach i ludziach. Z niektórymi naprawdę warto zapoznać czytelników.

Nie mogę nie zapytać o książki młodzieżowe, które Pani szczególnie lubi.

Z czasów, kiedy sama byłam nastolatką? Jeśli chodzi o powieść obyczajową, to przede wszystkim Siesicka. Ale także Niziurski, Ożogowska. Z trochę poważniejszych – Aleksander Minkowski i Lech Borski. To autorzy, do których wciąż wracam. Niektóre z tych książek lekko już trącą myszką, ale są dla mnie ważne, są jakimś wzorcem. Z Ożogowską i Niziurskim „zaprzyjaźniam" syna. Córka nie dała się do nich zachęcić. Ona ma swoje dobre, współczesne książki, których wcale nie jest mało.

Od kilku lat publikuje Pani bajki dla dzieci oraz artykuły o Wrocławiu. Interesujący jest zwłaszcza cykl „Nauka przez zabawę". Proszę opowiedzieć nam coś o nich. Skąd taki pomysł?

Wydawca, który mnie zatrudniał, wydawał czasopisma specjalistyczne. Tam zaczęła się moja przygoda ze „Światem Matematyki", pismem dla starszej młodzieży. Pracowałam w zespole redakcyjnym, ale nie mam wykształcenia matematycznego, więc nie pisałam artykułów specjalistycznych, nie układałam łamigłówek, miałam inne zadania. Ponieważ nauka tego przedmiotu bywa niełatwa, zgłębiłam temat i napisałam serię tekstów o tym, jak sami rodzice mogą pomóc dzieciom. W dużym skrócie – cały problem leży w nieumiejętności uczenia, w procesie przekazywania wiedzy i w zaniedbaniach na samym początku edukacji. Trudniej jest nauczyć dzieci myśleć samodzielnie, niż nakazać „wykucie" regułek na pamięć. Liczby są abstrakcyjne. Zanim dziecko nauczy się rozumować w ten sposób, musi mieć dobre (umiejętnie podane) podstawy. A jak najbezpieczniej i najskuteczniej uczyć dziecko? Podczas zabawy. I o tym pisałam w swoim cyklu.

Czyli naukę matematyki powinniśmy zaczynać już w domu z rodzicami?

Oczywiście. W swoich tekstach pisałam o zabawach, dzięki których rodzic może nauczyć dziecko liczyć, mierzyć, rozumieć pojęcie objętości, poznawać figury geometryczne. Dzięki temu – w przyjaznym i bezpiecznym otoczeniu – dziecko może łatwiej zrozumieć, o co w tym wszystkim chodzi. W szkole trudniej o indywidualne nauczanie, więc im wcześniej dziecko zetknie się z pewnymi pojęciami w sposób sympatyczny i ciekawy, tym lepiej dla niego. To także dobra okazja do spędzania czasu z rodzicami w sposób twórczy.

Nie skupia się Pani wyłącznie na pisaniu artykułów. Prowadzi Pani z dziećmi „warsztaty matematyczne". Jak wyglądają takie zajęcia? Czy pokazuje Pani osobom dorosłym, w jaki sposób mogą „otwierać" dzieci na matematykę?

Tak. Lubię bawić się z młodszymi dziećmi, więc opracowałam scenariusz zajęć, podczas których m.in. poznają one figury geometryczne rysując czy układając słomki, liczą nawlekając koraliki, mierzą, sprawdzając ile stóp ma sznurek, słuchają matematycznych wierszyków, klaszczą, tupią i podskakują. Podczas takich zajęć abstrakcja ma szansę stać się czymś zrozumiałym, z czego będzie można korzystać w przyszłości.

Denis Guedj w 2001 roku napisał książkę „Twierdzenie papugi", która w świetny sposób pozwala młodzieży „oswoić" matematykę. Czy myślała Pani o tym, by pójść krok dalej, poza zajęcia praktyczne i napisać bajkę dla dzieci, która pozwoliłaby im zaprzyjaźnić się z tym przedmiotem?

Nie współpracuję już z redakcją, pod egidą której prowadziłam te zabawy. Raczej nie będę kontynuowała też tematów matematycznych podczas zajęć. No, może jakieś Matematyczne GILgotki (śmiech). Jeśli chodzi o moje pisanie, to rozsmakowałam się ostatnio w książkach dla starszych odbiorców, więc chwilowo zarzuciłam bajki. Ponadto, by pisać o tak poważnych sprawach, trzeba być kompetentnym. Znakomitym przykładem jest Anna Zgierun, która w przystępny, a jednocześnie fachowy sposób napisała o wirusach w „Wielkim napadzie" i „Inwazji wirusów". Ale ona jest biologiem molekularnym...

Cykl, który Pani prowadzi, dowcipnie nazwany GILgotki, to zajęcia promujące literaturę wśród dzieci. Spotkania są tematyczne, zapraszani są pisarze, ilustratorzy. Czy utkwiło Pani w pamięci jakieś szczególne, niepowtarzalne (może wesołe) spotkanie? Którego gościa dzieci szczególnie zapamiętały?

Jeśli chodzi o twórców, to każde spotkanie było wyjątkowe. Zapraszałam wyłącznie osoby, których książki bądź ilustracje cenię, więc za każdym razem było elektryzująco i sympatycznie. Dzieci fantastycznie przyjęły Annę Zgierun i to był jedyny przypadek, gdy sprzedały się wszystkie książki tej autorki, wraz z bibliotecznym egzemplarzem – w szale zakupów! Bardzo dobrze wspominam też warsztaty plastyczne z Pawłem Pawlakiem, który zainspirował się pracą jednej z uczestniczek do tego stopnia, że jej echa znalazły się w jego ilustracjach. Rok po tym spotkaniu pokazał efekt w kolejnej swej książce dla dzieci. Gościłam także Ewę Kozyrę-Pawlak, która swoje ilustracje... szyje. Jestem bardzo dumna z tego, że udało mi się zaprosić na warsztaty państwa Pawlaków, bo oni chyba wolą wypowiadać się przez swoje dzieła niż na żywo. To wspaniali, oryginalni twórcy, znani na świecie. Cieszę się, że udało mi się doprowadzić do spotkania, to były niezwykłe chwile. A na najzabawniejszych GILgotkach gościł Marcin Pałasz, wrocławski autor książek i słuchowisk dla dzieci. To było pierwsze spotkanie z cyklu, na które zaprosiłam twórcę. Bo te „zwykłe", tematyczne prowadzę sama.

Wróćmy jeszcze na chwilę do książek. Wspomniała Pani, że pracuje nad powieścią dla dorosłych. Kiedy możemy się jej spodziewać?

„Układ nerwowy" ukaże się w styczniu nakładem wydawnictwa Nasza Księgarnia. W tej książce podejmuję tematy dotyczące życia rodziny dysfunkcyjnej. Tym razem całkowicie z punktu widzenia osoby dorosłej.

Dla której grupy czytelników pisze się trudniej? Która jest bardziej wymagająca?

Zdecydowanie dzieci. Dotąd nie udało mi się odnieść sukcesu na tym polu. Uważam, że to najbardziej wymagająca grupa czytelników. Przekonałam się także, jak trudne albo raczej pracochłonne jest pisanie dla młodzieży, by być wiarygodnym, by nastolatek nie czuł się oszukany. I tu udało mi się poczuć satysfakcję. Ale wygodniej, szczególnie jeśli chodzi o język, którego nie musiałam już tak bardzo pilnować, pisało mi się „Układ nerwowy". Nie była to książka łatwa w fazie tworzenia, bardzo długo gromadziłam materiały, układałam plan, kosztowała mnie sporo emocji, ale samo pisanie wydaje mi się najłatwiejsze.

W jaki sposób udaje się Pani godzić obowiązki – pracę zawodową, obowiązki rodzinne, swoją działalność z dziećmi – z potrzebą pisania?

Część tych problemów skończyła się, odkąd firma zlikwidowała moje stanowisko (śmiech). Od kilku miesięcy pracuję w domu, zdalnie, a także pisząc. To w jakimś sensie ułatwia dysponowanie czasem, choć płynne granice nieraz powodują, że trudno oddzielić czas pracy i przyjemności czy zwykłych obowiązków domowych. To z kolei sprawia, że trzeba się bardziej samemu dyscyplinować.

Czy czuje się Pani pisarką?

Mam nadzieję, że to nie jest pytanie podchwytliwe, na fali dyskusji, która we wrześniu przelała się przez Internet – czy ktoś, kto wydaje książki, płacąc za to, jest pisarzem, czy grafomanem... Bo bywa różnie.

Żadnych podtekstów, pytam z ciekawości ;)

Spodobała mi się definicja pisarza znaleziona na Facebooku – niestety, nie pamiętam, kto był jej autorem – że pisarzem zostaje się po napisaniu trzeciej książki. Pierwsza mogła się udać przypadkiem, druga była owocem pierwszej i dopiero trzecia, o ile zostanie doceniona przez czytelników, sprawia, że można autora nazwać pisarzem. (śmiech) Dopóki pisanie traktuję jako przyjemność, hobby, chyba wolę nazywać się autorką. Tym bardziej, że w zakresie literatury zajmuję się nie tylko samym pisaniem. Poza nim i upowszechnianiem czytelnictwa wśród dzieci na GILgotkach wraz z grupą przyjaciółek literatek, zwanych Grupą Siedlecką, staramy się trochę odczarować określenie „literatura kobieca" i od kilku lat spotykamy się w Siedlcach, w coraz szerszym gronie.

Na czym polega odczynianie czarów?

Wszystko zaczęło się od panelu dyskusyjnego, prowadzonego przez siedlecką dziennikarkę i pisarkę Mariolę Zaczyńską. A w tym roku odbyła się już druga edycja Festiwalu Literatury Kobiecej, podczas którego nagradzana jest pisana przez kobiety dobra literatura środka, świadcząca o tym, że powieści popularne nie muszą kojarzyć się z literaturą „dla kucharek", jeśli są sprawnie napisanie, dobrze zredagowane i wydane. To chyba jedyny festiwal w Polsce, podczas którego preselekcji dokonują same czytelniczki, a dopiero spośród ich propozycji profesjonalne jury wybiera najlepsze pod każdym względem książki.

Bardzo dziękuję za rozmowę :)

\1

Wywiad przeprowadziła Aleksandra Urbańczyk

Współpracujemy z: