Bożena Mazalik

Informacje Personalne:

  • Narodowość: Polska
  • Język: Polski
  • Obywatelstwo: Polskie
  • Twórczość:

    "Baba Na Safari"

    "Lato Moralnego Niepokoju"

Biografia:

Bożena Mazalik - z wykształcenia umysł ścisły, z natury humanistka. Kilka lat spędziła wraz z mężem w leśniczówce, wychowując synów, polując, jeżdżąc konno i... programując. Maluje, fotografuje i pisze. Jak to informatyk. Dzięki kontaktowi z pisarzami i dwóm latom pisarskiego szlifu zdecydowała się wydać "Babę na safari", która początkowo miała być skierowana do żon myśliwych, ale ostatecznie stała się pozycją dla wszystkich zainteresowanych łowiectwem czy podróżami. W przygotowaniu druga część opowieści z afrykańskich polowań, tym razem w czysto męskim wydaniu. W planach autorka ma też powieści. Pisała dla miesięcznika "Czwarty Wymiar" i dla "Łowca Polskiego". Jest współautorką antologii "Lato moralnego niepokoju".

Żródło: wfw.com.pl

Wywiad:

STARAM SIĘ NIE PRZEGAPIAĆ OKAZJI

Śledząc Pani wypowiedzi można dojść do wniosku, że ma Pani ciekawy pomysł na życie. Jest Pani podróżniczką i fotografem, pasjonuje się końmi, mieszkała Pani w leśniczówce. Czy jest Pani niespokojnym duchem, czy raczej wulkanem energii?

Wulkanem może nie, ale trochę jej mam. Uważam, że energia jest ważna. Nie powinno się jej marnotrawić, rozdrabniać na głupstwa, na codzienną bezcelową krzątaninę. Wtedy wpada się w monotonię, a to, przynajmniej mnie, najbardziej tej energii pozbawia. Staram się nie przegapiać okazji, ponieważ wtedy życie może nam ich więcej nie dać. Z każdej przygody próbuję coś wynieść, zapamiętać, maksymalnie ją wykorzystać. W duchu i po cichu zawsze myślę sobie: „To może mi się przydać w pisaniu" albo: „Zrób to, będziesz wiedziała, jak to jest, zapamiętaj, co człowiek wtedy czuje".


Jest Pani bardzo barwną i intrygującą osobą. Wynika to także z tego, że łączy Pani w sobie pewne przeciwstawne cechy. Podróżowanie – to ruch, ciągłe zmiany otoczenia, odnajdywanie się we wciąż nowej rzeczywistości, w nowym „wymiarze" niemal. Natomiast dom w leśniczówce – to w pewnym sensie antypody takiego stylu życia, to odgrodzenie się od świata, zakotwiczenie w jednym miejscu, ograniczenie życia towarzyskiego. Z jednej strony – lubi Pani wyzwania i zmiany, a z drugiej – nie jest Pani obca stabilizacja, może nawet pewna rutyna. Posiada Pani umiejętność dostosowania się? Czy zamieszkanie w leśniczówce było zgodne z Pani naturą, czy właśnie taką nabytą umiejętnością?

Dostosowuję się łatwo, ponieważ jestem ciekawa. Lubię zmiany, nowości, co nie znaczy, że moje wewnętrzne Ja czasami się przed nimi nie broni. Ale potrafię je przekonać. Mieszkanie w lesie to był krótki epizod w złych czasach. Ale nie było to ani przez chwile wygnanie czy odludzie. Wtedy działo się chyba najwięcej. Och, to był niezmiernie barwny okres. Ale ponieważ mam zamiar go opisać, wolałabym teraz o nim nie mówić. Były to jednak lata pełne przygód. Powiedziałabym nawet, że „mocne". Wspominam je zawsze z uśmiechem, mimo że czasem w przeszłości nie było mi do śmiechu. Trochę jak w komedii, gdy śmiejemy się z drobnych potknięć, upadków, tak ja teraz zaśmiewam się z niektórych epizodów.

Dzisiaj, kiedy nie mieszka Pani już w leśniczówce – w jaki sposób szuka Pani swojego azylu?

Nie potrzebuje go szukać, mam coś, czego wielu pewnie może mi pozazdrościć – czas, którego nie marnuję, dużo miejsca, ciszę, spokój i męża, który mi nie przeszkadza, a wręcz przeciwnie.

Jak zaczęła się Pani przygoda z pisarstwem? Czy zawsze chciała być Pani pisarką?

Tak. Zawsze. Łatwiej wyrazić mi się w piśmie. Jestem gadułą, potrafię kogoś zagadać i potem mam wyrzuty sumienia. Kiedy piszę, mam świadomość, że ktoś to przeczyta albo nie, odłoży, gdy go znudzę, nie musi tego robić. Po prostu.

Kim jest dla Pani pisarz? Jaka jest Pani definicja pisarza?

Właśnie niedawno się nad tym zastanawiałam. Ktoś nawet wrzucił na Facebooku post na ten temat i wtedy wydawało mi się, że to rozumiem. Niektórzy słowo „pisarz", traktują jak nobilitację, jak osiągnięcie jakiegoś szczebla w rozwoju literackim. Nie mają śmiałości go używać, bo uważają, że zarezerwowane jest dla twórców wielkich, uznanych. Mam inne zdanie. Może porównam to z malarstwem. Maluję w oleju, w akrylu, używam pasteli, nawet bawię się akwarelą. Lubię to, lubię trzymać w ręce pędzel i obserwować jak powstaje gotowy obraz. Ale nie jestem malarką. We mnie obrazy się nie rodzą. Uwielbiam sam proces malowania i gdy obraz skończę, to z przyjemnością na niego patrzę, ale nie uważam się za malarkę.

Natomiast pisanie mam gdzieś w środku, w pewnej ukrytej przestrzeni, w której usiłuję coś znaleźć, odkryć, wygrzebać. I nie twierdzę, że ono mi dobrze wychodzi, wręcz przeciwnie, widzę wszystkie niedoskonałości, jestem niezadowolona z tego, co robię, jak piszę i o czym. Stale wydaje mi się za mało, za słabo, za płytko, grafomańsko, ale owo „pisanie" wychodzi ze mnie. Mam je w sobie. Kiedy siadam, kładę palce na klawiaturze, to wystarczy, że napiszę pierwsze zdanie, zainicjuję proces i „to" się dzieje. Potem jest długi i żmudny proces nadania temu kształtu, uczynienia zrozumiałym czegoś, co i mnie wydaje się czasami ledwo uchwytne. Ktoś, kto to robi, ponieważ lubi albo musi, jest już pisarzem. Kto pieczołowicie buduje fabułę, układa wątki, projektuje utwór, prowadzi bohaterów, a oni robią, co im każe, jest pisarzem. Ale czy każdy, kto bierze pióro i kartkę, by zapisać swoje myśli, jest pisarzem? Tego już nie wiem.

Można być pisarzem złym, można być rzemieślnikiem, dobrym fachowcem albo wręcz geniuszem. Jeśli ma się dostęp do opowieści, które wyciąga się z kufra jak kłębek wełny lub które, słowo po słowie, wysnuwa z jakiegoś tajemniczego miejsca, ze świata, w którym wszystkie opowieści już istnieją, albo, podobnie do Stevena Kinga, wykopuje jak skamielinę, jeśli ma się dodatkowo niezłomną potrzebę zrobienia tego, to jest się pisarzem. Zupełnie inna sprawa – jakim.

To skomplikowane i możliwe, że za parę lat lub przy następnej powieści moja definicja „pisarza" dojrzeje i ulegnie zmianie. Można namalować mnóstwo obrazów i nie być malarzem, podobnie jak można, podejrzewam, napisać wiele książek i nie być pisarzem. Autorem owszem, nawet bardzo dobrym, ale „pisarz" to chyba jest stan, a nie zawód. Nawet gdyby nie wydało się żadnej własnej książki. Jednak zastanawiałabym się nad pisaniem pamiętników, nad tymi oczyszczającymi przepływami świadomości, jakich się dokonuje, by dać upust emocjom, ponarzekać. To raczej nie jest pisarstwo. Co innego, gdy ktoś jak kronikarz opowiada zdarzenia, pokazuje ludzi, zamyka na kartkach jakąś historię, nieważne, że zdarzyła się naprawdę.

W zeszłym roku została wydana Pani książka „Baba na Safari". Co Panią zainspirowało i jak Pani ją klasyfikuje? Czy to jest reportaż?

W momencie podjęcia decyzji o powstaniu książki nie zastanawiałam się nad sklasyfikowaniem utworu. Powstał jak wiele innych, z przekornej myśli. Ta zaś narodziła się przy czytaniu miernej książki o polowaniach – że tak pisać to ja też potrafię. Jak się okazuje, bardzo często jest to zapłon, który uruchamia całkiem sporą populację pisarzy. Okazało się, że to było pobożne życzenie, że jednak pisanie, które da się czytać, nie jest takie proste i żeby przelewać swoje myśli na papier trzeba się trochę podszkolić. Stale chciałam więcej i więcej. Ostatecznie „Babę na safari" postanowiłam wydać, bo istniało realne niebezpieczeństwo, że będę ją poprawiać w nieskończoność. Kiedyś musiałam powiedzieć „stop".

Czy jest Pani zadowolona ze swojego debiutu? Jak książka została przyjęta?

Jestem zadowolona, że wreszcie zdecydowałam się na wyjście z szuflady, a jeśli chodzi o „Babę na safari" mam sygnały o bardzo dobrym odbiorze. Podoba się panom, którzy polują, jak również tym, co nie polują. Zupełnie niezamierzony efekt, ale wspaniały. Pierwotną intencją było napisać książkę dla kobiet, żon myśliwych, które wybierają się do Afryki jako osoby towarzyszące. Chciałam, żeby dowiedziały się, co je czeka. Że bardziej od kostiumu kąpielowego przydadzą im się rękawiczki. Mężczyźni myśliwi na początku brali książkę do ręki nieufnie, bo co takiego baba może napisać o prawdziwym afrykańskim safari? Kupowali książkę dla swoich żon. W domu niezamierzenie sami czytali i podobało się im (co wiem od tychże żon, czasami od nich samych). Czytali „Babę" tacy, którzy na co dzień w ogóle nie czytają i zdziwieni byli, jak łatwo im poszło. Jak mówią: wciąga, podobno jest śmiesznie, a jednocześnie jest w niej wystarczająca porcja napięcia. Niektórzy są zaskoczeni, że brak w książce błędów merytorycznych. To miłe. A z tego wszystkiego wynikałoby, że udało mi się, mimo lekkiej formy, wytworzyć suspens i zaciekawić. Tak, jestem zadowolona z odbioru.

Czy moment ukazania się książki stanowił w Pani życiu punkt zwrotny? Co się w nim zmieniło od tej pory?

Tyle tylko, że piszę więcej. Taki odbiór motywuje, dodaje energii i upewnia, że warto.

Którą ze swoich podróży, wypraw wspomina Pani najmilej?

Tę najdzikszą, ostatni rozdział w „Babie"– czyli jeszcze dzikie Zimbabwe, gdzie człowiek jest blisko niebezpieczeństwa, oddzielony od przyrody cienką trzcinową osłoną szałasu. Niezapomniane doświadczenie.

Najbardziej znane polskie podróżniczki i pisarki to: Elżbieta Dzikowska, Beata Pawlikowska, Martyna Wojciechowska. Chce Pani do nich dołączyć, czy może jeszcze definitywnie nie zdecydowała Pani jaki gatunek literacki uprawiać?

Och, skądże! Nigdy bym nie aspirowała. Jaka tam ze mnie podróżniczka. Nie, nie. Jak już wcześniej powiedziałam, „Babę na safari" napisałam z kilku powodów. Przed wyjazdem szukałam tego typu lektury, ponieważ chciałam się dowiedzieć, jak tam jest, jak się przygotować do wyjazdu. Nie znalazłam niczego w języku polskim, postanowiłam więc napisać. W trakcie pisania zrozumiałam, że chcę pokazać myślistwo inaczej, zburzyć kilka mitów i opinii. Ale źle opisuje mi się rzeczywistość, zdecydowanie wolę świat fikcji literackiej, w której więcej można sprzedać spostrzeżeń, przemyśleń i paradoksalnie łatwiej pokazać realia. Nie, zdecydowanie nie chcę klasyfikować się jako podróżniczka. To było tylko kilka drobnych epizodów. Taka próba sił. Bardziej pragnę odkryć światy, które drzemią gdzieś nieodkryte. Jasne, że skorzystam z doświadczeń. Z pewnością opiszę to, co widziałam czy przeżyłam. Wolę to jednak robić pod płaszczykiem fikcji literackiej i wykorzystać materiał raczej jako tło opowieści.

Niedawno ukazał się tomik „Lato moralnego niepokoju", który zawiera opowiadania absolwentów Szkoły Pasji Pisania. Wśród nich znajduje się Pani opowiadanie „Staruchy", utrzymane w konwencji fantasy. Skąd Pani obecność w tej szkole? Jakie umiejętności Pani tam nabyła?

Nauczyłam się, że pisanie to nie tylko składanie zgrabnych zdań, używanie odpowiednich słów, ale... kreacja wiarygodnego świata. Pisanie kłamstwa w taki sposób, by każdy w nie uwierzył. A jednocześnie bezgraniczna uczciwość i prawda w zakresie tej kreacji. Prawda wypływająca z siebie i własnego doświadczenia. Prawda uczuć i emocji. Każdy fałsz jest błyskawicznie wyłapywany przez czytelnika. Wymyślamy i kłamiemy po to, by ukazać najszczerszą prawdę, jaką udało nam się odkryć w życiu. Dowiedziałam się, że wszystko to tylko słowa, ale jednak czasami jest ważne, w jakiej idą kolejności. Dowiedziałam się, że pisanie jest trudniejsze niż kiedykolwiek mogłam to sobie wyobrazić. Że istnieje rodzaj wewnętrznego cenzora, którego trzeba zdecydowanie zabić, ale czasami jest potrzebny inny cenzor, który ustawia nas do pionu, i incydentalnie trzeba go wypuszczać z piwnicy, żeby zrobił swoje. Dowiedziałam się, że gdy udziela się wywiadu, to trzeba bardzo uważać, bo potem ktoś go przeczyta i będzie drążył. A ja nawet nie pamiętam, co wtedy powiedziałam i zastanawiam się, skąd ci ludzie wiedzą o mnie takie rzeczy.

Powiedziała Pani kiedyś, że przez uczestnictwo w warsztatach literackich traci się „niewinność czytania". Czy tęskni Pani do czasów bardziej bezkrytycznej lektury?

I tak, i nie. Częściowo owo krytyczne podejście do lektury wynika z tego, że poprawiam wiele tekstów innych autorów i automatycznie wyłapuję, co trzeba zmienić, co kłuje. Ostatnio staram się ten program wyłączyć, szczególnie kiedy czytam dla przyjemności. Już mi przeszło cenzurowanie warsztatu. Jeśli ktoś ma dobrą opowieść, to nawet jeśli jest kiepsko opowiedziana i tak mnie wciągnie. Jestem świadoma własnych błędów, tego, że autor sam, już po wydaniu książki, dostrzega wszystko, co nie wyszło, dlatego nie ma sensu drążyć, trzeba iść dalej. Poza tym nauczyłam się czegoś innego – czytelnik normalny, nieskażony teorią, niezepsuty, dziewiczy ma zupełnie inny gust, nie przeszkadzają mu przegadania, przysłówki, zmieniająca się narracja. Ważna jest dla niego historia i jeśli już jest czytelnie opowiedziana i go wciągnie, to mu się podoba. Ale to tylko moja luźna obserwacja, uczyniona na własny użytek. Przy czym zdaję sobie sprawę z tego, co znaczy „ dobrze napisana" i „go wciągnie".

Co jest łatwiej napisać: powieść czy opowiadanie?

To zależy od pisarza. Znam miłośników i mistrzów krótkiej formy i podziwiam za to, jak wiele potrafią powiedzieć na kilkunastu, a nawet kilku stronach. Dla mnie bardziej naturalna jest powieść. Jestem długodystansowcem. Rozpędzam się i wydaje mi się, że lepiej sprawdzę się w powieści, ale zobaczymy. Opowiadanie jest formą niezmiernie trudną. Wymaga zdyscyplinowania i utrzymania się w ramach. Powieść daje jednak trochę więcej swobody.

Mówi Pani o sobie, że posiada „skłonność do komedii". Co to znaczy? Lubi Pani bawić ludzi czy jest to „mechanizm obronny", który chroni sfery i tematy osobiste i drażliwe? Czy to rodzaj taktyki, dzięki któremu zamienia Pani niewygodną rozmowę w żart?

Nie, wolę kiedy to ja jestem zabawiana. Lubię się śmiać. Ostatecznie nawet z siebie, niektórzy mówią , że lubią moje poczucie humoru. Hmmm... Bardzo cenię lektury lekkie, komiczne, takie, które bawią, odrywają od trudnej często rzeczywistości, ale nie po to, by te sfery chronić. Raczej dlatego, że taka jestem. Nie chcę nikogo niczego uczyć, nawet innego spojrzenia. Hołduję mojej własnej zasadzie, że radość przyciąga do siebie jeszcze więcej radości, a smutek smutku. Uważam, że lektury, które rozśmieszają, robią bardzo wiele dobrego, są jak lekarstwo, potrzebne ludziom zapracowanym i zmęczonym życiem, zbyt poważnym, a nawet depresyjnym. Lektura, która bawi, może poprawić jakość ich życia, wyciągnąć z marazmu, pokazuje świat z innej perspektywy i uczy dystansu. Uwielbiam śmiać się przy lekkiej, zabawnej książce i potrafię ją czytać wiele razy. Zawsze sobie powtarzałam, czytając na przykład książki Joanny Chmielewskiej, że jeśli uda mi się napisać książkę, przy której chociaż jedna osoba roześmieje się głośno, miło spędzi godzinkę czy dwie i poczuje się rozbawiona, to warto się trudzić, warto spędzić nawet rok na pisaniu. Uśmiech wiele może.

Jest wystarczająco wielu dobrych pisarzy, którzy ukazują tę trudniejszą stronę życia, uświadamiają problemy, pokazują na przykładach jak można je rozwiązać. Postanowiłam zając się drugą stroną. Na zasadzie: „na czym się skupiasz, dostajesz tego więcej". Widzę w życiu wiele sytuacji śmiesznych. To nie jest żadna ucieczka, po prostu życie jest zabawne. Kiedy przestajemy je tak traktować, kiedy zmieniamy swój poziom energii, nastrój i zapatrywanie, życie staje się nieznośne. Nie, to nie ucieczka, to wybór. I każdy go ma. Gdy traktujemy świat z przymrużeniem oka, z dystansem, staramy się być szczęśliwi, życie nam odpłaca tym samym. Sprawdziłam. Nie znaczy to, że nic paskudnego się nie wydarzy, ale łatwiej wrócić do normalności. Nie mam poczucia misji, nie mam zamiaru czegokolwiek uczyć, tłumaczyć. Piszę dla przyjemności i jeśli ktoś to dla przyjemności przeczyta, to będzie podwójna przyjemność, bo również moja.

Jednak teraz podczas poprawiania powieści czasami zastanawiam się nad tym, czy aby pisanie nie sprawiało mi tej przyjemności zbyt wiele. Może warto było od początku bardziej się zdyscyplinować.

Jakie książki czytuje Pani dla własnej przyjemności? Jakie tytuły moglibyśmy zobaczyć na półkach Pani domowej biblioteczki?

Wszystko niemal prócz tych najbardziej wskazanych, które powinnam przeczytać. Ale wszystko przede mną. Ostatnio przybyło sporo polskich autorów i z przyjemnością zauważyłam, że bywają świetni. Poczyniłam kilka wspaniałych odkryć. Szkoda tylko, że dzięki Facebookowi i Internetowi, a nie dzięki księgarniom i promocji wydawców.

Jak wygląda Pani dzień? Czy dużo czasu poświęca Pani na pisanie?

Mam czas i możliwość, mogę pisać cały dzień. Wręcz siłą odrywam się od tego, żeby się poruszać, pomaszerować lub wsiąść na rower. Czasami to robię, częściej jednak padam nosem na klawiaturę.

Pisze Pani artykuły do czasopism, ostatnio zaczęła Pani przygodę z twórczością literacką. Co sprawia Pani więcej satysfakcji?

Kreatywne pisanie. Owszem, czasem coś się we mnie odzywa mocnym głosem, muszę to sprzedać – wtedy piszę esej albo felieton, zdarzy się nawet poezja. Ale ostatnio skupiam się na powieści i chwilowo nie widzę nic innego poza tym światem.

W jaki sposób kreuje Pani swoich bohaterów? Powiedziała Pani kiedyś, że tworząc postać, nawet antagonistyczną, tak się Pani z nią zżywa, że musi potem się od niej odciąć, odreagować. Czy to znaczy, że wkłada Pani w te postaci cząstkę siebie?

Nie wiem, czy wkładam siebie. Jedną czy dwie bohaterki oparłam na własnej osobowości, ale mam nadzieję, że wszystkich pozostałych już nie. Staram się wejść w duszę bohatera, zrozumieć go, poczuć. „Sobą" wiele się nie uciągnie. Robię profil psychologiczny i staram się czuć i myśleć jak bohater. Jeśli jest zazdrosny, próbuję wyobrazić sobie to uczucie, dla mnie trudne, bo nigdy go nie zaznałam. To trochę jak ćwiczenia z inteligencji emocjonalnej: wywołujemy jakąś emocję, jesteśmy z nią, a potem wracamy do rzeczywistości, najlepiej do swojego naturalnego stanu szczęścia. Robię coś podobnego z bohaterami. Stawiam bohatera o określonym profilu w pewnej sytuacji i staram się poczuć, co on by zrobił i dlaczego. Czasami mnie zaskakują. Nie wiem, czy to wyjdzie prawdziwie. Czytelnicy ocenią. Jednak po każdej takiej wycieczce w serce i duszę bohatera muszę wrócić do siebie. Odtworzyć granice własnej tożsamości. Wbrew obawom, jakie miałam na początku, nie jest to takie trudne. Mimo to miałam kiedyś zabawne doświadczenie, nie związane jednak z bohaterami, tylko z aurą. Opisywałam zimę w środku lata. W trakcie pisania niespodziewanie musiałam wyjść na chwilę na zewnątrz. Ubrałam się zatem w gruby sweter i owinęłam szalem. Na dworze było dwadzieścia kilka stopni. Rodzina długo nie dała mi o tym zapomnieć.

Nad czym Pani aktualnie pracuje? Kiedy możemy się spodziewać nowego utworu?

Kilka rzeczy nakłada się na siebie, ale najbardziej absorbuje mnie wielowątkowa powieść, której akcja umieszczona jest w Afryce. W tle jest wszystko to, czego nie chciałam, czego nie wypadało lub nie udało mi się pokazać w „Babie na safari", trochę marzeń i kropla adrenaliny. Może więcej niż kropla... Tak, chyba dużo więcej. Miała wyjść powieść przygodowa, wyszedł thriller z wszystkimi definicyjnymi wymogami. Mam nadzieję, że w tym roku będzie go można przeczytać.

Bardzo dziękuję za rozmowę.

Wywiad przeprowadziła Aleksandra Urbańczyk

Współpracujemy z: