Grzegorz Żurek

Informacje Personalne:

  • Narodowość: Polska
  • Język: Polski
  • Obywatelstwo: Polskie
  • Twórczość:

    "Wóda I Bala"

Biografia:

Grzegorz Żurek – zawód wyuczony: nauczyciel języka polskiego, zawód wykonywany: co popadnie i gdzie go zechcą. Wieloletni reprezentant klubów piłkarskich zarejestrowanych w najniższych klasach rozgrywkowych. Z bohaterem „Wódy i bali" łączy go wszystko.

Źródło opisu: oficynka.pl/katalog/wodaibala

Wywiad:

"Często łapię się na tym, że nie uczestniczę w rzeczywistości na pełnych prawach, nie rzucam się w wir wydarzeń, tylko stoję z boku i z pozycji korespondenta zdaję relację"

 

Jak zaczęła się Pana przygoda z pisaniem? Czy zawsze chciał być Pan pisarzem?

Żeby napisać coś, co jest powieścią lub choćby do tego miana aspiruje, trzeba w życiu jednak minimum kilka książek przeczytać. Tak więc odpowiem dokładnie tak, jak wielu odpowiedziało przede mną i wielu odpowie po mnie – moja przygoda z pisaniem zaczęła się od czytania. Począwszy od „Sierotki Marysi" i „Dzieci z Bulerbyn", a skończywszy na Mannie, Prouście i Joysie. Czy zawsze chciałem być pisarzem? Nie. Nigdy nie chciałem być pisarzem i pisarzem się nie czuję. Pisarze przynależą do PEN Clubu, piją cafe latte w modnych kawiarniach oraz są zapraszani do TVP Kultura. Ja niestety nie spełniam kryteriów (śmiech).

Niedawno nakładem wydawnictwa Oficynka ukazała się Pana debiutancka książka "Wóda i bala". Skąd narodził się pomysł na taki tytuł? Czy tytuł roboczy różnił się od tego, który widnieje na okładce?

Wybór padł akurat na taki tytuł, ponieważ na moje ucho dobrze to brzmi i jest symetryczne pod względem fonicznym. Dwa wyrazy o takiej samej ilości liter i sylab, a pośrodku spójnik. Gdzie jak gdzie, ale w tytule ład, skład i porządek zachowane być muszą! Poza tym jest w tym jakaś dosadność, a nawet pewna ordynarność korespondująca z treścią książki. No i jest oczywiście śląski akcent, bo „bala" to w gwarze śląskiej nic innego jak piłka. Koniec końców jest to tytuł najbardziej adekwatny z tych, które wymyśliłem. Brałem również pod uwagę wariant „ ... worek piasku niesie", będący fragmentem popularnej ludowej piosenki o Grzesiu, co szedł przez wieś. Szybko jednak zrezygnowałem. Za długie, a poza tym cudze. A tak od razu na wstępie się u kogoś zapożyczać, wydało mi się co najmniej nietaktowane (śmiech).

Czytelnicy bardzo pozytywnie oceniają Pana debiut literacki, pisząc, iż ma Pan szansę w przyszłości zawładnąć polskim rynkiem wydawniczym. Czy spodziewał się Pan tak ciepłego odbioru?

Aż tak? „Zawładnąć" to duże i złe słowo. Oczywiście cieszę się z każdego przejawu zainteresowania, ale nie jestem łasy na pochlebstwa. Marzy mi się raczej rzeczowa polemika z kimś, kto zna się na rzeczy.

Jak przebiegały prace nad Pana książką? Tworzył Pan jej zarys czy raczej pisze Pan pod wpływem chwili, a następnie dokonuje poprawek?

Zalążek pomysłu, jakiś intuicyjny i mglisty punkt wyjścia od dawna nosiłem gdzieś z tyłu głowy, ale największą trudność sprawiło mi sklecenie pierwszego zdania, z którym borykałem się dobrych kilka dni. Rzeźbiłem, cyzelowałem, dopieszczałem, glansowałem. Potem już poszło z górki i pisałem jak automat. Pisanie nie zaprzątało specjalnie mojej uwagi, ponieważ „myślę palcami", tzn. nigdy nie zastanawiam się nad tym, co napiszę, ani nie roztrząsam tego, co napisałem (z wyjątkiem tego nieszczęsnego pierwszego zdania). Moje pisanie ma charakter niemal mechaniczny. Nie staram się ogarnąć całości, tworzyć planów fabularnych, a następnie skrzętnie ich realizować. Nawet jedno zdanie to dla mnie zbyt wiele. Ja cały czas jestem na poziomie słowa. Pojedynczego słowa, które pociąga za sobą kolejne pojedyncze słowo. Zasiadam do klawiatury z pustką w głowie i z pustką w głowie od niej odchodzę, a gąszcz słów, którymi zapełnia się strona po takiej sesji nie jest w zasadzie owocem operacji myślowych, lecz jedynie rezultatem czysto fizycznej, stricte somatycznej czynności pisania. Choć wielokrotnie próbowałem, nigdy nie potrafiłem „pisać w głowie". Wymyślać bohaterów, tworzyć intryg, opisów, a następnie przelewać tego na papier. Nie wiem, czy to źle, czy dobrze. Może dobrze, bo bardziej naturalnie, może źle, bo brak intelektualnej głębi. W ogóle bardzo mało wiem w związku z "Wódą i balą" i prawdopodobnie w ogóle nie powinno się mnie o to pytać (śmiech).

Pana wyuczony zawód to nauczyciel języka polskiego. Czy wykształcenie w tym kierunku pomogło Panu podczas pisania książki?

Z pewnością pomogły mi polonistyczne studia, a ściślej lektury, które w ich ramach przetrawiłem. I to tyle. Nauczycielstwa bym do tego nie mieszał. To zupełnie inny rodzaj aktywności i całkowicie odrębna od pisania domena.

Na okładce widnieje, iż "z bohaterem "Wódy i bali" łączy Pana wszystko". Kim tak właściwie jest główny bohater powieści, Grześ?

Dla osób, które mnie znają, ale także dla postronnych czytelników naturalne jest, że próbują się doszukiwać wspólnych rysów między bohaterem a autorem. Bo nosimy wspólne imię, bo ja z Mysłowic, a akcja powieści osadzona jest w Mysłowicach itd. Faktycznie, bohater ma ze mną wiele wspólnego, ale ma też wiele wspólnego z Don Kichotem, Tristramem Shandy czy Konsulem z powieści „Pod wulkanem" autorstwa Malcolma Lowry'ego. „Życiopisanie" w stanie czystym nie istnieje, a jeśli nawet istnieje, to ja go nie uprawiam. Proszę pamiętać, że literatura jest pięknym kłamstwem, a gra w kotka i myszkę z czytelnikiem zaczyna się już na okładce.

Wielu czytelników nie jest przekonanych do tak zwanej literatury współczesnej, a już zwłaszcza do polskich autorów. Dlaczego czytelnicy powinni sięgnąć po właśnie Pana powieść?

Czytelnik niczego nie powinien. Czytelnik jest wolnym człowiekiem i ma prawo czytać, co chce. Ja również przede wszystkim jestem czytelnikiem i napisałem książkę taką, którą sam z chęcią bym przeczytał, a z chęcią przeczytałbym książkę nietypową i niejednorodną stylistycznie, bo styl to dla mnie priorytet i tak naprawdę w „Wódzie i bali" nie wydarzenia są na pierwszym planie, lecz język eksploatowany niemal we wszystkich rejestrach. Jest wulgarnie i podniośle. Jest poezja i proza. Jest gwara śląska i stylizacje na język biblijny i lament proroka Jeremiasza. Jeśli ktoś podziela takie podejście i lubi zabawy tego typu, zapraszam do lektury.

Kto jest Pana pierwszym czytelnikiem i krytykiem podczas pracy nad Pana książkami?

Nie mogę zdradzić jego tożsamości, ale ufam jego osądowi bezgranicznie. Wiem, że nigdy nie oszczędzi mi słów krytyki i nie pochwali mnie ze zwykłej grzeczności, bo z natury jest arogancki, szorstki i bezlitosny (śmiech).

Którzy pisarze i jakie książki wywarły na Panu największe wrażenie, jak i również wpłynęły na Pana twórczość?

Podoba mi się anegdota na temat Michała Witkowskiego, który podobno ma na drzwiach portret Elfriede Jelinek i w przypływach zazdrości, że „suka" tak dobrze pisze, rzuca w nią lotkami. Ja również nie posiadam literackich idoli. Nie lubię pisarzy. Niektórym jedynie mogę zazdrościć. Zazdroszczę Pilchowi, Masłowskiej i Gombrowiczowi. Bardzo, ale to bardzo, tak że aż mnie skręca, zazdroszczę Houellebecqowi. Nie pisałem jednak będąc pod czyimś wpływem, a nawet wrażeniem. Dążyłem do tego, żeby to mój głos wyraźnie wybrzmiał, starałem się odnaleźć, a następnie wyartykułować swój własny, niepowtarzalny idiolekt i myślę, że się udało.

Domyślam się, że Pana największą pasję stanowi pisanie. A poza nim? Ma Pan inne hobby?

Muszę zatem szanowną Panią wyprowadzić z błędu. Pisanie to nie moja największa pasja. Moją największą pasją jest to, co ewentualnie może posłużyć za materiał do pisania: ludzie, miejsca, słowa, zachowania. Mam naturę obserwatora i analityka. Często łapię się na tym, że nie uczestniczę w rzeczywistości na pełnych prawach, nie rzucam się w wir wydarzeń, tylko stoję z boku i z pozycji korespondenta zdaję relację. Jeśli chodzi o hobby? Nie mam hobby. Drażni mnie to słowo. Brzmi jakoś głupio i niepoważnie. Kojarzy mi się ze zbieraniem znaczków albo kapsli od piwa. Nie mam hobby. Za stary jestem na hobby (śmiech).

Czy może zdradzić Pan czytelnikom swoje najbliższe plany pisarskie?

Szanowny Czytelnik pozwoli, że go zaskoczę. Czy Szanowny Czytelnik lubi być zaskakiwany? Lubi niespodzianki? Tak. Oczywiście, że lubi. Wszyscy lubią króliki z kapelusza. Pozwólcie zatem, że w kwestii literatury będę Waszym prestidigitatorem.

Wywiad przeprowadzła Kamila Graczyk.

Współpracujemy z: