Katarzyna Szewczyk

Informacje Personalne:

  • Miejsce Urodzenia: Koszalin, Polska
  • Narodowość: Polska
  • Język: Polski
  • Obywatelstwo: Polskie
  • Twórczość:

    "Maski"

    "Toast Za Temidę"

    "Halloween"

    "Aktywność I Aktywizacja Studentów W Procesie Dydaktycznym"

    "31.10 Halloween Po Polsku"

Galeria:

Biografia:

„Kasia Szewczyk - współautorka książek „Maski" i „Toast za Temidę". Wraz z Jackiem Skowrońskim tworzy jedyny w swoim rodzaju duet autorski − pierwsze zbrodnie literackie popełnili w roku 2008 i do dziś nie mogą przestać. Publikowali w magazynach: QFANT, SFFiH, „Lśnienie", „Coś na progu"; wydali też zbiór opowiadań bizarrocrime „Toast za Temidę" (2012). Kasia Szewczyk pisała również felietony dla Wydawnictwa Fu Kang; krążą plotki, że hoduje nietoperze w dzwonnicy i że to ona odpowiada za literackie ekscesy duetu."

Źródło: biblioteka.koszalin.pl/filia9/2886-1313-tydzien-bibliotek-katarzyna-szewczyk

Wywiad:

1

„Jestem mistrzynią nicnierobienia"

Nazywasz się Katarzyna Szewczyk. Czy masz drugie imię? Jakie jest Twoje nazwisko panieńskie?

Na drugie imię mam Elżbieta, bardzo lubię swoje drugie imię. Moje panieńskie nazwisko – Gamrat. Podobno na południu Polski bardzo popularne, a w moich okolicach dosyć egzotyczne.

Jakie książki masz w swym dorobku? Tytuł, rok wydania, wydawnictwo.

Jestem współautorką dwóch antologii. „Toast za Temidę" i „Maski". Pierwsza została wydana w Wydawnictwie PI, druga – jako eksperyment – wyłącznie w formie e-booka w wydawnictwie RW2010.

Pierwsze opowiadanie napisałaś w 2005 roku pod wpływem przeczytanego wstępu do zbioru opowiadań Kinga, w którym autor umieścił swoje uwagi na temat tworzenia tychże. Przeskoczyła Ci wtedy w głowie jakaś iskra, którą porównujesz do wybuchu Supernovej. Co takiego napisał King w tym wstępnie? Nie chodzi mi oczywiście o dokładny cytat, ale o przesłanie?

Oj, tego się nie zapomina. Nie chcę też kopiować cytatu, powiem tylko co zapamiętałam. Powieść może być jak długi, namiętny romans. Opowiadanie jest jak pocałunek skradziony w ciemności.

Pierwszą książkę, zbiór opowiadań "Maski" napisałaś jako współautorka Jacka Skowrońskiego, którego poznałaś na forum literackim Weryfikatorium. pl. Pisaliście wspólnie, przerabialiście na wzajem swoje próbki tekstów. Niezwykłe, że udało Wam się w ten sposób działać i w dodatku wydać książkę. Ile trwało jej pisanie?

Nie, „Maski" były drugie. Pierwsza była „Temida". Opowiadania szły nam dosyć szybkostrzelnie, zdarzało się nawet napisać coś w jeden dzień. To, że „Temida" w ogóle się ukazała to jednak – przyznaję – zasługa Jacka. Kiedy kończyliśmy zbiorek, ja byłam zajęta opieką nad dzieckiem. Nie miałam szans usiąść spokojnie przy komputerze. „Maski" z kolei zmontowałam sama (za zgodą Jacka).

Czy poznaliście się z Jackiem w realu? Czy wyglądał tak jak się spodziewałaś?

Spotkaliśmy się kilka razy. Wygląd nie był zaskoczeniem, bo w końcu jest Internet, razem z grupą przyjaciół dzieliliśmy się zdjęciami.

Czy po tamtym zbiorze opowiadań próbowaliście jeszcze coś wspólnie napisać?

Oczywiście. Myślę (mam nadzieję), że to się nigdy nie skończy.

Kim jesteś z zawodu?

Oj, gdyby potraktować to dosłownie, to jestem technikiem hotelarstwa. Jednak trzymam się od uprawiania tego zawodu tak daleko jak tylko można.

Gdzie pracujesz?

W domu. Ma to swoje plusy i minusy. O emeryturze mogę pomarzyć, ale jestem sama sobie szefową. To ile pracuję zależy ode mnie, a nie od czyjegoś focha.

W którym roku i gdzie się urodziłaś?

Mój rok produkcji to zacny 1984.

Czy czytałaś „Rok 1984" Orwella?

Czytałam. To typ powieści uniwersalnej. Coś wspaniałego, zawsze aktualne. Myślę, że gdybym przeczytała to dziesięć lat później, nadal znalazłabym w niej odniesienia do rzeczywistości. Powieść niezatapialna, pełna prawdy, której chyba nikt nie chce dostrzegać, bo to niewygodne.

Gdzie mieszkasz?

Urodziłam się w Koszalinie i od tamtej pory tu mieszkam. Koszalin jest fantastycznym miejscem, pełnym groteski.

Jak wiadomo Koszalin leży dość blisko Bałtyku. Czy lubisz morze?

Nie lubię, tylko kocham! Morze zawsze mnie fascynowało.

A czy lubisz góry?

Lubię. Byłam na południu Polski tylko dwa razy, ale nie trzeba mnie namawiać na kolejną wycieczkę.

Masz dwoje dzieci. Ile mają teraz lat i jakie imiona?

Amelia ma 12 lat, Michał 4.

W jakich okolicznościach poznałaś swojego męża?

Yyy... na wagarach z lekcji religii. W liceum. Na co dzień nawet nie tolerowaliśmy siebie nawzajem, a pewnego dnia wylądowaliśmy przy jednym stoliku w ogródku piwnym. Dwoje młodych gniewnych  No i się zaczęło.

No ładnie:
Podobno córka Amelia zabawiana przez Ciebie w dzieciństwie spontanicznymi, improwizowanymi opowieściami o panu Paproszku przejęła od Ciebie tego bohatera i wciągnęła młodszego brata w śledzenie historii o tym panu, tym razem snutych przez nią. Czy pan Paproszek jeszcze żyje? Nastolatki bywają zmienne.

Pan Paproszek żyje i ma się całkiem dobrze. Dzieciaki uwielbiają te nieposkładane bajeczki. A ja pękam z dumy, bo Pan Paproszek stał się dla nich kimś wyjątkowym

Czy w dzieciństwie poznałaś bajkę o Szewczyku Dratewce? Jeśli tak, to czy lubiłaś ją?

Znam, ale nie była moją ulubioną. Jak chodzi o bajki, to wolałam Andersena „ Dzikie łabędzie".

Wyczytałam, ze Wasze teksty to zbiór opowiadań grozy, pełnych morderstw i zagadek. Rozumiem, że pisząc teksty o takiej tematyce zostałaś automatycznie wciągnięta w nurt kryminału. Czy uważasz, że ten gatunek w Polsce ma się dobrze?

Moim zdaniem, ma się świetnie. Mogłabym sypać z rękawa nazwiskami polskich autorów, którzy zrobili na mnie ogromne wrażenie.

Czy lubisz filmy- horrory? Jeśli tak, to wymień tytuły.

Thrillery lubię. „Przepowiednia", „1408" i boskie „W sieci zła". Horrory na zasadzie krew, flaki, okrucieństwo – nie interesują mnie.

Obecnie kto jest pierwszym czytelnikiem Twojej prozy?

Jacek.

Czy zawsze tak było?

Nie. Od czasu do czasu przełamywałam się i pozwalałam koleżankom zajrzeć przez ramię. Ale to naprawdę nieczęsto się zdarza.

Nie znosisz robienia czegoś na pół gwizdka. Jeśli z jakichś przyczyn nie możesz zaangażować się w jakieś zajęcie, wolisz nie zaczynać. A jaki masz stosunek do sprzątania? Na błysk albo wcale?

Tak. Albo błysk, albo wcale. Mam pokopany charakter.

Czasem wychodzi z Ciebie leń, wówczas jesteś mistrzynią nicnierobienia. Nicnierobienie czego wychodzi Ci najlepiej?

Nierobienie czegokolwiek

Pod koniec sierpnia wybierasz się do Strzelina na LITERA TURĘ II. Byłaś tam już na poprzedniej edycji tej akcji, w zeszłym roku. Jak tam trafiłaś? Ktoś Ci o tym powiedział, czy gdzieś przeczytałaś?

Dowiedziałam się od koleżanki, Anny Teluk- Lenkiewicz. Anka się wybierała, poczytałam na necie na czym polega impreza i bez zastanowienia większego, potwierdziłam udział. Uwielbiam spontaniczność i okazje, kiedy nie jestem pewna co może zdarzyć się za pięć minut. Na kolejny wyjazd organizowany przez Sztukatera nie trzeba mnie namawiać, będę w swoim żywiole. Poza tym, odnoszę wrażenie, że zaprzyjaźniłam się z organizatorami i niektórymi uczestnikami. Przyjaźń to coś dla mnie bardzo ważnego, więc nie mogę się doczekać spotkania z ludźmi, których po prostu lubię. Nieczęsto trafia się na osoby, z którymi przebywanie to czysta przyjemność.

Jaką muzykę lubisz najbardziej? Kto jest Twoim ulubionym wokalistą?

Słucham dosyć dużo i jak to ja – lubię skrajne gatunki. Ulubione... tak najbardziej to chyba stare kawałki Urszuli i Edyty Bartosiewicz. Kayah i Bregovicz. Enej! – uwielbiam ich. Do tego dokooptujmy Iron Maiden. Nirvanę. Vanessa Mae, Chopin... Kiedy budzę się rano nigdy nie wiem, czego będę słuchać. Ale zawsze coś brzmi w głośnikach.

Chciałabym nasz wywiad zakończyć puentą, która będzie cytat z piosenki Twojego ulubionego wykonawcy. Proszę, wskaż odpowiedni fragment.

Jak już muszę wybrać, co łatwe nie jest, to chyba to:
Piosenka "Na krawędzi" Bartosiewicz.
Jestem jak każdy inny człowiek
Czasem swych błędów nieświadoma
Przychodzę swym ciepłem się podzielić
Zostawiam zgliszcza
Czy mógłbyś dla mnie znaleźć czas
Porozmawiać
Tak łatwo myślom złym dać się zwieść
Czy mógłbyś do swej piersi przytulić mnie
Wytłumaczyć
Nie karcić wzrokiem swym
Nie winić mnie
Jestem jak jeden czuły nerw
Nie mów że z tobą jest inaczej
Żyję na ostrzu na krawędzi
Czasem płaczę

Bardzo dziękuję za rozmowę

2

NIC NIE ROBIĘ NA PÓŁ GWIZDKA

Rozmowa z Katarzyną Szewczyk, współautorką książek „Maski" i „Toast za Temidę".

Zadebiutowałaś u boku Jacka Skowrońskiego. Jak doszło do Waszej współpracy?

Poznaliśmy się na forum literackim Weryfikatorium.pl jako szeregowi użytkownicy. Komentowaliśmy i ocenialiśmy czyjeś prace. Nie dość, że pisaliśmy komentarze o niemal identycznej treści, to jeszcze wysyłaliśmy je w tym samym czasie. Momentami to było wręcz irytujące (w sensie żartobliwym), ale gdyby nie to, być może nie zwrócilibyśmy na siebie uwagi. Nawiązaliśmy korespondencję, zaczęliśmy wymieniać się spostrzeżeniami i okazało się, że idealnie się dogadujemy. Mnie podobały się jego prace, jemu moje. Któregoś dnia coś Jackowi podesłałam, a on spytał, czy może mi to „ukraść". Odpowiedziałam, że tak, bo ja z tym nic więcej nie zrobię, nie mam pomysłu. Po jakimś czasie Jacek odesłał mi przerobiony tekst. Przeczytałam i zdębiałam, bo był świetny. Dopisałam fragment i w ten sposób, bawiąc się, zaczęliśmy pisać razem. A później stało się to już nałogiem. Nie można było tego zatrzymać. Jacek odszukał swoje stare opowiadania, ja swoje i jeśli nie wiedzieliśmy, co z nimi zrobić, przesyłaliśmy sobie nawzajem. Postaci Rafała i Elki po raz pierwszy pojawiły się w opowiadaniu „Wszystko ma cenę". Napisałam krótką obyczajówkę, Jacka korciło, żeby naszpikować ją dynamitem. Nie miałam nic przeciwko. I tak, opowiadanie za opowiadaniem... napisanych wspólnie drukiem ukazało się ponad 20.

Skoro przełamałaś lody, zadebiutowałaś u boku pisarza, który ma swoje miejsce na rynku, to pewno będzie Ci teraz łatwiej napisać i wydać samodzielną książkę? Łatwiej uwierzyć w siebie?

Oczywiście, że łatwiej uwierzyć w siebie. W końcu efekty wspólnej pracy są namacalne. Leżą na półce olbeczone w kolorowe okładki. Człowieka może dowartościować komplement, ale to zawsze będzie tylko życzliwe słowo. Słowa są jak wiatr. Publikacje to dowód na to, że jednak sobie tego wszystkiego nie uroiłam. Nie sądzę jednak, żeby to ułatwiło mi pisanie. W zasadzie proces twórczy przebiega u mnie inentycznie jak przed pierwszą publikacją. Wymyślona opowieść musi mnie pochłonąć. Pod tym względem nic się nie zmieniło. Drobne sukcesy nie mają wpływu na poziom zaangażowania w pracę nad tekstem.

Książka, którą piszesz, to kryminał czy zupełnie inny gatunek?

Nie chciałabym na tym etapie gatunkować, w ogóle nie lubię tego robić. Trzymam się z dala od szufladkowania, przyczepiania łatek, trzymania się sztywnych zasad. Określanie gatunku powieści zostawiam fachowcom.

To będzie zabawna (mam nadzieję) opowieść o roztrzepanej pisarce, która wbrew własnej woli zostaje wplątana w polityczno-kryminalną aferę. Po gnuśnych latach spędzonych nad klawiaturą nie potrafi odnaleźć się w rzeczywistości, a co dopiero grać w misternie przemyślanej maskaradzie. Jakbym już musiała określić gatunek, to wskazałabym komedię kryminalną.

Więc jednak...

Tak. Zdaję sobie sprawę, że wiele osób krzywo patrzy na literaturę „lekką", na tak zwane czytadła. Nie będzie egzystencjalnych rozterek, nie będzie scen chwytających za serce. Moim celem jest napisanie takiej powieści, żeby czytelnik na chwilę zapomniał o problemach, uśmiechnął się, rozerwał. Nie stawiam na tej samej półce pojęć: śmieszne i głupie. Owszem, te cechy często idą w parze, ale bywa i na odwrót. Weźmy za przykład baśń „Nowe szaty cesarza". Do licha, facet paraduje nago przed poddanymi, bo ktoś mu nawciskał bzdur! A jednak baśń uznawana jest za pouczającą i mądrą. Lubię takie paradoksy.

Ale dlaczego kryminał? Bo to modny gatunek? Chcesz się w nim sprawdzić jako kobieta?

Obojętnie przechodzę obok haseł: modne, trendy, na topie. To dla mnie abstrakcja. A czasy, w których kryminał był tylko domeną mężczyzn minęły już dawno. Zresztą, moje ulubione powieści kryminalne wyszły spod pióra kobiety właśnie, Aleksandry Marininy. Wspaniała, koronkowa robota, intrygujące historie ze zbrodnią w tle. A dlaczego zdecydowałam się na wątki kryminalne? Szczerze? Ja się nie zdecydowałam, po prostu tak wyszło. Piszę tak jak w duszy gra. Co poradzę, że wolę opis trupa w szafie od szafy pełnej drogich fatałaszków? Zresztą, podkreślam, że nie jestem pewna jak powieść będzie się prezentować, kiedy postawię ostatnią kropkę.

Wspomniałaś, że z sentymentem powracasz do „Toastu za Temidę". Czy w ten sposób rekompensujesz sobie brak szaleństwa w życiu?

To nie dokońca tak. Miło wspominam wspólną pracę nad opowiadaniami. Ten zastrzyk adrenaliny podczas wymyślania kolejnych przygód. To było prawie jak sport. Bohaterowie zerwali się ze smyczy i robili to, co przeciętnemu śmiertelnikowi raczej nie ma szans się przytrafić. Można było omijać szerokim łukiem obyczaje i banały. Zresztą, w literaturze zawsze można. A co do nudy w życiu...? Był taki gorszy czas, kiedy uważałam moje życie za najnudniejsze na świecie, ale to przeszłość. Pozbierałam się i znowu dostrzegam kolory, choć tak naprawdę nic się od tamtego czasu nie zmieniło.

Ty przecież jesteś kolorowa. Mówisz o sobie, że jesteś „workiem skrajności". Co to znaczy?

Taki typ charakteru. Nie znoszę robienia czegokolwiek na pół gwizdka. Jeśli wiem, że z jakichś przyczyn nie będę mogła całkowicie zaangażować się w dane zajęcie, wolę nie zaczynać. A przynajmniej mam opory. Nie ważne, czy chodzi o pisanie, czy o lepienie pierogów. Nie znoszę pisać, w przerwach sprawdzać lekcje, robić kolację, sprzątać. Kiedy siadam do klawiatury, to znikam, albo znika mi rzeczywistość. Raz przejawiam skłonności do skrajnego profesjonalizmu, a innym razem wychodzi ze mnie leń nad lenie, po prostu mistrzyni nicnierobienia. Czasem, w niedzielę cały dzień leżę na kanapie i oglądam telewizję. Domownicy muszą sobie radzić bez „house managera". Przewróciło się? Niech leży, ja mam wolne. Podobnie jest z innymi sprawami. Jednego dnia nie wyjdę z domu bez starannego makijażu, idealnie dobranego stroju, innego pomykam do osiedlowego w kapciach i dresach męża. Tak to już ze mną jest.

Powiedziałaś kiedyś, że piszesz książkę o roztrzepanej pisarce. Czy to będzie w jakimś sensie o Tobie?

Owszem, w Aśce jest sporo Kaśki. Naszpikowałam ją zwłaszcza tymi cechami, których u siebie nie lubię. Aśka jest irytująco niepozbierana, ale przez to całkiem swojska.

Czy prześlesz swoją książkę do oceny Jackowi Skowrońskiemu, czy tym razem będziesz zupełnie samodzielna?

Do oceny brzmi jakoś dziwnie. Na pewno prześlę do przeczytania i będę niecierpliwie czekać na opinię. Ale raczej nie chciałabym traktować tego w kategorii sprawdzianu.

Kiedy zaczęłaś pisać i co było najtrudniejsze?

Zaczęłam pisać mniej więcej w 2005 roku. Wcześniej zdarzało mi się popełniać jakieś opowiadania, ale nie traktowałam tego poważnie. Ot, takie przyjemne zajęcie dla zabicia czasu, które poszło w odstawkę nawet nie pamiętam z jakiej przyczyny. Przełom nastąpił, kiedy kolega pożyczył mi zbiór opowiadań Kinga. We wstępie autor naskrobał kilka słów na temat pisania opowiadań właśnie. Byłam pod ogromnym wrażeniem. Przeskoczyła wtedy w głowie jakaś iskra. Tym bardziej, że szalenie potrzebowałam jakiegoś zajęcia, które nadałoby życiu barw. To był naprawdę strasznie ciężki czas, staram się wyrzucić te kilka lat z pamięci. Wszystko było tak szare i tak nieznośne, że ta iskierka wydawałasię być wybuchem Supernovej. I tak kompletnie w siebie nie wierzyłam, ale pisanie sprawiało mi przyjemność. Kolega za to mocno mi kibicował, za co jestem mu niezmiernie wdzięczna. Także, korzystając z okazji dziękuję tym, którzy nie pozwolili mi pisania rzucić w diabły. Krzysiek, Błażej, Konrad, Karol (Finn) – dziękuję!

Później się rozkręciłam, odważyłąm się opublikować coś w necie, szlifowałam warsztat, po tym jak dowiedziałam się, że coś takiego istnieje. To była wyboista droga, ale warto było spędzić te godziny przy klawiaturze, uczyć się na własnych błędach, by pewnego pięknego dnia napisać coś, co wprawi innych w zachwyt.

Trudne do przełknięcia też były problemy z pierwszymi publikacjami. Długo czekałam, nim zobaczyłam swoje nazwisko w druku. Seria pomyłek, niefortunnych zdarzeń. A to ktoś zapomniał, a to czasopismo upadło, chociaż dostałam potwierdzenie, że są tekstem zainteresowani... niezbyt przyjemne to było.

 

No i przyzwyczajenie rodziny do tego, że pisanie to nowy element mojego życia.

Właśnie, w jaki sposób godzisz obowiązki rodzinne i swoją potrzebę pisania?

Ciągle się tego uczę. Jak już wspomniałam, na początku toczyłam batalie o uświadomienie bliskich, że to nie bzdury, że to dla mnie ważne. To nie było łatwe, na początku nikt nie traktował mnie poważnie. Brakowało mi wsparcia i kilkukrotnie się z tego powodu załamywałam. Nie potrafiłam dostatecznie mocno tupnąć nogą, albo robiłam to w niewłaściwy sposób. To trwało latami, a kiedy już wszyscy się przekonali, że nie dość, że regularnie publikuję, to jeszcze dostaję za to pieniądze, zaakceptowali, to... pojawiły się inne trudności. Z perspektywy czasu wiem, że po prostu pozwoliłam sobie wejść na głowę. Zmarnowałam mnóstwo czasu na użalanie się nad sobą. Bo się mnie dzieci nie słuchają, bo nie rozumieją, bo zbyt często jestem z nimi sama i takie tam inne. Tak naprawdę problem tkwił w mojej głowie. To tak jak w zeszłym roku – nie potrafiłam zorganizować sobie czasu w wakacje. Szarpałam się i złościłam. Postanowiłam, że do pierwszego września robię sobie przerwę w pisaniu. Syn dostał się do przedszkola, odliczałam dni, kiedy nareszcie będę miała wolną chatę. Kiedy wróciłam do domu z LiteraTury, okazało się, że mały bardzo źle się czuje. Myślałam, że to tylko taka złośliwość losu, akurat teraz musiał się przeziębić. Następnego dnia jego stan drastycznie się pogorszył, a diagnoza ścięła mnie z nóg – salmonella. Po tygodniu to co najgorsze minęło, ale dziecko nie może chodzić do przedszkola, póki organizm nie pozbędzie się bakterii. Mamy połowę stycznia, a wyniki wciąż negatywne... Rozczarowanie sytuacją przysłoniło mi cały świat. Przecież miało być inaczej, tak czekałam! I oczywiście, zamiast szukać sposobu na pogodzenie obowiązków, rozpaćkałam się na dobre. Przełom nastąpił całkiem niedawno. Przestałam się cackać, po raz kolejny podjęłam próbę ułożenia wszystkiego tak, żebym nie była na tym stratna. Prawdę mówiąc, nie do końca wierzyłam, że to się uda, ale czułam, że już mam serdecznie dosyć tej niemocy. Zmiany zaczęłam od siebie, a później było już co raz łatwiej. Jak się chce, to można.

Masz dwoje dzieci. Z pewnością sporo czasu zajmuje Ci wspólne z nimi poznawanie książek? Zasadniczo najpierw czytamy dzieciom książki własnego dzieciństwa, ale potem musimy uwzględniać ich sympatie i wybory. Na jakim etapie jesteście?

Amelia ma teraz 12 lat i już sama wybiera własne lektury. Te, które ja ubóstwiałam w dzieciństwie często okazują się dla niej niestrawne. Realia są często niezrozumiałe, o języku nie wspominając. A Misiek... uwielbia, kiedy mu się czyta. Jest wdzięcznym i mało wymagającym słuchaczem.

Próbowałaś sprawdzić się kiedyś w twórczości dla dzieci?

Pewnego wieczoru córka nie mogła zasnąć, a ja nie wiedziałam już co mam robić, bo wszystkie bajki znała na pamięć. Wtedy wymyśliłyśmy Pana Paproszka, który mieszka pod łóżkiem. Pan Paproszek jest malutki i bardzo łatwo wpada w przeróżne tarapaty. Na przykład wciąga odkurzacz, z którego potem musi się wydostać albo dostaje się komuś do nosa i trzeba go wykichać. To były takie historyjki wymyślane na pół śpiąco, ale córka zaczęła się domagać kolejnych przygód. Kilka z nich dla niej napisałam. Zauważyłam też, że córka zaczęła garnąć się do pisania. Najpierw o Panu Paproszku, ale potem zmieniła temat. Natomiast zaczęła o Panu Paproszku opowiadać bratu, więc...

...Pan Paproszek po prostu poszedł w świat?

Na to wygląda.

Bardzo dziękuję za rozmowę :)

Wywiad przeprowadziła Aleksandra Urbańczyk

Współpracujemy z: