Michał Cholewa

Informacje Personalne:

  • Miejsce Urodzenia: Katowice, Polska
  • Narodowość: Polska
  • Język: Polski
  • Obywatelstwo: Polskie
  • Twórczość:

    "Epidemie I Zarazy"

    "Forta"

    "Gambit"

    "Geniusze Fantastyki"

    "INWIT"

    "Punkt Cięcia"

    "Ścieżki Wyobraźni"

    "Smok Urojony"

    "Światy Równoległe"

Biografia:

Matematyk z wykształcenia, informatyk z zawodu, fantasta z zamiłowania. Nałóg czytania wykształcono mu podstępnie za młodu, zainteresowanie pisaniem przyszło z czasem. Fan twórczości Stanisława Lema, Joe'ego Haldemana i Roberta Heinleina. Historycznie zainteresowany wojną na Pacyfiku 1941-1945.


Źródło: warbook.pl

Wywiad:

Naszą rozmowę pozwolę sobie rozpocząć od trochę niecodziennego pytania. Mianowicie, czy wg. Ciebie Michał Cholewa jest już jednym z najciekawszych i najbardziej obiecujących pisarzy science - fiction młodego pokolenia w Polsce?

Michał Cholewa chciałby, ale szczerze wątpi. Powodów jest kilka i, być może, podstawowym jest fakt, że nikt nie chce się zgodzić co do tego co to znaczy „najciekawszy" i „najbardziej obiecujący". Bo przecież, powiedzmy, SF Dukaja, SF Kołodziejczaka czy SF Przybyłka to jednak zupełnie co innego. SF jest typem świata przedstawionego i jego opisu i to tych autorów łączy, ale umieszczane w tym świecie historie są bardzo różne.
W tym sensie, jak ktoś akurat lubi wojskowo-szpiegowski odłam SF, to mogę wypadać na skali „bycia ciekawym" (a może i „obiecującym") całkiem nieźle. Ale już mam zdecydowanie mniejsze szanse u fanów romansu czy awanturniczej przygody, a także co najmniej kilku innych podgatunków.
Ale miło, że to pytanie padło, bo to znaczy, że chociaż jest to jedna z opcji i to nie podniesiona przeze mnie :)

Powyższe pytanie zadałam nie bez powodu, gdyż osobiście uważam, iż polska literatura science - fiction w ostatnich kilkudziesięciu latach, wedle mojej opinii, przeżywała duży regres. Dopiero w ostatnich kilku latach pojawiły się nowe nazwiska (m.in. Cholewa), które tchnęły ten niezwykły gatunek literacki na zupełnie nowe, zaskakujące i ciekawsze tory. Jak Ty oceniasz poziom polskiego science - fiction roku 2014?

Przyznam, że jestem tu w opozycji do Ciebie. Literatura SF ma się, w moim odczuciu świetnie. Jeżeli spojrzymy na ostatnią dekadę, bez problemu jesteśmy w stanie wymienić kilkanaście nazwisk godnych uwagi polskich autorów. Każdy z nich z własnym podejściem i własną wizją światów i umieszczanych w nich historii.
Prawdopodobnie zresztą za pesymistyczną wizję kondycji polskiego science-fiction częściowo odpowiedzialne są „zupełnie nowe, zaskakujące i ciekawsze tory", o których mówisz. Mam na myśli mocne zróżnicowanie w obrębie literatury SF i właśnie mnogość podejść i szukanie nowych kierunków, przez co żaden nie jest nadmiernie reprezentowany.

Jesteś autorem znakomicie przyjętego przez polskich czytelników cyklu military science – fiction (cykl tworzą powieści „Gambit", „Punkt cięcia" i „Forta"), opowiadającego o świecie przyszłości, w którym to ludzkość po opanowaniu kosmosu i buncie sztucznej inteligencji, pogrążyła się w chaosie a następnie niekończącej wojnie, w której to przeciwnymi stronami są Stany Zjednoczone, Unia Europejska i Imperium Chińskie. Skąd pomysł na owy cykl i jaki zamiar przyświecał Ci przy jego początkach?

Lubię jak się strzelają , lubię statki kosmiczne i lubię komputery. Jestem też fanem sagi o „Obcych". Kiedy jest się taką osobą, napisanie powieści o żołnierzach w kosmosie i o buncie SI wydaje się więc całkiem naturalne:)
A tak całkiem poważnie, ja od zawsze lubiłem tematykę wojenną. I kiedy mówię „od zawsze" mam na myśli już moment, kiedy zaczynałem porządnie czytać i oglądać filmy. Potem mi się już nie poprawiło, natomiast z czasem nieco zmieniła się percepcja, przez co rozumiem obejrzenie sto razy „Plutonu" Oliviera Stone'a i przeczytanie HMS „Ulisses" McLeana. W wieku lat średnich (nastu )byłem przekonany o dwóch rzeczach: po pierwsze wojna to ponura i zła sprawa, po drugie, chcę o niej pisać.
Jak postanowiłem, tak nie zrobiłem. To znaczy, coś tam napisałem, ale nigdy to nie opuściło szuflady (i dobrze). Za to mniej więcej wtedy wpadłem w gry fabularne i dość szybko, jako fan „Obcego", stwierdziłem, że warto by pograć w tym świecie, co też zrobiłem. Gdzieś w domu mam jeszcze masę starych skoroszytów z notatkami, w większości chaotycznymi i trudnymi do zrozumienia (także dla mnie). Czas mijał, a ja nadal nie pisałem tylko grałem w RPG i w pełni rozumiem ewentualny niepokój, że do odpowiedzi nigdy nie dotrę. Ale to prawie już:)
Otóż, na pewnym etapie wśród naszej grającej braci pojawiło się skądinąd niegłupie pytanie – „w zasadzie dlaczego wojsko przyszłości ma mniej rozwinięty sprzęt niż wojsko dzisiaj". Oczywiście na tamten moment wszyscy przyjęliśmy odpowiedź „z bardzo ważnych przyczyn", ale zacząłem się zastanawiać – w zasadzie dlaczego? Stąd wziął się pomysł świata w zasadzie postapokaliptycznego z poważnym lękiem ludzi przed pewnymi technologiami.
A kiedy już pojawił się świat, to uznałem, że warto spróbować wrócić do moich dawnych planów. No i wróciłem:)

21 lipca do księgarni trafiła trzecia odsłona tej kosmicznej epopei, zatytułowana „Forta". Czego mogą spodziewać się po niej Twoi czytelnicy? Czy będzie to naturalna kontynuacja wątków z poprzednich tomów, czy też zaskoczysz czymś zupełnie nowym?

Oczywiście będzie to całkowicie nowa jakość. Wybacz, musiałem to powiedzieć, w końcu reklamuje tu sam siebie:)
A serio – Forta jest rozwinięciem głównego wątku „Gambitu", dzieje się bowiem w dużej mierze na terytoriach na powrót przyłączanych do Unii. Jest też elementem tej samej większej fabuły, którą starałem się delikatnie zarysować w „Gambicie" i „Punkcie cięcia", choć nadal nie jest ona pierwszym planem.
Książka ta jest też pewnego rodzaju eksperymentem. Zdaję sobie sprawę, że pisząc military-sf ryzykuję, że napiszę po raz „n-ty" tą samą książkę (historia zna takie przypadki), więc staram się eksplorować nowe pola i patrzeć, na ile jestem w stanie zaadaptować się do nowego rodzaju tekstu.
„Fortę" można nazwać thrillerem. Nie jest tak wojenna jak „Gambit" i nie ma rozmachu „Punktu Cięcia". Jest, można powiedzieć, o wiele bardziej kameralna, zamykając postacie w obrębie o wiele bardziej skupionego miejsca akcji. Zadaje też zupełnie inne pytania, dla mnie bardzo istotne przy wszelkich działaniach w sytuacjach skrajnych, kiedy nie ma dobrych opcji.

Czy jako już doświadczony pisarz, nadal odczuwasz tremę przed dniem premiery swojego najnowszego dzieła?

Oczywiście! Od miesiąca odczuwam wyłącznie paraliżującą tremę. Tysiąc rzeczy może pójść nie tak, wliczając w to fakt, że mogę nie sprawdzić się w formule thrillera. Naturalnie staram się udawać spokojnego i wręcz nonszalanckiego, ale tak naprawdę strasznie się trzęsę nad tym, jak „Forcie" pójdzie.

Czytając Twoje powieści, nie mogłam oprzeć się skojarzeniom z takimi filmowymi hitami jak „Obcy – 8 pasażer Nostromo" oraz serialowymi przebojami „Battlestar Galctica" i „Gwiezdna eskadra". Czy pracując nad fabułą swoich powieści, czerpałeś pomysły z tychże produkcji, czy też owe skojarzenia są zupełnie przypadkowe?

Z chwilą, kiedy nazwałem głównego bohatera „Wierzbowski", straciłem prawo do nawet udawania, że nie próbuję do niczego nawiązywać. Pewnie, że widziałem Obcego, Gwiezdną eskadrę, Battlestar Galactickę I Babylon 5. Czytałem też Strugackich, Endera i trylogię Thrawna Timothy'ego Zahna i masę innych rzeczy. Jestem fanem i nie było możliwości, żeby to nie wpłynęło na ostateczny kształt moich książek. I wpłynęło, wierz mi.
Staram się jednak ograniczać inspirację do, hm, powiedzmy ogólnego ducha tych dzieł. Nie tyle brać pomysły na fabułę co na „ujęcia", podejście do pewnych spraw, wynajdywać rzeczy, które tam lubiłem i przetwarzać je do swoich celów. Niektóre rzeczy daje się adaptować , inne nie – najlepszym przykładem są tu chyba gwiezdne myśliwce, które strasznie lubię, a tutaj mi zupełnie nie pasują.

W Twoich książkach bardzo ważną rolę odgrywają mocne i nietuzinkowe sylwetki głównych bohaterów, z których trudno jednak jest wskazać jedną, główną i wiodącą postać. Jak rozumiem był to od początku Twój zamierzony cel. Zatem.., dlaczego nie podążyłeś „sprawdzonym szlakiem" i nie powołałeś do życia głównej postaci, z perspektywy której obserwowalibyśmy wydarzenia przedstawiane na stronach Twoich książek?

Podstawowy czynnik można najprościej ująć - ponieważ wtedy byłoby wiadomo, że jej nie odstrzelę. To znaczy, taki był zamysł, w każdym razie. On z czasem się zmienił, bo w końcu widać mniej więcej jedną główną postać „narracyjną", którą jest Marcin Wierzbowski. Mam kilka opcji rezerwowych na przeskok – jest wojna, ludzie na wojnie giną – ale jak dotąd on jest najbliższą głównego bohatera postacią.
Drugą rzeczą jest oczywiście perspektywa. Siłą rzeczy mój „etatowy" narrator ma ją ograniczoną, Nie jest przecież nawet oficerem. A ponieważ moje historie dzieją się w kilku miejscach naraz, więc siłą rzeczy, potrzebuję dodatkowych postaci.
Trzecią jest to, że Ja – w ujęciu makro, z perspektywy całej historii - tych wszystkich ludzi potrzebuję, więc muszę ich stopniowo wprowadzać, żeby potem nie wyskakiwali jak diabełki z pudełka. Więc w każdej książce staram się takie osoby wprowadzić, żeby we właściwym momencie mogły w sposób naturalny się pojawić, jako osoby „z przeszłością".

Jedną z ważnych postaci cyklu jest wspomniany przez Ciebie Polak, żołnierz armii Unii Europejskiej – Marcin Wierzbowski. Naturalnie z powodu swego pochodzenia, jest to postać budząca najsilniejsze emocje u czytelników, przede wszystkim sympatię. W mojej ocenie jest to także najbardziej tajemniczy z bohaterów, który skrywa w sobie nieodgadnione zdolności. Czy „Wierzba" jest Twoim ulubioną postacią i czy trafnie zgaduję, iż odegra On decydującą rolę w dalszym przebiegu konfliktu.

Wierzbowski jest na pewno jedną z moich ulubionych postaci, choć dalece nie jedyną. Łatwo się wprowadzić w jego stan umysłu – to bardzo, można powiedzieć, normalna postać. Jest nieźle wyszkolony, ale przecież nawet w jego plutonie są lepsi. Popełnia błędy, boi się, rzadko musi analizować naprawdę szeroki obraz sytuacji.
Można powiedzieć, że jest jedną z niewielu postaci, które mogą sobie pozwolić na nie bycie wyrachowaną. Ale to też się powoli kończy I będzie mu coraz trudniej.
Co do jego decydującej roli... Wierzbowski nie jest dyplomatą, nie jest generałem I nie jest politykiem – więc większość jego możliwości na etapie końca „Punktu cięcia" nie odbiega od możliwości innych żołnierzy, a to nie jest świat herosów. Niemniej jednak, odpowiadając na Twoje pytanie... W bardzo ogólnym sensie tak, będzie miał swoją rolę w konflikcie, nawet dość ważną, choć nie do końca w sposób, który można sobie wyobrażać.

Wszystkie Twoje książki cechuje niezwykła i niepowtarzalna atmosfera mroku, grozy i dużej dawki pesymizmu. Czy podzielasz opinię wielu fanów gatunku, w tym także Moją, iż dobra powieść science – fiction (zwłaszcza ta rozgrywająca się w przestrzeni kosmicznej) musi być mroczna i z natury pesymistyczna, by w ten sposób w pełni oddać pustkę i przeraźliwość tego miejsca?

Ta teza już silnie zależy jak szeroko traktować science-fiction. Bo przecież jeżeli włączymy do tego grona choćby space opery, to jest przecież cała masa bardzo optymistycznych. „Gra Endera", SF pełna gębą, choć istotnie nie jest optymistyczne, to przecież z zupełnie innych względów, bo Card akurat na samych zagrożeniach związanych z przestrzenią kosmiczną skupia się mniej.
Faktem jest jednak, że Twoja teza jest prawdą w bardzo wielu sytuacjach, w tym w mojej, gdzie pesymizm był niejako wpisany w konstrukcję świata. Jest to przecież universum konfliktu, nawet jeżeli w Punkcie Cięcia nieco on hamuje. W dodatku ludzkość dopiero odzyskuje równowagę po ciosie, jaki nastąpił w Dniu. Zresztą – co jest napisane w zasadzie wprost – jest to ludzkość, która praktycznie eksterminowała wszystkie swoje SI, było nie było myślące byty. A przecież nie było jak sprawdzić, które z nich są wrogami – eliminowano więc wszystkie. Ludzkość została przetrzebiona I sama w kosmosie, który przestał być terenem poznanym, na powrót stał się wrogi.
Postacie funkcjonują z dala od bliskich, żyją w całkiem słusznym przekonaniu, że środowisko w jakim działają nie wybacza pomyłek, że każdego z nich może zabić błąd nawet nie własny, a jednego z tysiąca ludzi, odpowiedzialnych za przygotowanie ich okrętu do wyjścia w przestrzeń. A nawet jeżeli to się nie stanie, to gdzieś tam czekają na nich przeciwnicy – równie dobrze wyszkoleni I wyposażeni, dokładnie tak samo zdeterminowani, żeby przeżyć.
Dla każdej z moich postaci „narracyjnych" to jest rzeczywistość. Są do niej lepiej przystosowane niż Ty czy Ja, ale są jej w pełni świadomi. Naturalnie, każda z nich zakłada, że akurat ona przeżyje, ale nie ma podobnych złudzeń co do zachowania kompletu żywych przyjaciół.
Nie wyobrażam sobie napisania tego w optymistycznym tonie.

Czy masz już w planach kolejne części cyklu i czy masz z góry zarysowany finał całej opowieści? W imieniu Twoich czytelników nie mogę też nie zapytać o liczbę planowych książek, które to będą składać się na ów cykl?

Tak i tak, choć zakończenie nie zamknie definitywnie świata – w tym sensie, że nie planuję zakończenia „wygrywa dobro I od teraz będzie już dobrze"/"wygrywa zło I wszyscy mamy problem". Po prostu nie jestem zwolennikiem tego typu zakończeń. Na pewno jednak będzie można powiedzieć, że akurat ta historia jest zakończona, choć nie dla wszystkich dobrze.
Co do ilości części – pytanie jest bardziej złożone, niż mogłabyś przypuszczać. Z jednej strony, mam mnóstwo pomysłów I mnóstwo miejsc w tym świecie, które chciałbym pokazać. Cały czas, przykładowo, mam w głowie historię Noir, która się dzieje na Nowym Londynie, albo historie o korespondentach wojennych. Z drugiej, zdaję sobie sprawę, że cierpliwość czytelnika jest ograniczona, więc muszę mieć bardzo konkretny plan ekspozycji głównej linii fabularnej.
Pokrótce – co najmniej trzy kolejne, jeżeli będę się bardzo streszczał lub więcej, jeżeli wydawca I czytelnicy uznają, że mogą poczekać na rozwiązanie.
Jeżeli to zabrzmiało przerażająco, to uspokoję – nadal zamierzam starać się zamykać książki tak, aby w zasadzie dało się je czytać indywidualnie, więc nie będzie raczej tak, że albo ktoś się pisze na całą serię, albo wcale.

O tym, iż fantastyka spod Twojego pióra stoi na bardzo wysokim poziomie, wszyscy już wiemy. Jestem ciekawa jednak czy nie kusi Cię do sięgnięcia po inne gatunki literackie i napisania np. kryminału lub powieści sensacyjnej?

Kusić to może I kusi, ale zdaję sobie sprawę, że to raczej trudne przedsięwzięcie.
Raz, nie mam kiedy tego robić – pisanie zajmuje mi jednak sporo czasu nawet jak skupiam się tylko na tej jednej historii. Dwa, o ile na polu SF czuję się w miarę pewnie, w tym sensie, że je znam – jako czytelnik – to już w kryminałach I sensacjach siedzę zdecydowanie mniej.
Trochę tutaj kołem ratunkowym jest to, że próbuję realizować swoje zapędy poprzez wątki w tym co już piszę – w resztkach cywilizacji po Dniu jest miejsce I na kryminał I na powieść szpiegowską I na obyczajówkę.
Innymi słowy – chciałbym, owszem, ale doba krótka.

Wracając do fantastyki. Skąd i kiedy wzięło się u Ciebie zainteresowanie tym gatunkiem literackim? Jakie książki s-f wywarły największe wrażenie na Michale Cholewie wieku szkolnym?

Łatwe pytanie – kwestia rodziny. Mój ojciec, Piotr W. Cholewa jest zapalonym fanem I był nim odkąd pamiętam (był jednym z założycieli Śląskiego Klubu Fantastyki – to był rok 1981, czyli zanim jeszcze byłem świadomy czegokolwiek poza butelką z mlekiem). Jedną z pierwszych książek jaką mi czytał był „Hobbit" Tolkiena, na „Władcy Pierścieni" uczyłem się czytać (aby zresztą natychmiast wrócić do „Hobbita"). Zresztą w wyniku tego przez dość długi czas wolałem fantasy od science-fiction, ale były wyjątki.
W podstawówce gigantyczne wrażenie zrobił na mnie Lem – oczywiście nie te jego najcięższe rzeczy, ale „Cyberiada" I „Bajki Robotów" tak, owszem. Potem był Pilot Pirx, który pokazał mi, że w opowiadaniach dobrze mieć drugie dno, a wreszcie – I to był przełom – „Wieczna Wojna" Haldemana.
Wtedy nie znałem jeszcze książki I historię poznawałem poprzez komiks Marvano, który akurat wychodził jak byłem... hmm, w wieku „średnioszkolnym". Byłem pod głębokim wrażeniem, zresztą do dziś uważam powieść Haldemana za jedną z najlepszych historii sf o wojnie.
Potem była, naturalnie „Gra Endera „I gdzieś w podobnym czasie „Neuromancer" Gibsona. Teksty zupełnie różne, ale oba do mnie trafiają do dziś.

Czy decyzja o napisaniu pierwszej powieści była trudnym krokiem w Twoim życiu? Jak wyglądały Twoje początki, pierwsze kontakty z rynkiem wydawniczym w Polsce? Krótko mówiąc, jak trudno było i czy gdybyś dziś musiał raz jeszcze stawiać swoje pierwsze kroki w pisarstwie, zdecydowałabyś się na to?

Samo pisanie nie było specjalnym problemem (nie licząc oczywiście faktu, że trzeba się go było nauczyć). Wszystko zaczęło się od tego, że trafiłem na sekcje literacką Śląskiego Klubu Fantastyki. Żeby było zabawniej, trafiłem tam dość przypadkiem, mimo że do klubu uczęszczam regularnie, a sekcja działał już od lat.

Sekcje prowadziła – nadal zresztą to robi – Ania Kańtoch I jej formuła (sekcji, nie Ani, naturalnie) była taka, że co miesiąc był zadawany temat I trzeba było napisać tekst mniej więcej zgodny z tym tematem. W tamtym miesiącu było chyba „oczami dziecka", czy coś takiego. Napisałem wtedy krótkie opowiadanko „post-apo" i – ku mojemu zdziwieniu – zostało ono dość ciepło przyjęte. Ponieważ nic nie buduje ego tak dobrze jak chwilowe pochwały, byłem z siebie strasznie dumny I zdecydowałem się zostać. Kolejnym krokiem było przełamanie się do kolejnego tekstu – wiesz, póki go nie napisałem miałem jeden tekst I jedno dobre przyjęcie – 100% skuteczności!:)
No ale napisałem, przyjąłem mężnie krytykę, poprawiłem... I jakoś zostało. Na sekcje przychodzę do dziś, choć rozdziały wkleja się gorzej niż opowiadania.
Gdzieś w 2007 zmobilizowałem się I posłałem pierwsze opowiadanie do portalu „Esensja", a w 2008 miałem swój papierowy debiut w antologii „Epidemie I Zarazy" Fabryki Słów., uczciwie mówiąc, głównie dzięki Ani, która mnie niemal siłą do wysyłania zapędzała. To był moment, kiedy oczywiście uważałem, że świat mam już u stóp.
Nie miałem, opowiadanie przeszło bez specjalnego echa.
Zdecydowałem się jednak nie rezygnować, uznawszy, że skoro ktoś za moje opowiadanie chciał zapłacić to przecież musi znaczyć, że coś w tym jest (fakt, że czytałem w życiu wiele bardzo marnych książek, za które również ktoś – ba, nawet ja! - zapłacił, wcale mi w tym rozumowaniu nie przeszkadzał).
Napisałem zbiór opowiadań „Gambit" (Wtedy nazywał się jeszcze „Strategia Wygrywająca") I zacząłem go rozsyłać w świat. Szło średnio (choć i udało się uzyskać kilka bardzo pożytecznych uwag, więc summa summarum wyszedłem na tym do przodu), dopóki nie trafiłem na Sławka Brudnego z „Warbooka", gdzie zostałem bardzo pozytywnie przyjęty – co na tym etapie już mnie zaskoczyło, ale postanowiłem kuć żelazo póki mi się wydawca nie rozmyśli. Wtedy też „Gambit" przeszedł serię sporych zmian, część zawartości wyleciała, pojawiły się nowe elementy, no i – jak można zobaczyć – został przekuty na powieść. Zresztą – co również można łatwo zaobserwować – jego początkową formę widać, pojedyncze rozdziały „Gambitu" są o wiele bardziej niezależne od tych z „Punktu Cięcia" (i „Forty" zresztą też), od początku projektowanego jako powieść.
Wracając do drugiej części pytania – było średnio. Nie miałem drogi przez mękę, jaką często się opisuje, ale też nie było jakoś oszołamiająco łatwo z przyjęciem z otwartymi ramionami. Mam wrażenie, że moim głównym szczęściem było trafienie na „Warbook" akurat wtedy, kiedy Sławek Brudny myślał o wydaniu jakiegoś SF, więc wstrzeliłem mu się w oczekiwania.
Czy zdecydowałbym się na to jeszcze raz? To trochę jak pytanie „czy zdecydowałbyś się jeździć na nartach". Ja lubię pisać, to dla mnie taka praca-hobby. Lubię ten świat, postacie i historię. Więc na pewno tak.

Wielu czytelników ma o zawodzie pisarza takie oto wyobrażenie, iż jest to najprzyjemniejszy, najłatwiejszy i najbardziej satysfakcjonujący zawód na świecie. Jak wygląda zatem zwykły dzień z życia Michała Cholewy – pisarza?

Myślę, że tester lodów mógłby zwyciężyć w konkursie na zawód, o którym mówisz:)
Obrazowo, pisanie można porównać do budowania mostów, gdyby inżynieria była nauką miękką. Miło jest popatrzeć na most i powiedzieć „to ja to zbudowałem". Miło jest patrzeć jak powstaje no i z czasem człowiek ma coraz większą intuicję, jak go budować. Ale z drugiej strony cały czas ma się z tyłu głowy myśl „oby się tylko nie zawaliło, mam nadzieję, że dobrze postawiłem tamten filar, o, ciekawe, czy wszystko wytrzyma jak przyjdą deszcze".
Mój dzień – jako pisarza – zaczyna się około 21-22, jak już absolutnie wszystko jest załatwione. Wtedy siadam do komputera z solidnym przeświadczeniem, że pora coś napisać.
Godzinę później wyłączam wszystkie rzeczy, które uruchomiłem tylko na pięć minut, po czym próbuję znowu. Czasem takich faz jest kilka.
Zwykle sprawdzam tekst z dnia poprzedniego, a potem piszę nowy kawałek. Siedzę do 1-2 w nocy, potem na ogół nie mam już energii, żeby pisać i, generalnie, widzę, że zdania zaczynają mi się rozsypywać (to właśnie skoryguję następnego dnia).
Jeżeli wszystko dobrze pójdzie, po około miesiącu mam rozdział. (Zwykle niestety nie idzie, co łatwo policzyć patrząc na ilość rozdziałów i ilość miesięcy między wydaniami). Gotowy rozdział przesyłam do testerów, którzy go czytają i wskazują problemy. Zwykle mają rację i zwykle są dość dosadni.
Potem przez jakiś czas walczę z niechęcią do ludzi, którzy mnie skrytykowali (z natury rzeczy uważam, że wszystko, co napiszę jest ideałem:)), zżymam się, a potem poprawiam (bo fakty mówią, że niestety idealne nie wszystko jest). I wysyłam znowu.
Także moje pisanie jest czymś pomiędzy entuzjazmem, niechęcią do innych, niechęcią do siebie i walką z prokrastynacją (nieustanne odwlekanie, przekładanie).

Który etap „pisarskiego procesu twórczego" sprawia Ci najwięcej satysfakcji? Czy jest to sam pomysł, przenoszenia go na papier, żmudna praca nad poprawkami czy też okres promocji książki?

Zdecydowanie pomysł. Ta całkiem pierwsza faza, kiedy piszę sobie plan, kiedy jeszcze wszystko może się zmienić. To wtedy mam najwięcej takich momentów, kiedy myślę sobie „taaak, to będzie super", wtedy mniej też myślę o trudnościach technicznych.
Pisanie już nie jest tak swobodne, bo jestem świadom co ma być gdzie, no i nie wszystkie sceny są moimi ulubionymi scenami, a przecież wszystkie trzeba napisać.
Poprawki mnie irytują – głównie dlatego, że są pracochłonne, żmudne i absolutnie konieczne. Jeżeli podobają Ci się moje teksty – wierz mi, byłyby gorsze. Jeżeli Ci się nie podobają – byłyby bez ich JESZCZE gorsze.
A promocji zwyczajnie się boję, bo strasznie stresują mnie wszelkiego rodzaju wystąpienia publiczne. Ponieważ spotkanie autorskie w swoim założeniu jest publiczne, więc... no cóż. Promocja jest więc fazą ciągłych nerwów. Wiem co prawda, że jak coś palnę dotrze to do mniejszej ilości osób niż błąd w tekście, ale ta świadomość pomaga tylko trochę.

Kto jest pierwszym recenzentem i zarazem krytykiem Twoich tekstów? Z czyją opinią liczysz się najbardziej?

W trakcie pisania - z moimi testerami. To jest więcej niż jedna osoba. I każda z nich ma inaczej ustawione osobiste priorytety – więc z jednej strony mam uwagi na temat zachowań postaci, z drugiej na temat spójności fabuły i kompozycji, z trzeciej ewentualnych zagadnień technicznych. Nie ukrywam, że więcej niż raz zostałem ocalony przed katastrofą, więc nauczyłem się ich słuchać.
Pod koniec – z moją redaktor, która podchodzi od razu do całości I jest pierwszym odbiorcą gotowego tekstu.
Co zabawne, kiedy tekst jest już całkiem gotowy... to chyba nie ma takiej osoby. To znaczy istnieje sporo osób, których opinia jest dla mnie ważna I na których uwagi czekam, ale nie mam jednego „recenzenta zero".

Co zajmuję Twój czas poza pisaniem? Jakie masz pasje, zainteresowania, marzenia do spełnienia?

Oj, to pytanie jest strasznie szerokie. Oczywiście, zajmuję się najbliższymi, których czas poniekąd kradnę, kiedy cokolwiek piszę. Pracuję jako informatyk I uwielbiam swoją pracę, więc w zasadzie mogę ją nazwać hobby. Czytam, oglądam filmy I seriale. Spędzam o wiele zbyt dużo czasu na sieci:) Jako fan fantastyki staram się jeździć na konwenty (udaje mi się rzadziej niż bym chciał). Uczęszczam do wspomnianego przeze mnie wcześniej Śląskiego Klubu Fantastyki, z którym jestem związany przez większość życia. Gram w gry fabularne I LARPy.
Mam mnóstwo, mnóstwo różnych zajęć I zdecydowanie za mało czasu, żeby się im poświęcić z uwagą, na którą zasługują.

Czego zatem mogę życzyć młodemu pisarzowi w Polsce w jego dalszej karierze zawodowej? W karierze zawodowej jako pisarza? Pomijając takie oczywiste rzeczy jak wiekopomna sława, miliony czytelników oraz żeby jak najdłużej nazywano go młodym? :)

Myślę, że wytrwałości.

Podstawową rzeczą jakiej zdążyłem nauczyć się o pisaniu to to, że jest ono pracochłonne I na cudowne dotknięcia weny nie ma co liczyć. To w szczególności oznacza, że napisanie książki (zwłaszcza jak pisze się tak powoli jak ja) wymaga jakiejś tam dyscypliny I właśnie wytrwałości.

Zatem tego Ci życzę Michale i serdecznie dziękuję za poświęcony czas.:)

Wywiad przeprowadziła Urszula Janiszyn

Współpracujemy z: