Luiza Dobrzyńska

Informacje Personalne:

  • Narodowość: Polska
  • Język: Polski
  • Obywatelstwo: Polskie
  • Twórczość:

    "Dusza"

    "Dzieci planety Ziemia"

    "Dziedzictwo Gwiazd"

    "Jesteś na to zbyt młoda"

    "Kawalkada"

    "Procesor duszy"

    "Takie zwykle miasteczko"

    "Wiedźma z Podhala. Nie jestem już dzieckiem."

Biografia:

Luiza „Eviva" Dobrzyńska - ur w 1970r. Warszawianka, z zawodu technik medyczny, miłośniczka zwierząt i kosmosu , zwłaszcza serialu Star Trek. Autorka opowiadania w zbiorze „Dziedzictwo Gwiazd" oraz powieści: „Jesteś na to zbyt młoda", „Dusza", „Kawalkada", grudzień 2013 r „Dzieci planety Ziemia". Laureatka nagrody "Debiut roku" ("Dusza") i plebiscytu internetowego „Książka na wiosnę roku 2012"("Kawalkada"). Warszawianka od urodzenia. W cywilu technik rtg z 25-letnim stażem. A oto jak sama siebie widzi z przymrużeniem oka: "Zakamieniała stara panna. Pisze od 12 roku życia, wydaje drukiem od trzech lat. Recenzentka nowości literac¬kich i redaktorka działu biblioteka w portalu literacko-kulturalnym Szuflada. Fanatyczna miłośniczka swego rodzinnego miasta, kotów i wszystkich innych zwierząt, oraz Star Treka. Aktywna członkini stowarzyszenia TrekSfera. Osoba gwałtowna i pyskata, ale równie łatwo zawierająca pokój, co wybuchająca gniewem"- Eviva.

Źródło: www.wydawnictwobialepioro.pl

Wywiad:

"Nie jestem wcale szczególnie odważna. Po prostu uważam że jeśli ktoś ma jakieś konkretne, logicznie podbudowane poglądy, powinien umieć ich bronić."

O twórczości kilka słów Luizy Dobrzyńskiej? Skąd pomysł, inspiracja i wybór techniki przekazu?

Pomysł rodzi się sam, często trudno powiedzieć, skąd się wziął. Do trylogii sf "Dusza" inspiracją był głównie Star Trek, myślę też, ze po tych książkach widać moją fascynację twórczością Stanisława Lema i Isaaca Asimova. Z kolei cykl "Wiedźma z Podhala" zawiera wątki baśniowe i mitologiczne, a choć opowiada o nastoletniej kandydatce na czarownicę, ważniejsze są w nim wątki i postacie drugoplanowe. Warto wspomnieć, że wśród moich ebooków jest też trzytomowa powieść historyczna z okresu wojny stuletniej, tak że inspiracje, można rzec, brały się u mnie zewsząd. Pisać pragnęłam niejako "od zawsze", choć długo musiałam pracować nad tym, by moja twórczość stała się "strawna" dla czytelników i żeby z grubsza odpowiadała standardom wydawniczym.

Dzięki swym powieściom dałaś nam poznać się jako entuzjastka science-fiction. Gdybyś miała taką możliwość, skorzystałabyś z podróży na obcą planetę?

Gdyby ktoś był na tyle nieodpowiedzialny, by chcieć mnie tam zabrać, pewnie nie oparłabym się pokusie. Byłoby to czyste szaleństwo, ale ciekawość i pasja odkrywcy są podstawowymi cechami rodzaju ludzkiego. Jeśli tylko pojawi się realna możliwość lotu na Marsa celem założenia tam kolonii, chętnych będzie zapewne tylu, że NASA dosłownie utonie w podaniach. A przecież każdy zdaje sobie sprawę z tego, jak ryzykowne i niezwykle trudne byłoby takie przedsięwzięcie. A bilet będzie tylko w jedną stronę.

Uprawiasz także publicystykę? Jakie tematy Cię interesują?

Chodzi pewnie o to, że prowadzę blog o tematyce społeczno-obyczajowej. Wydaje mi się, że każdy pisarz obserwuje świat wokół siebie w sposób bardziej analityczny niż większość ludzi. Właśnie dlatego jest pisarzem - ze względu na zdolność obserwacji i ujmowania swych spostrzeżeń w formę literacką. Wiem, że moje wnioski wcale nie zawsze są trafne. Bywa też tak, że jakaś sprawa nie ma tej jedynie słusznej oceny, że jakieś zjawisko ma zbyt wiele odcieni by ocenić je obiektywnie. Można jednak opisać je z własnego punktu widzenia, co może komuś innemu pomóc w sformułowaniu własnych wniosków. Trudno powiedzieć przy tym, jakie tematy najbardziej mnie interesują. Czasem jest to polityka, czasem sprawy ludzi, uważanych za mało ważnych. Zawsze reaguję bardzo emocjonalnie na przypadki krzywdzenia zwierząt czy niesprawiedliwość społeczną, szczególnie tę, która szerzy się pod pozorem działań zgodnych z prawem. A czasem po prostu rozzłości mnie czyjaś głupota i napiszę sarkastyczny wpis, zanim ochłonę.

Skąd czerpiesz inspirację do kolejnych wpisów, artykułów i twórczości?

Z życia. Z tego wszystkiego co nas otacza, co wielu ludzi woli nie widzieć. Czasami z wygodnictwa, a czasami by się nie narażać.

Czy uważasz się już za "pełnoprawną" pisarką? Jakie według Ciebie przymioty i atrybuty powinien mieć współczesny pisarz? Czy polscy pisarze dorównują poziomem swoim kolegom i koleżankom po fachu za granicą?

Trudno powiedzieć, kto jest pełnoprawnym pisarzem, a kto nim nie jest. Jeśli jako kryterium przyjmiemy wydawanie książki w którymś z oficjalnych, tradycyjnych wydawnictw, to na przykład Lech Wałęsa może zostać uznany za pisarza, a Maria Pawlikowska-Jasnorzewska czy Juliusz Słowacki już nie, publikowali bowiem za własne pieniądze. Zdaje się, że początkowo robił to nawet Andrzej Sapkowski, choć głowy za to nie dam, bo nie pamiętam gdzie o tym przeczytałam. Rzecz jasna można tu bardzo długo dyskutować. Znam argumenty "za" i "przeciw", a ich wartość zależy głównie od tego, po której stronie barykady znajduje się dyskutant. Sama wolę myśleć, że rację w tym względzie miał Michaił Bułhakow, który stwierdził:

- Pisarzem jest ten, kto napisał książkę. Czy została wydana, czy nie, to sprawa drugorzędna.
Na pewno nie jestem zwolenniczką robienia z literatów jakiegoś elitarnego klubu, do którego wstęp mają jedynie ci oficjalnie zaakceptowani przez specjalistów od marketingu. Może gdybym była rozpieszczaną przez redaktorów autorką z jakiejś Fabryki Słów, Zysk czy Próżyńskiego i Ska, myślałabym inaczej. Ponieważ jednak jestem po tej drugiej stronie, miałam okazję poznać twórczość pisarzy niszowych, tworzących nie dla pieniędzy, a z potrzeby serca. Znając przy tym również - z racji bycia recenzentką - literaturę polską wydawaną oficjalnie mogę uczciwie powiedzieć: mamy świetnych literatów, byłoby jednak dobrze, gdyby decydenci z wielkich wydawnictw, zamiast promowac książki polityków i celebrytów różnej maści, dali szansę większej ilości rodzimych debiutantów. Wśród autorów zmuszonych do selfpublishingu są prawdziwe perły, należało by je tylko powyławiać.

Jakie relacje panują pomiędzy polskimi pisarzami? Pytanie być może naiwne, ale dla przeciętnego czytelnika niezwykle interesujące, gdyż praktycznie nigdy nie poruszane w wywiadach. Czy istnieje coś takiego jak "zawodowa solidarność", "koleżeństwo pióra", czy też można tu mówić jedynie o rywalizacji, zazdrości sukcesu, bucie i wyższości względem innych, nazwijmy to "mniej sprzedajnych" twórców?

Trochę ciężko odpowiedzieć na to pytanie. To wstydliwa sprawa. Faktem jest że pisarze oficjalnie uznani za wartych wydania przez tradycyjną oficynę, nawet jedną z mniejszych, rzadko kiedy potrafią zdobyć się na wyciągnięcie ręki do selfpublisherów. Najczęściej usiłują za wszelką cenę wytłumaczyć im, że skoro ich nie zakwalifikowano do wydania, są grafomanami i powinni złamać pióro (lub przynajmniej nogę, jak powiedziałby K.I.Gałczyński). Nie bardzo rozumiem, czemu zależy im na wdeptywaniu tych ludzi w ziemię. Gdy czytam niektóre ich wypowiedzi, zawsze przypomina mi się wręcz modelowy przykład: historia Stefana Wiecheckiego "Wiecha". Mimo że był uznanym dziennikarzem i felietonistą, pierwszy zbiór swoich felietonów w formie książkowej musiał wydać za własne pieniądze, a jego twórczość była nieustannie dyskredytowana przez wielkich koryfeuszy literatury, o których już dziś nikt nie pamięta. Wśród selfpublisherów panuje swoista "solidarność w nieszczęściu", natomiast środowisko zawodowych pisarzy nie jest mi po prostu znane. Nie znam ich wewnętrznych rozgrywek, widzę natomiast, jak traktują "maluczkich", którzy próbują bezprawnie ich zdaniem wedrzeć się na Parnas. Ich stosunek do selfpublishingu bywa nie tyle nawet lekceważący, co wręcz agresywny, żeby nie rzec chamski. Nie wszyscy zawodowi pisarze są tacy, jednak przyznaję z bólem, że większość z nich po prostu ma selfpublisherów za nic, zapominając że wartość książki weryfikują nie jej współcześni, a następne pokolenia, dla których obecny proces wydawniczy nic nie będzie znaczył. Jeśli jako jedyne kryterium literackiego geniuszu przyjmiemy sukces komercyjny, to Helena Mniszkówna powinna mieć pomnik w każdym mieście. Myślę jednak, że literatura to coś więcej.

Czy zdarzyło się, że powieść innego autora zainspirowała Cię do napisania fragmentu własnej książki? Którego z kolegów „po fachu" nazwałabyś najbardziej inspirującym?

Inspiracja dziełem innego autora to rzecz śliska. Łatwo można otrzeć się wtedy o plagiat. Właśnie dlatego nie zdecydowałam się na oficjalne wydanie "Przywódcy wilczej hordy", bo chociaż pewnie mało kto dzisiaj spostrzegłby w tej książce silny wpływ francuskiego serialu przygodowego z lat 60'tych, obecnie w Polsce całkiem zapomnianego, ja sama miałabym świadomość, że nie jest to dzieło do końca oryginalne. Można oczywiście podciągnąć to pod modne dzisiaj fanfiction - tego napisałam dość dużo, głównie ze świata Star Treka. Jednak zawsze u mnie była to inspiracja filmem lub serialem, nawet piosenką, ale nie książką. Książki są dla mnie święte. Nie ośmieliłabym się nigdy dopisywać czegoś innemu autorowi, choć wobec dzieł zaliczonych do "dóbr publicznych" jest to prawnie dopuszczalne. Dla mnie zakrawa to na brak szacunku wobec cudzej pracy. Jedynym wyjątkiem jest sytuacja, gdy sam autor wyrazi zgodę - tak jak wyraził ją Andrzej Sapkowski wobec Wladimira Wasiljewa, twórcy książki "Wiedźmin z Wielkiego Kijowa".

Czy polskiemu pisarzowi, zależy tak naprawdę na czytelniku? Wbrew pozorom pytanie nie jest pozbawione sensu, co doświadczyłem wielokroć na własnej skórze, kontaktując się z wieloma pisarzami na ich blogach czy kontach na Facebooku, chcąc zadać im kilka pytań dotyczących ich twórczości, a spotykając się z ich strony z lekceważeniem w najdelikatniejszym odniesieniu, a na chamstwie skończywszy. Czy może Polscy pisarze nie dorośli do tej prawdy, że tak naprawdę to od czytelników zależy ich pisarska przyszłość nie zaś od pochwały wydawcy czy też nominacji do plebiscytu na najlepszą książkę roku.

Trzeba wziąć pod uwagę, że każdy pisarz żyje niejako we własnym świecie. Nie chcę usprawiedliwiać tych, którzy zachowują się po chamsku, sama spotkałam się z takim potraktowaniem, ale należy brać pewną poprawkę na to, że dla większości z nich książka, którą napisali, to jak ukochana córeczka dla nadopiekuńczej matki. Dla niej zawsze będzie najpiękniejszym aniołkiem na świecie, choćby miała krzywe nogi i wystające zęby. Taka mamusia zniesie ze spokojem, gdy ktoś nazwie ją samą "starą k*wą", ale gotowa jest wydrapać oczy jurorom, którzy nie przyznają jej córeczce korony Miss. Z pisarzami jest dokładnie tak samo. Dużo łatwiej znieśliby krytykę własnej osoby niż tego, co wyszło spod ich pióra. Inna rzecz to ich ogólny stosunek do reszty świata, czasem rzeczywiście w niezrozumiały sposób pogardliwy. Są wśród nich też prawdziwe oryginały, jak Konrad T. Lewandowski, z którym kiedyś miałam przelotną wirtualną styczność, ale są i tacy jak na przykład Jacek Komuda czy Andrzej Pilipiuk, ludzie traktujący innych uczciwie i nie próbujący się wywyższać. Myślę, że powód takiego a nie innego zachowania w stosunku do rozmówców należałoby spytać jakiegoś psychologa.

W Polsce jest więcej piszących aniżeli czytających, czy uważasz że swoją twórczością jesteś w stanie przebić się przez „lukr i szmirę" i dotrzeć do docelowego czytelnika?

Nie mam pojęcia, na ile mi się uda "zaistnieć" w zbiorowej świadomości. Moim głównym celem jest napisać książkę, która przetrwa. Nie wiem, która ma taką szansę, bo sam twórca nie jest w stanie określić czegoś takiego. Wystarczy wspomnieć, że Margaret Mitchell uważała "Przeminęło z wiatrem" za swoją najmniej interesującą książkę, a Ravell napisał słynne Bolero "na odczepnego" dla znajomej tancerki i do głowy by mu nie przyszło, że ten właśnie utwór stanie się jego tytułem do sławy. Zdaję sobie sprawę z tego, że moją domeną jest literatura niszowa. SF nie sprzedaje się w Polsce zbyt dobrze, nawet to bestsellerowe, cóż dopiero książki jakiejś nikomu nieznanej selfpublisherki, nie dość że kobiety - a przecież SF to głównie męska dziedzina - to jeszcze Polki! Tak, polskie nazwisko jest przeszkodą w naszym kraju. Gorzki paradoks - Polacy nie cenią swoich twórców, przez co wielu z nich wydaje pod zagranicznymi pseudonimami. Ja nie chcę tego robić. Uważam, że ten sposób myślenia powinien się jak najszybciekj zmienić. Poza tym nie wierzę w "upadek czytelnictwa". Ludzie kupują teraz mniej książek, bo ich nie stać na skandalicznie zawyżane ceny, ale pożyczają jeden od drugiego i czytają wcale nie mniej niż kiedyś. Tyle że trudno to sprawdzić, skoro pytanie zadawane w sondażach najczęściej nie brzmi "Ile przeczytałeś książek?" tylko "Ile książek kupiłeś?"

Co jest jej wyznacznikiem a co się dobrze sprzedaje, prócz nazwiska i trendów z zachodu?

W Polsce dobrze sprzedaje się, jeśli wierzyć wielkim wydawcom, głównie nieszczęście. Im większą tragedię opisuje autor, tym lepiej. W drugiej kolejności mamy seks - nie mylić z miłością... Spory jest też popyt na kryminały, z których tryska krew, sztampowe historyjki o romansach z wampirami czy o intelektualnych przemyśleniach żywych trupów. Zdaję sobie sprawę z tego, że ja ze swą twórczością, jakby to rzec, nie wstrzeliwuję się w modne nurty. Trudno byłoby mi po prostu napisać książkę, do której nie miałabym pozytywnego stosunku.

Wydałaś cztery książki w dość krótkim terminie. To wynik godny pozazdroszczenia, tym bardziej, że zostały one dobrze ocenione przez czytelników. Czy z perspektywy czasu, uważasz je za skończone? Jeśli nie, to czy możemy spodziewać się jakiś nawiązań i kontynuacji?

W przygotowaniu jest drugi tom cyklu "Wiedźma z Podhala". Jeśli chodzi o trylogię "Dusza", to jest ona już zamknięta, mogę jednak zdradzić, że ukończyłam już książkę, która może być (choć nie musi) traktowana jako prequel tamtych wydarzeń. A co będzie dalej, zobaczymy.

Jakie to uczucie napisać ostatnie zdanie w swojej książce? Jak długo poprawiasz to, co napisałaś, zanim zdecydujesz się pokazać to wydawcy? Czy zdarzyło Ci się, że po kilku miesiącach nachodzą Cię myśli, że akcja w Twojej książce mogła iść w innym kierunku?

Postawienie ostatniej kropki nie jest wcale wydarzeniem radosnym. Powiedziałabym, że towarzyszy mu nawet kilkutygodniowe rozbicie psychiczne, któremu nie wolno się poddawać, bo przecież autora czeka jeszcze korekta. Żelazna zasada jest taka, ze do wydawcy nie posyła się ani pierwszej wersji, ani drugiej. Napisany tekst trzeba przejrzeć kilka razy w sporych odstępach czasu i nie bać się zmian. Nieraz jest tak, ze dopiero po jakimś czasie dostrzega się pewne braki albo nielogiczności, które trzeba zlikwidować. Czasem też zmienia się całe wątki. Róznie bywa.

Każdą z książek wydałaś z innym wydawnictwem. Z czego wynika ten brak stałości?

Chciałam dowiedzieć się, jakie są różnice między wydawnictwami "ze współfoinansowaniem". Które z nich jest lepsze, które gorsze. Można to nazwać badaniem rynku. Gdy teraz początkujący autorzy pytają mnie, czego spodziewać się po danej firmie, wiem co odpowiedzieć, mam bowiem skalę porównawczą. Powiem jednak, ze gdyby Wydawnictwo Literackie Białe Pióro, które wydało moją ostatnią książkę, powstało wcześniej, obyłoby się bez tego skakania z kwiatka na kwiatek.

Czy wydawca, który dziś jest tak naprawdę Bogiem i Ojcem dla pisarza, zwłaszcza wciąż mało rozpoznawalnego na rynku, ma prawo ingerować w twórczość autora, czy też jego rola powinna skupić się wyłącznie na pomocy w wydaniu książki i jej promocji? Czy w ogóle dziś istnieje coś takiego, jak Uczciwy Wydawca?

Oczywiście że jest coś takiego jak Uczciwy Wydawca. Tylko jeszcze trzeba go znaleźć. Wszystko zależy od tego, czy jest on tylko przedsiębiorcą, czy kimś więcej, a nawet jeśli tylko przedsiębiorcą, to jakim. Można być uczciwym biznesmanem albo cynicznym cwaniakiem. Tak czy inaczej jest on głównie pośrednikiem między autorem a czytelnikami - nadaje książce fizyczny kształt i powinien dołożyć wszelkich starań, by był to kształt jak najbardziej zachęcający. Jego rola powinno tez być odpowiednie rozreklamowanie książki i z tym bywa, niestety, najgorzej.

Jak znosisz krytykę swoich książek? Recenzenci potrafią być niekiedy bezlitośni, pokazując twórcy, iż jego literacka praca nie ma żadnego sensu. Czy wówczas nachodzą Cię myśli, aby zaniechać dalszemu pisaniu?

Kiedyś tak było. Generalnie jestem osobą, którą bardzo łatwo zranić, jednak z biegiem czasu nauczyłam się patrzeć na pewne sprawy z dystansem. Wiem już, że nie istnieje dzieło, które zadowoliłoby wszystkich potencjalnych czytelników i że moja książka nie może spodobać się absolutnie każdemu, kto weźmie ją do ręki. Oczekiwanie na coś takiego byłoby nielogiczne. Czytając nieprzychylne recenzje usiłuję stosować zasadę francuskiego poety Boileau:
"Gdy krytyk na me pisma żółć piórem wyleje
ma li słuszność? Korzystam. Błądzi? To się śmieję."
Czy to boli? Oczywiście. Trzeba jednak zmusić się do uśmiechu i iść dalej. Jest to warunkiem nie tylko rozwoju, ale po prostu przetrwania.

Każda studnia kiedyś wyschnie, nie boisz się monotematyczności lub wypalenia zawodowego?

Kiedy Hanka Ordonówna straciła wskutek choroby głos, zajęła się działalnością społeczną i malarstwem. Zawsze jest coś do zrobienia, jeśli człowiek nie skupia się tylko na sobie.

Dokąd zmierzają Twoje poszukiwania twórcze? Zważywszy na tematykę najnowszego dzieła, czy jest to powieść egzystencjalna?

Chciałabym móc być równie inteligentnym pisarzem co Stanisław Lem, wielki znawca ludzkiej natury. Brakuje mi jego wiedzy i talentu, ale przecież wciąż nad sobą pracuję. Kto wie, dokąd dojdę.

Czy postacie, które pojawiają się w Twojej twórczości to czysta fikcja literacka? Ile w nich możemy znaleźć z Twojej osobowości a zarazem, która z nich jest Tobie najbliższa?

Nigdy nie opisuję siebie. Zdarza się natomiast, że wprowadzam do akcji książki kogoś, kto ma imię i/lub cechy kogoś z moich znajomych. Na przykład android Raul nosi imię (właściwie pseudonim) mego przyjaciela, bez którego wsparcia nie przetrwałabym wielkiej burzy w moim życiu. Czasem taki zabieg pozwala związać się emocjonalnie z daną postacią, co pomaga lepiej ją oddać na papierze.

Czy sztuka powinna być użyteczna? Czym dla Ciebie jest dobra książka?

"- Budując śpichlerz często zapomina,

Że użyteczne nigdy nie jest samo,
Że piękne - wchodzi nie pytając bramą!"
To słowa Norwida, a ten poeta wiedział co mówi. To, co piękne, nigdy nie jest bezużyteczne. Dobra książka jest równie cenna jak klejnot, a nawet cenniejsza, bo na dobrą sprawę, jaki pożytek może być z kawałka skrystalizowanego węgla, noszonego na szyi lub w pierścionku? Tymczasem książka żyje za każdym razem, gdy ktoś ją czyta i stanowi pożywienie dla naszego umysłu i serca.

W jakim kierunku powinna podążać polska literatura współczesna, o ile jeszcze istnieje coś takiego?

Literatura nie podąża nigdy w jakimś konkretnym kierunku. Stanowi świat tak różnorodny, że trudno tu mówić o skanalizowaniu go w jakikolwiek sposób. Niezależnie od tego, co będą chcieli wydawać redaktorzy z wielkich oficyn, w literaturze zawwsze będą reprezentowane wszystkie trendy, tylko jedne bardziej, drugie mniej. A jakby na ironię dzięki selfpublishingowi ta różnorodność jest i będzie jeszcze większa.

Co sądzisz o targach książek? Czy masz miłe wspomnienia związane z tymi wydarzeniami? Nie uważasz, że lepszą formą promocji czytelnictwa jest branie udziału w akcjach charytatywnych, podczas których pisarz może pokazać swoją odpowiedzialność społeczną i własną pozycję?

Udział w akcjach charytatywnych jest dość często formą autopromocji i nie ma wtedy nic wspólnego z wrażliwością społeczną. Oczywiście byłabym jak najbardziej "za", bo pobudki osób publicznych, biorących udział w takich akcjach, są dla ich wyniku sprawą drugorzędną, gdyby nie jedno "ale". Udział osób publicznych w akcji charytatywnej jest wbrew pozorom bardzo kosztowny. Znana aktorka promująca szczepienie dzieci w Sierra Leone, choć pozornie cel jej misji był chwalebny, zmarnotrawiła na obsługę kręconej reklamy tyle pieniędzy, że pewnie można byłoby za tę kwotę zaszczepić wszystkie niemowlaki w tym kraju. Gwiazda występująca na imprezie charytatywnej może w odruchu wielkoduszności zrezygnować z jednorazowego honorarium, ale trzeba zapewnić je przelot klasą lux, odpowiednie zakwaterowanie i zaspokoić setki kaprysów, tak że w ostatecznym rozrachunku nie opłaca się skórka za wyprawkę. Jeśli chodzi o targi, to jako autorka byłam dotąd tylko na jednych oficjalnych i na dwóch mniejszych imprezach, ale wspominam je bardzo przyjemnie. Myślę, że tego rodzaju wydarzenia są dobrym sposobem dotarcia do czytelników.

Co sądzisz o Nagrodzie im. Janusza Zajdla, czyli prestiżowym plebiscycie polskiego nurtu science-fiction i fantasy, który tak naprawdę jest niczym więcej, aniżeli kliką kilku zaprzyjaźnionych ze sobą pisarzy, którzy nawzajem siebie nominują, wybierają i tym samym promują swoją twórczość?

O, na ten temat trudno mi się wypowiedzieć. Nie znam tej sprawy "od środka" i nie wiem, czy istocie jest właśnie tak, czy nie. O ile mi wiadomo, nominacje do tej nagrody są ustalane w systemie głosowania smsowego, dopiero potem jury wybiera laureata spośród zwycięzców. Tak że aby wejść do czołówki nominowanych, trzeba jednak coś sobą reprezentować. Inaczej ludzie by chyba nie głosowali.

Czy uważasz, że rynek science-fiction, w tradycyjnym ujęciu tego słowa, a więc nie zahaczającym o tematykę jakże popularnych dziś romansów paranormalnych, ma przed sobą przyszłość? Czy też będzie skazany na ewolucję w kierunku wskazanym powyżej?

Myślę, że prawdziwe SF zawsze będzie istniało - nie paranormalny romans, chociaż on też może być zły albo dobry w zależności od talentu autora, i nie modne na Zachodzie military sf, a prawdziwie inteligentne SF w rodzaju dawnego Star Treka.

Skąd pomysł na "zdominowanego" androida w powieści "Dzieci planety Ziemia"? Czy wg Ciebie "era człowieka" już przemija...? Czy człowiek jest skazany by za "towarzysza" mieć robota, a w najlepszym wypadku - zwierzę? Dokąd zmierza wg. Ciebie nasza cywilizacja...?

Samotność jest plagą naszych czasów i dotyka coraz większą ilość osób. Zagrożeni są zwłaszcza ludzie niepełnosprawni lub starzy, ale nie tylko oni znają ten ból. Wiele względnie młodych kobiet i mężczyzn, nawet robiących błyskotliwe kariery, po pracy wraca do pustego mieszkania, gdzie w najlepszym razie czeka na nich kot lub papużka w klatce. To jedyni przyjaciele, których można sobie kupić. A przecież samotność ma wiele aspektów. Choć to sprawa wciąż wstydliwa, coraz większym popytem cieszą się lalki z sexshopów. Dziś już za około pięć tysięcy dolarów można kupić taką, która wyglądem nie różni się od kobiety, a jeśli ktoś dysponuje większą sumą, to taka lalka nawet może mówić. To nie jest oznaka zboczenia, tylko desperacji. Logiczną kontynuacją takiego stanu rzeczy będzie więc opracowanie sztucznego partnera do konwersacji lub na przykład gry w karty. Takie próby są już przeprowadzane w Japonii, i to nawet z pewnym powodzeniem. Prognozuję, zresztą bynajmniej nnie jako pierwsza, że przyszłość należy do takich właśnie sztucznych przyjaciół jak Raul.

Jaką rolę w przyszłości odegrają social media w kreowaniu rzeczywistości?

Niewykluczone, że staną się z czasem omalże jedyną formą pozazawodowych kontaktów międzyludzkich. Widać to już teraz. Co ciekawe, taki stan rzeczy przewidział Stanisław Lem w swoich powieściach. Można dodać, że wydedukował nie tylko powstanie internetu, ale skonstruowanie takich urządzeń jak czytnik ebooków czy pendrive. Wystarczy przeczytać "Obłok Magellana" czy "Powrót z gwiazd".

Czy masz równie wiele wrażliwości dla ludzi jak dla zwierząt? Twój profil na Facebook-u oraz blog „Stara Panna i morze" są pełne postów dotyczących pomocy dla czworonożnych przyjaciół. Czy uważasz, że w dzisiejszych czasach ludzie nie potrzebują już pomocy?

Oczywiście że potrzebują. Jednak ludziom łatwiej ją uzyskać, choćby dlatego, że potrafią o nią poprosić. Zwierzę tego zrobić nie umie. Są ludzie, którzy pomagają ludziom, ale są i tacy, co pomagają zwierzętom skrzywdzonym przez ludzi. Wiem że często przedstwia się miłośników czworonogów jako takich, co litują się nad głodnym wróbelkiem, a obojętnie mijają bezdomnego proszącego o jałmużnę lub katowane przez ojca dziecko. To fałszywy obraz. Człowiek mający dość wrażliwości, by przejąć się losem porzuconego psa, pomoże również człowiekowi. I na odwrót: zwyrodnialec mordujący koty dla zabawy będzie takim samym potworem w stosunku do ludzi. Czas, by wszyscy to zrozumieli i nie tłumaczyli głupio młodocianych sadystów, że "ostatecznie to tylko zwierzę". Następna będzie jakaś babcia lub małe dziecko - też dla zabawy lub by się poczuć silniejszym.

Czy uważasz się za odważną osobę? Śmiało i bez ogródek wypowiadasz się w duchu ograniczenia "tolerancji" względem Muzułmanów i Cyganów. Nie boisz się "konfrontacji" swoich radykalnych poglądów? Czy może uważasz się za wyrazicielkę nie tylko swoich poglądów? A przy okazji, co sądzisz o prawach mniejszości seksualnych?

Nie jestem wcale szczególnie odważna. Po prostu uważam że jeśli ktoś ma jakieś konkretne, logicznie podbudowane poglądy, powinien umieć ich bronić. Tolerancja to rzecz dobra, ale powinna mieć granice, i to nieprzekraczalne. Mówiąc obrazowo, tolerancja wobec wolności twojej pięści kończy się tam, gdzie zaczyna się czyjś nos. Nie wiem, ilu ludzi podziela moje poglądy i nie chciałabym, żeby były one utożsamiane z hasłami typu "Ci-a-ci do gazu". Choćby jednak cały świat mi to nakazywał, nie będę szanować tych, co uważają mnie za "niewierną sukę", bo jestem Europejką i do tego chrześcijanką. I nie będę zgadzać się, żeby ktoś mnie okradał bezkarnie tylko dlatego, że należy do grupy etnicznej uważającej kradzież za swoje prawo. Mniejszości seksualne - ujmę to tak: nikomu nosa pod kołdrę nie wścibiam. Każdy powinien podlegać tym samym przepisom prawnym, niezależnie od swej opcji seksualnej. Ona po prostu nie ma tu nic do rzeczy, jeśli nie dochodzi do niczyjej krzywdy.

Co uważasz o osobach, które boją się wyrazić własnego zdania? Czy sama zawsze jesteś szczera, postępując zgodnie z własnym sumieniem?

Staram się być szczera. Jeśli czasem nie wypowiadam swojej opinii, to tylko po to by kogoś nie urazić. Takt to niewypowiedziana część naszych myśli. Uważam jednak, że trzeba mieć odwagę i być gotowym do przyznania się do swych poglądów. Ci, którzy boją sie bronić swych przekonań, to tak jakby ich w ogóle nie mieli.

Bycie kontrowersyjną przysparza wielu wrogów jak i przyjaciół, stwarza wiele okazji zarobkowych i nie tylko. Korzystasz z tego typu znajomości prywatnie jak i zawodowo? Jak to wpływa na twój osąd?

Jak dotąd na "byciu kontrowersyjną" nie zdarzyło mi się niczego zarobić, natomiast zostałam wygryziona z pewnego forum, które bardzo lubiłam odwiedzać. Nie wszędzie posiadanie własnego zdania i przyznawanie się do niego jest dobrze widziane. Jednak zawsze lepiej mieć własne zdanie niż powtarzać cudze nie zastanawiając się nad tym, czy jest ono słuszne.

Odniosłam wrażenie, że przez całe życie walczysz o coś, z kimś, za coś... Warto żyć według zasad? Jeżeli tak, to dlaczego jeszcze się nie ugięłaś pod naporem głupoty otoczenia, co powoduje, że masz siłę do dalszej walki? Co Cię motywuje, a co Cię zniechęca?

Jestem bardzo uparta. Mam to po obojgu rodzicach. Można mnie złamać i można pokonać, ale nie sprawić, że się ugnę - chyba że komuś uda się przekonać mnie do słuszności swego zdania. Na pewno nie przyznam dla świętego spokoju, że 2+2=7, żeby tam nawet nie wiem co.

Łatwiej jest oceniać, krytykować czy działać u podstaw?

Przysłowie mówi "Zdolny tworzy, niezdolny poucza". Jest bardzo piękne opowiadanie Andersena pt "Coś", które polecam wszystkim krytykom cudzych osiągnięć, choćby niewielkich. Powinni również poznać przypowieść zen o sękatym drzewie, które zdaniem właściciela podwórza nie nadawało się do niczego. Oczywiście potrzebne jest "obiektywne oko", dzięki któremu człowiek może dowiedzieć się, co poprawić, co zrobić trochę inaczej - jednak trzeba wiedzieć, kiedy ma się prawo krytykować cudzą pracę. Przykładowo jeśli murarze budują dom, to stanie przy nich z rękami w kieszeniach i wybrzydzanie na każdy ich ruch w niczym nie pomoże, szczególnie gdy będzie robił to ktoś nie mający żadnego pojęcia o murarce. Gdy sam złoży do kupy choć kilka cegieł, które się zaraz nie rozlecą, wtedy co innego...

Czy zgadzasz się z powiedzeniem, że „nieważne, co mówią, ważne, aby mówili"? Czy Twoim zdaniem każdy rodzaj promocji jest dobry? Co sądzisz o ludziach, którzy potrafią iść po trupach do celu?

Wiem, że dla popularności danej osoby obojętne jest to, jak o niej mówią. Ważne, by była obecna w mediach, a już jest dobrze. Ciągle to obserwuję na przykładzie, ludzi, których nie chcę tu wymieniać. Jak już o nich przycicha, wymyślają cokolwiek: wystąpienie z Kościoła, usunięcie ciąży, w ostateczności ciężką, a najlepiej śmiertelną chorobę - wszystko po to, by było z czym iść do mediów. Dla mnie to żałosne. Nie wykluczam, że mają rację, w końcu dzięki temu jest o nich głośno, co przekłada się na zarobki. Ja bym jednak tego nie robiła, wydaje mi się że takie postępowanie odziera człowieka z godności. Zdarzyło mi się zetnąć z ludźmi, którzy "idą po trupach do celu". Problem w tym, że tracą oni z oczu ważną sprawę: taką, że muszą w końcu przegrać i tylko to odwlekają. A gdy już upadną, sami zostaną podeptani, bo nikt nie będzie chciał im pomóc.

Polska szkoła plagiatu* tytuł ukradziony.
Rzecz o złych uczynkach polskich dystrybutorów filmowych w kwestii kreacji posterów reklamowych. „Sponsoring" to plagiat „Burleski"?! W nagłówkach doniesień medialnych o kolejnych wyczynach polskich grafików słowo plagiat odmieniane jest przez wszystkie przypadki. „Są chłopaki jest zabawa!" – przekonuje plakat filmu „Sztos 2". Podobieństwo między plakatem do sequela znanego filmu Olafa Lubaszenki, a tym wyprodukowanym na potrzeby promocji Ocean'sTwelve widać na pierwszy rzut oka. Co ciekawe w przypadku tej produkcji jest to raczej kontynuacja tradycji „kopiuj-wklej" z 1997 roku.
Plakat do 'Sztos' jest niemal identyczny jak plakat filmu Trefny Szmal. Jeżeli ktoś tłumaczyłby, że to twórcza inspiracja to warto zapytać – a gdzie tu kreacja? Czy to zjawisko zauważasz w literaturze lub prasie? Czym się objawia i jak z tym walczyć?

Walka z tego typu praktykami jest bardzo trudna. Nie żyjemy co prawda w czasach Karola Dickensa, gdy nie istniało żadne prawo autorskie i plagiaty pojawiały się setkami po każdym sukcesie literackim. Mimo to dość łatwo jest niejako ominąć zabezpieczenia, a efekty widać na każdym kroku. Moim zdaniem jest to efekt tego, o czym mówiłam już wcześniej: w Polsce nie daje się szansy ludziom "z zewnątrz", którzy mogliby wnieść do branży świeże pomysły i świeże spojrzenia. Szczególnie widać to tam, gdzie w grę wchodzą wielkie pieniądze. A gdy już przyjmuje się do elitarnej grupy kogoś nowego, to jak na ironię żąda się od niego, by tworzył w stylu "mistrzów" i tłamsi się każdy jego autorski pomysł. Efekt mamy jaki mamy.

Czy istnieją dla Ciebie tematy tabu? Odkryłaś już wszystkie alkowy ludzkiej głupoty?

"Głupcy też muszą istnieć. Inaczej na świecie byłoby tyle rozumu, że co drugi człowiek zgłupiałby od tego." jak powiedział dobry wojak Szwejk. A "Słownik prawdy i zdrowego rozsądku", dzieło z samych początków XX wieku, powiada jeszcze dosadniej: "Skasujmy głupstwo, a dostaniemy czarnej melancholii i z nudów poumieramy." Nie jest tak źle. Głupota jako taka bardzo człowieka złości, ale na ogół bywa tak, że on sam jest mądry tylko w pewnych dziedzinach. Znam ludzi wysoce inteligentnych, którzy wypowiadając się na tematy leżące poza ich uzdolnieniami popełniali gafy wręcz komiczne. Ja sama, choć ludzie zwykle mają mnie za dość bystrą osobę, jestem kompletną kretynką w wielu dziedzinach, na przykład takich jak matematyka. Myślę, że prawdziwa, tępa głupota polega nie na braku wiedzy czy uzdolnień, a na nieświadomości tego, że ma się w pewnych sprawach niekompletną wiedzę lub antytalent do czegoś.

Tematy tabu? Tak, oczywiście istnieją. Jako osoba głęboko wierząca nie lubię czegoś, co nazwałabym grzebaniem w samych podstawach mojej religii. Nie toleruję robienia sobie dowcipów ze spraw religijnych, czy to będzie moja religia czy cudza. Mogę dla przykładu wypowiadać się przeciwko muzułmanom, mogę z wielu powodów nie akceptować ich religii, ale nie będę próbować jej ośmieszać i nie godzę się na taką formę walki z czymś, co jest dla kogoś świętością. Wymagam okazania minimum szacunku dla moich uczuć religijnych, co zresztą wielu ludzi odbiera jako ograniczenie ich wolności wypowiedzi. Nie muszę chyba precyzować, do czego tu piję. Jeśli jakaś pani X uważa, że dla wyrażenia swej sztuki musi znieważać symbole i pojęcia religijne, niech pozwoli innym "artystom" na tworzenie pornograficznych fotomontaży z osobą pani X i wrzucanie ich do sieci. To też można podciągnąć pod sztukę.

Dlaczego słowo "seks" i pochodne nadal wzbudzają tyle kontrowersji? Czy w naszym kraju nadal robi się wszystko cichaczem, bo wstyd o tym głośno mówić?

Seks jest jedną z podstawowych potrzeb fizjologicznych. Negowanie tego jest następstwem przekonania, że człowiek powinien dążyć do rozwoju duchowego, poddając swe ciało całkowitej kontroli. Chociaż medycyna już dawno udowodniła, że tłumienie podstawowych potrzeb wyrządza człowiekowi poważne szkody, w świadomości społecznej pozostały pewne schematy myślowe na ten temat i trudno je przełamać. Efekt jest taki, że większość ludzi wciąż nie wie, czym jest zdrowe, normalne podejście do seksu i waha się między celibatem a erotomanią. W naszym kraju? Nie wydaje mi się, żeby Polska wyróżniała się tu jakoś "na niekorzyść", przeciwnie nawet. Jedyną dziedziną w której jesteśmy rzeczywiście dość zacofani, jest antykoncepcja. To niestety wpływ Kościoła Katolickiego, co przyznaję z bólem. O ile jego zdanie w sprawie aborcji jest jeszcze zrozumiałe, o tyle twarde stanowisko względem antykoncepcji wydaje się co najmniej nielogiczne. Ludzie zawsze uprawiali seks i będą to robić nadal, niezależnie od wszystkiego. Imperatyw biologiczny jest w tym względzie nie do przeskoczenia, i konsekwentne działanie przeciw niemu prowadzi nie do świętości, a do dewiacji. Czy nie lepiej, żeby przy okazji rozładowywania napięć erotycznych nie dochodziło do tragedii, jaką jest niechciana ciąża? Niestety nieprzejednane stanowisko duchownych skutkuje tylko tym, że kwitnie podziemie aborcyjne, noworodki są skrycie mordowane lub porzucane. Powiem szczerze: jestem osobą religijną, ale naprawdę nie widzę żadnego zła w zapobieganiu takim nieszczęściom.

W Polsce zdecydowanie brakuje edukacji w zakresie niepełnosprawności. Czy myślałaś o swojej książce jako lekturze (nie tylko szkolnej), która mogłaby być podstawą do publicznej dyskusji na ten temat?

Niepełnosprawność jest w Polsce traktowana bardzo często jako wygodny pretekst do wyłudzania świadczeń a ludzie niepełnosprawni jako balast dla osób zdrowych. W moim cyklu książkowym pokazuję, do czego może to doprowadzić i do czego najpewniej doprowadzi.W tym świecie osoby niepełnosprawne, którym nie można pomóc protezami, są eliminowane fizycznie, najczęściej na własne życzenie. Eutanazji poddaje się też chorych psychicznie. To bardzo radykalne działania, przywodzące na myśl idee Hitlera, obawiam się jednak że w razie katastrofy w rodzaju globalnej wojny lub jakiegoś wielkiego naturalnego nieszczęścia może dojść i do tego. Całkiem niedawno najtężsi znawcy tematyki społecznej gotowi by byli przysięgać, że nigdy nie dojdzie do zalegalizowania eutanazji na życzenie. Gdy już prawo zezwalające na nią stało się już w pewnych krajach faktem, nikt nie wierzył, że kiedykolwiek zostanie ono rozszerzone na... dzieci. A teraz? Tak, myślę że na podstawie mojej książki można by zacząć dyskusję o przyszłości medycyny i stosunków społecznych.

Jakie ograniczenia dostrzegasz we współczesnym świecie? W końcu dążymy do bycia sobą, będąc zarazem ograniczani ze wszelkich stron... Wolter stwierdził, iż „optymizm to obłęd dowodzenia, że wszystko jest dobrze, kiedy nam się dzieje źle"... Zatem pozostaje pytanie, czy warto być optymistą, kreować świat niedoścignionych utopii w erze nasilającego się ucisku i normalizacji emocjonalnej, która w znaczący sposób została samoistnie okrojona w niektóre odczucia?

Gdyby ludzie nie byli optymistami, do dzisiejszego dnia siedzielibyśmy na drzewach, Cały postęp opiera się tych, którzy "nie wierzą, że się nie da". Niejeden Ikar opala sobie skrzydła i ginie, ale gdyby nie tacy jak on, świat nie szedłby do przodu. Wolter sam był optymistą, skoro wierzył, że jego walka przeciw ówczesnemu systemowi ma jakiś sens i prowadził ją mimo spotykających go na każdym kroku szykan. Ograniczenia zawsze były i zawsze będą. To dzięki nim możemy egzystować jako społeczeństwo. Jeśli są właściwe i logiczne, działają dla naszego dobra. Jeśli są niesprawiedliwe, ludzie zaczynają z nimi walczyć i wypracowują z czasem lepsze rozwiązania. Nie można niczego zanadto demonizować. Najgroźniejsze ograniczenia to te, które istnieją w naszym umyśle.

Albert Einstein stwierdził: „Formułowanie problemu jest częściej ważniejsze od jego rozwiązania, które może być wynikiem matematycznych lub doświadczalnych technik. Uświadomienie sobie nowych pytań i nowych możliwości, postrzeganie starych problemów z nowego punktu widzenia wymaga twórczej wyobraźni." W myśl tej zasady jakie postawisz nam kolejne wyzwania?

Największym wyzwaniem dla ludzkości było i jest przetrwanie cywilizacji. W tym przecież celu tworzymy m.in. dobra kulturalne. Wiele pomniejszych cywilizacji powstawało i upadało w minionych wiekach, jednak działo się to w oddzielonych od siebie częściach naszej planety i miało niewielki wpływ na pozostałe. Teraz jednak jesteśmy - wskutek rozwoju broni - zagrożeni katastrofą globalną. Właśnie Albert Einstein prorokował, że jakakolwiek broń zostanie użyta w trzeciej wojnie światowej, czwarta odbędzie się już na maczugi i kamienie. I wydaje się to całkiem prawdopodobne, jeśli już dojdzie do starcia między wielkimi mocarstwami.

Czy czujesz się autorką spełnioną? Jakie masz marzenia związane z pisaniem, jak i też życiem prywatnym? Cały czas poszukujesz swojej literackiej ścieżki, czy uważasz się za twórcę ukierunkowanego?

Nie mam konkretnej ścieżki. Można powiedzieć, że skaczę z jednej na drugą chaotycznie, bez jakiegoś planu. To najbardziej pasuje do mojego charaktery. A spełniona? Cóż. Autor rzadko kiedy może się czuć spełniony, a jeśli już, to krótko, bo zaraz zaczyna poszukiwać kolejnych wrażeń. Ja się tak poczułam tylko raz - gdy przyznano mi nagrodę w konkursie Literacki Debiut Roku. Niestety zaraz potem przyszedł bolesny upadek, zostałam bowiem zdyskwalifikowana wskutek uchybienia proceduralnego. To był dla mnie prawdziwy koszmar, być może przez własną niecierpliwość zmarnowałam wielką szansę, ale też stałam się dużo silniejsza. Moim marzeniem jest znaleźć dla siebie miejsce w jakimś tradycyjnym wydawnictwie - nie dla prestiżu z tym związanego, ale dlatego by móc pisać nie martwiąc się o to, jak sfinansuję kolejne wydanie. Mając świadomość tego, że skończywszy pracę nad książką mogę ją posłać do wydawcy i zająć się następną byłabym już całkowicie szczęśliwa.

Dlaczego czytelnik miałby sięgnąć akurat po Twoje książki? Co czyni je wyjątkowymi?

O, na to pytanie nie umiem odpowiedzieć. Nie wiem, co czyni moje książki wyjątkowymi. Nie wiem nawet, czy rzeczywiście one takie są. Beduini powiadają, że wielbłąd nie może oceniać własnego garbu. Trudno mi bezkrytycznie kierować się w tym względzie opinią osób, o których wiem że są mi życzliwe. Byłoby to bardzo naiwne z mojej strony. Wiem, że jednym się moje książki podobają, innym nie i jest to naturalne. Mogę tylko powiedzieć potencjalnym czytelnikom: "Dajcie mi szansę i zajrzyjcie do mojego świata."

Wywiad przeprowadzili Kamila Graczyk i Tomasz Szmich.

Współpracujemy z: