Beata Kępińska

Informacje Personalne:

  • Miejsce Urodzenia: Łódź, Polska
  • Narodowość: Polska
  • Język: Polski
  • Obywatelstwo: Polskie
  • Twórczość:

    "Piekło - Niebo"

    "Sielsko I Diabelsko"

    "Taniec Z Czarownicą"

    "Zaradna"

Biografia:

O sobie mówi tak: „Ukończyłam w 1975 roku filologię polską na Uniwersytecie Łódzkim. Potem chwytałam się różnych zajęć, broniąc się przed wykonywaniem zawodu nauczycielki, do którego nie czułam powołania. Byłam bibliotekarką, wyliczałam faktury w fabryce gwoździ i drutu, pracowałam w gazecie zakładowej fabryki mebli, pisałam barwne reportaże z pegeerowskich pól na Mazurach, prowadziłam własny gabinet kosmetyczny, a nawet piekłam pączki na sprzedaż i niańczyłam niemowlęta jako tzw. «day mother». Wielokrotnie się przeprowadzałam, długo nie mogąc znaleźć swego miejsca na ziemi.
Na początku lat dziewięćdziesiątych wyjechałam wraz z mężem lekarzem i trójką dzieci do RPA. Tam po raz pierwszy w przykościelnej szkółce spróbowałam nauczać języka ojczystego dzieci Polaków zamieszkałych w Johannesburgu i okolicach. Na obczyźnie także powstały moje pierwsze scenariusze teatralne uatrakcyjniające dzieciom naukę. Po powrocie do kraju szukałam już zatrudnienia w szkole, aby do końca swej kariery zawodowej poświęcić się nauczaniu. Gdy wieje zachodni wiatr, zdrowie nie pozwala mi na pisanie epiki, która unieruchamia człowieka na dłuższy czas przy komputerze, wtedy piszę wiersze".

Źródło: www.zysk.com.pl

Wywiad:

"Moje książki spełniły już w gminie Nowa Słupia jedną, niewątpliwie pozytywną rolę – podniosły wskaźnik czytelnictwa."

Na początku naszej rozmowy chciałabym zapytać o minione wakacje. Czy były udane i czy spędziła je Pani u stóp Łysej Góry? ;)

Mieszkam u stóp Łysej Góry, więc ogrom czasu spędzam właśnie tutaj. Te wakacje mogę zaliczyć do bardzo udanych, ale zarazem pracowitych. Jeszcze w czerwcu zwiedzałam z mężem umocnienia na Linii Maginota, a przy okazji zahaczyliśmy o Bonn, Kolonię i jeszcze kilka mniejszych, bardzo urokliwych miast niemieckich. Na początku sierpnia uczestniczyłamw Szczyrku w imprezie o nazwie „Lato z Książką" zorganizowanej przez Wydawnictwo Zysk i S-ka. Miałam w tym roku szczęście do pogody. Gdy w drugiej połowie miesiąca w świętokrzyskim lało, ja przebywałam na plenerze literackim nad morzem. Był to czas bardzo intensywnych spotkań z publicznością i długich, wieczornych narad twórczych z grupą literatów przybyłych do Międzywodzia z różnych stron Polski. Mocno angażowałam się w te imprezy, traktując je, między innymi, jako promocję moich nowych książek. Przed wakacjami bowiem wydałam nie tylko powieść „Taniec z czarownicą", ale także tomik wierszy pt.: „Schwytać czas". Po powrocie do domu mogłam znów cieszyć się słońcem, spacerując z psem po lesie, bo aura stała się z kolei łaskawa dla południowo-wschodnich dzielnic kraju.

Powyższe pytanie nie było przypadkowe, gdyż nawiązuje ono do miejsca akcji Pani książek, a ściślej rzecz biorąc do przepięknej okolicy Gór Świętokrzyskich. Czym dla Pani jest ten region i kiedy zrodziła się Pani miłość do gór? :)

Zauroczenie tymi najstarszymi górami Europy spadło na mnie w wieku szesnastu lat, podczas szkolnego rajdu, wraz z pierwszą miłością. Wtedy to na Świętym Krzyżu wypowiedziałam życzenie, by w przyszłości zamieszkać w tej okolicy. Byłam wówczas mieszkanką robotniczej i bardzo nieefektownej Łodzi. Myślałam, że wiatr rozwiał moje słowa, podobnie jak miłosne zaklęcia przystojnego kolegi, ale w tak magicznym miejscu dzieją się niezwykłe rzeczy. Po wielokrotnej zmianie adresu w Polsce i nawet po kilkuletnim pobycie na emigracji w RPA, tak jak planowałam, zamieszkałam z rodziną dokładnie w miejscu, które wybrałam sobie pół wieku wcześniej.Początkowo nie były to jednak idylliczne doznania. Chwilami zdawało mi się, podobnie jak mojej bohaterce, Joannie Zalewskiej,że jestem tu za karę. Z biegiem lat sytuacja zaczęła się zmieniać na lepszą i teraz nabrałam przekonania, że to jest moja Ziemia Obiecana.

Muszę przyznać, że w przypadku pisarza i jego czytelników zawsze następuje pewien "konflikt interesów" związany z końcem wakacji i urlopu pisarza, a koniecznością przystąpienia do pracy nad nową książką. Czytelnik się cieszy, zaś pisarz... No właśnie, czy traktuje Pani pisarstwo jako zawód, który trzeba wykonywać, czy też bardziej jako przygodę, hobby? :)

Gdybym traktowała swoje pisarstwo poważniej, pewnie miałabym na koncie już dużo więcej książek. Od dzieciństwa tworzyłam w myślach różne fabuły, lecz brakowało mi samozaparcia i wiary w siebie, żeby naprawdę zacząć pisać. Wszystkie, nawet najbardziej błahe, zajęcia miały pierwszeństwo przed twórczością stricte literacką. Zresztą nie byłoby mi chyba łatwo pracować, wychowywać trójkę dzieci i jeszcze pisać duże formy epickie. Tworzyłam więc wiersze, potem scenariusze przedstawień szkolnych, a na napisanie powieści znalazłam czas dopiero po przejściu na emeryturę. Zresztą teraz także nie jest ono dla mnie aż tak ważne, żebym miała drastycznie ograniczać życie rodzinne czy towarzyskie. Piszę sobie wolniutko, kiedy to nie koliduje z planami innych członków rodziny. W moim wieku człowieka stać już na dystans do siebie samej i tego, co robi.

Czy mogłaby Pani podzielić się zatem z czytelnikami swoimi najbliższymi planami pisarskimi? Czy możemy szykować się na kolejne spotkanie z Joanną, czy też być może z całkiem nowym bohaterem..?

Tuż przed wakacjami rozpoczęłam pracę nad powieścią, której akcja w dużym stopniu dzieje się w Afryce Południowej. Od dawna wzbiera we mnie także potrzeba opracowania pewnych historii rodzinnych. Chciałabym to zrobić w formie powiązanych ze sobą opowiadań. Na razie nie planuję kontynuacji losów Joanny. Wiem jednak, że w takich kwestiach nie warto się zarzekać. Po ukończeniu „Sielsko i diabelsko" także nie zamierzałam pisać następnej części, lecz uległam sugestii wydawnictwa i tak powstał „Taniec z czarownicą".

Zanim jednak zatopimy się w lekturze Pani nowej książki, przyjrzyjmy się bliżej trzem poprzednim dziełom Pani pióra. "Zaradna" to obyczajowo-sensacyjna opowieść o trudnych wyborach, ciężkich czasach PRL-u i samotności. Dwie kolejne Pani powieści tj. "Sielsko i diabelsko" oraz "Taniec z czarownicą", tworzące wspólny cykl, to już zupełnie inny ciężar gatunkowy, który można określić mianem ciepłej, dowcipnej i pogodnej powieści obyczajowej. Skąd taka zmiana i który z tych literackich światów jest Pani bliższy?

Z natury jestem śmieszką, uwielbiam komedie i skecze kabaretowe, lecz życie wokół nas nie zawsze bywa wesołe. Są problemy, których nie należy przedstawiać lekko, bo zmniejszy się ich rangę. O poważnej chorobie, o zniewoleniu człowieka i niewłaściwych wyborach, które niszczą życie, musiałam pisać poważnie. Kłopoty, z którymi zmaga się Joanna, nie mają znamion tragizmu. W dodatku ona ze wszystkim świetnie sobie radzi, więc obie książki, w których „rządzi", są optymistyczne. Natomiast, jeśli idzie o ludzi z jej otoczenia, to los często ichnie oszczędzał. W ich życiu dzieją się prawdziwe dramaty. Stanowią oni jednak drugi, a czasem nawet trzeci plan, więc ich losy nie decydują zatem o odbiorze powieści. Ja, oczywiście, czułam się lepiej psychicznie i fizycznie, gdy na czas pisania wcielałam się w uroczą Joasię niż ponurą Martę. Miałam wtedy prawie dwadzieścia lat mniej i tyle energii, że mogłam przeskoczyć Łysą Górę.

W Pani powieściach o burzliwych losach Joanny i jej rodziny najbardziej ujęło mnie to, iż historie te opowiadają o prawdziwym życiu, ze wszystkimi jego jasnymi i ciemnymi stronami, nie koloryzując zanadto rzeczywistości, jak to ma miejsce w większości przypadków powieści obyczajowych. Ciekawi mnie bardzo, co jest dla Pani najważniejsze w swojej twórczości, co chce Pani przekazać czytelnikowi i na co zwrócić jego uwagę?

Życie Joasi w dużym stopniu oparte jest na tym, czego sama doświadczyłam i dlatego niektóre sceny są do bólu realistyczne. Mieszkałam w takiej szkole, którą opisałam w „Sielsko i diabelsko". Biegałam z wiaderkiem po wodę do picia, bo z kranu leciało błoto, a w zimie sufit w salonie lśnił jak taflalodu. W swoim nowym domu z mizernym skutkiem uczyłam się rozpalać w ekologicznym piecu chałupniczej roboty i godzinami przesiewałam trociny w zimnej stodole. Jako słomiana wdówka nadzorowałam też prace pewnej barwnej ekipy budowlanej. Samo życie. Pochwalę się, że fikałam nogami na scenie w Paczkowie, a nawet w Warszawie, grając w strażackim zespole sekretarkę wójta, panią Niusię. Chciałabym jednak, aby czytelnik moich bardzo życiowych powieści, nie tracąc przyjemności z komicznych fragmentów, zwracał także uwagę na przedstawione tam poważne zagadnienia naszej współczesności. Wydaje mi się bowiem, że takie tematy jak: zanik tradycyjnego modelu rodziny czy występowanie tzw. europejskiego sieroctwa i wdowieństwa, a przede wszystkim obrona życia poczętego (nawet tego z wadliwym DNA), zasługują na refleksję.

Skąd czerpie Pani pomysły i inspirację na fabułę swoich książek? Czy polega Pani wyłącznie na swojej wyobraźni, czy też posiłkuje się historiami z własnego życia lub też życia Pani znajomych?

Inspiracje są na każdym kroku, poczynając od mojego własnego życiorysu, poprzez losy innych ludzi, a kończąc na literaturze faktu i różnych programach publicystycznych. W „Zaradnej" opisałam chorobę nowotworową i walkę z nią na podstawie relacji i za przyzwoleniem mojej niestety nieżyjącej już dziś przyjaciółki. Historia Marty jest zaś dowolnie przeze mnie uzupełnionym, bo nie do końca odkrytym, życiorysem pewnej znajomej. Niebagatelny wpływ miała na mnie również lektura „Polskiej mafii" Sylwestra Latkowskiego.

Nie mogę nie zapytać także o to, ile w postaci Joanny Zalewskiej znajduje się z osoby Beaty Kępińskiej? Pytam, bo wiele szczegółów z życia głównej bohaterki wskazywałoby na to, iż całkiem sporo?.. :)

Podarowałam Joannie wiele własnych przeżyć, ale pewnie i cech osobowości, bo zdarza się, że ludzie z naszej gminy, którzy trochę mnie znają, a nie są wyrobionymi czytelnikami, utożsamiają mnie z Joasią. Podpytywali sąsiadkę, czy jakiś przystojniak odwiedzał mnie podczas nieobecności męża spowodowanej pracą w Wielkiej Brytanii. Na spotkaniu autorskim w naszej gminnej świetlicy pewna pani dziwiła się, dlaczego w książce nie wspomniałam o moim trzecim dziecku. Jeśli moi czytelnicy, którzy widują mnie w sklepie, w banku, czy na spacerze, patrzą na mnie przez pryzmat Joanny to mogę się tylko cieszyć, bo Asia ma cechy, które ja chciałabym posiadać.

Wielu pisarzy przyznaje, że pracując nad cyklem swoich powieści bardzo przywiązuje się do ich bohaterów, traktując ich z czasemjako swego rodzaju przyjaciół, bliskich im osób. Czy w Pani przypadku jest podobnie?

Oczywiście. Każdą krytykę takiego bohatera odbieram bardzo osobiście.

Czy w związku z tym łatwiej jest "układać" życie głównych bohaterów, czy też wręcz odwrotnie - trudniej jest szykować dla nich kolejne pułapki od losu?..

To przywiązanie w pewnym sensie mnie ogranicza. Pilnuję, na przykład, moralności Joanny, chociaż przy jej temperamencie, to wcale niełatwe zadanie. W pewnym momencie zaczęłam być zazdrosna o Grażynę, którą zanadto ekscytował się mój mąż i jeszcze kilku znajomych panów, przygwoździłam ją więc chwilowo ciążą. Żartuję, ale chyba ziarnko prawdy w tym jest.

Czytając liczne komentarze i opinie czytelników odnośnie Pani powieści, wielokrotnie powtarzało się zdanie, iż "książka ta to jakby historia z mojego życia". Czy spotkała się Pani z podobnymi opiniami, np. podczas spotkań autorskich lub poprzez listy od czytelników?

Częściej ludzie chcą się dowiedzieć, ile z mojego życia jest w tych książkach. Dociekają, też czy przekręty diabolicznego wójta są prawdziwe. Zwłaszcza osoby z naszej okolicy odnajdują, zresztą zupełnie słusznie, rysy charakteru, wyglądu lub sposób zachowania znanych w gminie, autentycznych postaci i mają wtedy dobrą zabawę. Moje książki spełniły już w gminie Nowa Słupia jedną, niewątpliwie pozytywną rolę – podniosły wskaźnik czytelnictwa. To miłe, kiedy co chwilę ktoś mnie zatrzymuje na rynku lub po mszy, żeby się pochwalić, że jest po lekturze którejś z książek. Teraz szczególnym powodzeniem cieszą się moje wiersze.

Joanna, to niezwykle interesująca postać. Świetna nauczycielka, troskliwa matka, oddana przyjaciółka i mądra żona. Jakby tego było mało, to także fantastyczna kucharka:) Przypuszczam, że Pani również uwielbia i potrafi świetnie gotować...Jakie zatem danie jest Pani ulubionym i popisowym? :)

Gotowanie, zwłaszcza dla gości, to dla mnie nieustanny stres. Nie umiem się bowiem powstrzymać przed improwizowaniem, a to może być zgubne. Trudno w moim domu zjeść dwa razy identyczne danie. Nie wiem nawet jak nazwać te tworzone ad hoc potrawy, żeby było wiadomo, co się za tym kryje. Lubię mięso z indyka w różnych odsłonach. Kaczka też pływa u mnie w wielu sosach. W łączeniu różnych rzeczy w sałatkach i surówkach nie czuję ograniczeń. Na deser zazwyczaj podaję pleśniak gruntownie przeze mnie zreformowany. Najważniejsze, żeby danie dało się przygotować w miarę szybko, było lekkie i kolorowe.

Pani życiorys mógłby posłużyć za fabułę dla niejednej książki. :) Ciekawi .mnie skąd i kiedy nastąpił ten moment, iż poczuła Pani, że teraz nadszedł ten czas, by napisać pierwszą powieść?

Odgrażałam się uczniom, że ich umieszczę w powieści, którą rozpocznę zaraz po przejściu na emeryturę, ale odwlekałam pisanie z dnia na dzień. Obawiałam się, że zmarnuję dużo czasu, energii własnej i elektrycznej oraz powstanie coś, co i tak nigdy nie ujrzy światła dziennego. Do pracy zagoniły mnie w końcu byłe uczennice, których wiara we mnie była większa niż moja własna.

Kto jest Pani pierwszym czytelnikiem, krytykiem , pomocnym głosem podczas pracy nad książką?

Najbliższa rodzina. Mężowi czytam fragmenty wychodząceświeżo spod pióra, to znaczy, wystukane w ciągu dnia na klawiaturze. Kiedy mam już całość, wysyłam plik do córki, synowej i szwagierki.

Jakie książki i którzy autorzy są dla Pani najważniejsi?

Moi mistrzowie to: Balzac, Maupassant, Czechow, Prus, Pirandello, a więc literatura z dziewiętnastego i początku dwudziestego wieku, sami realiści, jak widać. Ale powieścią, która zrobiła na mnie największe wrażenie jest „Sto lat samotności" Marqueza. Podobnie jak Marquez doszukuję się w otaczającej mnie rzeczywistości pierwiastka mistycznego. Efektem takiego myślenia była właśnie absurdalna z pozoru przeprowadzka z drugiego końca Polski na świętokrzyską wieś. A tu okazał się, że czasami naprawdę bywa jak w Macondo. Kilka lat temu zdarzyło mi się przeżyć podczas spaceru w lesie scenę niemalże wyjętą ze „Stu lat samotności" – „napadły" mnie motyle. Otóż w miejscu, które ma niezwykle ciekawą i tragiczną przeszłość związaną z II wojną światową, wyroiło ich się takie mnóstwo, iż utworzyły barwną chmurę. Weszłam w nią, śmiejąc się sama do siebie z zachwytu. Siadały mi na głowie, twarzy, obnażonych ramionach, jakby mnie całowały. To było niesamowite i bardzo przyjemne doznanie. Żałowałam, że nikt mi nie towarzyszy i nie mam nawet telefonu, żeby je sfotografować. Marquez opisał inwazję żółtych motyli, moje były rude z niebieskim oczkiem. Chodzę tam latem niemal codziennie w nadziei, że się kiedyś ta magia powtórzy.

Czy zechce Pani zdradzić czytelnikom swój sposób na dobre, mądre i szczęśliwe życie?

Niełatwo jest doradzać drugiemu człowiekowi w sprawie szczęścia. Ludzie są różni i mają różne potrzeby, one się zresztą zmieniają z wiekiem. Nie sądzę, żeby możliwy był stan permanentnego szczęścia. Ciekawe, że ludzie młodzi znacznie rzadziej niż staruszkowie czują się zadowoleni, choć powodów mają przecież więcej, ale też więcej wymagań. Najbardziej skwaszeni są ci, którzy zbyt dużo oczekują od życia. Jeśli każdą dobrą chwilę traktujemy jak dar losu i przede wszystkim zwracamy uwagę na innych ludzi, staramy się, aby i im też było dobrze, to życie może być jak wieczne Boże Narodzenie, wciąż dostajemy prezenty.

Dziękuję serdecznie za odpowiedzi i poświęcony czas. :)

Wywiad przeprowadziła Urszula Janiszyn.

Współpracujemy z: