Radosław Lewandowski

Informacje Personalne:

  • Narodowość: Polska
  • Język: Polski
  • Obywatelstwo: Polskie
  • Twórczość:

    "Wikingowie. Wilcze Dziedzictwo"

    "Wikingowie. Najeźdźcy Z Północy"

    "Wikingowie. Topory I Sejmitary"

    "Struny Czasu"

    "Wikingowie. Kraina Proroka"

    "Exodus"

    "Australijskie Piekło"

    "Wyprawa Po Śmierć"

    "Jak Napisać I Wydać Powieść. Uciekaj, Póki Możesz!"

Galeria:

radoslaw lewandowski 3

Biografia:

Radosław Lewandowski (ur. 26 maja 1968) – polski autor książek science fiction i powieści historycznych, jeden z założycieli Płockiego Klubu Fantastyki „Elgalhˈai”.

 

Radosław Lewandowski jest płocczaninem, absolwentem dwóch kierunków studiów na wydziałach Zarządzania i Nauk Ekonomicznych Uniwersytetu Warszawskiego. Przez wiele lat zawodowej kariery pełnił wyższe funkcje w administracji publicznej: najpierw dyrektora departamentu w Urzędzie Marszałkowskim Województwa Mazowieckiego, potem radcy w kancelarii Wojewody Mazowieckiego.

Jest miłośnikiem literatury, filmów fantasy i science fiction, a także barwnych i krwawych powieści historycznych. Interesuje się szeroko pojętą marynistyką, kulturą wczesnosłowiańską i skandynawską, w tym trzema „złotymi” wiekami wikingów.

Źródło: https://radeklewandowski.pl/

Wywiad:

Przez wiele lat pracował pan jako urzędnik państwowy. Skąd u dojrzałego mężczyzny wziął się pomysł na zajęcie się literaturą?

Odpowiedź kryje się w pytaniu – dojrzałem. Jedni pasjami łowią ryby, inni kochają samochody, niektórzy piją tak często, że dzień zlewa się z nocą. Ja wybrałem z pozoru bezpieczną drogę – zacząłem pisać. Czy z perspektywy wielu lat żałuję tej decyzji? Prawdę mówiąc, coraz bardziej dominującym staje się przekonanie, że nie miałem wyboru. Czego więc żałować? Czy mamy wpływ na nasz naturalny kolor włosów, oczu, wzrost?

Debiutował pan mini-cyklem „Yggdrasil”, na który złożyły się dwa tomy: „Struny czasu” i „Exodus”. Skąd pomysł na połączenie wątków dawnej Słowiańszczyzny z Wikingami, prehistorią i sci-fi?

Odpowiedź jest prosta i jednocześnie niemożliwa. Tak, stać mnie na pytyjskie odpowiedzi. W pierwszej chwili ciśnie się myśl – jesteśmy tym, co przeczytaliśmy. Zawsze pochłaniałem książki, poczynając od powieści Juliusza Verne'a, poprzez serię Alfreda Szklarskiego o Tomku Wilmowskim, Ignacego Kraszewskiego, Josepha Conrada, na Isaaku Asimovie i Siergieju Sniegowie kończąc. Przepraszam za paralogizm, ta droga nie ma końca. W tej sytuacji czytelnik znajdzie w moich powieściach echa tamtych przygód, ale też moje pragnienia, marzenia, przekonania, widzenie świata a niekiedy osobiste doświadczenia.

 

Dziwić może jedynie to, iż połączyłem w serii „Yggdrasil” literaturę historyczną ze space operą, wikingów z człowiekiem neandertalskim, „nanobotykę” z przygodami Słowian. Czy jednak powinno? Przecież cud pisarskiego żywota polega właśnie na tym, że nie istnieją tematyczne bariery, a jedynie te, dotyczącej formy przekazu.

Uważni czytelnicy Yggdrasila mogą się w nim doszukać analogii do twórczości Elżbiety Cherezińskiej (szczególnie do powieści „Harda”
i „Królowa) oraz do „Sagi o jarlu Broniszu” Władysława Jana Grabskiego. Tam również początki panowania Piastów powiązane są z pomocą udzielaną im przez Wikingów.

Powieść „Yggdrasil. Struny czasu” powstała w 2013 roku, a „Harda” o trzy lata później. Przyznam, iż choć zetknąłem się z tymi tytułami i twórcami, nie czytałem „Sagi o jarlu Broniszu” czy piastowskiej serii mistrzyni polskiej powieści historycznej. Muszę kiedyś nadrobić te zaległości.

Po „Yggdrasilu” porzucił pan Słowian, lecz pozostał wierny Wikingom. Początkowo poświęcony im cykl miał liczyć trzy tomy, ostatecznie skończyło się na czterech.

Początkowo „Wikingowie. Wilcze dziedzictwo” miało być jednym tomem i opowiadać o wilkołakach wśród wikingów. Czemu nie? Kocham wampiry i Lykan. Nie powinienem? To niepoważne? Ha, czy miłość to uczucie racjonalne?

 

W wyniku buntu na pokładzie, a konkretnie veta mojej żony, zrezygnowałem z elementów fantastycznych i powstała powieść historyczna. Ponieważ miałem podpisaną z wydawnictwem Muza umowę na kolejne tomy, żal było porzucać temat. Wciągnąłem się i przez kilka lat podróżowałem wraz z wikingami: Do Szwecji, na Półwysep Iberyjski, do dzisiejszej Kanady, na Sycylię, rzekami Rusi do Konstantynopola. Wszystko mocno osadzone w historii, ale przyprawione po mojemu.

Wymienił pan wśród inspirujących pisarzy m.in. Ignacego Kraszewskiego, Josepha Conrada – czy w szkolnych latach czytał pan chętnie tytuły z kanonu lektur, a może wręcz przeciwnie? Pojawiał się bunt?

Nie powiem niczego odkrywczego w tej materii – bywało różnie. „Potop” Henryka Sienkiewicza trafił mnie w samo serce, „Wesele” Stanisława Wyspiańskiego tylko w żołądek. „Lalka” Bolesława Prusa stała się wielką przygodą, natomiast „Przedwiośnie” Stefana Żeromskiego drogą usłaną szklanymi okruchami. Poddanie się czarowi danej pozycji zależy nie tylko od preferencji czytelnika, ale też od pory roku, humoru, aktualnego stanu umysłu. Niektóre książki odkrywałem po latach, przy ponownej lekturze.

Kto lub co wpłynęło na kształtowanie się pana gustu czytelniczego?

Rodzice i książki które wypełniały domowe półki. Jako ciekawostkę mogę podać pewien fakt. Gdy z bratem nauczyliśmy się czytać ze zrozumieniem, tata usunął z rodzinnych zbiorów wszystkie kryminały pozostawiając powieści historyczne i szeroko rozumianą fantastykę. Nie czytam kryminałów.

Czy uzewnętrznia się pan w swojej twórczości? Jeśli, tak czy wybiera pan wśród postaci swojego porte-parole, a może pańskie przekonania objawiają się w myśli przewodniej danej książki?

Bywa różnie. Niewątpliwie w każdej powieści można odnaleźć przekonania i pragnienia pisarza. Niekiedy wyraźne niby gong dzwonu, innym razem podskórne – jakby podświadome. W historycznej tetralogii o wikingach mojego autorstwa, Julianem z „Kwiatów polskich” uczyniłem Erika Erykssona syna Eryka Zwycięskiego. Oczywiście nie jest to pełne odbicie, ale w jego rozważaniach nad naturą wiary w Białego Chrystusa znajdziecie moje wątpliwości. Celowo „ubrane” na młodzieńczą naiwność i prostolinijność. W „Australijskim piekle” czytelnik znajdzie Radosława Lewandowskiego w niektórych przemyśleniach aptekarza Cornelisza, w romantycznej i cichej miłości młodego żołnierza – Hayesa, czy paplaninie Eitsi – syna holenderskiego rozbitka i Hotentotki, którego po wizycie na Czarnym Lądzie zabrano na pokład Batavii.

Polak, Europejczyk, Słowianin - które z tych określeń postawiłby pan na pierwszym miejscu, opisując swoją tożsamość?

Europejczyk, dumny że jest Polakiem i Słowianinem. Wprawdzie ostatnio moja duma zbiera straszne cięgi, wierzę jednak, że nieposkromiony duch wolności jest w Polakach znacznie silniejszy od łaknienia prezentów i chęci bezrefleksyjnego podążania za wilkami w owczych skórach. Czy czyni mnie to człowiekiem naiwnym? Może. Każdy pisarz to kombinacja niepoprawnego marzyciela z introwertykiem zapatrzonym we własny pępek.

Czym pisarz zajmuje się w czasie wolnym? Jakie pasje oprócz pisania i czytania książek towarzyszą panu w codziennym życiu?

Każdy udzieli w tej materii innej odpowiedzi. Lubię zwiedzać egzotyczne miejsca, pograć w dobrą grę strategiczną, pasjonują mnie kobiety w tym niezmiennie moja żona. Prawda jednak jest taka, iż przy trójce dzieci niewiele miałem czasu na rozwijanie własnych pasji. Dopiero gdy „wyfrunęły z gniazda” zacząłem pisać powieści. Mam przekonanie graniczące z pewnością, iż by dobrze wiarygodnie tworzyć dzieła literackie, trzeba wcześniej nieco pożyć.

Na stronie https://radeklewandowski.pl/ można odnaleźć fotografię z psem – jak ważne są dla pana zwierzęta? Czy w poprzednich stuleciach czworonogi uchodziły również za najlepszych przyjaciół człowieka? Jak wyglądało to w przypadku opisywanych przez pana kultur?

To moja Misia – labrador towarzyszący, inaczej ogon odzyskany. Dosłownie, bowiem łazi za mną niby cień i ma swoją kanapę w moim gabinecie.

A drzewiej… psy pełniły głównie rolę użytkową i jedynie w bogatych domostwach czekało je niekiedy lepsze życie. Nas stać obecnie na wielkoduszność w stosunku do braci mniejszych, w czasach jednak gdy dzieci umierały z głodu i od chorób, wrażliwość na ich los, zapewne była i musiała być mniejsza.

 

Bierze mnie jednaj jasna cholera – tego też proszę nikomu nie powtarzać – gdy współcześnie niektórzy głoszą z pewnością godną lepszej sprawy, że zwierzęta mają służyć zaspokajaniu ludzkich słusznych i sprawiedliwych potrzeb. Durniu jeden z drugim, one tak jak my, mają sny, sympatię, marzenia i smutek. Tak jak i my, powinny mieć w miarę możliwości prawo do godnego życia. Warto o tym pamiętać.

Czy odwiedził pan wszystkie z miejsc opisywanych w swoich książkach? Czy proces twórczy inspiruje pana do podróżowania?

To zupełnie niemożliwe. Podróżuję na miarę sił, ale nie sposób nie znalazłszy garnca na końcu tęczy, odwiedzić: Turcji a konkretnie Konstantynopola, Australii, Islandii, Kanady, Portugalii, Hiszpanii, Szwecji, Norwegii, Włoch, RPA, Holandii, Rosji czy Indonezji. Mam przy tym nadzieję, że za kilka lat na to pytanie odpowiem jednym krótkim: Tak. Na razie jednak, pozostaje mi w głównej mierze droga wytyczona przez Karola Maya.

Otwierające cykl „Wilcze dziedzictwo” przenosi nas między innymi do Ameryki Północnej i na Półwysep Iberyjski.

Mapka z powieści

radoslaw lewandowski 4

Źródło: materiały własne autora

 

Nie wszyscy wiemy, że to wikingowie w X wieku odkryli Amerykę, nazywając krainę Winlandią Dobrą. Czy mogło zabraknąć w mojej tetralogii tak wdzięcznego tematu? Spotkanie różnych i podobnych wojowniczych kultur, dało nie lada pole do popisu i mam nadzieję, że tej szansy nie zmarnowałem.

 

Kupiec Bjarni Herjolfsson w roku 984 wyruszył z Islandii statkiem, mocnym knorrem (knarrą, knarrerem), obładowanym towarami handlowymi w kierunku nowej kolonii na Grenlandii. Na skutek sztormu i silnych północnych wiatrów, przez wiele dni żeglował w kierunku południowym, aż dotarł do dzisiejszej Kanady, a konkretnie do Nowej Fundlandii. Zakazał załodze schodzić na ląd i płynąc wzdłuż brzegu, dobrnął w końcu do Grenlandii, gdzie opowiedział rodakom o nowym lądzie na zachodzie.

 

Kilka lat później syn Eryka Rudego, Leif Eriksson, wyruszył kierując się instrukcjami Bjarniego Herjolfssona i trafił do krainy pełnej doskonałej jakości drzew liściastych i winorośli, którą nazwał Krainą Winorośli - Winlandią.

 

A co do obecności moich bohaterów na Półwyspie Iberyjskim, to były czasy przed rekonkwistą, gdy ścierały się tam rachityczne resztki chrześcijańskiego królestwa Leónu, z przeciwnikiem potężnym nad ludzkie wyobrażenie – z wojskami Kalifatu Kordoby. Nie zdajemy sobie nawet sprawy, ale niech przemówią liczby. Stolica chrześcijańskiego królestwa – Leon- liczyła wówczas około dziesięciu tysięcy stałych mieszkańców i dwadzieścia rzemieślniczych warsztatów i sklepów. W Kordobie liczącej blisko pół miliona mieszkańców, usytuowano kilkadziesiąt tysięcy sklepów i warsztatów, 300 lub nawet ponad tysiąc meczetów, 300 lub jak podają inne źródła 900 łaźni, 50 szpitali, 20 publicznych bibliotek. Biblioteka syna i następcy Abd ar-Rahmana III – Al-Hakama liczyła 400 000 woluminów, w tym dzieła Arystotelesa, Euklidesa, Hipokratesa, Platona. Robi wrażenie, prawda?

 

Choć obecność na tych ziemiach opisywanego przeze mnie oddziału Skandynawów jest fikcją, to ludy północy odwiedzały z mieczem i ogniem te bogate tereny. Z różnym skutkiem trzeba zaznaczyć, niekiedy zdobiąc ciałami drzewa na terenie Kalifatu.

 

Jak podaje Pierre Barthlemy w książce "Les Vikings", wikingowie w latach 975 – 1098 aż dziesięć razy najeżdżali w zorganizowanych grupach Półwysep Iberyjski, a przecież wcześniejsze najazdy też miały miejsce, choćby ten z 845, czy 858 roku, podczas którego złupili Sewillę i najechali Pampelunę, biorąc do niewoli jej chrześcijańskiego króla – Garcię. Podczas rajdu z 859 roku dwóch wodzów normańskich - Bjorn Jernside (Żelazny) i Hastinga, przeprawiło się z 62 okrętami przez Cieśninę Gibraltarską na Morze Śródziemne, gdzie przez dwa lub jak inni podają trzy lata łupili mieszkańców Hiszpanii, Włoch, Balearów czy Maroka. Fakt, iż w drodze powrotnej wpadli w sztorm i stracili większość okrętów, skarbów i ludzi, nie umniejsza sławy tej wyprawy znanej szerzej z serialu „Wikingowie”.

Akcja „Najeźdźców Północy” skupia się głównie na Labradorze czyli w dzisiejszej Kanadzie.

Mapka z powieści

radoslaw lewandowski 5

Źródło: materiały własne autora

 

Więcej, poświęciłem temu cały drugi tom, w którym opisuję przygody samotnego wikinga wśród Indian.

 

To było nie lada zadanie, bowiem jak pisałem wcześniej, autor „wszystko może”, ale musi to zrobić tak, by czytelnik nie wykrył fałszerstwa. Dla przykładu, opisując w powieści historycznej walkę dwóch sprawnych wojów, nie włożę jednemu z nich miecza świetlnego do ręki.

 

Podejście Indian do świata znacznie różniło się od tego, co kierowało działaniami wikingów. Czuli i czują się oni bardziej opiekunami Ziemi i zwierząt, niż zdobywcami, którym to się po prostu należy. Wykorzystałem to podejście w powieści, ubarwiając ją licznymi sentencjami ludu z Ameryki Północnej. Poniżej kilka przykładów zaczerpniętych ze strony:https://ogrodnikumyslu.wordpress.com/2015/01/21/10-madrosci-szamanow-indianskich/

 

„Kiedy urodziłeś się, płakałeś, a świat się śmiał. Żyj tak, abyś umierając się śmiał, a świat płakał”.
„Roślina może być ścięta, ale nie wyrwana z korzeniami. Drzewa i trawy mają dusze”.
„Brak szacunku dla żywych istot szybko prowadzi do braku szacunku dla ludzi”.

Topory i sejmitary czyli tom trzeci to zderzenie ze Wschodem.

Mapka z powieści

radoslaw lewandowski 6

Źródło: materiały własne autora

 

To czas, gdy mogłem wpleść w opowieść więcej wątków słowiańskich. Dlatego opisałem Jomsborg – warownię leżącą na wyspie Wolin, znaną z wojów o niezrównanej dzielności, jak i jednym z bohaterów uczyniłem… Płocczanina.

 

Zresztą wątek rodzimy towarzyszy czytelnikom od pierwszej części tetralogii, bowiem protagonistą jest syn Świętosławy, siostry Bolesława Chrobrego.

 

Ale główny nurt akcji w powieści „Wikingowie. Topory i sejmitary”, to podróż rzekami Rusi do cesarstwa Bizantyjskiego, a właściwie jego stolicy - Konstantynopola. Motywem, który kieruje grupą wikingów jest rodowa zemst, jakże by inaczej. Duża część akcji rozgrywa się w samym Miklagardzie (Wielkim Mieście), jak zwali Konstantynopol Normanowie i zagustują w tej opowieści miłośnicy nie tylko powieści historycznych, ale i dobrych kryminałów.

Zamykająca cykl „Kraina proroka” to podróż przez kalifat Kordoby i Sycylię znaczona potyczkami Wikingów i Saracenów.

Mapka z powieści

radoslaw lewandowski 7

Źródło: materiały własne autora

 

My - współcześni Europejczycy - często nie zdajemy sobie sprawy jak ogromny wpływ na naszą historię, naukę i sztukę mieli Arabowie. Jeśli myślimy stereotypowo, to jawią nam się jako kultura uwsteczniająca pochód ludzkości ku oświeceniu, radykalna w swoich działaniach i sztywno związana Koranem. To jest bardzo nieskomplikowany tok myślenia i krzywdzący dla pokoleń światłych arabskich uczonych i myślicieli. To tak, jakby kulturę chrześcijańską postrzegać jedynie przez pryzmat Świętego Oficjum, co jest oczywistą bzdurą.

 

Al-Andalus, czyli Emirat, potem Kalifat Kordoby, był wyjątkowym tworem religijno-polityczno-społecznym. W okresie swojej świetności zajmował trzy czwarte powierzchni Półwyspu Iberyjskiego z wyjątkiem jego zachodniej części, którą pozostawiono wizygockim niedobitkom wcześniejszych panów tych ziem. Z czasem powstały tam chrześcijańskie hrabstwa, księstwa i królestwa: Galicja, León, Castilla, Nawarra, Aragón.

 

Już w pierwszym tomie wiele miejsca poświęciłem Kalifatowi Kordoby i jego władcy Abd ar-Rahmanowi III. Musiałem tam wrócić, po prostu musiałem.

 

Bohaterowie mojej powieści podbijają Sycylię na kilkadziesiąt lat przed wydarzeniami, które faktycznie miały miejsce. Czynią to jako wierzący w bogów poganie a nie gorliwi chrześcijanie, jakimi byli bracia Robert i Roger Hauteville – prawdziwi zdobywcy Sycylii. Sikilijję bowiem, tak nazwali tę krainę muzułmanie, odbili z ich rąk w XI wieku normańscy potomkowie wikingów.

Zwraca pan uwagę, że współcześnie ludzie interpretują historię, stosując uproszczenia. Czy jest to wyłącznie domena Polaków? A może współcześnie ludzie na całym świecie mają problem z wielopoziomowym spojrzeniem na różne zjawiska?

Uproszczenia są niezbędne by sprawnie i szybko reagować na otaczającą nas rzeczywistość. Musimy sobie uzmysłowić, iż przeciętnego współczesnego człowieka atakuje w ciągu miesiąca tyle informacji, ile pańszczyźnianego chłopa w czasie całego żywota. To ogromny wir, stąd często brak „miejsca na dysku” na głębsze refleksje. Nie oznacza to jednak, iż „człowieki” na pewnym poziomie nie powinny podejmować próby odsiania ziarna od plew. Jest to o tyle istotne, iż dosłownie jesteśmy zalewani różnego poziomu fake newsami i propagandą sukcesu. Włosy stają dęba na widok ludzi wykształconych i zdałoby się obytych, którzy powtarzają niby mantrę kalki internetowych guru, odrzucając przy tym setki lat nauki. Niepojęte.

 

Oczywiście, to trend ogólnoświatowy, stąd tyle mamy płaskoziemców, antyszczepionkowców i ludzi nawiedzonych przez Wyższą Inteligencję. W zasadzie, jeśli jest na to lekarstwo to tylko czytanie. Obawiam się jednak, że to stała tendencja w rozwiniętych społeczeństwach, prowadząca w efekcie do upadku cesarstwa i najazdu barbarzyńców.

Czy czuje pan, że przez swoją twórczość spełnia swego rodzaju misję, wyprowadzając ludzi z błędu odnośnie postrzegania niektórych historycznych wydarzeń?

To bardziej podnoszenie zasłon, by pokazać historyczne ciekawostki i smaczki. Każda z moich powieści, w tym najnowsza – „Australijskie piekło” – zawiera rozdział w którym oddzielam ziarno od plew, czyli przedstawiam tło historyczne w oparciu o zgromadzone w trakcie pisania materiały. Sądzę przy tym, iż właśnie te rozdziały powinny stanowić lekturę obowiązkową na lekcjach historii. To moja dydaktyczna misyjka, bowiem misją jest sprawienie czytelnikom frajdy.

Czy sądzi pan, że system edukacji przyczynia się do zakodowania w ludzkiej świadomości nieprawidłowych informacji odnośnie przeszłości?

System edukacji mamy przestarzały, zmierzający do stworzenia zunifikowanych prawomyślnych obywateli. Obecnie proces ten przybrał na sile a wolne umysły są traktowane niczym piasek w trybach maszyny. Można wielkim wysiłkiem całego społeczeństwa odwrócić ten trend, ale zainteresowanych wygenerowaniem twórczego impulsu brak. Nie dziwię się, łatwiej prowadzić stado owiec, niż namówić do działania niezależne z natury koty. Te ostatnie zresztą, są też mocno oporne w procesie strzyżenia.

Jak rozpowszechniać historię i legendy Słowian wśród współczesnej młodzieży?

To praca u podstaw, bowiem „góra” zdaje się twierdzić, że nasza państwowość powstała z dniem przyjęcia chrztu. Dziwne to zważywszy, jak dumni ze swojej historii potrafią być na przykład Skandynawowie, jak wielkie kultury powstały w poprzednich tysiącleciach.

 

By być obiektywnym, na taki stan rzeczy mają też wpływ czynniki neutralne – brak trwałych świadectw jak i pisemnego przekazu z przedchrześcijańskich czasów. Cóż się jednak dziwić, gdy świątynią był gaj lub pojedyncze drzewo? Gdy prawa i wierzenia przekazywali z ust do ust kapłani zwani wołochami?

 

Gdy nie wyrywa się niepokornym zębów i raczej nie trafiają za przekonania na stos, dawne zwyczaje odżywają. Nie wieszczę ruchom rodzimowierczym spektakularnych sukcesów, ale stanowią pewną alternatywę w zabieganym świecie i dobrze.

 

W trzeciej części serii o wikingach „Topory i sejmitary”, zestawiłem wierzenia naszych przodków w zderzeniu z chrześcijaństwem i wiarą wikingów. Więcej, przedstawiłem je również na tle wierzeń północnoamerykańskich Indian i zbieżności okazały się zaskakujące. Zapewne, uczyniłem to w sposób niepełny – by nie zakłócić przygodowego charakteru opowieści, ale jestem przekonany, iż wielu czytelników odkryje pewne smaczki i niejednokrotnie się zaduma.

 

Wiedza o słowiańskich korzeniach jest obecnie dostępna i wystarczy chcieć, by do niej dotrzeć. Zdziwicie się, jak wiele współczesnych zwyczajów i nawyków, ma swój przedchrześcijański rodowód. Czy wiecie może, dlaczego w ludowych wierzeniach to bociany przynoszą dzieci? Dzieje się tak…

 

À propos, wspomniany wyżej mój pies-towarzysz, chrapie gdy piszę te słowa niczym pijany marynarz na Batavii.

Co sądzi pan o rekonstrukcjach historycznych?

Dla zapaleńców. Wiele można pisać o murze tarcz, ale dopiero widząc w działaniu tę formację wikingów, zdajemy sobie sprawę jak niełatwo ją przełamać. To świetna zabawa połączona z żywymi lekcjami historii. Współpracowałem z Grupą Najemną Dziki Bez, z rekonstruktorami z Jomsborg Vikings Hird, a ostatnio zaprosili mnie do siebie Drengowie znad Odry. Swoją drogą, ci ostatni budują właśnie warowny gród i każdy mieszek z kruszcem przyjmą z otwartymi ramionami. Pomożecie?

 

W „Australijskie piekle” opisuję bitwę pod Grolle z 1628 roku i odtwarzając tę batalię wojny osiemdziesięcioletniej w Niderlandach, w dużej mierze oparłem się właśnie na materiałach grup rekonstrukcyjnych.

Która z sentencji ludu Ameryki Północnej jest pana ulubioną i dlaczego?

Czerpałem pełnymi garściami lokalnych mądrości, zarówno w „Najeźdźcach z Północy” jak i w „Krainie Proroka”. Indianie urzekli mnie swoim podejściem do świata, jako bytu wymagającego opieki człowieka. Obecnie na potęgę grabimy zasoby przyrody, niezbyt zwracając uwagę na ciągnącą się za nami jałową bruzdę. To się zmienia, ale - mieć więcej ciągle przeważa nad - być częścią. Nie jestem pewien, czy już nie jest późno na ratunek, czy zniszczenia przyrody nie zaszły zbyt daleko. Oby nie.

 

Wracając do sentencji - Kiedy urodziłeś się, płakałeś, a świat się śmiał. Żyj tak, abyś umierając się śmiał, a świat płakał.

Czego współcześni ludzie mogą się nauczyć od cywilizacji zamieszkujących w przeszłości różne zakątki Ziemi?

Honoru? Nie gloryfikuję przeszłości, to były często ciężkie i okrutne czasy. Ale dane słowo miało znaczenie. My teraz rzadko mówimy prawdę kryjąc się przed światem za podwójną gardą i jeśli już, to raczej czynimy to przez pomyłkę. Niezbyt często możemy sobie pozwolić na otwartość i prostolinijność, by nie narazić się na posądzenie o naiwność. Cóż się jednak dziwić, gdy „na wnuczka” okrada się staruszków, który z uwagi na wiek stracili czujność?

 

Możemy nauczyć się z historii, że wszystko przemija, padają potężne cywilizacje i państwa. To daje pokorę, przynajmniej niektórym.

Skąd wzięło się pana zainteresowanie marinizmem? Chciał pan być kiedyś wilkiem morskim i opływać świat?

Z moją chorobą morską? W życiu. Sądzę, że to przeczytane powieści marynistyczne zasiały marzenie o wielkiej przygodzie. Uwielbiałem i nadal lubię książki o bukanierach, piratach czy innej maści kaperach. Zdobywali ze śmiechem galeony z hiszpańskim złotem, łupili w śmiałych rajdach nadmorskie miasta, żyli wolno i krótko rzadko trzeźwiejąc.

 

Gdy przyszła dorosłość zrozumiałem, że ten wyidealizowany obraz nie jest rzeczywisty, dlatego też w mojej powieści obok przygody, zawarłem krew, pot i łzy. Seks oczywiście również, ale jak inaczej, gdy w wielomiesięczny rejs drewnianą łupiną, wybierają się również kobiety? Na ile wystarczyło wyobraźni i empatii, starałem się oddać możliwie jak najbardziej wiarygodnie niesamowitą historię rejsu statku VOC Batavia.

Jakie warunki sprawiają, że ma pan przypływ weny twórczej? Czy proces pisarski w przypadku pisania powieści fantastycznych i historycznych wygląda tak samo?

Powiem coś kontrowersyjnego - w mojej ocenie, wena twórcza nie istnieje. Czasem popycha nas do działania potrzeba, innym razem podpisana umowa wydawnicza. Niekiedy skrzydeł dodają sami czytelnicy, itd. Generalnie, piszemy gdy mamy coś ciekawego do powiedzenia, męczymy się jeśli działamy na siłę.

 

Jestem autorem dziewięciu książek, w tym powieści fantastycznych, przygodowych i historycznych. To rzecz jasna nie „mrozorekord świata”, ale mam poczucie, że wystarczy. Oczywiście pojawiają się propozycje, jak ta, by napisać trylogię o Piastach z Mazowsza w konwencji moich „Wikingów”, czyli z przytupem, nieco krwiście i bez trzymanki. Może podejmę temat, choć jeszcze nie podjąłem decyzji. Jak pisałem, kwestia zbudowania motywacji.

Komu pierwszemu pokazuje pan napisany tekst? Czy opinia najbliższych ma dla pana znaczenie?

Już nie. Tak było na początku drogi, zameczałem ich fragmentami i kolejnymi wersjami dzieła. Teraz, długo pracuję nad tekstem i pierwszy ogląda go mój redaktor.

Jak ocenia pan współpracę z wydawnictwem Muza?

Ciekawe doświadczenie prowadzące do… Gdy szukałem wydawcy dla pierwszej części sagi o wikingach „Wikingowie. Wilcze dziedzictwo”, zgłosiło się do mnie wydawnictwo Bellona. Poczyniłem nawet pewne ustalenia z prezesem i redaktorem naczelnym, ale w drodze powrotnej z Warszawy do Płocka zadzwonił mój agent z informacją, iż tematem jest zainteresowana również Muza. Klęska urodzaju. Po analizach i za namową agenta – Zbigniewa Zawadzkiego z agencji autorskiej ZetZet, wybrałem drugiego wydawcę.

 

Podpisaliśmy umowę na serię powieści i byłem w siódmym pisarskim niebie. Fragmenty moich dzieł przetłumaczono na „języki” i odwiedziły światowe targi książki. Z czasem jednak impet zmalał, marketing zakontraktowany przez zewnętrzną agencję marketingową mocno kulał i dojrzałem do rozwodu. Mimo wszystko, z Muzą sprzedaliśmy grubo ponad dwadzieścia tysięcy książek o wikingach i ciągle żywię nadzieję, że nie powiedzieliśmy ostatniego słowa.

Jako znawca Wikingów, jak odbiera Pan wykorzystywanie motywu mitologii nordyckiej w kasowych filmach takich jak „Thor”? Czy ogląda je Pan i lubi?

Niektóre oglądam, inne porzucam w połowie. Oczekuję od tych filmów dobrej rozrywki i niczego więcej. Z uniwersum Marvela jest jak z rejsem po wzburzonym oceanie – czasem, wspiąwszy się na szczyt fali krzyczysz z zachwytu, ryczysz do zdarcia gardła, wierzgasz na boki niby obłąkany, potem nabierasz głęboko powietrza by przeczekać do kolejnego „szczytowania”.

 

Opętał mnie nieco serial „Wikingowie” stworzony przez Michaela Hirsta dla kanału telewizyjnego History, jednak ostatnie sezony pozostawiły po sobie, delikatnie mówiąc – szary cień mgły.

Czy chciałby pan, aby ktoś na podstawie jednej z pana powieści nakręcił film?

Ba. Ja nawet oddałbym za to jedną nerkę! Na szczęście w moim wieku, pewnie nikt się nie zdecyduje na pobranie. Cztery książki o wikingach, to znakomity materiał na super serial filmowy. Co ciekawe, łączą się poprzez jednego z głównych bohaterów z serią moich powieści SF. Wyobraźcie sobie grę komputerową, której przygody mogą rozgrywać się w paleolicie środkowym, w średniowieczu czy dalekiej przyszłości. Już? To dołóżcie do tego uniwersum, w którym nasz wszechświat jest ledwie jednym z wielu…

 

Miałem wprawdzie wstępną propozycję filmową związaną właśnie z wikingami, ale budżet pełnokrwistego serialu historycznego, przekroczył możliwości polskiego producenta.

 

„Australijskie piekło” zaś, to świetny materiał na hollywoodzką superprodukcję, w stylu „Pana i władcy: Na krańcu świata”, czy „Buntu na Bounty”. W tej sytuacji, oczekuję na propozycje.

Jak narodził się pomysł założenia Płockiego Klubu Fantastyki Elgalh’ai? Czy Płock to miasto miłośników tego gatunku?

Dawne dzieje, czasy, gdy po ulicach spacerowały jeszcze mamuty. Teraz trudno to sobie wyobrazić, ale kiedyś – za czasów minionych, które zdają się powracać z przytupem – dostęp do filmów i literatury światowej był mocno ograniczony. Wszystko na skutek barier postawionych przed kulturą ze zgniłego zachodu. Tego samego, który zarzucał polskie pola stonkami (obecnie okropna i wroga Unia Europejska). Dlatego w wielu miastach organizowano konwenty fantastyki, podczas których przez kilka dni oglądało się filmy video, uczestniczyło w spotkaniach, dyskusjach do świtu. POLCON-y, STALCON-y, Fantastyczne Bachanalia - to było życie. Tam też można było kupić wydania klubowe książek autorów z tegoż zgniłego zachodu. To piractwo w majestacie prawa, ale klub mógł bez płacenia tantiem przetłumaczyć i wydać do stu egzemplarzy działa.

 

W Płocku mieliśmy grupę zapaleńców i zdecydowaliśmy się na utworzenie takiego klubu. Nie byłem spiritus movens tego przedsięwzięcia, dla jasności. Przeżywało ono wzloty i upadki, śmierć kliniczną i reanimacje – jak to w życiu. Współcześnie, klub dowodzony przez Arka Grzeszczaka, organizuje Płockie Dni Fantastyki.

Czy uważa się pan za lokalnego patriotę? W końcu jest pan współzałożycielem klubu fantastyki w Płocku oraz jeden z bohaterów pana powieści jest Płocczaninem.

Na swój sposób tak. Płockowi i jego mieszkańcom poświęciłem cały rozdział powieści „Wikingowie. Topory i sejmitary”. Wplotłem zaskakujące wyniki współczesnych badań archeologicznych Wzgórza Tumskiego, w losy nieszczęśnika, który miał pecha znaleźć się w niewoli u Rusów. Jak z tego wyszedł i czy „zbrzuchacił” kupcową, doczytajcie sami.

 

Ale nie tylko ten wątek jest związany z dawną stolicą Polski – Płockiem. Powiem w tajemnicy i proszę tego nie rozgłaszać - postać brata Piotra, spowiednika króla Leónu wzorowałem nieco na jednym z płockich biskupów. To stary zabieg pisarzy, dodający postaci kształtów i wyrazistości – wymyślając bohatera, wyobrazić sobie iż piszemy o kimś, kogo znamy.

Jak odnajduje się Pan w środowisku polskich pisarzy fantastyki?

W zasadzie, gro mojej twórczości to powieści historyczne. Zaczynałem wprawdzie od fantastyki i z taką łatką przebrnę zapewne przez życie. Nie odżegnuje się przy tym od SF, która była moją pierwszą gorącą miłością. Niczym podczas Wielkiego Wybuchu, zainicjowała wszelkie procesy.

Przy pisaniu „Wyprawy po śmierć” inspirował się pan przygodami pańskich dzieci. Można powiedzieć, że to chyba najbardziej osobista z pańskich powieści. Na razie jednak nie doczekała się swojej „papierowej” wersji.

Tak, to ciekawy eksperyment i podziękowanie złożone moim dzieciom, za to, że są.

 

„Wyprawa po śmierć” ukazała się w formie e-booka i audiobooka, ale na razie brak planów dotyczących wydania papierowego.

 

To doświadczenie nie tylko związane z wpleceniem autentycznych, choć nieco zmodyfikowanych przygód, jak wyprawa do Australii, wyjazd z chórem do USA czy wakacyjna praca w Anglii, ale sama konstrukcja powieści jest nieco inna. Składa się jakby z dwóch niezależnych opowieści: współczesnej, przygodowej w stylu dzieł Dana Browna i historycznej relacjonującej wyprawę wikingów do skandynawskiego piekła. Zbiegają się one w mam nadzieję zaskakującym finale.

Do napisania jednej z powieści pańską inspiracją były dzieci i ich przeżycia, jakie inne osoby i wydarzenia wpływają na pana twórczość?

Nie potrafię wskazać konkretnie kto i w jakim zakresie wpłynął na moją twórczość. To tak, jakbyśmy próbowali jedząc po raz pierwszy w życiu pyszne ciasto, wyodrębnić po smaku wszystkie jego składniki. Dzieci były inspiracją w eksperymentalnej powieści „Wyprawa po śmierć”, która łączy w sobie cechy literatury przygodowej, sensacyjnej i historycznej. Wiele książek powstało w takiej a nie innej formie, bowiem tą drogą wiodła historia na podstawie której je pisałem. Ja pełniłem tu rolę pająka, który w sieci utkane z gawędziarstwa chwyta fascynujące fakty.

Przygotowując się do pisania „Wyprawy po śmierć” natknął się pan na informacje, które legły u podstaw „Australijskiego piekła”.

Mapka z powieści

radoslaw lewandowski 8

Źródło: materiały własne autora

 

Tak w pisarskim życiu bywa. Zresztą, to Stephen King twierdzi, że praca pisarza przypomina robotę górnika i czasem trafi się na kawałek węgla, a niekiedy na diament. Takim szlachetnym kamieniem w moim przypadku było odkrycie historii związanej z pierwszą obecnością Europejczyków u wybrzeży Australii. Makabrycznej historii, dodam.

 

Tak powstała powieść rozmachem i klimatem nieustępująca „Buntowi na Bounty”. Przedstawiłem w niej burzliwe losy bohaterów w ogniu wojny trzydziestoletniej w czasach: kardynała Richelieu, Kartezjusza, Olivera Cromwella i procesów czarownic. Więcej, czytelnik wyruszy na morską wyprawę pełną podstępów, szaleńczej odwagi, honoru i… miłości. Wszystko w otoczeniu nieskrępowanej przygody: lądowych batalii, morskich bitew i wypraw w głąb Czarnego Lądu.

Kilka opinii o książce:

"Australijskie piekło” to napisana z rozmachem epicka opowieść o zdradach, namiętnościach i walce o przywództwo. bookhunter.pl
Klimatyczna, wciągająca w świat siedemnastowiecznych marynarzy opowieść pełna zaskakujących wydarzeń i niesamowicie szczegółowych opisów. nakanapie.pl
Czas zatopić się w tej historii i poczekać, co morze wyrzuci na brzeg: bohaterskie czyny czy gorycz porażki? „Australijskie piekło” ma dla każdego inne oblicze. dużeka.pl
„Australijskie piekło” to marynistyczny mariaż historii z literaturą, popkulturalny ewenement podsycany bryzą ludzkiej niedoli. Polecam! sztukater.pl

Każda z pańskich książek wymagała żmudnego reaserchu, wielu miesięcy spędzonych w bibliotekach na „przekopywaniu się” przez materiały historyczne i powieści poświęcone opisywanym przez pana wydarzeniom. Jak długo trwa napisanie jednej powieści?

Dla każdego ten czas będzie inny. W moim przypadku napisanie powieści trwa rok. Oczywiście wersja wstępna powstaje niekiedy szybciej, ale potem trwa żmudny okres dojrzewania tekstu i sprawdzania, dojrzewania i sprawdzania… Najwierniejszymi czytelnikami książek, są ich autorzy.

A ile książek trzeba przeczytać, aby stworzyć jedną powieść?

A ile potraw musi stworzyć kucharz, by zostać mistrzem w zawodzie? Nikt tego nie policzył, choć zapewne bardzo dużo. Podobnie z pisaniem.

„Australijskie piekło” wydał pan jako self-publisher. Proszę powiedzieć naszym czytelnikom, co trzeba zrobić, by wydać książkę własnym nakładem.

Musimy zmierzyć się z dwoma blokami problemów:
Fizyczne wydanie powieści
Promocja i sprzedaż dzieła

 

W punkcie pierwszym musimy znaleźć i opłacić: autora okładki, redakcję, podwójną korektę (przed i po składzie), skład i łamanie tekstu, druk. To ta prostsza część zadania.

 

W ramach promocji i sprzedaży powinniśmy umieć podnieść się za włosy, niby sam Munchausen. Dosłownie.

 

Ja stworzyłem specjalnie w tym celu księgarnię https://radeklewandowski.pl/. Prowadzę aktywnie dwa fanpejdże na FB. Nawiązałem współpracę z grupą książkowych blogerów, którzy wsparli premierę. Udostępniłem moje książki w hurtowni księgarskiej, poprosiłem o pomoc duże portale i to ledwie początek. Na szczęście, historia jest na tyle dobra, że czytelnicy chętnie po nią sięgają. Na lubimyczytać.pl ma notę 8,7/10 pkt; na stronie empik.com 5/5 pkt; na stronie legimi.pl 4,2/5 pkt; na stronie storytel.com 4,5/5 pkt; na stronie granice.pl 6/6 pkt. To ważne dla pisarza, by czytano efekty jego pracy. W innym przypadku, po co to wszystko?

 

Dzięki self-publishingowi czytelnik dokonując zakupu książki, wspiera jej autora a nie dużego wydawcą. Musimy sobie bowiem zdawać sprawę, że wydawnictwo z każdego egzemplarza „odpala” autorowi dwa, trzy złote. Minus podatki, rzecz jasna.

Co kierowało panem przy publikacji na swojej stronie poradnika dla self-publisherów? Chęć pomocy początkującym autorom a może tworzenie pewnej przeciwwagi dla tego, co oferują wydawnictwa?

Wieloletnia współpracą z wydawnictwem z głównego nurtu, doprowadziła mnie na rozstaj dróg. W lewo – nie zmieniam nic, w prawo – życie wychodzi z morza na ląd. To naturalny proces ewolucji, więc wybrałem self-publishing. Oczywiście, gdyby moje książki sprzedawały się w setkach tysięcy egzemplarzy, pozostałbym w morzu bo cieplej, wygodniej i bezpieczniej. Jednak w Polsce pisarzy utrzymujących się z samego pisania jest tylu, ile palców u obu dłoni starego drwala. Stąd taka a nie inna decyzja. Zaznaczę przy tym, iż zagrożenia na lądzie przekroczyły moje oczekiwania: piekące słońce, ciągłe pragnienie, drapieżniki które chcą cię pożreć i roślinożercy gotowi usiąść na tobie przez nieuwagę.

 

Zebrałem sporo doświadczeń i chęć ułatwienia innym drogi, popchnęła mnie do napisania tego darmowego przecież poradnika, który udostępniam na stronie https://radeklewandowski.pl/. Zawarłem w nim gotowe recepty, kontakty do osób zajmujących się okładkami, ranking redaktorów i korektorów, namiary na ciekawe drukarnie. Więcej, opisałem to, co dla każdego self-publishera najtrudniejsze – marketing powieści i sposoby dystrybucji łącznie z metodą stworzenia własnego sklepu.

Rozmawiały Milena Guzik, Marta Nehring, Daria SienkiewiczPortal Sztukater.pl

Współpracujemy z:

BIBLIOTECZKA

Karta Do Kultury

? Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
*obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
*dodawać je do ulubionych
*polecać innym czytelnikom
*odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
*listować pozycje, które posiadasz
*oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!
  • Zobacz Mini Tutorial