Joanna Lampka

Informacje Personalne:

  • Narodowość: Polska
  • Język: Polski
  • Obywatelstwo: Polskie
  • Twórczość:

    "Czy Wiesz, Dlaczego Nie Wiesz, Kto Jest Prezydentem Szwajcarii”

    „Szwajcaria I Liechtenstein. Inspirator Podróżniczy”

    „Szwajcaria, Czyli Jak Przeżyć Między Krowami A Bankami. Bilet W Jedną Stronę”

    „Gwiazda Północy, Gwiazda Południa”

Biografia:

Joanna Lampka – urodzona w Lublinie w 1982 roku. Pisarka, tłumaczka i nauczycielka języka polskiego dla obcokrajowców. Autorka popularnego bloga „Szwajcarskie Blabliblu” (blabliblu.pl) przedstawiającego w lekki sposób życie polityczne, społeczne i kulturalne Szwajcarii. Od kilku lat mieszka w niewielkim miasteczku Morges we francuskojęzycznej części Szwajcarii. Uwielbia bezludzia i włoskie wino. Znajduje spokój w chaosie.

 

Joanna Lampka zadebiutowała w 2017 roku książką „Czy wiesz, dlaczego nie wiesz, kto jest prezydentem Szwajcarii” wydaną przez Wydawnictwo Pafere. W 2019 roku napisała przewodnik turystyczny „Szwajcaria i Liechtenstein. Inspirator Podróżniczy” wraz z Wydawnictwem Pascal. Rok później, z tym samym wydawnictwem wydała książkę „Szwajcaria, czyli jak przeżyć między krowami a bankami. Bilet w jedną stronę.” W czerwcu 2020 roku ukazała się jej pierwsza powieść – historia szpiegowska w klimacie fantasy, „Gwiazda Północy, Gwiazda Południa” (Wydawnictwo AlterNatywne). „Gwiazda…” jest pierwszą częścią cyklu „Mistrz Gry”. Druga część jest w przygotowaniu.

Wywiad:

Dlaczego utożsamia się Pani akurat z carycą Katarzyną jako poprzednim wcieleniem?

Bo mam cholernego pecha. Czymś sobie musiałam na to zasłużyć, nieprawdaż? Jak spadać to z wysokiego konia, a wyżej niż Katarzyna II Wielka trudno sobie wyobrazić. Pewnie stara niania powiedziała małej Kaśce(a właściwie Zosieńce) „zachowuj się ładnie, bo w następnym wcieleniu będziesz polską pisarką zagryzającą wódkę grzybkami w occie”. Na to Kaśka (a właściwie Zosieńka) po swojemu pokazała niani język i niania dodała „no dobra, w twoim przypadku to chyba nawet nie będziesz miała na grzybki”. No i się doigrała. Znaczy… ja się doigrałam.

A tak poważnie, to trudno znaleźć kobietę potężniejszą, bardziej głodną życia i o większych jajach niż Caryca Katarzyna. Było co najmniej kilka potężnych, wiele czerpiących z życia garściami, sporo kobiecych rozbójniczek, ale znajdziecie jeszcze jakieś kombinacje tych trzech cech?

A więc to bardziej kwestia identyfikacji niż faktycznego poczucia jedności? Z tego co pamiętam, Katarzynavel Zofia Fryderyka Augusta potrafiła wybitnie posługiwać się pionkami, co rzecz jasna w przypadku władcy państwa jest właściwe i przydatne – nie wiem, czy w przypadku pisarza?

I potrafiła z gracją i bez zmrużenia oka poświęcać swoje pionki i strącać z planszy królów i na smyczy trzymać filozofów Europy jak śpiewał Kaczmarski. Faktycznie, z Carycą Katarzyną utożsamiam się bardziej jako demiurg mojego świata w głowie niż w realnym życiu, gdzie nierzadko zaciskam zęby z bezsilności. No ale c’est la vie, każdy z nas chodzi na postronku swoich powinności.

Główna bohaterka Pani powieści ,,Gwiazda Północy, Gwiazda Południa’’ jest tajną agentką, której w trakcie misji towarzyszą żołnierki. Czy w swojej książce stara się Pani uciec od narzuconych kulturowo kobiecych i męskich ról?

Wręcz odwrotnie. Moje bohaterki bez względu na swoje działania, czy niewątpliwie męski zawód, jaki wykonują, tkwią w sidłach systemu, który narzuca im tradycyjne role. Mogą być w kontrze do systemu (notabene, wcale nie są), działać w ciemnej strefie (to już bardziej), ale zawsze funkcjonują w odniesieniu do niego. Nie są wolne. Całkiem tak jak my. Wolność? Phi. Złudzenie.

Czy feminizacja otoczenia protagonistki powieści jest formą deklaracji własnych poglądów i podejścia do życia?

Bardziej własnych tęsknot za taką prawdziwą, bliską, kobiecą przyjaźnią. Dosłownym „dałabym się za nią pokroić”. Natomiast nie otaczam się wyłącznie dziewczynami. Raczej uważam, że zdrowa równowaga w tym względzie jest - no właśnie – zdrowa. A feminizacja otoczenia protagonistki jest, tak jak wiele rzeczy w tej powieści, symboliczna. Dorastała w końcu w całkowicie innej konfiguracji – z sześcioma braćmi. Północ-południe, dwa lustra, pierwiastek męski i kobiecy - w powieści skontrastowałam ze sobą chyba wystarczającodużo przeciwności, żeby to nie mógł być przypadek.

A co to oznacza, nie powiem. Nie tylko dlatego, że byłby to spojler. Autor tłumaczący się ze swoich konceptów? To byłoby przede wszystkim żałosne. Kto zrozumiał albo układa sobie powoli w głowie pewne wzory, puszczam autorskie oczko.

Jaka jest prywatnie Joanna Lampka? Niepokorna, jak Aline, bohaterka powieści „Gwiazda…”?

Pragmatyczna jak Aline, cyniczna jak Aline i oportunistyczna jak Aline. Zalety Aline pożyczyłam od koleżanek.

Co stanowiło największe wyzwanie przy zmianie gatunku z gawędziarsko-przewodnikowego na zupełną fikcję, którą reprezentuje "Gwiazda Północy, Gwiazda Południa"?

Tak naprawdę najpierw była „Gwiazda…”, a potem cała reszta. Kolejność wydawania nie pokryła się z kolejnością, w jakiej zostały napisane, jak to bywa na naszym polskim, cudownym rynku wydawniczym.

Ale w rzeczywistości, na co dzień mieszam non-fiction i beletrystykę. Rano piszę artykuł o systemie politycznym Szwajcarii, a wieczorem kończę kolejny rozdział cyklu Mistrz Gry (którego pierwsza część to właśnie „Gwiazda…”). I podczas gdy wejście w świat faktów nie stanowi problemu, tak rozpoczęcie wędrówki przez przestworza Kontynentu Zachodniego bywa trudne i bolesne. Codzienność, maile, telefony, obowiązki potrafią skutecznie wybijać ze świata w głowie.

Nagłe przejście między gatunkami tak odległymi, jak przewodniki i fantastyka, wydaje się zaskakujące i może budzić zaniepokojenie czytelnika, który poznał autora w „odmiennych okolicznościach”. Czy powieść poprzedziły jakieś próby talentu, choćby do szuflady lub wydane pod pseudonimem?

Macie, moi państwo, przed sobą pisarza-ducha we własnej osobie. Czy powinnam napisać pisarkę-duszkę? ;) A na wyznanie, co pisałam, mnie nie stać.

Może chociaż gatunek, do którego należały owoce tego działania?

Zdecydowanie non-fiction!

Z informacji, do których dotarliśmy, wynika, że „Gwiazda…” jest pierwszą częścią cyklu. Czy obwieszczanie cyklu już przy okazji wydawania pierwszej powieści nie jest nieco przedwczesne?

Nie jest, gdy się już ma gotowy cykl.

Poproszę zatem o zdradzenie, ile tytułów zawierać będzie „Mistrz Gry”.

Cztery. Co ciekawe, gdy ta historia zaistniała w mojej głowie, widziałam ją jako jedynaka książkowego. A potem zaczęłam pisać…

Czy następne części cyklu również zamierza Pani wydawać samodzielnie (w Wydawnictwie AlterNatywnym)?

Drugą część „Gwiazdy…” wydaję w tej samej oficynie, ale jednocześnie dokonuję apgrejdu – „Królowa Północy” wyjdzie nakładem Wieży Czarnoksiężnika. Nie próbowałam zmieniać wydawnictwa. Pewnie byłoby to możliwe, ale… mówiłam już, że jestem oportunistką?

Czy zamierza Pani związać swoje losy na dłużej z jakimś wydawnictwem?

Mówiłam już, że jestem oportunistką? ;)

Z Pascalem wydałam 2 książki i to na pewno nie koniec. W AlterNatywnym – niedługo również dwie, a co potem, zobaczymy. 

Nie umiem chwalić się, zagadywać, uśmiechać się, wdzięczyć,nawiązywać znajomości. Jestem z tych oldskulowych pisarzy-gburów, którzy jedyne co potrafią, to pisać. PR leży. Niedostosowanie do realiów kwitnie. Dlatego kiepsko widzę to moje podbijanie wydawnictw. I nie, nie żalę się. Lubię ekipę z Pascala, lubię ekipę z AlterNatywnego. Za dużo mam kontaktu z pisarzami wydającymi książki w tzw. wydawnictwach z pierwszej ligi, żeby mieć co do nich jakieś złudzenia.

Co do tych pisarzy czy co do tych wydawnictw? I kto w ogóle stanowi pierwszą ligę?

Co do tych wydawnictw, co do polskiego rynku wydawniczego, co do systemu, gdzie honorarium większości pisarzy jest mniej okazałą pozycją w budżecie niż drukarnia, a książki i tak się ściąga z Internetu i niewiele osób widzi w tym coś niewłaściwego. Natomiast za pierwszą ligę uważam te wydawnictwa, które jako pierwsze przychodzą nam do głowy, gdy myślimy o danym gatunku literackim. W stylu: Napisałaś reportaż? Idź do Czarnego!

Napisałeś fantastykę – idź do…?

No i tu mam problem, bo fantastycznym debiutantom doradzałabym wydawnictwo, któremu zdarzają się niewyobrażalne gnioty, więc określenie „pierwsza liga” byłoby tu mocno naciągane. Ale Fabryka Słów ma tak wielu die-hard fanów, że wydanie tam choćby fraszki zdaje mi się receptą na sukces komercyjny. A o to przecież debiutantom chodzi.

Czy pośród twórców fantastyki ma Pani swoich faworytów, idoli, którzy wyznaczają drogę w kreacji nowego świata, kreśleniu postaci, konstruowaniu narracji?

Wszyscy pisarze fantasy z mojego pokolenia mają jednego idola i jeśli któryś z nich mówi, że jest inaczej, zmyśla chcąc być oryginalnym.

Niejaki Andrzej Sapkowski nieźle przeorał nam mózgi.

Jeden z nielicznych elementów, który mu nie wyszły w Sadze Wiedźmina to postacie kobiece. Ale właściwie trudno w literaturze o naprawdę dobrą, dynamiczną postać kobiecą. Postać, która nie jest wyłącznie tłem dla głównego bohatera. W tym aspekcie, przyznaję, no dogs, no writers. Piszę tak, jak czuję.

Czym są Pani ulubione: muzyka „dla tych co lubią grać w grę”, książki „dla chłopców z cyckami”, sztuka „po której każda sztuka mięsa wchodzi jak złoto” i seriale „po których ma się rozbabrany mózg”?

Gdybym zaczęła wymieniać moje inspiracje artystyczne, nie starczyłoby nam gigabajtów. Może zamiast tego powiem, jaka stylistyka mnie kręci. Otóż zarówno w książce, jak i filmie szukam nieoczywistości. Nie lubię horrorów, które krzyczą „jestem straszny”. Wolę grozę, która wyłazi w czasie dnia zza nowoczesnej sofy NYHAMN z IKEI. Nie lubię dramatów, takich które płaczą już z okładki, historii o biedzie, raku i wszechobecnym syfie. Gdy jest za dużo dramatu w dramacie, szybko występuje u mnie przebodźcowanie i zamiast oczekiwanego katharsis zaczynam czuć fizyczne zmęczenie.

Za to wręcz uwielbiam te momenty, gdy zza krwi i brutalności, czy szalonej komedii wyziera coś delikatniejszego i głębszego. I śmiech czy krzyk zamieniają się w łzy. Klasycznym przykładem takiego cudownego melanżu jest mój ulubiony „Podziemny Krąg”. I książka i film, jakby ktoś pytał.

Dlatego być może jestem skazana jako pisarka na crossovery gatunkowe. W końcu „Gwiazda…” jest tylko po części książką fantasy. Równie dobrze można by ją sklasyfikować jako książkę akcji, sensację lub romans.

Jakieś dalsze plany wydawnicze? Czy zamierza Pani nadal się obracać w tematyce fantasy, czy też zająć się innymi gatunkami? Jak na dotychczasowe plany wpłynął kryzys pandemiczny?

Kolejną część cyklu „Mistrz gry” mieli już maszyna wydawnicza. Na razie nie mam kolejnych historii w tym gatunku w głowie. Za to mam porzuconą w połowie sensację –autofikcję i gotowy plan na postapo osadzone w Szwajcarii. Obecnie, gdy tylko pies się nade mną lituje, pracuję nad rozpisaniem w powieść jednego z rozdziałów książki „Szwajcaria, czyli jak przeżyć między krowami i bankami”. Rozdział nazywa się „Studnia Czarownic” i jest najczęściej wspominaną częścią książki w recenzjach. O tak, książka ma 385 stron i dużo różnych smaczków, a wszyscy i tak mówią tylko o starym, tajemniczym przewodniku górskim Klausie. Klaus zdecydowanie zasługuje na ciąg dalszy.

A więc ile tych powieści powstaje jednocześnie?

Tak naprawdę to ani jedna. Przepraszam, ale z powyższych wymienionych opcji ciągle wygrywa mój szczeniak z piszczącym jeżykiem w zębach.

Wydała Pani już kilka tytułów. Myśli Pani o sobie jako o pisarce, literatce?

Bynajmniej, jako o mechaniku samochodowym.

Przecież każdy wie, że pisarzem zostaje się dopiero po Noblu lub ewentualnie śmierci głodowej pod mostem.

Czy książki z Pani nazwiskiem na okładce ukazały się również na rynku szwajcarskim?

Nie.

A czy są jakieś zapędy, myśli, zalążki pomysłów w tym kierunku?

Nie. Bardziej ambitni niż ja są moi czytelnicy, którzy nieustannie suszą mi głowę o tłumaczenia skarżąc się, że nie mogą podzielić się emocjami czytelniczymi z bliskimi, którzy nie mówią po polsku. Chociaż chyba nie chodzi tu o ambicję, czy też jej brak. Ja po prostu nie mam czasu na kolejną rzecz na liście do zrobienia. Zarobiona jestem, targam ze szczeniakiem piszczącego jeżyka.

Jak wygląda Pani podejście do blogosfery po 7 latach tworzenia „Szwajcarskiego Blabliblu”? Gdzie według Pani padają na nią cienie, a gdzie blaski?

Po 7 latach blogowania wreszcie doszłam do takiego punktu, gdzie częściej zbieram owoce mojej pracy niż zasiewam ziarna. Większość rzeczy dzieje się z rozpędu. Osiągnęłam efekt kuli śniegowej i czytelnicy sami mnie znajdują, dla mediów jestem „panią Szwajcarią”, nawet wydawnictwa w kwestii książek o Szwajcarii stoją dla mnie otworem, przynajmniej do negocjacji.

A ja? Przyznaję, że jestem tym porządnie zmęczona. Męczą mnie oczekiwania, że będę regularnie dostarczać czytelnikom kontent wysokiej jakości. Książka „Szwajcaria, czyli jak przeżyć między krowami i bankami” była fajnym podsumowaniem mojej emigracji, taką kropką nad „i” mojego bloga i teraz właściwie mogłabym go zamknąć…

Ale nie chcę tracić kontaktu z czytelnikami. Dzięki blogowi poznałam mnóstwo wspaniałych, wartościowych osób, przeżyłam wiele przygód i podejrzewam, że jeszcze wiele przede mną. 

Odpowiadając na to pytanie nieco mniej osobiście: wielu twórców internetowychrobi wspaniałą robotę, inni nieco mniej wspaniałą, a jeszcze inni robią krecią robotę tym poprzednim. Bo oprócz fajnych treści, Internet zalewają opinie przedstawione w formie faktów, fakenewsy, miałkie treści, gnioty i reklamy.

Gdzie współcześnie możemy znaleźć treści wartościowe, nieskażone wspomnianymi wadami?

Nie wiem, bo jak obecnie ufać twórcom internetowym, skoro nawet (a może szczególnie) oficjalne media kłamią i sadzą błędy.

Ja idę za sercem. Gdy ktoś mi odpowiada poziomem wrażliwości, przywiązuję się do jego „dziecka”. A fakty zawsze sprawdzam. Sama też się mylę, więc to nie obsesja. Prawda?

Na swoim blogu deklaruje Pani, że nie jest to słup reklamowy, jednak dopuszcza współpracę marketingową na pewnych warunkach. Jakie jest Pani zdanie o reklamie natywnej, kryptoreklamie i reklamie tradycyjnej w blogosferze?

Nie mam nic przeciwko reklamie na blogach, jeśli sam autor jest przekonany do reklamowanego produktu. To przecież naturalne: gdy gdzieś byłam i czegoś używałam, chcę się podzielić opinią na ten temat z moimi czytelnikami. Dążę do tego, żeby wszystkie współprace na moim blogu były oparte na reklamie natywnej, czyli żeby to były nieinwazyjne, a ciekawe treści. No i staram się mówić, jak jest. Jeśli produkt ma według mnie jakieś wady, nie ukrywam tego. Coraz więcej reklamodawców rozumie, że to również w ich interesie. W końcu nikt nie wierzy w laurki, a lekka krytyka może nawet pomóc w promocji. Jak wiele razy czytałam w komentarzach: „Ja to tak mam, że zawsze muszę sama sprawdzić”.

Cofnijmy się do momentu, gdy zdecydowała się Pani wyjechać z Polski… Czy była to długo planowana decyzja, a może impuls? Długo szukała Pani swojego miejsca na świecie? Co sprawiło, że akurat Szwajcaria, a nie - choćby tak popularne swego czasu kierunki emigracyjne: Wielka Brytania, Francja, Niemcy?

Gdybym miała podążać za sercem, wylądowałabym gdzieś w Skandynawii, Kanadzie czy na Alasce. Gdzieś, gdzie łatwiej spotkać przygodę niż człowieka. Tak się jednak nie stało, mimo że… podążyłam za sercem. Tą metaforę trzeba rozumieć nieco inaczej. Mianowicie, poznałam Szwajcara. Po długim okresie wykradanych codzienności weekendów musieliśmy zdecydować. No i tak jakoś wyszła ta Szwajcaria.

Jakie miała Pani obawy przeprowadzając się do Szwajcarii? Czy czuła się Pani ,,typową’’ emigrantką?

Nie miałam żadnych obaw. Wręcz odwrotnie, byłam niepoprawną optymistką. Wierzyłam, że szybko znajdzie się świetna praca, nauczę się języka, znajdę przyjaciół… A jeśli nie, to wrócę – specjalnie nie paliłam mostów, gdyby mi się nie udało. Rzeczywistość szybko i brutalnie zweryfikowała moje plany.

Zatem jak wyglądały pierwsze dni, tygodnie, miesiące?

Na początku radośnie rzuciłam się na naukę francuskiego i szukanie pracy. Francuskiego się nie nauczyłam (na kursach), pracy nie znalazłam (przez portale).

Po kilku miesiącach beztroskie wakacje minęły jak sen, apobudka nie była miła. Coraz mocniej do mnie dochodziło, że nie mam idealnego profilu dla szwajcarskich pracodawców, zdolności językowych ani przyjaciół. I dobrze. To kryzysy, jak wynika z mojego doświadczenia, konfrontują nas z samym sobą i pozwalają nam zweryfikować, czy naprawdę idziemy właściwą drogą.

Więc tak – przekwalifikowałam się, a języka nauczyłam na ulicy. I dopiero gdy zmieniłam życie, poczułam, że znalazłam to, co powinnam robić od samego początku.

Co trzeba mieć, żeby odnaleźć się w nowym państwie tak, jak Pani? Znajomości, szczęście czy silny charakter?

Trzeba być elastycznym, potrafić zmienić zawód, pozycję społeczną, pogodzić się z tym, że być może, żeby pójść do przodu, trzeba będzie zrobić kilka kroków w tył… lub w bok. Szczęście też się przyda, jak zawsze. Znajomości nie zaszkodzą, ważne jednak, żeby nie budować dookoła nich całego swojego życia na emigracji. Na przykład nie oczekiwać, że kuzynka stryja znajdzie nam pracę, mieszkanie i będzie za nas załatwiać wszelkie sprawy urzędowe. Bo kuzynka stryja, może się okazać straszną heterą, ale może też po prostu nie mieć takich możliwości albo kiedyś nie być dostępna, gdy będziemy czegoś potrzebowali. Dlatego najlepiej budować wszystko od początku samemu.

Z racji wykonywanego zawodu ma Pani kontakt z Polonią. Jak odbierani są nasi rodacy przez Szwajcarów i jak Polacy odnajdują się w innych realiach? Jaki jest wizerunek Polski i jej obywateli w Szwajcarii? Czy zdarzyło się kiedyś Pani przełamywać stereotypy dotyczące ojczyzny?

Polacy w Szwajcarii mają opinię bardzo dobrych pracowników i fachowców. Zwykle bardzo dobrze i szybko się integrujemy, co ma swoje zalety i wady. Z jednej strony nie tworzymy polskich gett, którychwadą jest to, że po kilkunastu latach Polacy nadal nie mówią w języku kraju emigracji. Z drugiej strony nie widać nas, więc trudno nam stworzyć wspólny front. Patrzę czasem na „londyńczyków”, którzy mają do dyspozycji polską lokalną prasę, sklepy, restauracje i zazdroszczę. Szwajcaria stoi na przeciwnym biegunie.

A więc polska emigracja w Szwajcarii to społeczność cicha i mało skonsolidowana?

Na co dzień i owszem. Choć potrafimy przekrzyczeć samych Szwajcarów w strefach kibica podczas meczów Polska - Szwajcaria! Mecze to chyba jedyne wydarzenia, które nas gromadzą bez względu na przekonania czy zainteresowania.

Potrafimy się oczywiście zbierać w małe społeczności „matek w Zurychu”, „sportowych”, „kulturalnych”, działają tu DKF-y i polskie kościoły, a na moich wieczorkach autorskich zawsze mam komplet.

Jak zdefiniowałaby/określiłaby Pani polski syndrom emigracyjny? Czy można w ogóle mówić o istnieniu czegoś takiego?

Nigdy o tym nie słyszałam. Czy chodzi o to, że jeszcze nie mówi się w języku kraju emigracji i już nie mówi się po polsku?

Jeśli tak, to ostatnio miałam podobne doświadczenie. Opowiadałam dziennikarce z Polskiego Radia Czwórka o szwajcarskich mieszkaniach i za żadne skarby nie mogłam sobie przypomnieć jednego słowa. Co ciekawe, nadal go nie pamiętam. Chodzi o częsty w Szwajcarii sposób malowania ścian, coś co było u nas popularne w komunie. Ściany wykonane w ten sposób są szorstkie i porowate. Po francusku nazywa się to crépie, a jak to się nazywa po polsku?... Ech, trochę musi być prawdy w tym syndromie.

Czy uważa Pani, że perspektywa emigracyjna wyzwala większą wrażliwość obserwacji otaczającego świata?

Zdecydowanie! Oddalenie się na dłużej od miejsca, w którym się wychowaliśmy daje nam świetną perspektywę. Zaczynamy dostrzegać, że pewne rzeczy, które były dla nas oczywiste, gdzieś indziej działają inaczej i o wiele lepiej (lub o wiele gorzej). Że „nie da się” i „bo tak” to bzdury używane do tego, żeby obronić wygodne status quo tych, którzy czerpią z niego korzyści. Emigracja pozwala również wyzbyć się polskocentryczności. Nagle dowiadujemy się, że ani nie jesteśmy najważniejsi, ani nawet ważni. Jak wszystko, ma to dwie strony. Z jednej, coś, co nas ekscytuje i sprawia, że pękamy z dumy, w mediach światowych jest ledwo zauważane, albo szybko przebrzmiewa. Z drugiej, słabo zauważane są również wpadki naszych polityków. Trudna prawda – jesteśmy traktowani jak peryferia Europy. W Szwajcarii mówi się o Francji, Niemczech, Wielkiej Brytanii lub Stanach. O Polsce wyjątkowo rzadko.

Czy Szwajcaria jest mniej konserwatywnym państwem niż Polska?

Jeszcze niedawno wahałabym się, bo Szwajcaria ma dwa oblicza. Jedno konserwatywne, nawet ryzykowałabym stwierdzeniem, że bardziej konserwatywne niż oblicze Polski, drugie liberalne, do tego stopnia, że potrafi oburzać młodzież i feministki. Jednym z elementów szwajcarskiego konserwatyzmu jest mentalność odnośnie spraw kobiecych i tradycyjnych ról przypisywanych płciom. Powiedziałabym wtedy nawet, że my, Polacy, jesteśmy w tym względzie o wiele bardziej uświadomieni.

Z drugiej strony jednak w Szwajcarii prostytucja i samobójstwa asystowane są legalne, niepełnosprawni mają swoich asystentów seksualnych, marihuana jest tolerowana i nawet kościół ewangelicko – reformowany akceptuje małżeństwa jednopłciowe.

Ale ostatnie wydarzenia sprawiły, że nie mam wątpliwości. Patrząc na obecną sytuację związaną z protestami kobiet odnośnie decyzji Trybunału Konstytucyjnego i na postulaty protestujących (sic!), które chcą wrócić do ultrakonserwatywnego kompromisu aborcyjnego stwierdzam, że światopoglądowo Polska jest nawet jeszcze bardziej na prawo od prawej strony w państwach zachodnich.

Polki uzyskały prawa wyborcze w 1918 roku, natomiast Szwajcarki ponad 50 lat później. W którym z tych państw dziś łatwiej żyć kobietom?

Trudne pytanie, bo jak powiedziałam wyżej, Szwajcaria ma wiele za uszami w kwestii kobiet. Łączenie pracy i rodziny nadal większości Szwajcarom nie mieści się w głowie. 

Z drugiej strony, zauważyłam, że równouprawnienie według Polaków to przymus, żeby kobieta pracowała na 100% i na 100% zajmowała się dziećmi i domem. Dodatkowo, kobiety są nieustannie napiętnowane ze względu na swoje wybory. Są albo „wyrodnymi matkami” albo „madkami” albo „karierowiczkami”. 

Dlatego, przewrotnie odpowiem, że łatwiej jest w Szwajcarii. Może państwo aż tak nie pomaga, ale też nie ma tej presji otoczenia.

Czego od Szwajcarów mogą uczyć się Polacy? A czego Szwajcarzy od Polaków?

My powinniśmy nauczyć się szwajcarskiego konsensusu, zorganizowania i praworządności. Szwajcarzy powinni podłapać naszą spontaniczność, kreatywność i elastyczność w kryzysie. No i w końcu „nasi” mają zawsze plan B, a jak ten nie wyjdzie, to do Ż są jeszcze co najmniej 24 litery!

Szwajcaria to kraj, w który krowy latają. Jakie jeszcze inne niecodzienne sytuacje można tam spotkać?

Ano latają. Gdy zranią się na hali, do weterynarza najczęściej lecą podwieszone do helikoptera na linie. Lecą sobie omiatając filozoficznym krowim okiem panoramę Alp. Zawsze się zastanawiam, gdy patrzę na te stoickie krówki, czy szwajcarska trawa to na pewno trawa, a nie „trawa”.

Zostając w temacie tych uroczych zwierząt, bardzo ciekawe są jesienne spędy krów z hal. Stada schodzą w uroczystym pochodzie, pastuszkowie jodłują, przystrojone kwiatami, flagami i dzwonami krowy muczą. Uroczy folklor!

Kolejny hajlajt jesieni to tradycyjne targi. Na przykład w Aarau odbywa się targ marchewki, a w Bernie – cebuli. Te imprezy zaczynają się o 5 rano, co oznacza, że już o świcie trudno znaleźć trzeźwego.

Z innej beczki: w każdym większym mieście są tzw. czerwone dzielnice. W niektórych funkcjonują czerwone okna jak w Amsterdamie, inne mają sex-boksy, czyli coś w stylu burdelowego drive-inu. Działa to tak, że z okna samochodu wybiera się prostytutkę, z którą następnie można uprawiać seks w czymś w rodzaju garażu. Wszystko z błogosławieństwem władz miasta.

W jednym z przewodników pisała Pani również o Liechtensteinie. Kraj ten do dzisiaj jest dosyć zagadkowy dla dużej części naszego społeczeństwa. Jak mogłaby Pani go przybliżyć w kilku zdaniach naszym rodakom, którzy planują odwiedzić w przyszłości ten zakątek świata?

Zwykle do Liechtensteinu jedzie się z ciekawości lub po kolejną pieczątkę w paszporcie. I faktycznie, Liechtenstein da się zwiedzić w weekend. Ale jak już tam będziecie, wywieźcie stamtąd lokalne wino i znaczki pocztowe. Znaczki pocztowe to nieoceniony prezent dla kolekcjonerów, natomiast wina z Liechtensteinu są świetne i nie da się ich kupić poza tym małym krajem.

Mieszka Pani we francuskojęzycznej części Szwajcarii i według Pani największym minusem Romandii jest wysokie bezrobocie. Czy nie miała Pani problemów z zatrudnieniem?

Miałam, miałam :). Nawet dzięki temu zrezygnowałam ze świetlanej kariery w korpo i zajęłam się tłumaczeniem, uczeniem polskiego i pisaniem. „Dzięki”, „zrezygnowałam” i „świetlanej” powinniście przeczytać lekko unosząc kąciki ust w sarkastycznym grymasie.

Część francuskojęzyczna Szwajcarii jest przepiękna i pracy tu na pierwszy rzut oka nie brakuje. W końcu to tu znajdują się siedziby niezliczonych korporacji i organizacji międzynarodowych. Pełno tu takich również, którzy myślą, że z łatwością gdzieś się zaczepią. No właśnie, jak widać, niekoniecznie.

Na blogu czytamy, tu cytuję: "Zaryzykuję stwierdzenie, że niektórzy wolą Francję właśnie dlatego, że o wiele spraw nie trzeba się martwić – jest tam mniej obostrzeń regulujących życie sąsiedzkie, a pralka w łazience jest standardem, a nie, jak to często bywa w Szwajcarii, dobrem luksusowym." Może Pani przybliżyć jak wyglądają realia codziennego życia sąsiedzkiego? Skąd te wszystkie obostrzenia, limity, zakazy?

Faktycznie, w Szwajcarii nie ma takiej wolnej amerykanki jak w Polsce, jeśli chodzi o sprawy sąsiedzkie, ale też nie powiedziałabym, że jest tu tak sztywno i strasznie, jak to się czasami opisuje. Wiele zależy od sąsiadów. Jeśli dzielimy ściany z kimś, kto jest wyjątkowo upierdliwy, możemy faktycznie przeżyć koszmar, ale tak jest wszędzie, w Polsce też.

A jeśli chodzi o dziwne przepisy: mamy ciszę nocną od 22 do 7 i ciszę… poobiednią od 12 do 13:30. W większości mieszkań nie ma pralki. Pralki zwykle są wspólne i znajdują się w piwnicy, a lokatorzy piorą zgodnie z rozpisanym harmonogramem. Każdy ma wyznaczone miejsce do parkowania - jedno, dwa lub wcale – to zależy od wynajmowanego mieszkania. Przy blokach znajdują się również miejsca do parkowania dla odwiedzających. Nie można tam codziennie zostawiać samochodu, a goście muszą umieścić za szybą karteczkę z informacją, do kogo się udają. To brzmi koszmarnie, ale po jakimś miesiącu człowiek przyzwyczaja się do tych reguł i przestaje o nich myśleć. No, może oprócz pralki. Gdy mieszka się w olbrzymim budynku z wieloma lokatorami ustalone godziny prania (np. w co drugi wtorek od 10 do 14) potrafią dać w kość.

Obostrzenia rzeczywiście wydają się drakońskie, i to chyba nie tylko z polskiego punktu widzenia. Jak podchodzą do tego tematu szwajcarscy sąsiedzi zza granicy?

Drakońskie? Ja tu chyba już za długo żyję, bo jestem przyzwyczajona. A, uwaga, trzeba pamiętać, że mam szczeniaka, który rozkręca awanturki średnio co pięć minut, a ostatnio świsnął sąsiadowi staruszkowi jego laskę i wiał z nią przez pół wsi… Nikt go jeszcze nie zaaresztował, ani nawet nie zwrócił nam uwagi.

A jak do tego podchodzą sąsiedzi? Szwajcaria jest na styku kultury romańskiej i germańskiej, więc zależy jacy sąsiedzi. Francuzom i Włochom trudno się dostosować do szwajcarskich reguł, Niemcy i Austriacy dziwią się, że w Szwajcarii taka „joie de vivre”.

Szwajcaria była jednym z najbardziej dotkniętych pandemią krajów, a mimo to stosowała dość łagodne, w porównaniu do innych państw, środki zapobiegawcze. Jakie jest Pani zdanie na ten temat?

Szwajcaria była pośród najbardziej dotkniętych koronawirusem krajów na świecie w czasie pierwszej fazy pandemii, a mimo to wprowadziła jedynie częściowe zamknięcie. I z o wiele łagodniejszymi środkami bezpieczeństwa niż w Polsce, we Włoszech, czy we Francji, całkiem nieźle i stosunkowo szybko poradziła sobie z wirusem. Dlaczego? Po pierwsze, Szwajcarzy raczej postępowali zgodnie z rozporządzeniami Rady Federalnej. Po drugie, Szwajcaria ma całkiem niezłą służbę zdrowia. Wielokrotnie bardziej dotknięta niż Francja przyjmowała francuskich pacjentów z przeciążonych szpitali w Strasburgu.

I dlatego, teraz, gdy uderzyła druga fala, Szwajcarzy raczej nie ekscytują się koronawirusem. Przynajmniej nie tak jak my.

Jak wyglądały szwajcarskie realia nauczania podczas koronawirusowego „lockdownu”?

Całkiem tak jak w Polsce. Szkoły i kursy przeniosły się do świata wirtualnego i to od nauczycieli zależała jakość i atrakcyjność lekcji.

Muzeum Polskie w Rapperswilu najprawdopodobniej będzie musiało wynieść się z zamku, na którym rezydowało od 150 lat. Co lub kto jest winne tej sytuacji? Jak wyglądają współczesne stosunki polsko-szwajcarskie i jak wypadają w porównaniu z przeszłością?

Los Muzeum Polskiego w Rapperswilu jest już przesądzony. Muzeum może zostać w zamku tylko do końca roku.

A kto jest winny?

Nie znam na tyle sprawy, żeby ferować wyroki. Rozumiem argumenty obu stron. Faktycznie, Muzeum Polskie w Raperswilu to wyjątkowe miejsce dla polskiej historii. No właśnie - dla polskiej historii. Nie dla historii Raperswilu, którym polscy bohaterzy niewiele mówią. Wyobraźcie sobie, co by było, gdyby zamek Książ zajmowało muzeum… Portugalii.

Szwajcarzy postanowili odzyskać swój zamek i proponowali Muzeum Polskiemu różne rozwiązania, jednak najwyraźniej żadne z nich nie spotkało się z akceptacją strony polskiej. Interweniowało nawet polskie MSZ u samego Ueliego Maurera, członka szwajcarskiej Rady Federalnej. Tyle że… rząd Szwajcarii nie ma żadnego wpływu na decyzje lokalnych władz. Zdaje się, że ktoś z naszego Ministerstwa kompletnie nie zrozumiał szwajcarskiego federalizmu.

Pani ulubiona postać z historii polskiej emigracji, która w swojej tułaczce zahaczyła o Szwajcarię?

Sporo słynnych Polaków przynajmniej otarło się o Szwajcarię – Mickiewicz, Sienkiewicz, Paderewski, Narutowicz – wymieniając tylko kilku. Trudno pośród nich znaleźć jednak kogoś, kto by wywołał mocniejsze bicie mojego serca.

Za to – niezbyt patriotycznie – mocniejsze bicie mojego serca wywołują liczni emigranci z innych krajów. Filozoficzny Nabokov, Hemingway, och Hemingway, magnetyczny David Bowie, czy moja sąsiadka wieczna Audrey Hepburn, przy grobie której bardzo dobrze się pisze. Szwajcarski spokój i dyskrecja działały i nadal działają jak magnez dla wielkich i utalentowanych.

Tęskni czasem Pani za ojczyzną? Co oznacza dla Pani termin patriotyzm?

Tęsknię, nie pamiętam ani jednego razu na lotnisku w drodze do Szwajcarii, gdy nie byłam tak smutna, że aż mi się łza kręciła w oku. Tęsknię za kuchnią polską, za przyjaciółmi, za polską kulturą przez duże i małe k, za rodziną.

Patriotyzm to dla mnie bardziej praca u podstaw dla kraju niż wymachiwanie szabelką czy… pięścią.

Czy interesuje się Pani bieżącą polityką Polski?

Wiem, co w trawie piszczy. Ale nieobsesyjnie, szanuję swoje jeszcze niesiwe włosy.

Na blogu pisze Pani, że Polska jest podzielona. Jak wygląda sytuacja w Szwajcarii, jakie nastroje panują w szwajcarskim społeczeństwie?

Ależ my od zarania dziejów jako ludzkość jesteśmy podzieleni między konserwatyzmem a liberalizmem, lewicą a prawicą, socjalizmem a kapitalizmem. W Polsce, w Stanach, Rosji, czy Szwajcarii dylematy zawsze będą takie same: zapewnić opiekę słabszym czy przeć do przodu, szanować tradycję czy stawiać na postęp, regulować czy pozwalać. Dyskusja, nawet bardzo gorąca między zwolennikami tych dwóch biegunów politycznych i społecznych jest normalna. Podział jest normalny.

Nienormalne jest natomiast odmawianie prawa drugiej stronie do wyrażania ich poglądów. Nienormalne jest życzenie komuś śmierci ze względu na to, kim jest, co myśli, o czym marzy, kogo popiera. Nienormalne jest wyrzucanie ludzi ze znajomych z facebooka, za to, że głosowali na kogoś, na kogo my nie głosowaliśmy.

To ostatnie to trochę żartem, a trochę nie.

Wyniesione z własnego doświadczenia?

Jak najbardziej, choć chyba to nic oryginalnego.Kto nigdy nie został wywalony z grona znajomych za poglądy, niech pierwszy rzuci kamieniem. Ostra krytyka, hejt, a nawet wyzwiska i groźby to chleb powszedni dla mnie jako blogerki, nie ma się czym emocjonować.

Po wyborach prezydenckich w Polsce napisała Pani na blogu post, w którym wyraziła złość na „swoich”. Kim są ci „swoi”?

Ci inteligentni.

W ostatnich latach Szwajcaria była zamieszana w afery: szpiegowską - firmy Crypto, korupcyjną w FIFA, Panama Papers oraz wiele innych. Jaki jest Pani pogląd na te zdarzenia? Czy nie nadwątliło to Pani zaufania w szwajcarskie instytucje i organizacje, które mają tam siedzibę?

Nie można nadwątlić czegoś, czego nie ma. Zdaję sobie sprawę z tego, że Szwajcaria lubi elegancko zmiatać pod dywan niewygodne tematy. A zresztą, jaki tam dywan. Egzotyczny kobierzec. 

Ale żeby zrozumieć Szwajcarię, trzeba zaakceptować, że ten kraj jest do cna pragmatyczny i wszystko co robi, robi w swoim interesie. Nie dla idei. To trudne do przyjęcia przez Polaków, dla których honor to nadal jedna z najważniejszych wartości.

A więc triada szwajcarska, zamiast „Bóg Honor Ojczyzna”, brzmiałaby: „Wolność Zysk Planowanie”?

Coś w tym jest! Choć brakuje „demokracji”. Z drugiej strony zauważyłam, że Polacy kompletnie nie rozumieją demokracji, więc może zamiast tego byśmy dodali „samodecydowanie”?

Na swoim blogu opisuje Pani, jak skomplikowana jest procedura uzyskania szwajcarskiego obywatelstwa. Czy mimo tego będzie się Pani o nie kiedyś ubiegać? Nie chciałaby Pani brać pełnego udziału w życiu politycznym Szwajcarii?

Chciałabym głosować w tych licznych referendach. Fascynuje mnie system demokracji bezpośredniej i dałabym wiele, żeby móc w nim uczestniczyć. Ale mam prawdziwy problem z tym, że razem z paszportem dostałabym miano Szwajcarki. Nawet gdy o tym myślę, jest we mnie głęboki sprzeciw. Jestem Polką z krwi i kości. Myślę po polsku. Piszę po polsku. Śnię po polsku. Nie jestem Szwajcarką i chyba nigdy nią nie zostanę.

Jakie ma Pani plany na przyszłość? Czy jest w niech miejsce na podróże poza Europę?

Pisać. Choć na razie mnie jako świeżo upieczonej właścicielce szczeniaka zdaje się to bardziej marzeniem niż planem. Marzą mi się również dalekie podróże, ale myślę, że na razie z obiektywnych przyczyn jest to nierealne.

Jakie jest Pani największe marzenie? Czy czeka nadal na spełnienie?

Chciałabym pisać i być czytaną. Podążam w tę stronę, ale jeszcze wiele przede mną.

Jakimi wartościami kieruje się Pani w życiu? Rodzina, kariera…?

A, to ja mam warto…? Taaaak, rodzina, kariera, wszystko, wszystko.

Staram się żyć tak, żeby sama się nie oszukiwać.

Na blogu Blabliblu można przeczytać, że nie lubi Pani fochów. A czy siebie określiłaby Pani jako humorzastą osobę?

Bardzo rzadko się denerwuję, ale gdy się tak porządnie wkurzę, to trzeba pryskać.

Jestem zwolenniczką zdrowych, oczyszczających atmosferę eksplozji emocji, po których można spokojnie iść spać. Ale życie nauczyło mnie zastanowić się kilka razy, zanim coś powiem, więc gdy robię długie „oooookej”, znaczy, że chłodzę wulkan. Chłodzę wulkan, a nie strzelam focha.

Fochów faktycznie nie znoszę. Gdy wyczuwam aluzje i niedopowiedzenia czy jakiekolwiek inne oznaki toksycznej manipulacji, ewakuuję się szybciej niż interlokutor zdoła powiedzieć „nie wiedziałem, że TAAAKA jesteś”. Zdaje się, że mam traumę.

Za to z chęcią o tym piszę. Temat manipulacji to jeden z najważniejszych motywów cyklu „Mistrz Gry”.

Jednym z czterech urzędowych języków Szwajcarii, obok francuskiego, niemieckiego i włoskiego, jest, tajemniczy skądinąd, język romansz. Czy wie Pani, jak będzie w nim brzmiało „dziękuję Pani za rozmowę”?

Ale w Sursilvan, Sutsilvan, Surmiran, Puter czy Vallader? Czy może w ujednoliconej, aczkolwiek sztucznej wersji języka romansz, czyli Rumantsch Grischun? A może zaproponuję jeden z dialektów alemańskich rodem z Zurychu, Bazylei lub alpejskiego kantonu Wallis? 

Jeśli nie, to merci beaucoup pour notre conversation !

Dziękuję za rozmowę – Jakub Skoczke, Portal Sztukater.pl

Współpracujemy z:

BIBLIOTECZKA

Karta Do Kultury

? Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
*obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
*dodawać je do ulubionych
*polecać innym czytelnikom
*odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
*listować pozycje, które posiadasz
*oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!
  • Zobacz Mini Tutorial