Anna Stryjewska

Informacje Personalne:

  • Twórczość:

    „Chłopiec Z Ulicy Wschodniej”

    „Głowa Do Góry, Matyldo!”

    „Mistrzowie Życia”

    „Pocałunek Morza”

Biografia:

Anna Stryjewska – pisze w czasie wolnym od pracy, choć swojej pasji chętnie poświęciłaby go więcej. Zadebiutowała w roku 2009 powieścią „Mistrzowie życia". Z kolei ostatnie miesiące przyniosły „Chłopca z ulicy Wschodniej", osadzoną w Łodzi opowieść o trudnym dzieciństwie, której genezę zdradza w naszym wywiadzie. Zawodowo prowadzi biuro nieruchomości.

 

Źródło zdjęć: https://web.facebook.com/AnnaStryjewskaStronaAutorska/

Wywiad:

Witam serdecznie!

Pani czwarta książka „Chłopiec  z ulicy Wschodniej” już jest na rynku, a dotychczas brakowało obecności autorki w życiu publicznym. Co na to wpłynęło?

W moim przypadku nie było łatwo zadebiutować, przebić się przez tę górę tytułów i tysiące nazwisk, które na rynku wydawniczym mają już ugruntowane pozycje. Przez wiele lat pukałam do drzwi Wydawców – niestety z miernym skutkiem. Mój debiut nastąpił bardzo późno. Długi czas pisałam tylko do szuflady. Wciąż szukałam własnej drogi tworząc nie tylko powieści obyczajowe, ale również literaturę dla dzieci, w tym baśnie, bajki, także opowiadania i poezję…  Powieści, które w ostatnim czasie ujrzały światło dzienne, były już napisane. Czekały widocznie na swój moment.

Zatem jeżeli ktoś chciałby zaprosić Panią na spotkanie autorskie bądź inną formę pozwalającą na bezpośredni kontakt, to w jaki sposób i przez kogo można aranżować wystąpienie?

Przez Wydawnictwo Szara Godzina, poza tym mój numer telefonu podany jest na stronie autorskiej.

W czym tkwi geneza powstania poszczególnych powieści?

Swoją debiutancką powieść zaczęłam pisać będąc bardzo młodą osobą, która jeszcze niewiele wiedziała o życiu. Byłam na etapie poszukiwań zmieszanych z młodzieńczą naiwnością i porywem serca. Pierwsze rozczarowania, wkroczenie w dorosłość, zderzenie się z brutalną rzeczywistością. Przyszedł też czas na macierzyństwo i związane z tym faktem poczucie odpowiedzialności za drugiego człowieka. Okoliczności powstawania poszczególnych powieści było bardzo dużo, ostatnią swoją książkę napisałam na podstawie doświadczeń wyciągniętych z pracy, obserwacji otoczenia oraz zmian jakie nastąpiły w ostatnim czasie.

Zatem czy wraz z wiekiem ulegały bądź całkowitemu przekształceniu losy bohaterów i ich wybory?

W miarę upływu czasu zmienia się spojrzenie na wiele spraw. To oczywiste.

Pani najnowsza powieść - "Chłopiec z ulicy Wschodniej", porusza trudny i bolesny temat wypełnionego przemocą dzieciństwa. Czy łatwo było unieść jego ciężar?

Impulsem do napisania tej historii była notatka kryminalna, którą kiedyś znalazłam w prasie. Pisano, że właśnie ujęto pewnego mężczyznę, który od wielu lat znęcał się nad swoją rodziną. Szczegóły tej sprawy wstrząsnęły mną na tyle, że postanowiłam o tym napisać, zwłaszcza, że ten temat był mi już wcześniej znany. Natychmiast przylgnął do mnie tytuł, który tym samym wyznaczył kierunek i miejsce akcji. Nie jest łatwo wkraczać w tak trudne, bolesne sprawy, które nie powinny się zdarzyć, zwłaszcza, że kreując swoich bohaterów – pozwalam im żyć w sobie tak długo, dopóki książka nie zostanie ukończona.

Główny bohater książki - kilkunastoletni chłopiec Gabriel, spotyka swojego "anioła stróża". Skąd pomysł na tego typu nadprzyrodzony akcent w tak mocnej i poważnej fabule opowieści?

Ten anioł ma taki symboliczny wymiar. Chodziło mi o siłę, pewną nadprzyrodzoną moc, która jest odpowiednikiem niezwykłej wiary i nadziei na lepsze. Anioł, który podaje rękę i prowadzi tam, gdzie chcemy akurat być, który jest przy nas wtedy, gdy zawodzą nas najbliżsi. W obliczu tylu zła musi być pozytywny akcent, który tchnie optymizmem i daje siłę przetrwania. To jak odwieczna walka dobra ze złem.

Ja odnoszę wrażenie, że jest to fantasmagoria nacechowana symbolami chrześcijańskimi, które nie każdemu mogą przypaść do gustu. Czy to był zamierzony efekt artystyczny, a może proklamacja wiary autorki poparta doświadczeniem życiowym?

Ładnie Pan to ujął. Zdaję sobie sprawę z tego, że nie każdemu taki efekt może przypaść do gustu, jednakże był od początku zamierzony.

Skąd czerpała Pani wiedzę na temat sytuacji dziecka wewnątrz rodzinnego kręgu "patologicznego piekła"?

O przemocy domowej usłyszałam od osoby z mojego bliskiego kręgu znajomych. Ta kobieta bardzo długo nie mogła wyzwolić się spod władzy męża tyrana. Celowo użyłam określenia -  władzy, ponieważ była nie tylko ofiarą przemocy fizycznej, ale także psychicznej. Przez lata manipulowana emocjonalnie przez męża, stała się kobietą uległą, bezwolną, zastraszoną, pełną wstydu, z zaniżoną samooceną. Długo myślała, że jej problem dotyczy tylko jej i rodziny. Dopiero interwencja z zewnątrz – w tym również pomoc psychologa – spowodowała, że zdecydowała się na odejście.

Takie rzeczy się działy, dzieją i będą działy. Czy ma Pani jakieś rady dla osób, które nadal tkwią w sidłach oprawcy?

Trzeba się przede wszystkim otworzyć na świat i ludzi, i pozwolić sobie pomóc. To nie jest łatwe, ale czasem się udaje.

W mojej ocenie główny bohater „Chłopca z ulicy Wschodniej”, mimo tak wielkiego bagażu bólu, smutku i dramatu, niesie optymistyczne przesłanie o tym, że żaden człowiek nie jest skazany na porażkę, choćby od najmłodszych lat los i życie usilnie starały się go do tego przekonać. Czy taki zamysł towarzyszył Pani podczas tworzenia?

Taki zamysł miałam od początku.
Nie ważne skąd jesteś, ile strachu i upokorzeń byłeś w stanie przeżyć – to tym sam decydujesz o tym kim się staniesz. Nie ulegniesz presji otoczenia, będziesz silny, pracowity, ambitny i zniesiesz wszystko. Pokażesz całemu światu, że tacy jak ty nie stoją z góry na pozycji przegranej, że mimo takiego bagażu doświadczeń można wyjść na prostą, czuć się szczęśliwym i dać szczęście innym. Będziesz jednym z niewielu, którym trauma nie złamała życia.

Powieść „Chłopiec z ulicy Wschodniej” liczy sobie niespełna 180 stron. Czy nie kusiło Panią, aby rozwinąć tę fabułę, opisać bardziej szczegółowo dzieciństwo głównego bohatera, czy choćby skupić się na okresie dorastania Gabriela?

Wiele razy próbowałam rozwinąć poszczególne wątki lub wpleść nowe. Nigdy mi się to jednak nie udało. Powieść w dziwny sposób zamknęła się przede mną. Zaniechałam więc dalszych prób.

Zatem uznaje ją Pani za niedokończoną czy niepełną? Czy do tematu głównego bohatera jeszcze Pani wróci?

Na razie nie mam takich planów.

„Chłopiec z ulicy Wschodniej” jest formą rozliczenia, spowiedzią czy też fikcją literacką nie mającą nic wspólnego z powyższymi?

Tak jak wspomniałam wcześniej opisałam prawdziwe wydarzenia zasłyszane gdzieś opierając się na własnych doświadczeniach, wyobraźni i obserwacji otoczenia.

W „Pocałunku morza” i „Głowa do góry, Matyldo” pojawiają się wątki śmierci ojca i tajemniczej kobiety (w przypadku Matyldy – ciotki). Czy obydwie powieści są literacką autopsją przeżyć i doświadczeń?

Cóż… trudne pytanie bo dotyka osobistych przeżyć. Pocałunek morza to taka rodzina opowieść, bo łączy losy mojej mamy, siostry i moje w jedno. W naszym życiu nie było ojca, może dlatego ten fakt nieco rzutuje na moją twórczość. Ciotka w „Matyldzie” została wymyślona na potrzeby książki, tak samo Maria w „Pocałunku morza”. Nie łączę z tymi postaciami szczególnych więzi, choć obie te kobiety pojawiły się w życiu bohaterek zmieniając je diametralnie.

Która powieść lub bohater zawiera najwięcej wątków autobiograficznych?

Każda z tych powieści jest częścią mojego „ja”.

„Głowa do góry, Matyldo!” skupia się na zmaganiach z poczuciem odmienności i wykluczenia. Czy treść możemy uznać za swoisty manifest, czy tylko zdawkowe, wręcz beletrystyczne podejście do tematu?

Bohaterka tej historii ma swój pierwowzór i tak jak Matylda żyła z poczuciem odmienności i odrzucenia. Przez wiele lat zmagała się z tym problemem, desperacko pragnąc prawdziwej przyjaźni. Była gotowa oddać swoje serce w zamian za odrobinę bezinteresownego zainteresowania swoją osobą. Niestety – w zamian otrzymywała jedynie gorycz kolejnej porażki. Wiem, że takich dziewczynek, czy chłopców może być bardzo dużo, dlatego zdecydowałam się  na napisanie tej powieści.

Czy można domniemać, że to Pani jest Matyldą?

Nie, nie chodzi tu o mnie.

Czy „Mistrzowie życia” to kartoteka zdarzeń oraz osobowości odwzorowujących przekrój wydarzeń historycznych, a może krytyczne spojrzenie na konsumpcjonistyczną rzeczywistość lat 90.?

Myślę, że jedno i drugie. Tak się stało, że znalazłam się w centrum tych wydarzeń. Miałam więc okazję przyjrzeć im się z bliska. Z racji tego, że powieść przeleżała jakiś czas w szufladzie mogłam również spojrzeć trzeźwo na pewne sytuacje, które już z perspektywy czasu nie wywołują tylu emocji i wzruszeń.

Co to za wydarzenia?

Na moich oczach powstawały firmy duże i małe, na moich oczach niektóre z nich upadały z czego rodziły się rodzinne dramaty, w tym również alkohol, spirala długów, zdrady.

Czy twórca obyczajowy, stając się adwokatem, prokuratorem a zarazem sędzią, powinien brać odpowiedzialność za wzorce decyzyjne, procesy zachowań oraz rozwiązania końcowe rzutujące na światopogląd bądź zasadność postępowania czytelnika?

Myślę, że na pewno. To przecież ważne jaki przekaz niesie treść książki. Zdarzają się jednak sytuacje i zachowania, które z zewnątrz wydają się nie do przyjęcia, a jednak się zdarzają. I co wtedy? Mam przemilczeć i nie pisać bo wszyscy się oburzą, czy właśnie zasygnalizować problem? Tak jak wspomniałam we wcześniejszym wywiadzie staram się nie oceniać i nie wydawać wyroków. Sądy i opinie pozostawiam Czytelnikom.

Nie uważa Pani, że w dobie konsumpcjonizmu literackiego samo zasygnalizowanie nie wystarcza? Co ze społeczną odpowiedzialnością wpisaną w zawód pisarza?

Myślę, że samo zasygnalizowanie problemu jest odpowiedzią na stanowisko pisarza. Opisanie pewnych zdarzeń odbiegających od przyjętych norm to również próba wychwycenia problemu i przedstawienia go szerszej publiczności. To trochę jak z obrazem. Malarz przedstawia jakąś scenę, ustawia na niej swoich bohaterów w różnych konfiguracjach, maluje tło, przemyca symbole, które mają za zadanie coś przekazać nadając jednocześnie pracy pogląd i charakter.

Co wyróżnia Pani powieści obyczajowe na tle środowiska literackiego?

W pewnym stopniu wyróżnia je pisanie prawdy, choć niekiedy brutalnej. Poza tym w moich powieściach poruszane są często trudne, niewygodne tematy, o których nie każdy chce wiedzieć.

Nie interesuje mnie cukierkowy świat pełen lukrowanych postaci, choć wiem, że i takie pozycje są potrzebne. Ja jednak wolę pisać do mniejszej grupy, ale takiej, która moje pisanie uzna za wartościowe.

Prawda jest pojęciem względnym. Czy na owo pojecie prawdy wpływ ma również wydawca zatwierdzający powieść do druku? Dlaczego Wydawnictwo „Jedność” nie kontynuowało z Panią współpracy?

Tak, prawda jest pojęciem względnym, nie mniej jednak są pewne fakty i mity. Jedne uznajemy za prawdę, a drugie za pewną filozofię dotyczącą życia. Zanim powieść pójdzie do druku przechodzi jeszcze przez etap redakcji, która może wpłynąć na ostateczny kształt książki.

Ostatnie pytanie nie powinno być skierowane do mnie.
Tak na marginesie chciałam tylko dodać, że fragment powieści „Głowa do góry Matyldo” zostanie umieszczony w podręczniku dla dzieci do klas 3 część druga „Szkolni przyjaciele”. Zostałam tą informacją mile zaskoczona.

Wiele powieści obyczajowych stało się protoplastą twórczości następnych pokoleń autorów sięgających po nowe rozwiązania hołdujące oryginałom. Czy Pani twórczość wpisuje się w owo zjawisko? A może rozpoczyna nowy fenomen?

Nigdy w ten sposób nie myślałam. Zawsze pisałam to, co mi aktualnie grało w duszy. Nie próbowałam ulegać modom, chciałam być wierna samej sobie, choć przyznaję, że były chwile kiedy popadałam w zwątpienie. W ostatnich latach modne się stały lekkie, przyjemne w odbiorze, ciepłe i wzruszające historie. Ja ze swoimi powieściami nie wpisywałam się w ten trend. Trudno mi się jednak wypowiedzieć na temat własnej twórczości. To wszystko zależy od wielu czynników, na które nie mam wpływu.

Proszę o krótkie zdefiniowanie twórczych impulsów zmierzających do dzieł skończonych. Dlaczego stanowią zaledwie wycinek losów bez domknięcia lub kontynuacji świata literackiego?

Osobiste przeżycia, wydarzenia toczące się obok, przyroda w całym tego słowa znaczeniu, inna utwory literackie… 

Kiedyś będąc w podróży zobaczyłam samotnie stojące drzewo w oddali. I to był ten impuls – napisałam wtedy baśń. Innym razem była to studnia z żurawiem lub rybak patroszący ryby. Za każdym razem powstawał utwór, którego zaczynem był właśnie ten niezwykły błysk stanowiący w danej chwili inspirację.

Od czego autor powieści obyczajowych zaczyna i na czym kończy swą twórczą drogę w obrębie jednego tytułu?

Najpierw jest pomysł na fabułę i bohatera. Tworzy się tło, wątki poboczne. W miarę rozwijania tematów przychodzi do głowy coraz więcej pomysłów, tworzy się nowe postacie i nowe wątki. Nigdy tak naprawdę nie znam zakończenia, choć na początku tej drogi wydawało mi się, że tak. W rezultacie sprawy przybierają inny obrót, a powieść zaczyna żyć swoim życiem. I to jest najbardziej fascynujące w procesie tworzenia.

Podobno początki są trudne.  Czy wsparcie otoczenia warunkuje sukces? A może proza życia skłania ku refleksji, którą autor uzewnętrznia poprzez publikację?

Początki są bardzo trudne. W moim przypadku była to raczej proza życia, która mnie nieustannie zaskakiwała, tym samym inspirując do tworzenia. W pewnym sensie pisanie stało się swoistą terapią i odskocznią od rzeczywistości. Nie należę do osób rozpychających się łokciami w dążeniu do realizacji obranych celów. Idę przez życie małymi kroczkami, ale zawsze do przodu. Nauczyłam się także cierpliwości i pokory. Wsparcie otoczenia zawsze jest potrzebne i daje dodatkową siłę. Mając poczucie, że ktoś w nas wierzy – mamy ochotę zdobywać szczyty.

Kto Panią wspiera?

Wspiera mnie najbliższa rodzina i wiele osób w gronie znajomych.

Kilka słów o pierwszym momencie, w którym myśl zostaje przelana na papier…

W moim przypadku najpierw pojawia się coś w rodzaju wewnętrznej euforii, później z kłębu myśli wyławiam jedno zdanie, które ma być kierunkowskazem i ogniskiem zapalnym do dalszej pracy.

W takim razie co czuje Pani po domknięciu tytułu przed publikacją?

Z jednej strony wielką radość, dumę,  z drugiej napięcie, oczekiwanie, lęk…

A co z warsztatem literackim? Jego formą, treścią i przebiegiem? Czy można zdefiniować sam proces twórczy nie ujawniając szczegółów?

Z każdą nową pracą staram się ten warsztat udoskonalać. Podpatruję innych autorów, szukam nowych rozwiązań starając się przy tym nie zatracić własnego stylu. Innymi słowy jest to aktywność twórcza łącząca wiedzę, osobiste przeżycia z możliwościami realizacji.

Dlaczego literatura obyczajowa? Czy ma to związek z przejściami, doświadczeniem życiowym i umiejętnością obserwacji wynikającą z wrodzonych zdolności? A może jest twórczym zjednaniem z rzeczywistością, w której każdy z nas pozostaje? Oczywiście w subiektywnym ujęciu autora.

Literatura obyczajowa wpisuje się w moje preferencje jako autora. Od zawsze byłam zafascynowana tym gatunkiem, ponieważ ukazuje jakiś wycinek rzeczywistości, poszczególne losy jednostek na planie toczącego się życia w przestrzeni czasu. Odkąd pamiętam fascynował mnie los jednego bohatera rzuconego w wir wydarzeń i splotów okoliczności, jego odczucia, rozterki czy umiejętność radzenia sobie z problemami. 

Zawsze miałam w sobie ogromne pokłady empatii, które czasem przeszkadzają w życiu zawodowym, jednakże jako człowiekowi pozwalają widzieć więcej, a tym samym zrozumieć kogoś drugiego na tyle, by wejść w jego położenie.

Czy powieści obyczajowe pisze się z próżności? W zalewie tysięcy tytułów i wielu gatunków literackich obyczajowość wydaje się mało atrakcyjną odskocznią od rzeczywistości, która jest wystarczająco przygnębiająca.

Z próżności? Na pewno nie w moim przypadku. Dla mnie pisanie było zawsze wielką pasją, miłością. Pisałam z wewnętrznej potrzeby, która była silniejsza od wszystkiego. Kiedyś wymyśliłam sobie, że pisząc można przecież zatrzymać czas. Uciekają cenne chwile, o których wkrótce nikt nie będzie pamiętał. A przecież zatrzymanie czasu w jakiejkolwiek formie jest czymś wspaniałym. To odkrycie mnie jeszcze bardziej utwierdziło w przekonaniu, że to co robię ma sens. Moim zdaniem właśnie powieść obyczajowa pozwala odzwierciedlić prawdziwą rzeczywistość, ma w sobie największy potencjał na zarejestrowanie życia takim jakim jest. A przecież życie wymaga uwagi, refleksji, zapamiętania…

Czy powieści obyczajowe mogą być zabawne, straszne, groteskowe, zjawiskowo-teatralne na tyle, by przyciągać szersze grono odbiorców mniej sprecyzowanych na gatunek?

W ostatnim czasie odniosłam wrażenie, że mamy coraz mniej wymagających Czytelników. Bardziej chodzi o odskocznię, rozrywkę, spędzenie przyjemnie czasu aniżeli o jakość i przesłanie w zawartej treści. Przez uniwersalność powieści obyczajowej takie zjawisko jest jak najbardziej możliwe.

Sztuka naśladuje życie, które naśladuje sztukę, zatem czy za taki stan nie odpowiadają sami twórcy?

I tak, i nie. Twórcy odpowiadają na potrzeby, a potrzeba rodzi produkt.

Czy są tematy, które stanowią tabu w literaturze obyczajowej? Czy pewne zjawiska społeczne celowo Pani pomija w celu zaspokojenia poprawności politycznej?

Mam wrażenie, że tabu dla niektórych autorów przestało istnieć. Coraz częściej przekracza się granice w celu szokowania, zdobycia popularności, a niekoniecznie mówienia prawdy. To nie jest dobre zjawisko. Poprawność polityczna istniała od zawsze. Często przemycam w książkach jakieś myśli, jednak polityka nie jest kierunkiem zaspokojenia moich ambicji.

Podobnie przestała istnieć prasowa alkowa, w której artyści komercyjnie obnażają swoje słabości. Co Pani sądzi o tym zjawisku?

Myślę, że jest to rodzaj ekshibicjonizmu. To zjawisko dotyczy nie tylko artystów.  W codziennym życiu coraz częściej spotykamy się z obnażaniem słabości. Jedni chcą być w centrum zainteresowania, a drudzy stanowią widownię czekającą na przedstawienie. Im krwawsze, pikantniejsze - tym ciekawiej. A apetyt rośnie w miarę jedzenia…

Czy zastanawiała się Pani nad tworzeniem scenariuszy teatralnych lub filmowych? „Mistrzowie życia” wydają się zaskakująco bliscy „Rentu”, jednego z największych broadwayowskich przebojów wszechczasów.

Kiedyś, przyznaję, miałam taki zapęd. Napisałam nawet scenariusz do jednej z moich bajek. Ale na tym mój zapał się zakończył. 

Zdecydowanie lepiej czuję się w powieści. Jednak gdyby ktoś chciał napisać scenariusz do Mistrzów życia – nie miałabym nic przeciwko temu.

Co sądzi Pani o blogach jako drodze rozwoju literatury obyczajowej? Ich zasadności, formie oraz dostępności, ale też możliwościach komercyjnych?

Blogi należą do nowego gatunku sztuki kreowanej, blog pozwala ludziom uzewnętrzniać swoje przemyślenia, marzenia i emocje. Założenie go niewiele kosztuje, a twórca może rządzić w nim i robić to co mu się podoba, w dodatku sieć spowodowała, że bliscy stają się ludzie, którzy mieszkają daleko. Internauci mogą więc obserwować, komentować, wpływać na twórczość. Blog ma też tę zaletę, że w przeciwieństwie do tradycyjnych książek można go po prostu usunąć lub zmieniać treść, skorygować, wklejać obrazki i zdjęcia. Osobiście wolę tradycyjne książki, uwielbiam zapach druku i szelest przewracanych kartek. Poza tym blog nie jest skończonym dziełem, do którego można się w jakiś sposób odnieść.

Czy biorąc przykład z innych autorów, zamierza Pani kiedyś uraczyć czytelnika taką nową formą swojej twórczej działalności?

Nie wydaje mi się.

Czy wspiera Pani działania zmierzające do poprawy czytelnictwa w Polsce? Jeśli tak, to w jaki sposób?

Myślę, że każde spotkanie z Czytelnikami, zwłaszcza z dziećmi jest formą wspierania takich działań.

Zatem gdzie można Panią spotkać?

W Bibliotekach, Domach Kultury, bywam również na Targach Książki. Za każdym razem informuję o tym fakcie na Facebooku.

A co w momencie, kiedy przyjdzie chwila na dokonanie wyboru?

Jeśli byłoby to pisanie – powiedziałabym, że to najlepsze co mogło mi się zdarzyć.

Co w Pani przypadku jest pasją, a co zawodem? Czy da się pasję z zawodem połączyć?

Od zawsze pisanie było moją pasją. Mój zawód wymaga jednak pełnego zaangażowania się, życia na wysokich obrotach, aktywności i komunikacji z ludźmi. W ciągu dnia mam mało czasu na poświęcanie się swojej pasji, dlatego piszę zwykle wieczorami do późnych godzin, choć i to nie zawsze mi się to udaje, bo dochodzą jeszcze obowiązki domowe. Mój zawód ma jednak tę zaletę, ze spotykam się z różnymi ludźmi, wchodzę do ich domów, poznaję historie, które często rzutują na dokonywane wybory. Niektóre z nich są gotowym materiałem do książki.

A może kryptoreklama lub lokowanie produktu? Podzieli się Pani z czytelnikami informacją, w jakiej branży i w jakim charakterze można zawodowo Panią spotkać?

Zajmuję się pośrednictwem w obrocie nieruchomościami. Mam małą agencję w centrum Łodzi, którą prowadzę od wielu lat.

Czy obyczajowość w literaturze może być dochodowa na tyle, by można było zrezygnować z zobowiązań zawodowych?

Jest wielu pisarzy literatury obyczajowej, którzy utrzymują się tylko z pisania. Są przecież tytuły na rynku, które zostały sprzedane w ogromnych nakładach, również przetłumaczone na różne języki.  Na pewno trzeba być autorem topowym, pisać kilka książek rocznie i być rozpoznawalnym na rynku wydawniczym. Póki co – cieszy mnie to co mam, czyli spełnienie i  satysfakcja wynikająca z tego, że mogę robić to co kocham.

No i trzeba mieć sztab specjalistów marketingowych, którzy od nowa zbudują wizerunek autora oraz wydawcę, który wyłoży ogromne środki na promocję tytułu. Czy może Pani podać jakieś przykłady topowych nazwisk?

Nazwiska topowych autorów? Katarzyna Grochola, Katarzyna Michalak, Janusz Leon Wiśniewski… nie mówiąc już o autorach kryminałów takich jak Mróz, czy Bonda…

Jakie pozycje ukierunkowały Pani sposób analizy rzeczywistości? Który gatunek literacki wywarł największy wpływ na kształt myśli przelewanych na papier?

Będąc jeszcze nastolatką zaczytywałam się w „Ani z Zielonego wzgórza”, pochłaniałam też baśnie, bajki, legendy. Później jako bardzo młodą kobietę – rozjechały emocjonalnie „Dzieje grzechu” Stefana Żeromskiego. Długo nie mogłam się otrząsnąć. Dalej była „Lalka” Prusa, „Ziemia obiecana” Reymonta, „Noce i dnie” Dąbrowskiej, „Anna Karenina” Tołstoja, czy genialna powieść „Mistrz i Małgorzata” Bułhakowa. Bohaterowie tych powieści tkwią we mnie po dzień dzisiejszy. Zachwyciłam się także kultowymi powieściami Tadeusza Dołęgi-Mostowicza. Trzeba jednak pamiętać, że w czasach mojego dzieciństwa i wczesnej młodości nie było komputerów, sieci, telefonów komórkowych czy nawet telewizji cyfrowej. Czytanie więc dobrej książki było prawdziwą ucztą dla duszy i serca.

Czy kultura słowa pisanego istnieje w naszym kraju? Co jest jej wyznacznikiem?

Dawniej do napisania listu, książki potrzebny był papier, atrament, pióro. Ludzie przykładali dużo staranności do pisma – stylistyki, poprawności i wyglądu. Używali ozdobników, a każde słowo było dokładnie przemyślane. Zmiany cywilizacyjne sprawiły, że zmienił się sposób porozumiewania się: maile, sms-y, Facebook… Modne stało się pisanie skrótami, żargonem, zanikła tradycja pisania listów. Wieloznaczność słowa często doprowadza do wieloznaczności prawdy i wartości. Odpowiedzialność za słowa stała się mało znacząca. A przecież powinniśmy pamiętać o tym, że język, słowo pisane jest wyznacznikiem tożsamości narodowej, jest wielkim skarbem naszej kultury.

A czy dawniej ludzie nie przykładali więcej uwagi do umiejętności czytania i pisania, wiedzy powszechnej oraz kontekstu historycznego, który wpisywał się w zawód pisarza?

Zdecydowanie tak. Zarówno umiejętność czytania jak i pisania. Jedno i drugie wymagało koncentracji,  zaangażowania. Książka stanowiła medium, przekaz, pewnego rodzaju autorytet.

Jak Pani stara się promować swoją twórczość? Co wpływa na jej widoczność, dostępność i popularność?

Jak większość autorów mam swoją stronę autorską na FB, należę do grup związanych z czytelnictwem, istnieję w mediach społecznościowych, uczestniczę w spotkaniach autorskich.

Nie uważa Pani, że to w dzisiejszym natłoku informacji nieco za mało, by zostać dostrzeżonym pośród konkurencji?

Pewnie tak. Na początku tej drogi byłam trochę jak dziecko we mgle. Wciąż się uczę, słucham rad i wskazówek, konfrontuję niektóre działania z Wydawcą, obserwuję poczynania innych autorów. Idzie mi coraz lepiej ale do doskonałości jeszcze mi daleko:)

Premiera „Mistrzów życia” odbyła się w roku 2009, „Głowa do góry Matyldo” (2016), „Pocałunek morza” (2018), „Chłopiec z ulicy Wschodniej” (2019). Pomiędzy pierwszą a drugą minęło siedem lat, ostatnio wystarczył rok. Obserwujemy tendencję wzrostową. Czy to powrót do formy, a może wpływ rynku wydawniczego wymuszający na autorach widoczność twórczą kosztem treści?

Ten 2009 rok nie był żadnym przełomem w moim życiu. Ukazał się maleńki nakład, który rozszedł się wśród rodziny i znajomych. Dalej było długie, długie nic. Aż do 2015 roku, kiedy to moja powieść dla młodzieży została zauważona i doceniona w konkursie. Byłam przekonana, że mając już coś na koncie będzie łatwiej. Znów się pomyliłam. Dopiero w 2017 roku odezwało się do mnie Wydawnictwo Szara Godzina. Nawiązaliśmy współpracę, która zaowocowała kolejnymi publikacjami. Dalej trzeba walczyć bo nie jest łatwo,  jednak wstąpiła we mnie nowa wiara i energia do dalszych działań. W ubiegłym roku napisałam dwie kolejne powieści, pracuję już nad trzecią, mam pomysł na czwartą… Tendencja wzrostowa spowodowana poczuciem spełnienia:).

W jakim konkursie została Pani zauważona? Kiedy premiera kolejnej publikacji?

Konkurs „Książka Przyjazna Dziecku” organizowany przez Muzeum Zabawy i Zabawek w Kielcach. 

Mam nadzieję, że niedługo:)

Jaka jest przyszłość literatury obyczajowej na polskim rynku? Czy istnieje jeszcze miejsce na kolejne powieści traktujące wciąż o tym samym?

Myślę, że czytelnictwo w ostatnim czasie ma jednak tendencję wzrostową. Takie informacje otrzymuje od pracowników bibliotek, podobno zwiększył się też trend na polskie autorki. To brzmi optymistycznie.
Literatura obyczajowa, która jest często odskocznią od rzeczywistości moim zdaniem zawsze znajdzie swojego odbiorcę. Ludzie szukają przyjemnej, lekkiej rozrywki, pełnej optymistycznego przesłania i radości życia, która przeniesie ich w piękniejszy świat pozbawiony szarej prozy życia.

Czy nie uważa Pani, że w dobie pomniejszonego finansowania instytucji zajmujących się gromadzeniem księgozbiorów to nie czytelnik, a dział gromadzenia wyznacza trendy poprzez negocjację stawek zakupu? Moim zdaniem jako wyznacznik poczytności bardziej sprawdza się poziom sprzedaży bezpośredniej do odbiorcy docelowego aniżeli dział redystrybucji.

Nie znam tych mechanizmów, więc trudno mi się odnieść do tego tematu.

Dziękuję.

Dziękuję.
- rozmawiał Jakub Skoczke,
Zastępca redaktora naczelnego Portalu Sztukater.pl

Współpracujemy z:

KARTA BIBLIOTECZNA

BIBLIOTECZKA

  • Załóż swoje konto
  • Karta Do Kultury

    Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
    *obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
    *dodawać je do ulubionych
    *polecać innym czytelnikom
    *odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
    *listować pozycje, które posiadasz
    *oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
    Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!