Michał Gołkowski

Informacje Personalne:

  • Miejsce Urodzenia: Sochaczew
  • Narodowość: Polska
  • Język: Polski
  • Obywatelstwo: Polskie
  • Twórczość:

    "Bogowie Pustyni"

    "Droga Donikąd"

    "Drugi Brzeg"

    "Idiota Skończony"

    "Komornik"

    "Komornik III: Kant"

    "Komornik II: Rewers"

    "Komornik: Junior Egzekutor"

    "Moskal"

    "Na Nocnej Zmianie: Pióra Falkonu"

    "Ołowiany Świt"

    "Powrót"

    "Spiżowy Gniew"

    "Stalowe Szczury: Błoto"

    "Stalowe Szczury: Chwała"

    "Stalowe Szczury: Königsberg"

    "Stalowe Szczury. Otto"

    "Stalowe Szczury: Stille Nacht"

    "Sztywny"

    "Świątynia Na Bagnach"

Biografia:

Michał Gołkowski (ur. 1981) – pisarz literatury fantastycznej, tłumacz symultaniczny angielsko-polsko-rosyjski. Debiutując w 2013 roku powieścią „Ołowiany świt” zapoczątkował serię Fabryczna Zona. Tym też sposobem był pierwszym polskim autorem z uniwersum S.T.A.L.K.E.R.-a. Stworzył również cykle „Komornik”, „Siedmioksiąg Grzechu” i „Stalowe Szczury”. Przekłada na polski innych autorów Fabrycznej Zony: Andrieja Lewickiego i Wiktora Noczkina. Czasem stalker, czasem pruski podoficer.

 

Zdjęcie profilowe: Fot. Martyna Rycaj; Źródło: facebook.com/MichalGolkowski

Okładka: Źródło: https://fabrykaslow.com.pl

Wywiad:

Witam serdecznie!

Kim nigdy nie będzie Michał Gołkowski?

Jakkolwiek bardzo bym mógł czasami chcieć, to chyba nie będę tzw. normitą. Po prostu nie umiem stać z boku, nie potrafię nie angażować się, wreszcie jestem chronicznie niezdolny do dawania z siebie mniej niż 100% wydajności i jeszcze odrobiny więcej w czymkolwiek, co akurat robię i co mnie fascynuje. Zawsze idę głową naprzód, zawsze z pieśnią na ustach, zawsze w pierwszej linii – mimo, że zdarza się, że to męczy albo po prostu przynosi więcej strat niż zysków. Ale co począć? Ten typ tak ma.

O twórczości Michała Gołkowskiego słów kilka. Skąd czerpiesz pomysły, inspiracje? Co decyduje o kształcie Twoich powieści?

Zabrzmi to cyć może trywialnie, ale te pomysły po prostu przychodzą same. I to wcale nie jest tak, że moja rzeczywistość jest inna, że widzę więcej, że jestem bardziej wnikliwym obserwatorem, bynajmniej. Ja po prostu nie wyrzucam do mentalnego kosza tych spostrzeżeń, widoków, wniosków i schematów, które na co dzień widzi każdy. To po pierwsze.

Po drugie – piszę takie książki, jakie sam chciałbym czytać. Staram się, aby każda opowieść była z jednej strony jak najpełniejsza, soczysta i kolorowa, a z drugiej odpowiednio zrównoważona, zbilansowana w swoim bukiecie smaków i odcieni znaczeniowych. Jest coś takiego, jak odpowiedni przepis na historię, i to jest…. Kurczę, no! To jest jak z gotowaniem. Można mieć przepis i się go trzymać, dzięki czemu to, co zrobimy, wychodzi nam idealnie powtarzalne, kulturalne, ugrzecznione i takie, jak się spodziewaliśmy – albo można robić tak, jak robi moja Asia, czyli „na oko”. I wtedy dopiero zarówno potrawa, jak i książka ma swój charakter, ma życie i naprawdę smakuje. Ja właśnie „na oko” piszę – tu trochę tego, tu tamtego, a czasami coś zupełnie nieoczekiwanego, co ten smak łamie.
I w końcu, po trzecie – dla mnie opowieść jest tym samym, co muzyka. Ma swój rytm, ma tempo, ma ozdobniki, tony niskie i wysokie… Pisząc zawsze najbardziej pilnuję tego, aby ta melodia mojej historii płynęła, snuła się i oplatała czytelnika. Czasami szybciej, czasami wolniej, dając pełny repertuar odczuć.
Podsumowując trzy powyższe akapity: nie mam pojęcia, samo tak wychodzi (śmiech).

Jaka książka najbardziej Tobą poruszyła? Dlaczego?

„Tako rzecze Zaratustra” Fryderyka Nietzsche. Kiedy czytałem ją pierwszy raz, miałem wrażenie, jakbym czekał na nią całe życie. Tak, wiem: Nietzsche przeczy sam sobie, jest pompatyczny, czasami groteskowy. A mimo to właśnie on jest moim filozofem, a „Tako rzecze…” jest moją książką.

W najnowszej powieści „Otto”, czwartej z cyklu „Stalowe Szczury”, czytelnik powraca w naznaczone błotem i prochem realia niekończącej się Wielkiej Wojny. Te ponure czasy potraktowano od strony komediowej. Bo wszystkie części cyklu prezentują nieco inną stylizację. Czy od początku było takie założenie?

Czułbym się wysoce nieswojo, pisząc drugą, trzecią albo kolejną książkę w takim samym stylu. To by było trochę oszukiwanie i czytelnika, i samego siebie: no jak to, nie stać mnie na więcej? Nie ma tam naprawdę już nic innego?

Jeśli książka jest opowieścią, to musi być z założenia zamkniętą całością, która odróżnia się od innych zamkniętych całości. Jako taka musi mieć swój własny klimat i wydźwięk, który będzie – no cóż, niepowtarzalny.
Najzabawniejsze jednak jest to, że to nie jest mój wybór ani moja decyzja. Serio. Ja tylko spisuję te opowieści, a one poniekąd tworzą się same… I dawno już przestałem udawać, że mam na to jakiś większy czy wręcz decydujący wpływ. Każda z nich sama się układa, snuje i płynie, a ja mogę co najwyżej trzymać głowę ponad powierzchnią nurtu i starać się przebierać rękoma i nogami tak, żeby nie wyrzuciło mnie na mieliznę.

Jaki jest plan na kolejne części cyklu? Czy dojdzie do zwrotu akcji, który odmieni losy Wielkiej Wojny? Kiedy można spodziewać się następnych „Stalowych Szczurów”?

„Stalowe Szczury” mam w tej chwili rozpisane na dziewięć tomów i dokładnie wiem, co będzie w każdym kolejnym. Wielka Wojna NIE skończyła się już w „Ottonie”, więc teraz tylko i wyłącznie jedziemy z górki na pazurki bez trzymanki, radośnie patrząc, jak wokół nas historia składa się niczym domek z kart.

Jak się dobrze ułoży, to pewnie kolejny tom, czyli „Fort 72”, zacznę pisać jeszcze w tym roku.

Bohaterowie powieści Twojego autorstwa często są główną osią fabuły. W przypadku „Otto” jest to cała kompania nietuzinkowych bohaterów pod wodzą kaprala Ottona Pfilcha. To w większości typy spod ciemnej gwiazdy. Fantazjujesz o przestępczości czy ją uprawiasz?

O, wypraszam sobie – akurat drużyna kaprala Pfilcha to szanujący się, porządni, nieskazitelnie ludzie o idealnie białym charakterze, w szczególności taki na przykład szeregowy Weiss (śmiech).

Bohater nie jest „osią” fabuły w opowieści – bohater JEST opowieścią. To on albo też oni definiują co się wydarzy, jak się wydarzy i w jaki sposób czytelnik daną historię będzie odbierał. Jeżeli mamy dobrze napisanego bohatera, to fabuła ułoży się sama wokół niego…. Czego najlepszym przykładem jest mój Ezekiel z „Komornika”. Ciemne typy są o wiele ciekawsze od jasnych, nie tak oczywiste. Mają też o wiele więcej dziwnych zagięć i zmarszczek na charakterze, w których potrafią ukrywać się najprzedziwniejsze zwroty akcji i najprawdziwsze perełki przemyśleń filozoficznych.
Sam nie uprawiam, ale jestem otwarty na propozycje (uśmiech).

Pomówmy o innym cyklu Twojego autorstwa - "Siedmioksiąg Grzechu". Skąd pomysł na opowieść o Zahredzie i jego ponadczasowych losach?

Pomysł zrodził się zupełnie trywialnie, bo podczas jedzenia pizzy… I to wcale nie pomysł na „opowieść”, a na bohatera właśnie, zaś każda z opowieści z jego istnienia przychodzi – no cóż, poniekąd przychodzi sama. To jest właśnie piękne, że kiedy mamy odpowiednio mocno zarysowanego protagonistę, to reszta pojawia się w zasadzie samoistnie, całkowicie naturalnie.

Zawsze tęskno mi było i jest do rasowego, krwistego fantasy ze starej, dobrej szkoły Roberta E. Howarda. Dawno nikt nic takiego już nie napisał, więc pomyślałem sobie to, co zawsze: chcesz coś takiego przeczytać, zrób to sam!

Czy Zahred to postać, która powinna budzić sympatię czytelnika, czy też wręcz przeciwnie?

Zahred po prostu jest. Myślę, że rozpatrywanie takiej postaci w kategoriach dobra czy zła, sympatii czy antypatii jest po prostu bezcelowe – jeśli każde poświęcenie, każdy akt okrucieństwa, dowolne bohaterstwo czy też tchórzostwo staje się statystycznie nieistotne w skali czasu, to jaki jest sens oceniania samego czynu?

Nie zaprzeczam, że Zahred ma w sobie sporo cech typowego anty-bohatera, ale… No właśnie, „ale”. Czytelnik poniekąd zmuszony jest do kibicowania mu i polubienia go, bo w końcu to właśnie on jest głównym bohaterem opowieści! Zresztą, już nawet teraz sporo osób pisze do mnie ze swoistym wyrzutem, że polubili tego drania wbrew własnej woli i rozsądkowi. No cóż… Takie było założenie.

Dokąd, albo raczej jak daleko w dziejach świata, doprowadzą Zahreda kolejne opowieści?

W najbliższej trylogii (tak, trylogii!) pod tytułem zbiorczym „Bramy ze złota” przenosimy się nieco w przód, ku kolejnemu zapomnianemu okresowi naprawdę mrocznego, ciemnego i barbarzyńskiego średniowiecza, w którym… Ach, nie będę zdradzał zbyt wiele. Dość powiedzieć, że akcja pierwszego tomu, czyli „Świątyni na bagnach”, rozpoczyna się w drugiej połowie siódmego wieku naszej ery na ziemiach, które przy pewnej dozie wnikliwości można odnaleźć na mapie dzisiejszej Polski!

Czy odnalazłbyś się życiowo w stworzonej rzeczywistości? Która postać odzwierciedla najbardziej Twoją osobowość, a która jest jej zaprzeczeniem?

Każdy z moich bohaterów jest mną. W mniejszej lub większej części, w wydaniu wykastrowanym albo przerysowanym, ale to zawsze pewien wycinek mojego charakteru… Od czego chyba nie da się uciec.

Lubię swoje życie takie, jakie jest – i lubię możliwość ucieczki w wykreowane przez samego siebie światy. Nie zmieniłbym nic. No, prawie nic.

„Mój pierwszy raz”, czyli kilka smaczków o debiucie…

To wcale nie miała być książka, a tylko opowiadanie. Potem zrobiły się z tego dwa, trzy, cztery… Zbiorek, aż w końcu powiedziałem sobie: ok, piszemy książkę i ją wydamy.

Większość lokacji z „Ołowianego świtu” istnieje w rzeczywistości, znam je z własnego doświadczenia. „Fabryka Słów” była przerażona tym, że chcę wydać książkę w dwa i pół miesiąca od momentu, kiedy się u nich zjawiłem. Podobno się tak nie robi i podobno się tak nie da. Oh, well.

Każda historia ma swój początek i koniec, kiedy odeślesz bohaterów powieści na emeryturę? Masz już pomysł na kolejne uniwersum? Czy wiek ma wpływ na sposób tworzenia rzeczywistości? Postrzeganie procesu kreacji zmienia się wraz z upływem lat?

Ojej, to co najmniej kilka(naście) pytań w jednym. Po kolei zatem.

Uważam, że bohaterów nie należy eksploatować rabunkowo. Nie mówię, że nie można – można, ale nie należy. Osobiście brzydzi mnie tzw. odcinanie kuponów i ciągłe rąbanie na jedno kopyto tego samego, pisanie kolejnych prequeli, sequeli, części osiem i pół, zmienianie założeń… Nie. Opowieść ma mieć początek, środek i koniec, i to faktycznie musi być koniec. Jakkolwiek bardzo chciałbym wrócić do uniwersum „Komornika”, to nie wrócę, bo SPOJLER przecież Ziemia spłonęła, a wszyscy zginęli.
Pomysłów mam aż nadto, i w tej chwili największym dla mnie problemem jest to, że doba ma tylko 24 godziny. Po prostu fizycznie nie nadążam ze spisywaniem tego wszystkiego.
Nie mam pojęcia, bo nigdy nie żyłem ani dwa razy, ani wstecz. Wiem, że na pewno sposób tworzenia i światów, i opowieści zmienia się, ale czy z wiekiem? Może to kwestia ilości wbitych znaków ze spacjami, czyli raczej doświadczenia? Na pewno piszę inaczej, niż tych pięć lat i piętnaście książek temu, ale powtarzam po raz kolejny: ja się dopiero rozkręcam, dopiero się uczę naprawdę dobrze pisać.

W cyklu „Stalowe Szczury” przedłużasz istnienie Cesarstwa Niemieckiego. Gdybyś miał wybierać ustrój, w którym żyjesz, za czym byś optował?

Szczerze powiedziawszy to jest mi to głęboko obojętne. Demokracja, autorytaryzm, niewolnictwo, dyktatura, anarchia, feudalizm, anarcho-kapitalizm, komunizm, plemiona pierwotne…  Ustrój ma znaczenie drugorzędne, bo zawsze, w każdym ustroju, w każdych czasach, kij ma dwa końce. Kwestia tego, żeby być przy tym właściwym i odpowiednio mocno go trzymać.

A ty? Czujesz, że jesteś przy właściwym końcu kija?

Szczerze powiedziawszy, to staram się być. Od czasu do czasu życie zajdzie każdego od strony pleców i kopnie poniżej krzyża, bynajmniej tego nie ukrywam. Miewam też swoje porażki i gorsze dni albo i tygodnie… Natomiast dopóki człowiek wstaje, to walczy dalej, a ja nie zwykłem się poddawać.

Często bywasz na konwentach, promujesz twórczość własną i prowadzisz panele. Jakie płyną z tego korzyści – materialne i niematerialne? Czy przekłada się to na wzrost sprzedaży?

Co do korzyści materialnych, to jest to chyba tylko brak strat – dla mnie każdy konwent, każdy wyjazd jest dniem wyciętym z pracy zawodowej jako tłumacza symultanicznego. Jeżdżę gdzie tylko się da, reaguję na każde zaproszenie z jednego prostego powodu: piszę swoje książki, snuję swoje opowieści tylko i wyłącznie dla mojego czytelnika. To ludzie, którzy na takie spotkania przychodzą, są centrum mojego wszechświata książkowego, i to ich obecność jest dla mnie największą nagrodą. Pytania, zainteresowanie, uwagi, dyskusje… Tak, to jest sens i cel tego wszystkiego.

W konkurencji dostrzegasz zagrożenie czy sprzyjający nurt rozwoju gatunku?

Konkurencja? Moje podejście jest proste: każdy, kto uważa, że w czymkolwiek konkurujemy, już przegrał na wejściu. Jeśli życie naprawdę jest wyścigiem, to moje nazwisko mogą znać wyłącznie stąd, że widzieli je na plecach mojej koszulki.

Co Twoim zdaniem wyróżnia Twoją twórczość na tle gatunku, a zarazem sprawia, że jest tak rozchwytywana?

A jest? Zawsze miło się dowiedzieć z dobrze poinformowanych źródeł (śmiech). To chyba raczej pytanie do czytelników, albo do krytyków literackich wręcz… Ale gdybym miał spróbować powiedzieć, co CHCIAŁBYM, żeby ją wyróżniało – to byłby to język. Ja jestem człowiekiem słowa, przykładam ogromną pieczę i uwagę do tego, w jaki sposób i jakim językiem coś jest napisane. To dla mnie w dużej mierze zabawa formą, cyzelowanie kształtu, odpowiednie dobieranie narzędzi do określonego zadania… I bardzo, ale to bardzo lubię, kiedy mogę po raz ostatni dmuchnąć na takie dzieło i powiedzieć: „Już, gotowe”, przesuwając je po blacie stołu ku czekającemu na nie odbiorcy.

Do jakiego odbiorcy jest skierowana Twoja twórczość? Uważasz, że wszyscy zrozumieją język, którym się posługujesz? Jaki target czytelnika sobie określiłeś?

Nie mam „grupy docelowej” i szczerze mówiąc nie wierzę w jej istnienie. Kieruję swoje opowieści do każdego, kto tylko chce je przeczytać i czerpie z nich radość; jeśli bierze je w ręce tak zwana młodzież szkolna, to jest to dla mnie komplement i radość, że w tak zwanych „tych czasach” młodzi jednak czytają, w co nigdy sam nie zwątpiłem. Kiedy okazuje się, że sięgają po te książki ludzie nierzadko dwakroć poważniejsi ode mnie, a zdarza się i tak, to jest to dla mnie wyzwanie i motywacja, żeby pisać jeszcze lepiej i nie zawieść ich następnym razem.

Na spotkania autorskie i premiery często się przebierasz. Skąd pomysł na przebrania? Kto je przygotowuje?

To nie są „przebrania”. To za każdym razem jestem ja. Kiedy piszę, to dosłownie staję się częścią opowieści, wkręcam się w nią, wsiąkam. Chcę słuchać pasującej muzyki, jeść takie jedzenie, jak moi bohaterowie, czuć to, co oni, widzieć to, co oni… Ubierać się i zachowywać tak, jak oni. Nikt mi tego nie „przygotowuje”, to wszystko moje własne rzeczy – zarówno mundur pruskiego podoficera z Wielkiej Wojny, jak i szpej stalkerski, i czekający już na premierę „Świątyni na bagnach” topór. To dla mnie naturalne, nieodłączne przedłużenie świata wykreowanego w książce. To po prostu kolejny kawałek mnie.

Jak wygląda Twoja praca twórcza? Planujesz i notujesz fabułę czy od razu tworzysz szczegółową całość? Piszesz regularnie czy w momentach przypływu natchnienia? Jak wygląda droga od pomysłu do gotowego tekstu? Czy ktoś Ci pomaga?

Siadam i zaczynam pisać. Tak po prostu. Kwerendę, czy jak to się teraz mawia, „research” wykonuję w trakcie w takim zakresie, w jakim jest to niezbędne, aby przygotowania, badania i wielki szum PRZED nie przyćmiły mi samego W TRAKCIE - tak, jak od lat robi to nasza niezastąpiona reprezentacja w piłce nożnej, poświęcająca tyle sił na przygotowanie do meczów, że potem nie mają już ochoty grać.

Fabuła układa się sama. Wrzucam bohatera w świat i pozwalam mu płynąć, podrzucając takie elementy, jakie akurat dobrze się w danym miejscu komponują z całością. Oczywiście, mam pewien ogólny zarys – początek, środek, koniec, parę punktów po drodze – ale nigdy nie pozwalam, żeby jakiekolwiek założenia miały mi przeszkodzić w napisaniu po prostu dobrej opowieści.
Mam moją niezastąpioną Asię. Rozmowy z nią zazwyczaj pozwalają mi w godzinę-dwie wyklarować z chaosu myśli idealnie spójny plan fabuły. Poza tym jest grupka hipertajnych i sekretnych beta-readerów, którzy dostają tekst na bieżąco, w miarę pisania – dosłownie strona po stronie! – i od razu mówią co by się przydało albo w trakcie, albo za najbliższym zakrętem.
W sumie więc… nie wiem. Serio. Tak jakoś wychodzi samo. Ja jestem tylko gościem, który to spisuje.

Wydajesz już piętnastą powieść, a piszesz szósty rok. Jak szybko jesteś w stanie napisać pełnowymiarową książkę?

Półtora miesiąca, jeśli mam w międzyczasie relatywnie mało pracy. Dwa i pół, jeśli czas jest akurat mocno gorący. Trzy, jeśli w międzyczasie wyjedziemy na dwa tygodnie na wakacje.

Bierzesz udział w konkursach literackich? Jakieś sukcesy na tym polu?

Nie (uśmiech). Ja nie piszę dla sukcesów ani dla nagród. Piszę dla siebie, a przede wszystkim dla czytelnika. Jeśli ktoś mnie do czegoś zgłosi – wow, no fajnie, dzięki. Ale efekty tego, ubieganie się o cokolwiek, walczenie, staranie się? Niech to robią ludzie, którzy nie mają nic lepszego do roboty. Ja wolę stukać kolejną powieść.

Czy Michał Gołkowski planuje poszerzyć działalność w kontekście sztuk audiowizualnych?

Tzn. czy zamierzam na przykład zostać twarzą jednej ze swoich własnych książek? Albo opowiadać, że już, zaraz będzie film, serial, czy coś? Naaah. Tak jak mówiłem, nie mam na to czasu ani ochoty. Ja jestem od pisania książek.

W społeczeństwie panuje moda na etykiety. Środowisko literackie wyróżnia autorów, pisarzy, literatów. Z którym się utożsamiasz? Czy potrafisz zdefiniować różnice i zależności pomiędzy nimi?

„Literat” kojarzy mi się tylko ze szklanką-literatką.

Pisarzem jest ktoś, kto pisze książki, i przeważnie jak ktoś mówi „No bo wiesz, ja jestem pisarzem, piszę książki” to reakcja od razu brzmi „Ojej, to bardzo ciekawe, a są jakieś wydane?”…
Autorem jest każdy, kto cokolwiek napisał.
Ludzie lubią etykietki, szufladki, uogólnienia i uproszczenia. A ja lubię głęboki Internet, lubię grupki memiczne, lubię cenzo i szkalowanie. A najbardziej lubię pisać książki.

Jednym z głównych zadań liczących się pisarzy jest promocja własnej twórczości. Czy z zawodu pisarza da się utrzymać? Ile zarabiasz na jednym egzemplarzu końcowym, który kosztuje zwykle około 40 zł?

Krótka odpowiedź brzmi: odpowiednio mniej.

Zapewne się da żyć z pisania, ale trochę współczuję tym, którzy muszą tak do tego podchodzić, bo wtedy książkę traktuje się jak kiełbasę na kilogramy na rynku. Ja piszę dla przyjemności własnej i innych, a największą gratyfikacją dla mnie jest uśmiech na twarzy czytelnika. W zasadzie to gotów byłbym do tych książek dopłacać, gdybym tylko wiedział, że dzięki temu dadzą Wam jeszcze więcej radości (śmiech).

Ilu współpracowników czuwa nad całościowym wydaniem „Stalowych Szczurów”? Jakie są ich zadania, funkcje i czy masz wpływ na proces?

Cała ekipa z „Fabryki Słów” – dobra drużyna piechoty, a może nawet w porywach i do pół plutonu. Ja jestem tylko producentem wsadu, potem przepuszczanego przez krytyczny ogień redakcji (pozdrawiam gorąco, jesteście niezastąpieni), następnie przez sito korekty, skład, oprawę graficzną, przygotowanie do druku, przygotowanie materiałów marketingowych, cały PR, promocję, reklamę… To machina, cała wielka machina.

Staram się zawsze być i czuwać, poddawać pomysły, sugerować, i pomagać. Nie potrafiłbym tak po prostu oddać tekstu i powiedzieć „no to teraz i to wydajcie”. Nie chcę, nie umiem, nie będę. To moja książka, mój tekst, moja opowieść. Musze pilnować, żeby wyszła na świat w jak najlepszej możliwej wersji.

Czy Michał Gołkowski uczestniczy w życiu literackim środowiska lokalnego? Jeżeli tak, to w jaki sposób?

Zawsze z wielką przyjemnością chadzam na spotkania do bibliotek czy domów kultury, zarówno tych bliższych, jak i dalszych. Jestem poza tym już niemalże stałym gościem w szkole u mojej dwunastoletniej Zosi, gdzie opowiadam dzieciarni o rzeczach mniej lub bardziej poważnych… Lubię takie spotkania, lubię ludzi, lubię pokazywać coś nowego. Nie potrafiłbym inaczej.

Czy w przyszłości będziemy mogli zobaczyć coś z Twojego dorobku na dużym lub małym ekranie? A może pójdziesz drogą Sapkowskiego i powstanie gra na motywach którejś z powieści?

Na razie mamy trailer do „Moskala”, który uważam za małe arcydzieło – nie na darmo w rolę główną wcielił się tam skądinąd sławny Eryk Lubos.

Film, gra – no cóż, czemu nie? W tej chwili toczą się prace nad planszówką do „Komornika” i nie ukrywam, że jestem pełen dobrych nadziei.
Co do chodzenia czyjąkolwiek drogą… Ahem. Na szczęście nie mam zwyczaju brać gotówki z góry.

Życiowe motto Michała Gołkowskiego?

Parafraza cytatu z „Tako rzecze Zaratustra”: „Abyś patrząc wstecz na swe życie, nie musiał mówić: tak było, a powiedzieć mógł: tak chciałem!”.

Wspierasz młodych twórców? Jest jakiś adept, następca? Jak można uzyskać protekcję u tak wyśmienitego autora?

Napisać trzeba i powiedzieć: ej Misiek, weź zerknij na tekst i powiedz co myślisz. A ja wtedy piszę: ok, zaraz, ale powiem szczerze, co myślę. I to tyle.

Zawsze odpowiem, zawsze zareaguję, zawsze zrugam jak burą sukę.

Wymarzony koniec kariery pisarza to...?

„Blaze of Glory” w wykonaniu Bon Jovi

Co w obliczu obecnych przemian geopolitycznych wzbudza u Ciebie największe obawy? Prywatnie, zawodowo, życiowo?

Nieodmiennie ludzka głupota i ograniczone zdolności poznawcze tzw. bezmyślnej większości. Historia naprawdę, ale to naprawdę NIE jest nauczycielką życia.

Czy świat literacki ma wpływ na  Twoje życie? Sytuacje, emocje, postawy?

Nieuchronnie, jeśli po części staję się każdym ze swoich bohaterów. I to właśnie jest piękne, bo daje mi szansę kreowania rzeczywistości… Pisania mojego własnego świata, co zresztą kilka razy mi się udało.

Kurczę, muszę w końcu napisać tę książkę o mega bogatym gościu imprezującym na Hawajach.

Czy forma publicznej prezentacji odzwierciedla rzeczywistość, w której celebryta musi wrócić do domu? Jaki wpływ na otoczenie ma twórczość, sława i treść zawarta w powieściach? Pomaga, utrudnia, a może jest niezauważalna? Jaki prywatnie jest Michał Gołkowski?

Ja mam dość dobrze rozwinięty system kompartmentalizacji, więc trzymam poszczególne osobowości w oddzielnych szufladkach w głowie. Nadal dziwi mnie to i bawi, kiedy rodzina bliższa i dalsza z pewną nieśmiałością prosi o autograf na książce… Nie czuję tego zupełnie, nie uważam się za w żaden sposób wyjątkowego. Co w tym szczególnego? Ktoś strzela do ludzi, inny jest neurochirurgiem, ktoś inny jeszcze pisze książki. Praca, jak każda inna. 

Jaki jestem prywatnie? Najłatwiej mnie posmakować organoleptycznie – kupić po jednym egzemplarzu każdej książki, przepuścić przez niszczarkę, wiórki zalać spirytusem. Przyjmować jedną łyżeczkę dziennie wieczorem po kolacji. Skuteczność gwarantowana, przeczyszcza łagodnie nie przerywając snu.

Czy częste zmiany miejsca zamieszkania, podróże wynikające z okresu dzieciństwa ukierunkowały Cię literacko, zawodowo, prywatnie?

Na pewno. Daje to z jednej strony pewne rozchwianie umysłu, brak pewności, nieprzyjmowanie niczego jako oczywiste – a z drugiej bardzo szeroki horyzont myślowy, otwartość na nowości. Przede wszystkim dało mi to rosyjski i angielski, a przecież jak to napisał sam Goethe – „Iloma językami mówisz, tylekroć jesteś człowiekiem”.

Jaką uczelnię, na jakim kierunku i z jakim wynikiem ukończyłeś? Powtórzyłbyś to?

Instytut Lingwistyki Stosowanej Uniwersytetu Warszawskiego, specjalizacja tłumaczeniowa ustna, z wynikiem nie pamiętam, ale skończyłem. Pewnie. W końcu to dzięki tym studiom jestem tym, kim i czym jestem.

Czy zdradzisz nam kulisy swojej pracy pozapisarskiej? Współpracy z telewizją, działalności consultingowej, pracy tłumacza?

Jasne. To kiedy kolejny wywiad?

To aż tak duży materiał? Ani słowa choćby zajawki?

To po prostu bardzo obszerne pytanie i nie bardzo wiem nawet, od której strony zacząć. Już same dwie czynności tłumaczenia pisemnego i ustnego to dwa diametralnie odmienne zawody; tłumaczenie pisemne tekstów jest czymś innym niż tłumaczenie literatury… Do tego trzeba dodać jeszcze uczenie ludzi języków (rosyjski, angielski i nierzadko też polski), pracę okołobiznesową, prowadzenie firmy… Sporo tego jest, naprawdę. Najciekawsze w tym wszystkim jest chyba tłumaczenie w telewizji na żywo – daje niesamowitego kopa i fantastyczne poczucie wykonania dobrej roboty. Kiedy w 2014 zaczęła się zawierucha na Krymie, w zasadzie przez pół roku mieszkałem w studio TVN24, zdarzało mi się nawet spać na podłodze, kiedy po prostu nie było fizycznie możliwości, żeby zdążyć wrócić do domu…. Za to nauczyłem się tłumaczyć z ukraińskiego. Co prawda tylko od poziomu wicepremiera w górę, tylko symultanicznie i tylko wojnę, ale to zawsze coś (śmiech).

Udzielasz się jako tłumacz w polityce. Jak wpływa to na Twoje postrzeganie życia publicznego? Może jakieś subiektywne spostrzeżenia? Krytyka obecnego stanu? Pokusisz się?

Gdybym pokuszał się o swoje spostrzeżenia, to nie robiłbym tego, co robię.

Co do tłumaczenia - daje to bardzo ciekawy ogląd od tzw. kuchni na sprawy, o których normalnie nie ma się pojęcia. Widuje się miejsca, do których inaczej by się nie weszło, czasami je obiad z ludźmi, których dotąd oglądało się tylko w wiadomościach. I najzabawniejsze jest to, że nic to nie zmienia – ani nie czyni człowieka lepszym, ani bogatszym, ani ważniejszym. Tak po prostu jest, i tyle.

Jaka jest Twoim zdaniem przyszłość polskiej fantastyki? W jakim kierunku zmierza i jak powinna konkurować z zalewającą nasz kraj fantastyką zagraniczną? Czy ma szansę przebić się poza naszymi granicami?

Jest nas raptem 40 milionów, więc statystyka działa na niekorzyść – jednak rynek anglojęzyczny dominuje niezaprzeczalnie, i to jest fakt. Co do konkurencji, to mówiłem już: każdy, kto próbuje konkurować, przegrywa na wejściu.

Róbmy swoje, piszmy swoje. Nie próbujmy udawać czegoś, czym nie jesteśmy. Nie podpierajmy się wzorcami i elementami z obcej kultury, bo zaraz okaże się, że nie mamy swojej własnej.
Zawsze jest szansa, i trzeba tylko próbować. Pocieszające jest to, że prawdopodobieństwo wynosi równo 50/50 – albo się uda, albo nie.

Dziękuję za rozmowę i poświęcony czas – Jakub Skoczke, Portal Sztukater.pl

Współpracujemy z:

KARTA BIBLIOTECZNA

BIBLIOTECZKA

  • Załóż swoje konto
  • Karta Do Kultury

    Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
    *obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
    *dodawać je do ulubionych
    *polecać innym czytelnikom
    *odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
    *listować pozycje, które posiadasz
    *oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
    Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!