Jerzy Pilikowski

Informacje Personalne:

  • Twórczość:

    "Filozofia W Gimnazjum"

    "Niezbędnik Dla Szkół Średnich. Historia 1815-2001"

    "Niezbędnik Dla Szkół Średnich. Historia Do 1815 Roku"

    "Opowieści Gęsiego Pióra"

    "Podróż W Świat Cywilizacji"

    "Podróż W Świat Etyki"

    "Podróż W Świat Europy"

    "Podróż W Świat Filozofii"

    "Podróż W Świat Historii Polski"

    "Podróż W Świat Politologii"

    "Repetytorium Liceum I Technikum: Historia"

    "Słownik Historii Świata"

    "Słownik Szkolny. Historia"

    "Szkolny Słownik Historyczny"

    "Wyścig Rydwanów"

Galeria:

Biografia:

Jerzy Pilikowski (ur. 1952 r.) – ukończył studia historyczne na Uniwersytecie Jagiellońskim. Ma za sobą 27 lat pracy w szkolnictwie. Jest nauczycielem dyplomowanym. Nauczał historii, wiedzy o społeczeństwie, prowadził fakultet humanistyczny (historia, politologia, elementy filozofii, historii sztuki i geografii kulturowej). W 2000 r. otrzymał Medal Komisji Edukacji Narodowej.
Od Autora: Brałem udział w wielu konferencjach i pracach mających na celu przygotowanie nowych programów i podręczników. Występowałem w edukacyjnych programach telewizyjnych. Współpracowałem z Instytutem Jana Pawła II. Zwiedziłem prawie całą Europę i Stany Zjednoczone, znam dobrze angielski i niemiecki, słabiej włoski, rosyjski, francuski i łacinę, obecnie uczę się hiszpańskiego. Nie uważam się za literata, bo zabieganie o pozycję w literacko – celebryckim świecie męczy i śmieszy. Chętnie aspirowałbym do rangi pisarza, ale niestety instytucja pisarza po dwustu latach utrzymywania wysokiego prestiżu dogorywa. Ktoś mądry powiedział: „w końcu każdy przeżyje swoje Waterloo i znajdzie się na swojej Wyspie Świętej Heleny, pytanie tylko, czy przeżył także swoje Austerlitz, które może wspominać”. Oceniam, że zaliczyłem swoje Austerlitz. Więc nie narzekam i uważam, że jedyne co mi pozostało sensownego do zrobienia, to spokojnie obserwować komedię ludzką. Jeżeli jako humanista uważam nieskromnie, że pomimo wszystko jeszcze jakąś misję mam do spełnienia to (oprócz troski o osoby, które kocham), chciałbym się przyczynić do tego, aby choć co dziesiąty człowiek w moim otoczeniu rozumiał takie aluzje, jak ta o Austerlizt, Waterloo i Wyspie Świętej Heleny (albo ta o „komedii ludzkiej”). Dlatego podróżuję przez świat humanistyki i uparcie dzielę się moimi refleksjami z tych podróży.
Publikacje
Literatura piękna: "Synowie Timokratesa", Warszawa 1985 r.
(wznowienie jako „Wyścig rydwanów”); "Opowieści Gęsiego Pióra", Kraków 1988 r.; "Po drugiej stronie Dunaju", Katowice 1989 r.
Podręczniki: "Wiedza obywatelska - podstawowe wiadomości o państwie, społeczeństwie i polityce" (MEN 62/92); "Wiedza o społeczeństwie" (MEN 37/96); "Historia dla szkół średnich 1789 - 1918" (MEN 288/94); "Historia dla szkół średnich 1918 - 1990" w dwóch tomach (MEN 214/96); "Historia dla klasy V" (MEN 73/96); "Historia dla klasy VI" (MEN 102/97); "Pamiętać i rozumieć" podręcznik do historii dla klasy pierwszej gimnazjum (MEN 337/00); "Wiedza o społeczeństwie, państwie i prawie" podręcznik do WOS dla szkół średnich wznowiony w 2005 r. (MEN 168/02)
Programy nauczania: Ogólnopolskie, zatwierdzone przez MEN, opublikowane w formie książkowej: "Pamiętać i rozumieć" program nauczania historii w klasach I-III gimnazjum (MEN DKW - 4014 - 51/00); "Wiedza o społeczeństwie, państwie i prawie" program nauczania WOS w klasach I-III szkoły średniej (MEN DKOS-4015-155/02); Wewnątrzszkolne, zatwierdzone przez Kuratorium Oświaty w Krakowie: Program fakultetu humanistycznego (1992 r.); Program europeistyczny (1999 r.).
Książki edukacyjne (wybór): "Historia Polski 1795 - 1864" i "Historia Polski 1864-1918", 1992 r.; "Historia. Vademecum dla gimnazjum i szkoły średniej ", 1995/6; "Filozofia w gimnazjum" wznowiona jako „Filozofia w szkole”, 1997 r.; "Szkolny słownik historyczny" wznowiony jako "Słownik szkolny. Historia", 1999 r.; "Szkolny słownik historii Polski", 2000 r. wznowiony jako "Słownik szkolny. Historia Polski"; "Historia do 1815 r." i "Historia 1815 - 2001", 2005 r.; "Słownik historii świata. Fakty i komentarze", 2005 r.; „Vademecum maturzysty. Historia”, 2005 r.

Wywiad:

Humanista w podróży…

Jest Pan wytrawnym podróżnikiem. Proszę powiedzieć, co jest istotą udanej podróży?

Dziś trzeba odpowiedzieć, że istotą udanej podróży jest fun i zapewnienie sobie takiego poweru, aby choć przez chwilę nie czuć lęku przed własnym istnieniem. Czy użyłem właściwego języka? Czy przekonałem kogoś, kto na raz potrafi przyswoić sobie ze zrozumieniem co najwyżej dwie linijki tekstu, że warto czytać dalej? Pewnie nie, więc nie będą udawał internetowego „ćwierkacza”, i odpowiem na serio, adresując moją odpowiedź do odbiorcy, który umie zdobyć się na chwilę koncentracji.

Istotą udanej podróży jest możliwość uzupełnienia własnej wiedzy o świecie. Jeżeli świat jest teatrem, to jesteśmy w tym teatrze widzami lub aktorami, dopóki nas nie wygonią – i to nie tylko ze sceny, ale także z widowni. Nieodwołalnie. Z natury wolę być widzem. Vita contemplativa bardziej mi odpowiada niż vita activa, choć nie pochodząc z dość zamożnej rodziny, aby swój status społeczny móc opisać określeniem „gentleman of leisure”, i mając rozwinięte poczucie obywatelskie, skłaniające mnie do udziału w sprawach publicznych, nie mogłem się tylko przyglądać. Trzeba było także grać na scenie. Ale wolałem obserwować – i to ze zmieniającego się punktu widzenia w czasie i w przestrzeni, w ujęciu historycznym, geograficznym i ideowym. A obserwacji świata z takich różnych punktów widzenia można dokonywać tylko dzięki podróżom.

A więc powtórzę: warunkiem udanej podróży jest chęć poznawania świata i dążenie do uzupełnienia własnej wiedzy. Podkreślam: uzupełnienia wiedzy już posiadanej, gdyż podróże kształcą (jeszcze bardziej) tylko już trochę wykształconych. Ktoś może w tej chwili przypomnieć mi, że zawęziłem pojęcie podróży do czegoś, co Niemcy zgrabnie nazywają „Studienreise”, a więc podróżą studyjną. A przecież można podróżować dla przyjemności: wtedy liczą się zmysłowe doznania i zapierające dech widoki. Do tego przygoda na łonie „dzikiej natury z komfortowym dojazdem” (jak mawiał Gombrowicz). Ale to nie są podróże, tylko formy użycia. Sprawą zupełnie drugorzędną jest, czy owo użycie konsumujemy na własnej posesji czy podczas podróży dookoła świata

Woli być Pan podróżnikiem czy przewodnikiem?

To pozorna alternatywa. Prawdziwy podróżnik jest zawsze przewodnikiem. Przewodzi co najmniej samemu sobie. W terenie sprawdza, czy w materiałach, za pomocą których przygotował się do podróży, wszystko się zgadza. Jeżeli podróżuje w grupie zorganizowanej, jest utrapieniem dla pilotów i „gajdów”, gdyż wychwytuje błędy i nadmierne uproszczenia oraz chce zobaczyć to, co jest w pobliżu, a na zwiedzanie czego nie ma już czasu. W podróży wirtualnej (w świecie myśli, choć niekoniecznie przy użyciu komputera) podróżnik sam interpretuje to, co z czym się zapoznaje. Jest współkreatorem tych duchowych widoków (filozoficznych, artystycznych, politycznych…), które ogląda oczyma duszy… Oczyma swego cogito – jak kto woli. Każdy podróżnik jest „samo podróżnikiem”. Skojarzenie z „samoukiem” jak najbardziej uzasadnione.

Dokąd zabiera Pan swoich czytelników wraz serią książek „Podróże…”?

Zabieram ich do przedsionka elitarnego klubu grupującego nielicznych ludzi, którzy występując w teatrze świata, znają treść dawnych przedstawień. Znają wątki, które kontynuują. Moi czytelnicy mają szansę rozumieć całość przedstawienia. Jak się postarają i uzupełnią swą wiedzę na temat historii, politologii, filozofii, literatury, sztuki, geografii kulturowej, nauczą się paru języków (podstaw łaciny nie pomijając), to znajdą się w klubie straceńców. Na bramie tego klubu spokojnie można zawiesić zdanie z ”Piekła” Dantego: Lasciate ogni speranza voi, ch’ entrate… Porzućcie wszelką nadzieję wy, którzy tu wchodzicie. Nadzieję na to, że będziecie bezmyślnymi konsumentami kultury masowej. Jeżeli ludzkość dzieli się na pesymistów i pogodnych idiotów, to moi współpodróżnicy mogą zostać tylko pesymistami. To nie znaczy, że rezerwuję dla nich rolę ponuraków. Ich radość wynika z godności myślącego człowieka. Biblijna Księga Koheleta twierdzi, że wiedza rodzi cierpienie. Ale Księga Psalmów dodaje, że ludzie, którzy nie myślą, podobni są do bydląt, które giną (w domyśle: bezpowrotnie i częściowo już za życia). Po prostu odróżniam radość od wesołkowatości i śmiech od rechotu.

Jaka właściwie idea stoi za tą serią? To nie są zwykłe podręczniki elementarnej wiedzy z zakresu historii, filozofii, wiedzy o kulturze i społeczeństwie…

Ideą tą jest przekonanie, że nie wszyscy ludzie chcą po osiem godzin na dobę wypoczywać, pracować i konsumować. Będąc na scenie, chcą wiedzieć, w czym grają, będąc na widowni chcą klaskać wtedy, gdy oni uważają, że coś jest warte oklasków, a nie na komendę „organizatora aplauzu”. Książki z serii „Podróże…” w ogóle nie są podręcznikami. Trzeba mieć parę podręczników za sobą i encyklopedię pod ręką, by czytać je ze zrozumieniem. Owszem są kompendiami elementarnej wiedzy z zakresu historii, filozofii, etyki, wiedzy o kulturze i społeczeństwie, ale kompendiami, które (wbrew potocznemu mniemaniu na temat kompendium) nie umożliwiają ułatwionego zdobywania wiedzy. To nie są przeloty helikopterem ponad światem ludzkiej myśli, lecz przewodniki dla turystów pieszych, którzy sami wspinają się na pagórki i jeszcze do tego umieją odnaleźć znaki w terenie.

Czy książki te wnoszą coś nowego do refleksji nad zawartymi w niej zagadnieniami czy raczej należy je traktować jako oryginalne pozycje dydaktyczne?

Nie wnoszą nic nowego tak samo jak 99% prac z dziedziny humanistyki. Prawie o wszystkim mówili już starożytni Izraelici, Grecy i Rzymianie. Można je traktować jako oryginalne pozycje dydaktyczne, jednak w szerokim rozumieniu dydaktyki, nie jako szkolnej mitręgi, ale treningu elastycznego myślenia, podczas którego przełamuję zastane narracje, siadam okrakiem na barykadzie, w wyniku czego nikt mnie nie lubi i nikt mnie nie lansuje. Chodzi mi o elastyczne myślenie, ale nie w sensie postmodernistycznym, lecz w stylu prezentowanym przez głównego bohatera „Skrzypka na dachu”, który rozmawiając z Bogiem (lub raczej monologując w obecności Boga), wciąż szukał nowych argumentów zaczynając od słów: „a z drugiej strony...”. Trzeba (wbrew postmodernistom) szukać prawdy, bo ona istnieje, ale też umieć myśleć „z drugiej strony” (wbrew doktrynerom). Sprzeciw wobec relatywizmu i równocześnie sprzeciw wobec dogmatyzmu to właśnie jest to „coś nowego”, czego zrozumienie kwalifikuje do grona moich współpodróżników.

Wspomniał Pan o postmodernizmie… Czy nie sądzi Pan, że postmodernizm jest ważnym elementem naszej kulturowej samoświadomości? Wyrazem pewnej dojrzałości, która boli, ale której osiągnięcie jest potrzebne, aby móc pójść dalej. Postmodernizm przestrzega przed zbytnim samozadowoleniem, rewiduje a priori przyjęty europocentryzm, unaocznia kruche fundamenty naszej wiedzy, pokazuje katastrofalne konsekwencje realizacji szczytnych idei i wartości, z których byliśmy i nadal przecież jesteśmy tak dumni (np. równość, wolność, prawda, harmonia). Nie musimy akceptować całej postmodernistycznej gry na gruzach gmachu kultury, ale warto przemyśleć tę lekcję, żeby nie popełniać już błędów, których popełniać nam już nie wypada (totalitaryzm, holokaust).

Myślę, że tę lekcję przemyślałem, o czym zapewne świadczy ostatnia część „Podróży w świat filozofii”, zresztą pierwszej podróży, której dobre przyjęcie przesądziło o woli dalszego podróżowania. A w podróży filozoficznej, właśnie dyskusja z postmodernizmem podobała się najbardziej i jest czytana nieraz jako autonomiczna całość.
Na czym polegał błąd naszej kultury, widoczny od XVIII wieku? Broń Boże nie chcę tu postponować oświecenia. W XVIII wieku wady naszej kultury stały się brzemienne w konsekwencje, gdyż wtedy wraz z rewolucją przemysłową pojawiły się techniczne możliwości wcielania w życie utopijnych postulatów. Na pytanie: „dlaczego Iwan Groźny był jednak mniej groźny od Stalina?”, można krótko odpowiedzieć: „bo nie miał telefonu”.

Tragedie XX wieku były ceną zapłaconą za próby wcielania w życie utopii politycznych i społecznych. Zresztą totalitaryzm to nie tylko nazizm i holokaust, ale także komunizm i głód na Ukrainie, gułag na Sybirze, masowe groby od Białorusi do Kamczatki (z grobami katyńskimi po drodze), to góry trupów w Chinach i Kambodży. Czy postmodernizm jest dowodem na to, że wyciągnęliśmy wnioski z tej tragicznej przeszłości i nie chcemy powtarzać dawnych błędów?

Bynajmniej! Postmodernizm jest teoretyczną podstawą kolejnej utopii. Nasi dzisiejsi duchowi i polityczni przywódcy popełniają ten sam podstawowy błąd, co zbrodniarze, od których się odżegnują: pragną wcielania w życie zasad sprzecznych z ludzką naturą. Obsesją Hitlera była wiara w rasową wyższość narodu niemieckiego połączona z przekonaniem o rasowej niższości Żydów i Słowian, co skończyło się holocaustem. My zaś byliśmy „następni na grafiku” – i gdyby Niemcy nie poniosły klęski już w 1945 r. … Obsesją Marksa i Lenina było bezklasowe społeczeństwo, co doprowadziło do ludobójstwa w imperiach Stalina i Mao Zedonga oraz w proporcjonalnie najbardziej wydajnej rzeźni Pol Pota (który studiował na Sorbonie i słuchał wykładów mistrzów postmodernizmu). Tym razem chodzi utopijne przekonanie, że ludzie mogą tworzyć cywilizacyjną wspólnotę bez jednej wielkiej narracji, że mogą bezkarnie igrać na gruzach gmachu kultury.

Dam przykład: grupa ludzi może mieszkać w jednym wielorodzinnym domu cierpiąc z tego powodu różne niedogodności (hegemonia najważniejszych mieszkańców, konieczność chodzenia akurat tymi a nie innymi korytarzami, przestrzegania narzuconego odgórnie regulaminu). Można więc dom zastąpić grupą namiotów (albo baraków), w których to namiotach każdy robi, co chce. I wszystko jest dobrze. Do pierwszej wichury.

A prawdziwej wichury nie było od 1945 roku. Trochę czasu już minęło, a więc kolejny poryw „wichru historii” rychło przed nami.

Kulturę euro-amerykańską można porównać do ulicy, wzdłuż której w kolejnych epokach ludzie wznosili okazałe kamienice przekonań religijnych, systemów filozoficznych, doktryn społecznych, rozwiązań ustrojowych. Każda z tych kamienic miała swoje zalety i wady, ale jedną z nich trzeba było wybrać, aby w niej mieszkać. Postmodernizm zakwestionował zasadę ostatecznych wyborów. Czy nie lepiej przekuć liczne przejścia między kamienicami, rearanżować wnętrza usuwając pewne ściany (nie bacząc na to, że niektóre mają znaczenie konstrukcyjne)? Coraz „fajniej”, coraz bardziej „kul”, zgodnie z zaleceniami modnych guru coraz bardziej „trendy”. Ale ile jeszcze można zrobić wewnętrznych wyburzeń, zanim całość się zawali?

My jeszcze nie żyjemy „na gruzach gmachu kultury”. To retoryczny zwrot, którym my, inteligenci, niefrasobliwie się posługujemy. Na prawdziwych „gruzach kultury” silniejsi od nas barbarzyńcy poderżną nam gardła, gdyż my, gadacze i mózgowcy nie umiemy na serio walczyć. Nowi władcy kulturowego rumowiska zabiją nasze (bardzo nieliczne) dzieci i zgwałcą nasze (wyzwolone) kobiety.

I proszę nie rozumieć mnie prymitywnie: nie twierdzę, że tymi okrutnikami będą akurat muzułmanie lub Chińczycy. To będą nasi właśni barbarzyńcy, którzy zapragną żyć w świecie, gdzie nikt nie ośmiela się kwestionować tego, że dwa razy dwa jest cztery.

W październiku tego roku ukazała się najnowsza książka z tej serii, „Podróż w świat cywilizacji”. Jaka jest koncepcja tej książki?

Pokazać panoramę cywilizacji i wyjątkowość cywilizacji europejskiej na tle tej panoramy.

Jakie przyjmuje Pan wyjściowe stanowisko w tej refleksji? Mam wrażenie, że wychodzi Pan z pozycji europocentrycznej… Czy ze względu na obiektywizm badawczy i szacunek dla odmienności nie powinniśmy na wstępie założyć relatywizmu kulturowego?

Nie ma czegoś takiego jak relatywizm kulturowy. Podobnie nie istnieje relatywizm techniczny. Albo konstruujemy łódź podwodną albo helikopter. Jeżeli skrzyżujemy jedno z drugim, nie będzie to ani pływać ani latać. O ile jednak w technice weryfikacja błędnych twierdzeń jest natychmiastowa, to w humanistyce jest długotrwała i kosztuje wiele ofiar. Na przykład dwieście lat temu liberałowie (klasyczni) twierdzili, że tylko własność prywatna i praca na swoim gwarantują dobrobyt (choć nie od razu i nie wszystkim), a socjaliści, że właśnie likwidacja prywatnej własności i praca na wspólnym zapewni ludzkości szczęście i wyzwolenie z ucisku. Ile milionów ludzi musiało umrzeć z głodu, by wreszcie ideolodzy socjalizmu przyznali, że w kwestii motywacji do pracy i przedsiębiorczości akurat się mylili?

Analogicznie w sprawie relatywizmu cywilizacyjnego zdrowy rozsądek od razu wskazuje prawidłową odpowiedź, ale z filozofami i innymi kreatorami poglądów, nie pójdzie tak łatwo. Ciekawe jakie horrory wydarzą się w XXI wieku, by ukazać, że różne modele cywilizacyjne nie mogą na raz funkcjonować na jednym obszarze oraz że to nasza cywilizacja jest unikalna z takimi osiągnięciami jak prawa człowieka, nauka, innowacyjność… Broniąc jej walczymy po prostu o życie.

Po drugie obiektywizm w ocenie innych kultur jest postulatem nie do spełnienia. Patrzymy na świat cywilizacji zawsze przez okulary własnej cywilizacji i nie jesteśmy w stanie tych okularów zdjąć (w kwestii poznawczych okularów odsyłam do Kanta i Cassirera – sam tego nie wymyśliłem). Z definicji nie możemy być obiektywni. I nie musimy. Prawie wszystko, czym żyjemy, wywodzi się z cywilizacji judeo-, grecko-, rzymsko-, chrześcijańskiej- z komponentem oświeceniowym. To nazywamy w skrócie „cywilizacją europejską”. Oczywiście jest to w sensie geograficznym cywilizacja nie tylko europejska, ale także amerykańska i australijska. A Japonia, Indie, Chiny i Korea z nami skutecznie konkurują adaptując nasze zdobycze. Stwierdzenie tego faktu nie ma nic wspólnego z brakiem obiektywizmu i szacunku dla odmienności. Właśnie poszanowanie prawdy jest podstawowym warunkiem obiektywizmu, a odmienność nie jest wartością sama w sobie. Jeżeli jest wartością minusową bardzo – należy ją zwalczać, minusową odrobinę – należy ją tolerować, a jeżeli jest wartością dodatnią – to należy ją do cywilizacji europejskiej adaptować.

Powiedział Pan, że różne modele cywilizacyjne nie mogą na raz funkcjonować na jednym obszarze. Czy to znaczy, że jest Pan zwolennikiem kontynuacji cywilizacyjnej ekspansji kultury Zachodu? Nasze towary eksportowe wyrządziły przecież tak wiele krzywd innym kulturom. Wolny rynek, monopolizacja, indywidualizacja, rozbicie tradycyjnych struktur społecznych, zanieczyszczenie środowiska, popkultura, hedonistyczny model życia… Oczywiście, w pismach filozofów znajdujemy wspaniałe idee wolności, braterstwa, poszanowania godności wszelkiego życia. Ale rozbieżność między aspiracjami a praktyką kulturową czyni z nas największymi na Ziemi hipokrytami. Nic dziwnego, że nie mamy poważania w świecie kultur. Dawno straciliśmy ich szacunek i zaufanie. Nie chcą uczyć się od nas praw człowieka, które w ich oczach wyglądają jak zagłuszanie wyrzutów sumienia. Po prostu wykorzystali nasze osiągnięcia w sferze pragmatyki (nauka, technologie, struktury organizacyjne), które sami twórczo teraz rozwijają. Zamiast poczucia wyższości przydałoby się nam trochę pokory. Być może prawda jest jedna (tradycyjna logika na to wskazuje), ale czy to właśnie my „Europejczycy” ją posiedliśmy? A może wszyscy mamy na myśli tę samą prawdę tylko innym posługujemy się językiem? Od wielu Obcych moglibyśmy uczyć się poszanowania godności, współczucia, samodoskonalenia. Nie na papierze, ale właśnie w ich naturalnym środowisku – w życiu. Trzeba tylko zdjąć przyciemniane okulary i spojrzeć w słońce…

Zapytał mnie Pan: „Czy to znaczy, że jest Pan zwolennikiem kontynuacji cywilizacyjnej ekspansji Zachodu?” Nie odpowiem na to pytanie, gdyż moje stanowisko w tej sprawie jest bezprzedmiotowe. Nie ma mowy o żadnej ekspansji kultury Zachodu. Wszelkie wady tej ekspansji trafnie Pan wyliczył, choć znalazłoby się parę zalet. Mimo to nie będę polemizował i ich wyliczał. Cywilizacja Zachodu się cofa, więc nawet gdybym był zwolennikiem takiej ekspansji, to co z tego?

Pisałem o tym w „Podróży w świat Europy”. Posłużę się tu konceptem już tam zastosowanym. Jeżeli Europa na początku naszej rozmowy miała daną pozycję w świecie pod względem populacji, udziału w gospodarce, potędze militarnej itd., to na końcu naszej rozmowy będzie miała tę pozycję mniejszą. A jutro rano jeszcze mniejszą… Ile Pan ma lat? Rozmawiamy wirtualnie, więc nie mogę na oko ocenić. Bo ja mam sześćdziesiątkę i zejdę ze świata jeszcze wciąż zdominowanego przez cywilizację europejską (choć przy pomocy Stanów Zjednoczonych, Kanady, Australii…), ale Pan, ile liczy sobie lat? Trzydzieści, czterdzieści? A ile lat mają Pana dzieci, jeżeli Pan je ma? Ile jeszcze lat (statystycznie) pożyją? Sześćdziesiąt? Siedemdziesiąt? One już na pewno się dowiedzą, czy owi „Obcy okażą im poszanowanie godności, współczucie, pomogą w samodoskonaleniu. Nie na papierze, ale właśnie w ich naturalnym środowisku – w życiu”. Fragment w cudzysłowie to Pana własne słowa zawarte w pytaniu. Zgadzam się z Panem: dowiedzą się w życiu, nie na papierze lub w wirtualu (bo my nawet papieru nie używamy). I drogo mogą zapłacić za utopijne myślenie swoich rodziców.

Podsumowując: my nie patrzymy na świat przez przyciemnione okulary, ale przez różowe. Gdybyśmy te różowe okulary zdjęli, nie martwilibyśmy się o to, że zła Europa narzuca światu fałszywe wzory kulturowe, tylko o to, że nie jest w stanie obronić swych wzorów. Europa od osiemdziesięciu lat nie tworzy nic przełomowego w nauce ani technice, coraz mniej pracuje, coraz mniej produkuje, żyje ponad stan, demograficznie wymiera, traci ducha przedsiębiorczości, coraz bardziej zapomina o swych korzeniach, wręcz sama siebie nie lubi… Leży na kozetce u psychiatry. I w tym stanie zajmuje się… Jaka jest dziś agenda Parlamentu Unii Europejskiej? Jakie zagadnienia wydają się naszym reprezentantom w Brukseli i Strasburgu ważne dla „szczęścia przyszłych pokoleń”?

Od wielu lat jest Pan związany ze szkolnictwem. Co Pan sądzi o obecnym programie nauczania?

Każdy program nauczania jest równie dobry (lub niedobry), bo każdy jest nierealny. Wiem, co mówię (patrz odpowiedź na pytanie powyżej). I tak zaledwie 10% uczniów ma jakieś pojęcie o tym, czego się uczyło. Na dłuższą metę zostanie z tego 1% (nie licząc tych, którzy się zajmują historią zawodowo; razem będzie ok. 1,1%). Ale to wystarczy, by każdy z tych zaliczających się do owego procenta w swoim środowisku poinformował innych o sprawach ważnych z historii dla całej wspólnoty. Problemem dziś nie są więc programy nauczania, lecz podważanie rangi wiedzy historycznej, obniżanie prestiżu historyków (i humanistów w ogóle), aby nawet tego jednego procenta wtajemniczonych nie było. Dlaczego? Bo widownią w teatrze świata, która nie wie, co działo się w poprzedniej części przedstawienia, łatwiej jest manipulować. Można na przykład czarny charakter przedstawić jako kryształową postać – i odwrotnie. Widzowie nie wiedzą, co myśleć i czekają na komendę wspomnianego już „organizatora aplauzu”. Zresztą nie dotyczy to tylko humanistyki. Ludzie mający większe pojęcie o biologii i fizyce śmialiby się z większości reklam. Ludzie umiejący rozwiązywać matematyczne zadania mogliby dokonać logicznej analizy przemówienia ministra finansów lub co gorsza jeszcze ważniejszego polityka. Na koniec: nie jest to tylko przypadłość polska. Kopiujemy wzorce z zachodniej Europy. A jak się to skończy dla cywilizacji europejskiej?

To dobre pytanie. Proszę pokusić się o opinię i powiedzieć, jaki przewiduje Pan scenariusz dla naszej cywilizacji w perspektywie życia dzisiejszej młodzieży, a więc powiedzmy najbliższych 50 lat?

Z moich wypowiedzi zawartych powyżej można wywnioskować, że scenariusz niewesoły. Proszę pomyśleć, ile przeżyli (o ile przeżyli) ludzie mający po kilkanaście lat w 1912 lub 1913 roku? Czy w naszym stuleciu będzie inaczej? W początkach XX wieku także były pomruki wulkanu: a to kryzysy dotyczące Bośni lub Maroka, a to plany Niemiec, by wykończyć Rosję, zanim ta zbyt się wzmocni (bo sto lat temu Rosja, jeszcze nie zmasakrowana przez bolszewików, dynamicznie się rozwijała), a to plany Anglosasów (Anglików i Amerykanów razem), by wykończyć Niemcy, zanim te po wykończeniu Rosji staną się przemożną potęgą… A wszyscy byli przekonani, że Europa jest stabilna, bo od stu lat, od zakończenia wojen napoleońskich w 1815 roku, nie było w świecie poważnego konfliktu, naprawdę potrząsającego fundamentami egzystencji przeciętnych ludzi. No i przyszło trzęsienie ziemi, dwie wojny światowe i dwa zbrodnicze reżimy, dokonujące potwornych zbrodni w ciągu następnego półwiecza.

A teraz? Może będziemy gnić powoli, jak imperium rzymskie w IV i V wieku? Choć trochę wykształcony człowiek słyszał, że imperium rzymskie upadło w wyniku najazdu barbarzyńców. Owszem, ale całkiem nieliczni Germanowie mogli pokonać Rzym tylko dlatego, że wcześniej spróchniał sam od wewnątrz. Co spowodowało tę próchnicę? Zanik narodowej dumy Rzymian, upadek ducha militarnego i przedsiębiorczości, poniechanie poczucia obywatelskiej współodpowiedzialności za państwo, które tym samym przestało być rzeczpospolitą, a stało biurokratyczną machiną zarządzaną przez egoistyczną i wyobcowaną elitę. Do tego chroniczny deficyt budżetowy i psucie pieniądza. Czy trzeba jeszcze kogoś przekonywać, że w dzisiejszej szkole lepiej nie uczyć historii nawet starożytnej, bo dociekliwy uczeń mógłby dostrzec analogię między późnym Cesarstwem Rzymskim a Unią Europejską?

Europa będzie słabnąć, Stany Zjednoczone, które w XX wieku dwa razy ratowały Europę z opresji (zagrożoną przez niemiecki militaryzm oparty o idee nacjonalistyczne i faszystowskie oraz przez sowiecki komunizm), pozostaną za Atlantykiem pilnując regionu Pacyfiku (Chiny!). Stany Zjednoczone także słabną trapione przez te same choroby, które gnębią Europę. Na dodatek Amerykanie mają dość europejskiej niewdzięczności. Jeżeli Europejczycy tak bardzo brzydzą się amerykańskim imperializmem, to niech ewentualnie sami sobie radzą. Niech u kontestowanego opresora nie skamlą więcej o pomoc.

A konkretne wydarzenia? Będą takie albo inne. Wszystko jedno. Tak czy owak płyniemy w kierunku wodospadu. Oczywiście w mediach docierających do szerokiej publiczności jest to temat tabu, gdyż mógłby popsuć stan ogólnego zadowolenia (a taki wpływa niekorzystnie na indeksy na giełdzie).

Czy z dzisiejszą młodzieżą jest rzeczywiście coraz gorzej, jeśli chodzi o umiejętność posługiwania się językiem, zdolność interpretacji i abstrakcyjną refleksję?

Młodzież jest zawsze gorsza w oczach starszego pokolenia. We własnych oczach jest za to mądrzejsza od wszystkich poprzednich pokoleń. Naprawdę młodzież jest zawsze taka sama. Przeciętny wrażliwy człowiek do trzydziestki jest podpalaczem, po trzydziestce zaczyna się zastanawiać, a po czterdziestce jest już strażakiem.

A tak na serio: starsi mają zawsze taką młodzież na jaką zasługują. Wszyscy dookoła mówią o buncie młodzieży przeciw autorytetowi rodziców i nauczycieli. A ja twierdzę, że jest to bunt przeciw rodzicom i nauczycielom bez autorytetu. Póki żyjemy w konsumpcyjnym ciepełku, po co komu (poza wyjątkami) umiejętność posługiwania się językiem, zdolność interpretacji i abstrakcyjnej refleksji? Kiedy szum wodospadu będzie już wyraźnie słyszalny, wtedy w jednej chwili słowa odzyskają swe znaczenie, zdrowy rozsądek wróci do łask. Ale będzie to trudny moment dla dzisiejszych kreatorów opinii…

Mówi się, że nauczyciel to taki człowiek, który chciał po studiach zostać na uczelni ale inni na roku byli lepsi więc wrócił z powrotem do szkoły. Pan z pewnością nie należy do tego stereotypu. Dlaczego nie wybrał Pan kariery akademickiej, która niesie za sobą większy prestiż społeczny i uznanie?

Skończyłem studia w 1977 roku. Nie miałem możliwości wyboru. Być może byłem najzdolniejszym studentem na roku (choć miałem kilku konkurentów do tego miana, zresztą moich przyjaciół do dziś) i nikt nie zaproponował mi pracy na uczelni ani pisania doktoratu. Na uczelni zostawało się albo drogą koneksji rodzinnych albo dzięki poparciu komunistycznych władz. A jak ktoś z odpowiedniej familii nie pochodził ani się w takową nie wżenił, a od partii komunistycznej i policji politycznej trzymał się z daleka, ten mógł odebrać dyplom i iść do pracy do szkoły podstawowej na wsi (jak było w moim przypadku). Może były i wyjątki – ale ja nie miałem szczęścia się do nich zaliczać.

Jednak nie ma tego złego, co by na dobre nie wyszło. Pracę na wsi wspominam jak najlepiej (nigdy nie spotkałem tylu normalnych ludzi na raz, co wtedy). Nie przesiedziałem całego życia w akademickiej wieży z kości słoniowej, lecz znam życie od podszewki. Mogę więc kompetentnie mówić o dydaktyce, szkole i kształtowaniu młodych umysłów u dzieci wrażliwych i często zdolnych, ale nie wywodzących się z inteligenckiego salonu.

Jakie ma Pan poglądy polityczne?

W jakim aspekcie? W szerszym wymiarze, czy aktualno partyjnym? W wymiarze szerszym jestem konserwatywnym liberałem (liberalizm rozumiem w klasycznym sensie, nie mającym wiele wspólnego z dzisiejszą karykaturą liberalizmu). Do tego konserwatywnego liberalizmu dodaję nieco idei typowych dla chrześcijańskiej demokracji. Jestem jak najdalszy od socjalizmu we wszelkiej postaci. W wymiarze aktualno partyjnym wśród zwolenników PiS jestem uważany za zamaskowanego zwolennika PO – i odwrotnie. Nie podoba mi się sekowanie PiS na forum publicznym (niezależnie od tego, czy w każdej sprawie partia ta ma rację). Jestem za wolnością mediów. Uważam, że każdy prawdziwy liberał powinien walczyć o prawo do nadawania dla Telewizji TRWAM, nawet jeżeli nie podziela poglądów ojca Tadeusza Rydzyka. Jestem przeciwny zaniżaniu rangi Polski w Europie (ten wątek także przewija się w „Podróżach…”). W końcu Polska to według swego globalnego potencjału szóste państwo Unii Europejskiej, a siódme w Europie. To nieźle jak na czterdzieści państw na naszym kontynencie (a dwadzieścia osiem w Unii). Jeżeli ktoś twierdzi, że jesteśmy najważniejsi w Europie – to ja taki pogląd uważam za megalomanię. Ale jeżeli, ktoś uparcie twierdzi, że jesteśmy niczym – to uważam to za masochizm. Ciekawe, kto szybciej pociągnie wspólnotę do zagłady: megalomani czy masochiści…

A co z lewicą? Nie mam na myśli starego komunizmu ale współczesną lewicę, która respektuje pewne prawa wolnorynkowe i niektóre aspekty liberalizmu, ale zarazem żąda określonego zabezpieczenia socjalnego dla wszystkich obywateli. Łączy indywidualizm, sekularyzm i protekcjonalizm. To mogłoby być dobre rozwiązanie, ale z jakichś powodów nie jest liczącą się dzisiaj siłą…

Ależ jest. Może nie instytucjonalną w sensie stworzenia partii wygrywającej wybory, ale siłą nieformalną, opiniotwórczą. W Europie pozornie dominują partie socjaldemokratyczne i chadeckie, ale w tych drugich próżno już szukać realnej inspiracji chrześcijaństwem, a w tych pierwszych klasycznym marksizmem. Cóż więc tam jest: to wszystko, co Pan wymienił w swoim pytaniu. Pokoleniu 1968 roku, które stworzyło ów ideowy melanż, „marsz przez instytucje” udał się znakomicie. Uniwersytety, parlamenty (z europarlamentem włącznie), media, znaczna część Kościoła katolickiego i protestanckiego wszelkiej denominacji – są to instytucje opanowanie przez wyznawców haseł wymienionych powyżej. Trzeba dodać jeszcze obronę wszelkich mniejszości (które w sumie stanowią przygniatającą większość) przed tyranią białych mężczyzn oraz obronę Matki Ziemi przed człowiekiem w ogóle.

I co nam ten melanż proponuje? Zabezpieczenie socjalne dla wszystkich obywateli bez zadawania sobie pytania, skąd na to zabezpieczenie wziąć środki. A wziąć ich nie ma skąd, jeżeli „niektóre prawa rynkowe” skrzyżujemy z protekcjonizmem. Bo protekcjonizm wymaga istnienia potężnej machiny państwowej, która redystrybuuje dobra i podejmuje decyzje za obywateli. To zaś anuluje najważniejsze aspekty liberalizmu: przedsiębiorczość i odpowiedzialność za samego siebie. Pozostają więc te pozostałe aspekty jak sekularyzm, nieodpowiedzialny indywidualizm i obyczajowa anarchia. A więc nie boimy się Pana Boga w niebie, ojca w rodzinie, ani nauczyciela w szkole. Na szczęście jeszcze boimy się szefa w pracy – i dlatego półki w sklepach wciąż są pełne. Ale jeżeli jeszcze od tego strachu zdołamy się wyzwolić…? Wtedy, gdy braknie chleba i igrzysk, wyłonią się nie wiadomo skąd, ci barbarzyńcy, o których wspominałem powyżej.

Bardzo to wszystko skomplikowane. Jak poradzić sobie w tym politycznym gąszczu? Jak oddzielić plew od ziarna?

Rozmawiamy o tym cały czas. Trzeba być dobrze wyposażonym umysłowo uczestnikiem podróży, który siedząc w teatrze świata, rozumie obrazy dziejące się na scenie. Ale to zawsze jest przywilej elity (nie mylić z elitą celebrycką).

Wymienia Pan Józefa Piłsudskiego, obok Jana Pawła II, jako męża stanu – prawdziwego aktora życia politycznego. Za co tak wysoko ceni Pan Piłsudskiego?

Po pierwszej wojnie światowej w wyniku równoczesnej rewolucji w Rosji, wojennej klęski Niemiec i rozpadu Austro – Węgier powstała tak korzystna koniunktura polityczna, że takie państwa jak Czechosłowacja, Węgry, Jugosławia powstałyby niejako automatycznie. Jednak Polska położona między Rosją i Niemcami musiała wywalczyć swe granice i zbrojnie obronić niepodległość (broniąc przy okazji niepodległości Litwy, Łotwy i Estonii). Patrząc na punkt wyjściowy w 1914 roku, to, co Polska osiągnęła do 1921 roku, było gigantycznym sukcesem. Tego sukcesu byśmy zapewne nie odnieśli bez człowieka wokół którego mogły zogniskować się wysiłki całego społeczeństwa. W decydujących momentach nawet adwersarze Piłsudskiego (choćby Roman Dmowski) uznali jego autorytet i grali solidarnie w jednej drużynie dla Polski. Czy tą jedność, tą koncentrację sił i niezłomnej woli dałoby się osiągnąć bez Piłsudskiego?

Mówi Pan raczej o micie Piłsudskiego, pewnym symbolu niż realnym autorytecie polityczno-moralnym. Podobno Piłsudski zachowywał się nieprzyzwoicie, wykorzystywał kobiety, traktował ludzi i idee instrumentalnie, był egocentrykiem i megalomanem, a rozum cenił niżej niż intuicję…

Piłsudski klął jak wojskowy trep, w chwili odradzania się Polski mieszkał z kochanką, a opuszczona żona z dala oglądała jego rosnącą sławę i inteligentnie umarła, aby znana nam Pani Marszałkowa, mogła się stać Panią Marszałkową, a córki Pana Marszałka dziećmi z prawego łoża. Traktował ludzi instrumentalnie. To prawda. Ale czy idee traktował instrumentalnie? To już zależy jakie idee. Ideę niepodległej Polski traktował absolutnie serio – wszystko inne jej podporządkowywał: życie rodzinne, dobór przyjaciół i innych idei. Działał w Polskiej Partii Socjalistycznej tylko dlatego, że była to organizacja wywrotowa osłabiająca Rosję i przyciągająca do działalności niepodległościowej warstwy plebejskie. Idea socjalistyczna była faktycznie instrumentalnie traktowana w stosunku do nadrzędnej idei dobra Polski? Czy to źle? Lenin dobro Rosji poświęcał na rzecz światowej rewolucji. I jak Rosja na tym wyszła?

Piłsudski faktycznie był egocentrykiem i megalomanem. Ale czy byłby w stanie dokonać takiego dzieła i ponosić taką odpowiedzialność (bez zwariowania w jeden dzień), gdyby nie głębokie przekonanie o własnej wielkości? Wszyscy wielcy przywódcy mieli taką właśnie konstrukcję psychiczną. Ale czy był megalomanem w negatywnym sensie: czyli mitomanem przekonanym o własnej wielkości bez realnych podstaw do takiego przekonania? Gdyby nie sukces Polski, liczony od pamiętnego listopada 1918 roku do zwycięstwa w bitwie warszawskiej w sierpniu 1920 roku, przynajmniej środkowa Europa wpadłaby już wtedy w ręce bolszewików. Jeżeli Ukraińcom bolszewicy urządzili masową śmierć z głodu w czasie kolektywizacji rolnictwa tylko po to, by osłabić ich potencjał grożący spoistości sowieckiego imperium, to co urządziliby Polakom i Węgrom (żeby wyliczyć tylko najbardziej krnąbrnych „buntowszczyków”)? Stojąc nad grobem Marszałka na Wawelu warto o tym pomyśleć. Gdyby nie sukcesy narodu polskiego odniesione pod jego przywództwem, może Pana prababcia w latach trzydziestych ubiegłego wieku zastanawiała by się, które z dzieci ugotować, aby nakarmić pozostałe (jak zdarzało się ówczesnym prababciom zamieszkałym trochę bardziej na wschodzie). Od jej decyzji, by zależało, czy miałby Pan szansę przyjść na świat w znanej sobie postaci. Mogła ugotować Pana dziadka. A więc jeżeli Piłsudski był megalomanem, to nie w kabotyńskim sensie. Nawet jeżeli dziesięciu, stu albo i tysiąc ludzi unieszczęśliwił w wyniku wad swego charakteru, to milionom skutecznie przewodził w walce o samo biologiczne przeżycie.

A że pozostał tylko symbol? W rzece dziejów ludzie znikają bez śladu (tak znikniemy ja i Pan i nawet ten wywiad nas nie ocali), chyba że jako ludzie o gigantycznych osiągnięciach przeobrażą się w symbole. Co Pan wie o prawdziwym Kościuszce? Zapewne niewiele. Ale symbol Pan zna. I to wystarczy.
Jeszcze wspomniał Pan w swoim pytaniu, że Piłsudski cenił rozum niżej niż intuicję. To nic złego, jeżeli intuicję rozumieć tak, jak rozumieli ją święty Augustyn, Kartezjusz czy Bergson. Intuicja to „zagęszczona racjonalność”. Zresztą nie podróżujemy teraz w świat filozofii, więc dam inny przykład. Grając w szachy kierujemy się wyłącznie racjonalnością, gdyż w tej grze widzimy naocznie wszystkie dane potrzebne do podjęcia prawidłowej decyzji. Polityka i wojna bardziej podobne są do brydża. Grając w brydża, znamy tylko część danych. Pozostałe przesłanki są natury losowej i psychologicznej. Jak w życiu. Bez intuicji ani rusz.

Prowadzi Pan blog „Okiem humanisty. Podróże w świat człowieka”. Jaka idea przyświeca tej inicjatywie?

To znaczy chciałem prowadzić – i może wrócę do tego zamiaru. Ideą byłoby bieżące komentowanie przedstawienia dziejącego się w teatrze świata z punktu widzenia szerszego kontekstu humanistycznego (bo młocki politycznej w blogosferze jest aż nadto). Na razie odbierają mi energię problemy rodzinne i zdrowotne oraz poczucie ogromnej dewaluacji informacyjnej w przestrzeni internetowej. Impuls do działania dałaby mi interakcja: ja coś piszę, ktoś ze mną polemizuje, ja mu odpowiadam. Wydaje mi się jednak, że zauważenie nowego bloga bez wsparcia telewizji i poczytnej prasy wymagałoby ogromnej promocji. Kto ma ją zorganizować i za nią zapłacić w oczekiwaniu na przyszłe wielkie nakłady moich książek? Na razie nie widzę chętnego. Oczywiście, można wskazać blogerów, którzy krok po kroku zdobywali sobie uznanie. Na to już jestem chyba za stary i zbyt sceptyczny (patrz powyżej moją uwagę o znikaniu w rzece czasu). Jak się siedzi na widowni, szkoda się przekrzykiwać z aktorami na scenie mającymi do dyspozycji mikrofony (z ogromnymi wzmacniaczami). A jak mikrofony zamilkną i zgasną światła, to i tak za pięć minut nikt nie będzie pamiętał, o czym była mowa.
Ale świta mi pewna myśl. W powyższych wywodach poruszyłem tyle wątków trochę prowokacyjnych i wysoce spornych. Każdy powyższy akapit wymaga lepszego uzasadnienia, nadaje się do polemicznej debaty. Może spróbujemy kontynuować naszą rozmowę na forum Sztukatera?

To świetny pomysł. Może znajdziemy na to nawet jakąś specjalną formułę. Może nawet wspólnymi siłami uda się jakoś przyciągnąć klientów do tego biura podróży… Zacznijmy może od tego, że warto być humanistą… no właśnie, kim właściwie jest dzisiaj humanista?

To człowiek dobrze poinformowany o tym, co słychać w filozofii, polityce, sztuce, znający nie tylko język polski (i nie tylko angielski). Zresztą już to wyliczałem. Chodzi o coś więcej. Humanista to, człowiek, który się z byle czego nie śmieje, nie daje sobie wmówić idei sprzecznych ze zdrowym rozsądkiem, który nie wierzy, że będzie szczęśliwy dzięki stosowaniu najbardziej reklamowanej pasty do zębów, który wreszcie wie, że z podobnymi problemami co my, borykali się ludzie i dawniej, choć w innym otoczeniu technologicznym. I co ważniejsze: humanista to człowiek, który wie, że nic nie trwa wiecznie (przynajmniej na tym świecie). Humanista wreszcie przygotowuje się na spotkanie cierpienia. Bo cierpienie przyjdzie do każdego niezależnie od rozwoju nauki.

Ale świat krzyczy, że humanisty nie potrzebuje…

Świat kazał wypić truciznę Sokratesowi, ukrzyżował Chrystusa. Dziś ludzie nagminnie błaznują, twierdzą przy każdym spotkaniu, że jest „fajn” i „kul”, ale wiedzą, że wystarczy brak prądu w gniazdku, abyśmy musieli wyginąć jak dinozaury. Humanista być może znał dorobek ludzkości, który warto przechować. Humanista wie, że kres w doznawaniu przyjemności, to nie jest kres sensu ludzkiej egzystencji. Ale co z resztą? Krzyk świata to krzyk rozpaczy.

W jaką podróż chciałby Pan zabrać nas w przyszłości?

W świat apokalipsy. Apokalipsa to nie tylko koniec dotychczasowego świata, to odnowa znanego świata. Nowe Jeruzalem w miejsce Babilonu (lub Sodomy). Chciałbym pomóc straceńcom (w sensie tracenia czasu na pozornie niepraktyczne rzeczy), którzy zechcą czytać dotychczas opublikowane „Podróże…”. Chciałbym by znali przesłanie proroków nawołujących do budowania Nowego Jeruzalem. Tymi prorokami byli filozofowie, pisarze, uczeni – i to nie wszyscy. Tych którzy proponowali zbrodnicze utopie wykluczam. Humanista wie, kogo wykluczyć. Dlatego tyrani nie lubią humanistów.
Chciałbym pomóc wspomnianym wyżej straceńcom w formie internetowego forum dyskusyjnego, spotkań na jakiejś uczelni humanistycznej, w klubie w stylu „Sokrates cafe”. Może Sztukater szykuje się do roli takiego forum? Na całkiem nową podróż nie mam siły. Zrobiłem co mogłem. Ludzi, których zainspirowałem do życia „na wyższym poziomie myślenia” i których znam osobiście, mogę policzyć na palcach. Ale i to jest niemało.

Dziękuję za rozmowę.

Wywiad przeprowadził Łukasz Musielak

Współpracujemy z: