Adrianna Michalewska

Informacje Personalne:

  • Twórczość:

    "Antologia Kryminalna 13"

    "Mordercze Miasta"

    "Zaułki Zbrodni"

Biografia:

Adrianna Michalewska - mieszka we Wrocławiu, pisze opowiadania kryminalne. Specjalizuje się w literaturze popularnej i w historii czasów krucjat. Wydała wraz z Wydawnictwem Dolnośląskim "Zaułki zbrodni" (antologia) oraz z Szarą Godziną "Mordercze miasta" (antologia). Jest współzałożycielką grupy pisarskiej Zbrodnicze Siostrzyczki.

Wywiad:

„Nie zamierzamy wysadzać świata".

Jest Pani po publikacji kilku dobrze ocenionych przez krytyków opowiadań ale jeszcze przed wydaniem debiutanckiej powieści. Czy ma Pani duży apetyt na sukces?

Moim zdaniem, sukcesem jest to, że w tak trudnych czasach udało mi się wydać opowiadania. Ta forma nie jest zbyt popularna w Polsce, choć europejskie wydawnictwa od niej nie stronią. Ale wracając do Pańskiego pytania – najlepsza powieść jeszcze nie została przeze mnie napisana, więc i na sukces muszę zaczekać.

Może sytuacja na rynku wydawniczym faktycznie nie jest łatwa, ale przyznać trzeba, że w branży kryminalnej mamy prosperity... zrobiło się tłoczno od trupów. Pani postanowiła dołożyć kilka od siebie. Nie obawia się Pani zarzutu o koniunkturalizm?

Nie odbieram tego jako zarzut. Kultura masowa ma swoje prawa. Powtarzalność jest w niej warunkiem koniecznym. Kryminał bez trupa to swoista awangarda. Jeśli sięgam po powieść sensacyjną, spodziewam się strzelaniny, spisku i morderstw. Inaczej byłabym zawiedziona.

Ale przyzna Pani, że stworzenie trzymającej w napięciu powieści bez krwi i trupów jest dla pisarza ciekawym wyzwaniem a także dobrym „testem"... Dlaczego nie sięgnęła Pani po inne gatunki, czy też po prostu, biorąc w nawias konwencje, nie postanowiła pójść zupełnie własną drogą?

Naturalnie. Ale w prawdziwym kryminale musi być trup. Często pojawia się on dosyć późno, jak w „Ofierze Polikseny" Marty Guzowskiej, czy jest pretekstem do rozważań po latach, jak w „Dziewczynie z aniołem" Agnieszki Krawczyk, ale musi być. Takie są wymogi gatunku. Powieść kryminalna jest mi najbliższa, ponieważ specjalizuję się w tej literaturze zawodowo. Jeśli kiedyś napiszę doktorat z romansu, może stworzę Trędowatą II. Naprawdę, chciałabym być tak konsekwentna w tworzeniu powieści gatunkowej jak Mniszkówna. To wielka umiejętność.

Faktem jest, że coraz więcej kryminałów piszą w ostatnim czasie kobiety. Jak Pani interpretuje to zjawisko? Oczywiście kobiety od początku współtworzą ten gatunek: Ann Radcliffe, Mary Shelley, Emily Brontë, Agatha Christie, Doroty Sayers, Sarah Paretsky, Amandy Cross. Ja zastanawiam się nad wyraźnym wzrostem zainteresowania literaturą kryminalną przez kobiety w Polsce w ciągu ostatnich, przyjmijmy, dziesięciu lat...

Kobiety więcej czytają, zatem pewnie lepiej wyczuwają możliwości rynku. Ale nie można tu dyskryminować żadnej płci. Gdyby ktoś zestawił nazwiska wszystkich pisarzy i pisarek polskich z zakresu kryminału wyszłoby, że mamy tyle samo pań piszących co i panów. Literatura powstaje niezależnie od cech płciowych.

Myślę, że literatura powinna być oceniana niezależnie od płci ale „kontekst tworzenia" w żadnym wypadku nie jest bezpłciowy... no chyba, że twórca gęsto posługuje się zobiektywizowanymi schematami, ale w takiej sytuacji może lepiej zostawić pisanie algorytmom a samemu porządnie się wyspać?

A jednak Pani Bovary powstała niezależnie od kontekstu płciowego. To jest ciekawy problem, nad którym teoretycy literatury głowią się od dawna. Nie wiem, czy można powierzyć pisanie algorytmom. Nawet ci, którzy wydają dziewiętnaście powieści rocznie ich tworzenie powierzają ghostom, nie maszynom. Czyli może jednak jakiś pierwiastek boski?

Dużo kontrowersji wzbudza ostatnio dyskusja dotycząca „literatury kobiecej". Jak ta kwestia wygląda na gruncie kryminału? Czy w Polsce istnieje takie zjawisko, jak „kryminał kobiecy"?

Zapewne ma Pan rację. Jako podgatunek zawsze istniała literatura kobieca. Definicja tego pojęcia jest niezwykle złożona. Ale wracając do kryminału, to przyzna Pan, że przez wiele lat pierwsze skojarzenie, jakie nasuwało się z pojęciem kryminał polski brzmiało Joanna Chmielewska. Analogicznie z Agathą Christie. Kryminał i romans wywodzą się ze wspólnego źródła. W latach międzywojennych miały etykietę powieści kuchennych schodów. Przynosiły wytchnienie ciężko pracującym kobietom. A jeśli to panie czytały, to w końcu zaczęły pisać. Dzisiaj może jest nieco inaczej. Kryminały dzielą się na wiele form. Poza klasycznymi znajdzie Pan przypadki z pogranicza i wręcz środowiskowe. Nie wiem jednak, dlaczego uważa Pan, że to wzbudza kontrowersje. To chyba normalna kolej rzeczy.

Oczywiście nie wzbudza kontrowersji to, że kobiety piszą książki... dyskutuje się natomiast nad tym, czy pojęcie „literatury kobiecej" a dalej „kryminału kobiecego" jest jedynie wyrazem nadal silnej kultury patriarchalnej i męskiego szowinizmu, czy też rzeczywiście oddaje pewne istotne dystynkcje i może być przydatnym narzędziem nie tylko dla księgarń internetowych ale także literaturoznawców...

A jednak prawa do trzymania w ręku gęsiego pióra kobiety wywalczyły sobie już dawno (śmiech). Nie wiem, dlaczego literaturę dzieli się na mainstream i kobiecą. Może już lepiej by było pomyśleć o męskiej i kobiecej? Choć to też nie ma sensu, bo przecież wszystkie dziedziny pisania opanowane są przez pisarzy, bez podziału płciowego. To chyba temat rzeczywiście dla literaturoznawców. Może nawet jedynie dla nich.

Wraz z Agnieszką Krawczyk i Martą Guzowską założyła Pani grupę „Zbrodnicze siostrzyczki". Jest to luźny otwarty związek czy tajna pionowa organizacja terrorystyczna?

Ani jedno, ani drugie. Jesteśmy przyjaciółkami i wspieramy się w pisaniu. Nie zamierzamy wysadzać świata.

Jaka przyświeca wami idea?

Udowadniamy, że pisarki potrafią się wspierać. Nie walczymy ze sobą, choć często się wspieramy. Każdy pisarz i piszący ma chwile, gdy przestaje w siebie wierzyć. Krytycy nie zostawiają na nas suchej nitki, często myląc rzeczywistość i fikcję literacką. Odbiera nam się prawo do tworzenia wedle własnego wyobrażenia i jednocześnie żąda kreatywności. Pomagamy sobie w pisaniu, promowaniu naszych książek i wspieramy w każdej dziedzinie życia. Jak przyjaciółki.

A pomogłybyście swojej przyjaciółce zaplanować morderstwo doskonałe, gdyby jej teściowa okazała się faktycznie nie do zniesienia?

Nawet Pan nie wie, jakie my jesteśmy miłe i uprzejme. W rzeczywistości szukamy rozwiązań mało siłowych. Teoretyzować możemy, ale zawsze na cudze konto. Same nie mamy złych zamiarów.

Jakie trzeba spełniać kryteria, żeby wstąpić w wasze szeregi?

Trzeba pisać i być życzliwym dla innych piszących. Ważne jest to, aby chcieć pomagać piszącym i wspierać ich zarówno poprzez dobre słowo, jak i merytoryczne poprawki tekstów czy promocję na rynku wydawniczym. Tu nie ma miejsca na konkurencję. Jeśli widzimy taką osobę i ona chce się z nami połączyć, zapraszamy do klubu Zbrodniczych Siostrzyczek.

Mężczyźni też mogą do was dołączyć?

Mogą. Mamy w klubie dwóch panów.

Zbrodniczy braciszkowie... Co udało się wam dotychczas wspólnie osiągnąć?

W ciągu kilku miesięcy napisałyśmy i wydałyśmy wspólnie tomik opowiadań. Pracujemy nad kolejnym. W tym czasie powstały trzy powieści, które przygotowujemy do wydania. Razem uczestniczymy w imprezach pisarskich. Kto pisze ten wie, ile czasu zajmuje przygotowanie książki. A promowanie jej to już zadanie na setki godzin. Razem jest nam po prostu łatwiej.

Brała Pani udział w warsztatach pisarskich. Jak wyglądają takie kursy?

Nie mogę zbyt wiele powiedzieć, bo to tajemnica handlowa. Ale zapewniam, że warto się o to bić. Do końca życia jest co wspominać.

Brzmi to trochę sekciarsko...

Tak Pan uważa? Jeżeli znajdę sektę, która życzliwie, choć surowo będzie oceniała moje teksty dzień po dniu zmuszając mnie do ciężkiej pracy, aby na końcu powstała świetna książka, to pewnie do niej wstąpię.

Intuicja podpowiada, że warsztaty i podręczniki do pisania powieści, to technicyzacja aktu twórczego i zabójstwo indywidualności twórcy. Co Pani o tym sądzi?

Furor poeticus to już chyba między bajki można włożyć. Pisanie to praca, której trzeba się nauczyć. A potem ćwiczyć, ćwiczyć i jeszcze raz ćwiczyć. Jeśli jakiś podręcznik w tym pomaga, to dobrze. Unikałabym jednak stosowania szablonów proponowanych przez amerykańskie wydawnictwa. Szczypta własnej inwencji jest bezcenna. Z drugiej strony nie można lekceważyć wyznaczników gatunkowych. James Bond musi być przystojny i pić wódkę z martini. Obdarty 007 z puszką piwa w garści jest nie do przyjęcia.

Czy Zbrodnicze siostrzyczki chciałyby w przyszłości uczyć innych, jak skutecznie uśmiercać i tropić?

Obyśmy nigdy nie posiadły takiej wiedzy. My jedynie wyobrażamy sobie, jak to można zrobić. Jeśli już okaże się, że możemy komuś pomóc, zawsze jesteśmy do dyspozycji. Nawet teraz, poprzez naszą stronę www.

Jest Pani w trakcie przygotowywania do wydania swojej pierwszej powieści „Zegar". Pani koleżanki puszczają parę, że jest świetna...

Jest jeszcze niedopracowana. Zanim książka zostanie wydana wymaga naprawdę olbrzymiej pracy. Ale pomysł na tę powieść prześladował mnie latami. Nawet mi się to śniło. Każdy piszący ma takie stany. Albo się od tego uwolnimy, albo to nas zamęczy. Zanim jednak idea przetworzy się w książkę wiele osób musi nad tym popracować. Ja wierzę w amerykańskie metody tworzenia seriali. Jest scenarzysta i kilkanaście osób, które bezwzględnie komentują scenę po scenie. Pozwala to uleczyć się z miłości do dzieła i skupić się na dobrym wyniku.

Mam wrażenie, że traktuje Pani literaturę jak dobrze obliczony na sprzedaż towar... Czy osobiste męki Prousta i nieokiełznane potoki świadomości Joyce'a nie znajdują już dla siebie miejsca?

Nie wiem, naprawdę. Każdy pisze na swój sposób. Ja wiem, że muszę codziennie posiedzieć przed monitorem i poukładać sobie tekst w taki sposób, aby mi się podobał. Może jak już dotrę do etapu Prousta będę bardziej cierpiąca. Na razie jeszcze sprawia mi to przyjemność.

Zajmuje się Pani także publicystyką. Jakie podejmuje Pani tematy i gdzie można zapoznać się z Pani tekstami?

Moim obszarem są tajne związki. Jak pisał Umberto Eco w Wahadle Foucaulta, zawsze na końcu są jacyś templariusze. Pisałam o tym dla Focusa. Ale piszę też sporo tekstów dla pism dla kobiet. Zwykłe życie, kłopoty i propozycje, jak stać się szczęśliwym, choć życie do tego nie nastraja.

Wielkie tajne spiski nie nastrajają do szczęśliwego spokojnego życia. Jak to pogodzić?

Mam zupełnie spokojną i szczęśliwą rodzinę. Czasami, jak już jest nudno to zaczynam opowiadać jakieś historie, które mogą przyprawić słuchacza o palpitacje. Na przykład, ostatnio w jakimś centrum handlowym odkryłam zalążki spisku. Wszyscy kupujący omijali kasę samoobsługową. Na pewno coś w tym było. Chodziło o to, aby nas wypchnąć do tej kasy. I zaraz za nami zrobiła się kolejka...

Dziękuję za rozmowę.

Ja również.

Wywiad  przeprowadził Łukasz Musielak

Współpracujemy z: