Marta Guzowska

Informacje Personalne:

  • Narodowość: Polska
  • Język: Polski
  • Obywatelstwo: Polskie
  • Twórczość:

    "Antologia KRYMINALNA 13"

    "Chciwość"

    "Czarne Światło"

    "Głowa Niobe"

    "Mordercze Miasta"

    "Ofiara Polikseny"

    "Rewers"

    "Wszyscy Ludzie Przez Cały Czas"

Biografia:

Archeolog z tytułem doktora, pracownik Instytutu Archeologii Uniwersytetu Warszawskiego, współzałożycielka grupy pisarskiej „Zbrodnicze siostrzyczki"; obecnie mieszka w Wiedniu. Specjalizuje się w badaniach ceramiki z II tysiąclecia p.n.e. z rejonów Egei i zachodniej Anatolii. Brała udział w licznych wykopaliskach na terenie Grecji i Izraela. Od trzynastu lat jest członkiem ekipy wykopaliskowej w Troi. Jej powieść Ofiara Polikseny to pierwsza część cyklu kryminalno-archeologicznego, którego głównym bohaterem jest Mario Ybl; autorka pracuje nad kolejnym tomem.

Źródła: www.wab.com.pl/?autor=679
           www.zbrodniczesiostrzyczki.pl/zaoycielki/95-marta.html;

Wywiad:

O pracy archeologa, który w czasie drzemki niemowlaka pisze kryminały...

Co jest fascynującego w odkopywaniu starych trupów... i innych rozlatujących się w rękach przedmiotów, w towarzystwie kąsających much, latających tuż nad głową w powietrzu rozgrzanym, wilgotnym i pozbawionym wystarczającej ilości tlenu?

Bez przesady, nie jest tak źle, jak opisałam to w „Ofierze Polikseny" :–) Owszem, bywa gorąco, muchy też czasem gryzą i po kilku godzinach pracy człowiek miewa wrażenie, że kogoś pogryzie, ale... No właśnie, trudno to wytłumaczyć komuś, kto tego nie przeżył. Wyjmowanie z ziemi przedmiotów ostatni raz dotykanych przez kogoś, kto żył przed trzema tysiącami lat, to prawdziwe wzruszenie. A jeśli jeszcze przy tym udaje się odkryć coś ciekawego...

A co ciekawego udało się Pani wykopać?

Muszę Pana poprawić: odkrycia archeologiczne w XXI wieku nie polegają na „odkopywaniu". Tak było, owszem, na początku tej profesji, w XIX wieku, ale wiele się w tej dziedzinie zmieniło. W Troi, na przykład (pracowałam też na innych stanowiskach), ja sama nie kopię. Zajmuję się badaniem ceramiki, a konkretnie tych glinianych skorup, które pochodzą z naczyń nie wyprodukowanych w Troi, tylko przywiezionych z innych miejsc. Moim zadaniem jest ustalić skąd, odtworzyć sieć kontaktów Troi z innymi regionami. Zapewniam Pana (to jeszcze a'propos poprzedniego pytania), że to niesamowite uczucie wziąć do reki kawałek skorupy wielkości dwa na trzy centymetry i móc powiedzieć: „acha, to jest z Krety", albo „nie ma wątpliwości, to jest z Beyçesultan".

A czy zdarza się Pani trzymać czaszkę w ręku i zastanawiać nad sensem naszej egzystencji...?

Raczej nie. Natomiast wielokrotnie zdarzyło mi się trzymać czaszkę w ręku i zastanawiać się nad układem kości i tym, na przykład, czy wielkość wyrostka sutkowatego jest na tyle charakterystyczna, aby na tej podstawie określić płeć i czy to pasuje do kąta rozwarcia miednicy szkieletu. Jak Pan widzi jestem niewolnikiem swojej profesji.

A gdyby trafiła Pani podczas wykopalisk na świeżego, jeszcze ciepłego trupa? Co by wzięło górę, przerażenie czy detektywistyczna żyłka?

Pewnie uciekłabym z krzykiem. Łatwo jest bawić się wizjami morderstw na papierze, ale myślę, że nikt, kto tego nie doświadczył w rzeczywistości, nie może sobie tego wyobrazić.

Co więc łączy archeologię z detektywistyką?

Archeolog i detektyw robią w gruncie rzeczy to samo: na podstawie skromnych śladów materialnych pozostawionych przez kogoś w przeszłości usiłują odtworzyć, co się wydarzyło. Ja jako archeolog zajmuję się drugim tysiącleciem przed naszą erą, więc, rzecz jasna, nie odtworzę szczegółowo biegu wypadków w konkretnym dniu, jak może to zrobić detektyw. Ale zasada pozostaje ta sama, nawet niektóre metody są podobne.

Spędziła Pani w Turcji kilkanaście sezonów wykopalisk. Co sądzi Pani o tym kraju?

Turcja jest niezwykła, to miejsce przeniknięte głęboko wspaniałą kulturą bardzo odmienną od europejskiej. Wydała doskonałych pisarzy (ostatnio tłumaczeni na polski Orhan Pamuk i Elif Şafak), muzyków, architektów... A poza tym jest przepiękna. Płaskowyż środkowej Anatolii to miejsce, gdzie niebo naprawdę wydaje się być niżej, a zachodnie wybrzeże, gdzie znajduje się Troja, to raj. Ale nie mogę powiedzieć o sobie, że dobrze znam ten kraj. Aby go dobrze poznać, trzeba tam spędzić o wiele więcej czasu, być może całe życie.

Dla Europy Turcja jest krajem szczególnym. Zawsze zarazem na zewnątrz jak i wewnątrz naszego kręgu kulturowego, silnie oddziałuje i wpływa na wewnętrzne relacje między europejskimi państwami. Jak wyglądają dzisiaj te sprawy z perspektywy Europejczyka pracującego jako archeolog w Turcji?

Ekipa archeologów pracująca w Troi liczy w porywach sto kilkadziesiąt osób (oczywiście nie wszyscy pracują na stanowisku na raz, do członków ekipy zaliczają się np. geolodzy, którzy prowadzą badania na całym terenie równiny trojańskiej, oraz antropolożka, która pojawia się raz na dwa lata, na dwa tygodnie). Tych sto z hakiem osób reprezentuje ponad dwadzieścia narodowości z całego świata, taka mała ONZ. Niektórzy się lubią, inni nienawidzą, inni jeszcze zakochują w sobie i nawet mają dzieci. Ale po pracy, przy piwie, rzadko rozmawia się o polityce, prędzej o muzyce, innych stanowiskach, ostatnich plotkach... Trudno więc pytać archeologa o międzynarodową politykę. My nie jesteśmy od tego.

Miałem na myśli raczej turecką kulturę i codzienną obyczajowość. Czy jest to dzisiaj Państwo bardziej już europejskie czy jednak nadal tradycyjnie arabskie?

Turcja to wielki tygiel. Wiem, że brzmi to jak banał, ale wystarczy pojechać do Çanakkale, miasta najbliższego Troi, i przejść się ulicą zakupową, albo wstąpić do kawiarni, żeby zobaczyć obok siebie dziewczyny w mini i kusych topach i kobiety w chustach na głowach, ubrane w płaszcze sięgające ziemi. Oczywiście zachodnia Turcja jest bardziej europejska, im dalej na wschód tym człowiek gorzej czuje się w szortach albo bluzce bez rękawów. Turcja to gigantyczny kraj, jest rzeczą niemożliwą traktować go jako jednolity twór.

W jakim stopniu archeologiczne realia przedstawione w książce przylegają do rzeczywistości znanej Pani z codziennej pracy?

Starałam się jak najwierniej oddać archeologiczną rzeczywistość. Oczywiście nie mogłam opisać pracy archeologa dzień po dniu, bo czytelnik umarłby z nudów, moja powieść zaczyna się więc w momencie nietypowym dla archeologów: mają niezwykle znalezisko, zostaje zamordowana ich koleżanka i ktoś odbiera im pozwolenie na prowadzenie prac. Ale opis rutynowych czynności, które wykonują, a przede wszystkim opis okolicy i samej Troi jest w skali jeden do jednego (w posłowiu do „Ofiary Polikseny" wypunktowałam wszystkie odstępstwa od realiów, które musiałam poczynić dla rozwoju akcji). Jeśli więc weźmie Pan tę powieść i pojedzie zwiedzać Troję, na pewno znajdzie Pan opisane rzeczy na swoich miejscach.

Pani książkę można odczytać jako próbę demitologizacji zawodu archeologa a także samego mitu o Troi...

Tzw. mit zawodu archeologa jest przedmiotem nieustannych żartów w środowisku naukowym, ale podejrzewam, że dotyczy to w takim samym stopniu innych zawodów. Jest on jednak bardzo popularny i jakoś wszyscy mu ulegają: nie znam żadnej powieści ani filmu o archeologach, w których ten zawód nie byłby ukazany jako po prostu malownicza przygoda. Uznałam, że zabawnie będzie przedstawić to inaczej. Ale proszę nie traktować tego dosłownie: moja powieść jest przerysowana w drugą stronę. Gdyby jej główny bohater Mario Ybl zachowywał się dokładnie tak, jak zachowują się archeolodzy na wykopaliskach, byłby po prostu nudny. Chociaż, z drugiej strony, wśród archeologów także zdarzają się niezwykle malownicze typy.

Ale jednak nie aż tak malownicze, jak Indiana Jones?

Zdziwiłby się Pan... Właściwie nigdzie nie spotkałam tak wielu niezwykłych ludzi, jak na wykopaliskach. Nieżyjący już szef wykopalisk w Troi Manfred Korfmann to był naprawdę kawał oryginała. Do tego znał chyba pół Turcji, gdzie by się z nim nie poszło, do kawiarni, do szewca, po zakupy, wszyscy krzyczeli z daleka: Witaj Osman Bey!, bo tak kazał się nazywać.

Czy główny bohater Pani powieści, Mario Ybl, o którym mówi się, że jest jedną z najbardziej wyrazistych postaci literackich ostatnich lat, ma swój pierwowzór poza rzeczywistością literacką?

Wiele osób mnie o to pyta i nie chce wierzyć, kiedy odpowiadam: nie. Ja lubię myśleć, że Mario to trochę moje alter ego, mówi i robi to, na co ja nigdy bym się nie odważyła. Ale, jak każdy porządny bohater literacki, Mario wymknął się już spod mojej kontroli i teraz żyje własnym życiem. Nie mam pojęcia, co dalej zrobi.

„Ofiara Polikseny" nie będzie jednorazową przygodą z Mario Ybl'em. Zamierza Pani związać się z nim na dłużej...

Oczywiście, jestem do niego bardzo przywiązana. Kontynuację przygód Maria Ybla będzie można przeczytać już w styczniu, nosi tytuł „Głowa Niobe". Teraz pracuję nad trzecią powieścią, w której jest on głównym bohaterem.

Razem z Agnieszką Krawczyk i Adrianną Michalewską założyła Pani grupę „Zbrodnicze siostrzyczki". Jak traktuje Pani ten związek?

Zbrodnicze Siostrzyczki to przede wszystkim przyjaciółki. Wszystkie piszemy, wszystkie interesujemy się literaturą kryminalną i dlatego postanowiłyśmy „zawiązać się" w grupę pisarską. Ale naszym głównym zadaniem jest wspierać się wzajemnie. Kiedy jedna z nas ma słaby dzień, dwie pozostałe wysłuchają, otrą łzy, napsioczą na głupią szefową z pracy i powiedzą „pisz". Bo o to nam chodzi, żeby pisać pomimo wszystko.

Niedawno wydałyście razem zbiór opowiadań „Mordercze miasta"...

Skoro już działamy razem i razem się wspieramy, chciałyśmy też zrobić razem coś konkretnego. A co konkretnego mogą razem zrobić pisarki kryminałów? Oczywiście napisać tom kryminalnych opowiadań. Ogromnie mnie cieszy nasze „siostrzyczkowe" logo na okładce. Zdradzę też Panu, że planujemy już kolejny tom, ale jeszcze nie wiemy, kiedy się ukaże.

Jakie Pani teksty znalazły się w dotychczasowym zbiorze?

Każda z nas napisała po trzy opowiadania. Moje to historie o facecie, który codziennie jeździ do pracy tym samym pociągiem, o innym facecie, który ma powody, żeby nienawidzić swojego szefa i o trójce licealistów zmuszonych szkolną dyrektywą do segregowania śmieci. Nic więcej nie zdradzę, bo głęboko wierzę, że pisarz nie powinien opowiadać swoich książek. Każdy, kogo to zaciekawiło powinien przeczytać je sam.

Jest Pani także mamą... Podobno kiedy ma się dzieci, pisanie kryminałów to sprawa dosyć oczywista, bo cały czas ma się ochotę kogoś zamordować. Nie chcę wymuszać antykoncepcyjnych zwierzeń, ale proszę powiedzieć, czy faktycznie jest tak ciężko?

Opowiem Panu, jak wygląda praca nad moją nową powieścią. Wstaję o 6 rano, daję mleko młodszej córce, wyprawiam syna do szkoły, znowu karmię córkę, ona usypia, ja siadam do pisania. Córka się budzi, pieluchy, jedzenie, prace domowe (kiedy starszy przyjdzie ze szkoły będzie dopominał się obiadu), znowu drzemka niemowlaka i znowu mam półtorej godziny na pisanie. Potem karmienie, pieluchy, spacer, odebrać starszego z szkoły, obiad, spacer, kolacja, kąpiel, usypianie, uff... Usnęli, znowu mogę popracować dwie godziny, dopóki sama nie padnę. Nie wygląda to zachęcająco, prawda? Z drugiej strony takie okoliczności wymuszają maksymalną dyscyplinę, kiedy tylko mam wolną chwilę, siadam do pracy, a nie do szperania po serwisach internetowych. I w rezultacie pracuję co najmniej tak samo efektywnie jak przed narodzinami dzieci. A poza tym spotkało mnie niezwykle szczęście w osobie wyrozumiałego partnera, któremu nie przeszkadza kurz na półkach, ani to, że często chodzę rozkojarzona, bo obmyślam scenę do nowej książki. Oczywiście często mam ochotę kogoś zamordować. I właśnie wtedy morduję na papierze.

Mówi się, że koty mają dziewięć żyć. Pani nie chce być gorsza. Na razie zrealizowała Pani plan na trzy: archeolog, pisarka i mama. Zostało jeszcze sześć!

Jedno z moich żyć to na pewno bieganie. Teraz mam przerwę, bo, chociaż wiele kobiet ma inne doświadczenia, w moim przypadku bieganie, ciąża i karmienie nie bardzo ze sobą współgrały. Ale od wiosny wznawiam treningi i moim marzeniem jest przebiec maraton.

A inne życia? Jeszcze nie wiem. Ale na pewno coś wymyślę.

Wywiad przeprowadził Łukasz Musielak

Współpracujemy z: