Tomasz Kołodziejczak

Informacje Personalne:

  • Miejsce Urodzenia: Warszawa, Polska
  • Narodowość: Polska
  • Język: Polski
  • Obywatelstwo: Polskie
  • Twórczość:

    "44 - Antologia Komiksu"

    "Biała Reduta - Część I"

    "Co Większe Muchy"

    "Czarny Horyzont"

    "Czerwona Mgła"

    "Człowiek W Probówce"

    "Darlan I Horwazy: Złoty Kur"

    "Głowobójcy"

    "Jawnogrzesznica"

    "Kolory Sztandarów"

    "Kaczogród: Victor Arriagada Rios"

    "Komiks: Najlepsi Młodzi Rysownicy"

    "Krew I Kamień"

    "Księga Smoków"

    "Małodobry"

    "Międzynarodowe Warsztaty Komiksowe: Wydanie Jubileuszowe"

    "Humberstone Tom: 1"

    "Niech Żyje Polska: Hura!"

    "Przygody Rycerza Darlana"

    "Robimy Rewolucję"

    "Rzeźbiarze Pierścieni "

    "Schwytany W Światła"

    "Tempus Fugit: Tom 2"

    "Trust: Historia Choroby"

    "Trzynaście Kotów"

    "Wrócę Do Ciebie Kacie"

    "Wrzesień: Wojna Narysowana"

    "Wstań I Idź"

    "Wybierz Swoją Śmierć"

Biografia:

Rocznik 1967. Debiutował w 1985 na łamach „Przeglądu Technicznego”. Autor nowoczesnej SF, social fiction i space opery. Pisał także utwory fantasy, a także fantastykę humorystyczną. Kilkakrotnie nominowany do Nagrody im. Janusza Zajdla (ostatnio w roku 2006 za opowiadanie „Piękna i graf”), zdobył ją w roku 1996 za powieść „Kolory Sztandarów”. Jest trzykrotnym laureatem Śląkfy, a także wielu innych wyróżnień literackich i komiksowych. Był redaktorem, publicystą i wydawcą w pismach „Voyager”, „Feniks”, „Magia i Miecz”, oraz w programach „Fantastykon” i „Magazyn Fantastyki Radia Wawa”. Od 1995 roku pracuje jako redaktor naczelny największej dziecięcej gazety w Polsce - tygodnika „Kaczor Donald”. W 1999 roku uruchomił w Egmoncie linię komiksową dla dorosłych „Klub Świata Komiksu”, która dominuje na polskim rynku komiksowym.
W czerwcu 2010 r. wyróżniony przez Bogdana Zdrojewskiego Ministra Kultury i Dziedzictwa Narodowego, odznaką "Zasłużony dla Kultury Polskiej". Lubi koszykówkę, interesuje się polityką, astronomią, historią. Żonaty. Dwie córki. Dwa koty.

Źródło: fabrykaslow.com.pl/autor/tomasz-kolodziejczak?seria=fabryka

Wywiad:

„Lubię, kiedy fantastyka nicuje rzeczywistość..."

W Październiku miał miejsce 23. Międzynarodowy Festiwal Komiksu w Łodzi. Jakie są Pana wrażenia z tej imprezy?

Fajna impreza na europejskim poziomie. To nie jest Angouleme oczywiście, ale absolutnie możemy się porównywać z konwentami komiksowymi w wielu innych krajach. Dużo gości zagranicznych, w tym pierwszoligowe nazwiska, wielu polskich rysowników, targi z obfitą ofertą, ciekawe wystawy. Gdybym miał wskazywać jakieś kierunki rozwoju, to uważam, że MFK ma szansę stać się ważnym festiwalem dla naszego kawałka Europy. Tylko trzeba więcej popromować go w dawnych demoludach i Skandynawii, może w Niemczech. Plus zbudować anglojęzyczne nitki tematyczne. No i wciąż marzy mi się więcej fandomowej zabawy – ludzi w strojach, cospleyów, wokółkomiskowego merczendajzingu. Kiedy w czasie Comic Conu w San Diego wsiadałem do tramwaju jadącym z Old Town do centrum festiwalowego, to na przystanku więcej było szturmowców i Wonder Womenek niż takich jak ja gości w marynarkach. Łodzi też by się to przydało (ale wiem, wiem, wiem - komiks to poważna sztuka, a w październiku jest zimno).

Czy to prawda, że rynek komiksowy w Polsce, i tak dosyć skromny, zaczął się kurczyć?

Nie sądzę aby rynek komiksowy w Polsce się kurczył (nie licząc wpływu kryzysu na stan finansów klientów). On po prostu jest mały, dostosowany do realnego zapotrzebowania na komiks wśród rodaków.

Na czym polega jego specyfika?

To nieduży rynek. Konsumentami komiksów są głównie fani, zbieracze, znawcy komiksów, a nie – tak jak we Francji, Japonii, czy USA – osoby szukające czegoś atrakcyjnego do poczytania. Mamy więc nienaturalną strukturę rynku – nie ma bazy w postaci dziesiątków czy setek serii przygodowych, humorystycznych, fantastycznych, superbohaterskich. Duży udział w ofercie stanowią dzieła twórców ważnych, klasyki gatunku, a także komiks autorski.

Jak ocenia Pan poziom polskiego komiksu?

Lubię komiksy konkretne, gatunkowe, np. SF czy sensacyjne, które opowiadają wciągające historie. Komiksy humorystyczne, które naprawdę śmieszą. Ciekawe opowieści o życiu, o świecie, o historii, o ludzkich wyborach. Lubię komiksy inteligentnie i mądrze wykorzystujące język sztuki komiksu. Takich polskich utworów chciałbym więcej.

Mam wrażenie, że odpowiada Pan trochę wymijająco...

Nie mam problemów z wyrażaniem publicznie swojej opinii – w Polsce powstaje bardzo mało dobrego mainstreamu komiksowego, który najbardziej lubię czytać. Powyżej, skrótowo, mówiłem o przyczynach. Wielu twórców, którzy już opanowali warsztat, odchodzi od medium, bo musi zająć się utrzymaniem rodzin i zasuwa w agencjach reklamowych albo deweloperce gier. Autorzy nie mają czasu i możliwości wypracowywania swojego warsztatu i stylu. Z przyjemnością zawsze czytam i oglądam komiksy Adlera, Kowalskiego, KRLa, Leśniaka, Minkiewiczów, Śledzia, Skutnika, uważam że Janusz jest doskonałym scenarzystą, w różnych konkursach pojawia się sporo ciekawych prac. Ale jest też w polskim komiksie – jak pewnie w każdym innym – sporo bełkotu, warsztatowych braków, prostych, a czasem wręcz prostackich treści, zwykłej grafomanii.

A jak wygląda sytuacja w dzisiejszym komiksowym „undergroundzie"? Mam na myśli tych wszystkich artystów, którzy przestali wierzyć w możliwość utrzymania się z rysowania i odpuścili walkę o miejsce na oficjalnym rynku, nie rezygnują jednak z tworzenia, rozdają PDF-y, publikują niezależnie na swoich blogach i w elektronicznych art-zinach...

Z fanowskiej i zawodowej ciekawości przyglądam się pracom najmłodszych polskich twórców, ale muszę przyznać, że nie ogarniam już – tak jak jeszcze dekadę temu – tego wszystkiego, co się ukazuje, nawet w formie papierowej. Czytam antologie i niektóre komiksy publikowane przez innych wydawców, juroruję w różnych konkursach, w Łodzi zawsze oglądam wystawę pokonkursową, przeglądam propozycje przysłane do wydawnictwa. Czasem znajduję coś, co bardzo chcę wydać – tak było z „Ligą Obrońców Planety Ziemia" KRLa, czy „Misiem Miszą" Kłudkiewicza. Ale nie jestem w stanie kontrolować wszystkiego. Permanentnie brakuje mi czasu – wciąż czytam mnóstwo książek, oglądam na bieżąco kilka seriali, raz w tygodniu grywam w planszówki, dwa razy – w koszykówkę, do tego życie rozinno-towarzyskie. No i wciąż jeszcze siadam do pisania własnych rzeczy.

W jednym z wywiadów wspomniał Pan o marzeniu stworzenia Centrum Komiksu i Fantastyki, trochę na wzór Muzeum Komiksu w Brukseli. Czy sprawdzał Pan realne możliwości utworzenia takiej instytucji? Myślę, że wspólnymi siłami wydawców, pasjonatów, Ministerstwa Kultury i środków unijnych ten projekt jest możliwy do zrealizowania...

To miało być megacentrum popkulturowe – komiksy, fantastyka, gry. Wciąż w fazie projektu-marzenia. Bardzo skomplikowana sprawa do realizacji. Mam wsparcie żony, bo obiecałem jej, że jak to odpali, to przekażę tam sporą część moich zbiorów książek i komiksów, będzie tego z 10 000 sztuk. A brakuje nam już półek w domu. Od instytucji państwa to bym się nie chciał uzależniać – jednemu urzędasowi się spodoba, da dotację i lokal, a po wyborach przyjdzie nowy głupek, cofnie budżet i trzeba będzie wszystko zamykać. Liczyłem że dziabnę w totka tę ostatnią kumulację 50 milionów, byłoby jak znalazł. Ale nawet „trójka" nie przyszła. Jakby ktoś znał mecenasa gotowego włożyć z 10 baniek w taki projekt – niech da znać. Patronowi gwarantujemy gipsowe popiersie w holu.

Jest Pan nie tylko wydawcą i animatorem życia komiksowego w Polsce ale także twórcą-scenopisarzem. Do jakich komiksów stworzył Pan scenariusze?

Do kilku zrealizowanych. Z Krzyśkiem Kopciem zrobiłem historię dla dzieci „Złoty Kur". Komiks powstał prawie 20 lat temu, ukazał się dopiero 4 lata temu. Żałuję, bo jak na połowę lat 90-tych to to była, moim zdaniem, pierwszorzędna robota. Dziś odbiór jest już inny. Kreskę Krzyśka i wymyślane przez niego stwory uwielbiam. Napisałem też jeden komiks dla Disneya, narysował go nieżyjący już niestety mistrz, Vicar. Mam na koncie historyjkę dla Zbigniewa Kasprzaka, do „City Stories". Ale najwięcej scenariuszy zrobiłem dla mojego przyjaciela, Przemka Truścińskiego. To kilka historii o – ogólnie mówiąc – Polsce, drukowanych w rożnych antologiach, to dwie opowieści o cyberpunkowo-space operowym pogromcy demonów (Łowca), wreszcie krótkie humorystyczne komiksy o zwierzakach, które ukazywały się swego czasu GW (chyba to była strona promocyjna Heyah). Przemek ilustrował też kilka moich opowiadań, w tym najnowszą książkę „Czerwona Mgła". Mam w kompie sporo konspektów i kilka już rozpisanych na plansze krótkich historii – od pełnometrażowej sagi o Łowcy, przez cykl horrorów wiejskich o dziwnej miejscowości Rządza i strażaku Janie strzegącym tam porządku świata, po humorystyczne stripy i komiksy historyczne. Kiedyś je może dokończę i poszukam rysowników.

Wspomniał Pan o swojej najnowszej książce...

„Czerwona mgła". Polecam, oczywiście, bardzo dobra książka.

Jest Pan związany z literaturą fantastyczną od wielu lat, o wiele dłużej niż z komiksem. W Pana biografii literackiej nastąpiła jednak dosyć długa przerwa. W 2010 roku, po jedenastu latach ciszy wydawniczej, wrócił Pan na rynek. Dlaczego?

Pod koniec lat 90-tych przestałem pisać fantastykę tak intensywnie jak w poprzednich dziesięciu latach, bo bardzo dużo czasu i energii pochłaniała mi praca wydawcy komiksów w Egmoncie. Miałem małe dzieci, różne życiowe sprawy do pozałatwiania, więc i czasu „po godzinach" było mniej. Ale nadal trochę pisałem – opowiadania, scenariusze komiksów, publicystykę. Trzy lata temu postanowiłem nieco wzmocnić te pisarskie aktywności. Słowo „nieco" oddaje istotę zagadnienia, bo nadal żyję w ciągłym deficycie czasu. Więc w porównaniu z wieloma moimi kolegami pisarzami – tworzę mało i nieregularnie. Z drugiej strony, mam tu komfort – nie muszę wystukiwać miesięcznie jakiejś konkretnej liczby znaków, wypracowywać „wierszówki", żeby mieć za co kupić chleb, albo i nawet masełko do owego chleba. Pisarstwo jest tylko jednym z elementów moich zawodowych aktywności.

Wrócił Pan książką „Czarny Horyzont". Jest to kontynuacja dawno temu podjętej drogi czy już zupełnie inny, nowy trakt?

Oczywiście, piszę dziś inaczej niż kiedyś, mam nadzieję, że lepiej. Ale zasadniczo staram się robić to tak, jak to sobie wymyśliłem 25 lat temu: chcę opowiadać ciekawe, ale niegłupie historie, tworząc unikalne, oryginalne fantastyczne światy. Nie ciągnie mnie do eksperymentów formalnych, doceniam znaczenie dobrej fabuły, suspensu, wartkiej narracji. Lubię – także jako czytelnik – kiedy fantastyka nicuje rzeczywistość, zagląda jej pod podszewkę, bada jak jest zbudowana i jak może się zmienić.

Czy praca z komiksem ma znaczący wpływ na kształt Pana prozy? Jak przebiegają relacje między tymi obszarami Pana aktywności?

Literatura i komiks to dwa różne media. Są historie i wizje, dla których lepszą formą opowieści będzie proza, dla innych – komiks. Akapit, zdanie, wyraz inaczej pobudzają nasz umysł i wyobraźnię, niż plansza, kadr, obraz (czasem zestawiony z tekstem). Weźmy na przykład krótką 3-stronicową opowieść z antologii PW 44 napisaną przez Janusza i zilustrowaną przez Gawronkiewicza, przejmujący, symboliczny obraz wkraczających do nieba warszawiaków. Albo, coś zupełnie innego – serie typu Asteriks czy Calvin i Hobbes. To są komiksy, których przetworzenie na literaturę (a i na inne medium łączące obraz i tekst – czyli film) jest praktycznie niemożliwe (a na pewno bardzo trudne) bez straty siły przekazu (czy to będzie wzruszenie czy śmiech). I w drugą stronę – komiksowy Wiedźmin może być atrakcyjną historią fantasy, ale nie jest w stanie oddać tego, co stanowi o sile prozy Sapkowskiego, czyli kapitalnego języka narracji. Mam wymyślone historie, które przeznaczam dla prozy, inne dla komiksu, bo dane medium wydaje mi się adekwatniejsze dla ich opowiedzenia.

Ma Pan ogromne doświadczenie jako wydawca i czytelnik. Proszę powiedzieć, co wyróżnia Pana książki spośród innych propozycji na rynku literatury fantastycznej?

Tym to już lepiej niech zajmą się recenzenci...

A wśród jakich autorów chciałby Pan odnaleźć swoje książki na półce w księgarni?

Często stoją na tej samej co Kochański, Komuda, Kossakowska. Dobre towarzystwo.

Jakie miejsce zajmuje „Czerwona mgła" w kontekście Pana wcześniejszych powieści?

To książka, od której można zacząć swoją przygodę ze światem „Czarnego horyzontu". Znajdują się w niej opowieści wprowadzające w to uniwersum, przedstawiające zasady jego funkcjonowania, ale też pokazujące głównych bohaterów. A czytelnicy, którzy już znają i lubią wcześniej wydaną powieść, znajdą tu nowe przygody i zobaczą nowe elementy świata – na przykład w tytułowej mikropowieści główny bohater podróżuje na wschodnie Kresy Rzeczpospolitej.

Co jest podstawową zasadą konstrukcyjną tego świata?

Akcja „Czerwonej mgły" (i „Czarnego horyzontu") dzieje się w Europie za mniej więcej 50 lat. Nasza rzeczywistość skolapsowała z innymi, alternatywnymi uniwersami, powstały między nimi przejścia, którymi te obce Plany przeciekają do naszego świata. Mamy więc na Ziemi obce istoty władające mocami i posługujące się technologiami, których nie da się wywieść z fizyki naszego Kosmosu. Uznaliśmy je więc za magiczne. Te połączone realności zaczynają się przenikać, wzajemnie na siebie oddziaływać. Głównym objawem tych zjawisk jest swoista materializacja i fizykalizacja memów kulturowych, historycznych, religijnych. Najprostsze przykłady (nie użyte w książkach): jeśli używam szabli wzorowanej na szabli Wołodyjowskiego, to ona podniesie poziom moich zdolności szermierczych. Jeśli wrogi stwór/siła z obcego świata materializuje się w miejscu niemieckiej zbrodni z czasów II wojny światowej, to przyjmuje postać SSmana. Ale rzecz cała jest bardziej skomplikowana, związana z historią, tradycją, religią, ale też literaturą, popkulturą czy muzyką. Oczywiście, mam też nadzieję, ze udało mi się stworzyć atrakcyjne, interesujące opowieści.

Ilustracje do „Czerwonej mgły" stworzył Przemysław Truściński. Wspomniał Pan już o nim podczas rozmowy o komiksie. Proszę powiedzieć trochę więcej o waszej współpracy..

Przyjaźnimy się od niemal 20 lat. Spotykamy się, tak z raz na kwartał. Popijamy wino. Czasem jemy dobrą kolację, a czasem idziemy na obiad do baru mlecznego. Gadamy o życiu, o dzieciach, o historii, o swoich autorskich planach. Kiedy moje córki były młodsze, Przemek rysował dla nich różne kapitalne stworki i nie mniej kapitalne księżniczki. Trust lubi moją prozę, ja uwielbiam jego grafiki. Więc kiedy pojawia się możliwość zrobienia czegoś razem, Przemek dzwoni do mnie, albo ja do niego, umawiamy się na to wino i rozmawiamy o projekcie. Potem ja piszę i dostarczam mu tekst. Przemek coś tam mruczy pod nosem, kiedy mu klaruję, gdzie ma co narysować, zabiera scenariusz/opowiadanie i zabiera się do roboty. Nigdy nie oddaje pracy w terminie, ja robię za jego przypominajkę, ale jak już przynosi rysunki, to w 97% przypadków jestem zachwycony. W tych pozostałych 3% mówię, co bym zmienił, on znów coś tam mruczy pod nosem i zmienia, albo nie zmienia. I tak to się toczy. Przemek jest – z mojego punktu widzenia – idealnym ilustratorem moich tekstów, bo w grafice robi to, co ja próbuję napisać słowami – opowiedzieć konkretną historię, fabułę, która jednocześnie jest symboliczna i metaforyczna. Na dodatek obaj lubimy pewne klimaty i figury literacko-plastyczne – streszczając – potwory, ułanów i piękne dziewczęta.

Czy w takim właśnie świecie chciałby się Pan odrodzić, gdyby zapytano o to przed śmiercią?

Nie przewiduję takiego wydarzenia, to znaczy odrodzenia, ale myślę, że fajnym miejscem do życia byłoby Avonlea.

Ma Pan na myśli wieś z powieści Lucy Maud Montgomery? Jestem zaskoczony. To bardzo niebezpieczne miejsce, tam zabija nuda...

E tam, nudzą się wyłącznie ludzie pozbawieni wyobraźni. W Avonlea można dziabnąć wino porzeczkowe, albo założyć kółko literackie, albo zatopić łódź sąsiada w ramach swoistego LARPa. O czytaniu książek tylko wspomnę. Cała masa atrakcji i świeże powietrze.

Dziękuję za rozmowę.

Wywiad przeprowadził Łukasz Musielak

Współpracujemy z: