Małgorzata Gutowska-Adamczyk

Informacje Personalne:

  • Miejsce Urodzenia: Mińsk Mazowiecki, Polska
  • Narodowość: Polska
  • Język: Polski
  • Obywatelstwo: Polskie
  • Twórczość:

    "110 Ulic"

    "13. Poprzeczna"

    "220 Linii"

    "Cukiernia Pod Amorem. Cieślakowie"

    "Cukiernia Pod Amorem. Hryciowie"

    "Cukiernia Pod Amorem. Zajezierscy"

    "Fortuna I Namiętności. Klątwa"

    "Fortuna I Namiętności. Zemsta"

    "Jak Zabić Nastolatkę (W Sobie)?"

    "Kalendarze"

    "Małgorzata Gutowska-Adamczyk Rozmawia Z Czytelniczkami Cukierni Pod Amorem"

    "Mariola, Moje Krople..."

    "Niebieskie Nitki"

    "Opowieści Pana Rożka"

    "Paryż. Miasto Sztuki I Miłości W Czasach Belle Époque"

    "Podróż Do Miasta Świateł. Rose De Vallenord"

    "Podróż Do Miasta Świateł. Róża Z Wolskich"

    "Serenada, Czyli Moje Życie Niecodzienne"

    "Tata, A Marcin Powiedział..."

    "Wystarczy, Że Jesteś"

Biografia:

Pisarka, historyk teatru, scenarzystka filmowa, dziennikarka. Autorka książek, m.in. „220 linii”, „Wystarczy, że jesteś”, „Jak zabić nastolatkę (w sobie)?”, „Cukiernia Pod Amorem”, „Serenada, czyli moje życie niecodzienne”, „Opowieści Pana Rożka”, "Podróż do miasta świateł. Róża z Wolskich", "Paryż, miasto sztuki i miłości w czasach belle epoque" (współautorka).

Źródła: blogguci.blogspot.com/

Wywiad:

„Przyszedł Tomasz Zajezierski i mnie uwiódł."

O urokach władzy, która wymyka się z rąk, i innych sprawach związanych z zawodem pisarza

Napisała Pani dotychczas kilka scenariuszy filmowych i kilkanaście książek. Ma Pani ogromne doświadczenie... Co jest tak naprawdę fajnego w pisaniu?

Władza.

Jest Pani władcą absolutnym, czy też w swoich decyzjach chodzi Pani na kompromisy... z bohaterami swoich książek, czytelnikami, wydawcami?

Z czytelnikami i wydawcami na szczęście dotychczas nie musiałam, przyjmują mnie z dobrodziejstwem inwentarza. Co do moich bohaterów – rzeczywiście zdarza mi się czasami ulec ich urokowi i pójść ich śladem, albo oddać więcej pola niż początkowo zamierzałam.

Jak bardzo od czasów Pani debiutu zmienił się rynek wydawniczy?

Kiedy autor rozpoczyna swoją przygodę z pisaniem, przeważnie nie ma pojęcia, jak ten rynek funkcjonuje. Posługujemy się tylko naszymi wyobrażeniami i przeczuciami, wyniesionymi z wizyt z księgarniach, bo przecież większość z nas nie ma też kogo zapytać o radę. Dość szybko przychodzi zniechęcenie, bo oto się okazuje, że książka jest towarem, którego jakość nie ma większego znaczenia dla sukcesu komercyjnego, co więcej, jest bardzo nisko wyceniana. To może budzić frustrację. Nie mogę powiedzieć, żebym dawniej znała rynek, to, co o nim wiem teraz, jest zniechęcające.

Co ma Pani konkretnie na myśli?

To, czy jakaś powieść zostanie bestsellerem nie zależy od jej jakości, która w dodatku nie jest nawet obiektywnie mierzalna, ale od tego, jak wielu czytelników zdecyduje się ją kupić. Kariera niektórych książek, choćby słabiutkiego „Zmierzchu" jest tego najlepszym przykładem.

Jest na to jakaś rada?

Nie ma. O gustach się nie dyskutuje.

Jak dzisiaj ocenia Pani swoje pierwsze teksty?

Tak, jak na to zasługują.

A na jaką ocenę zasługują w Pani subiektywnej skali od 1 do 10?

Odpowiadając na to pytanie dałabym dowód pychy lub przesadnej skromności, zatem proszę o następne.

Czy myślenie – dość przecież intuicyjne, że każda kolejna książka powinna być lepsza od poprzednich, ma w ogóle jakiś sens?

Żaden autor nie pisze samych bestsellerów. Czasem uda się rozbić bank za pierwszym razem i jest to szczęście i obciążenie zarazem. Czasem sukces przychodzi dopiero po latach terminowania, czasem nigdy. Jeśli chodzi o ocenę powieści przez jej autora, może ona całkowicie rozmijać się z odczuciami czytelników. Założenie, że każda kolejna powieść będzie lepsza od poprzedniej, to pomyłka. Zresztą, co znaczy „lepsza"? Dla kogo? Jakie przyjmiemy kryterium? Jakości literackiej? Odbioru? Sprzedaży? Autorzy starają się uczyć na błędach, ale naprawdę dobre powieści rodzą się równie rzadko, jak genialne dzieci.

Każdy zawód ma jakieś obciążenia. Zazwyczaj nie pamiętamy o tym, kiedy bardzo chcemy kimś zostać. Jakie są obciążenia zawodu pisarza?

Jak w każdym zawodzie artystycznym – publiczna ocena naszej pracy.

A odciski na palcach, słaby wzrok i niedokrwistość od wielogodzinnego siedzenia przy komputerze...?

Przy poprzednim to drobiazg.

Dla kogo Pani pisze? Niektórzy wymieniają Panią w szeregach autorek tzw. „literatury kobiecej". To raczej nie jest komplement...

Czy mężczyźni piszą tylko dobre powieści?

Mamy teraz zalew tego rodzaju pisarstwa, wśród krytyków nie cieszy się ono dużym szacunkiem. Jest uważane za literaturę utrwalającą stereotypy, pisaną ku pokrzepieniu serc dla kobiet o niedoborze endorfin...

Niestety trochę w tym racji... My same, autorki, przy wydatnej pomocy wydawców pracujemy nad utrwaleniem takiego stereotypu. Autorka chce być czytana, chce sprzedawać swoje książki, w końcu po to pisze. Jeśli ma dobry odbiór, grono fanek, dobrze sprzedaje, ma zmienić styl i tematykę? Literatura, podobnie jak inne sztuki, ale też polityka są obrazem społeczeństwa, jego gustów, przyzwyczajeń, oczekiwań. Proszę w restauracji podać klientowi ostrygi, jeśli zamawiał hamburgera. Znam przykłady dobrych powieści, które stawiały zbyt duże wymagania swoim czytelnikom i przepadły, nikt ich nie czyta. Nieczytana powieść nie istnieje.

Czego Pani poszukuje w literaturze?

Gdy piszę – wyzwania, gdy czytam – mądrej opowieści.

Co jest złego w czytaniu powieści-sag w rodzaju „Zmierzch" Stephenie Meyer?

Ta konkretna powieść jest fałszywa psychologicznie, zwalnia z dbania o związek, uczy czytelniczki bierności oraz roszczeniowej postawy wobec płci przeciwnej.

Pani też napisała sagę...

Lepszą.

Co to znaczy? Mówiła Pani, że trudno oceniać literaturę w ten sposób. W każdym razie „kryterium portfela" (bądź co bądź dosyć obiektywne) świadczy o tym, że dla bardzo wielu czytelników „Zmierzch" to opowieść bardzo dobra...

To prawda, czytelniczki kupowały też Rodziewiczównę i darły szaty współczując Stefci Rudeckiej. Ale ja przynajmniej nie idę na łatwiznę, nie utrwalam stereotypów, stawiam moim bohaterom wymagania i nade wszystko cenię prawdę. Nie petryfikuję niskich gustów załatwiając wszystko tak, aby czytelniczka odłożyła książkę w poczuciu, że razem naprawiłyśmy świat.

Mam wrażenie, że Pani saga rodzinna „Cukiernia pod Amorem" jest czymś w rodzaju osobistego rozrachunku ze „Zmierzchem" i być może z wszelką słabą literaturą pop, której jest symbolem...

Ze „Zmierzchem" załatwiłam porachunki powieścią „Wystarczy, że jesteś". „Cukiernia" to moje wariacje na temat polskiej historii i polskiego drobnego przedsiębiorcy, którym sama od wielu lat jestem.

Na czym polega przyciągająca siła sagi w czasach chronicznego braku czasu... tak dla pisarza, jak i czytelnika?

Na powolnej opowieści, która zanikła. Nie rozmawiamy, nie opowiadamy sobie historii rodzinnych, telewizja karmi nas skaczącymi obrazami, zmielonymi na papkę, z większości których nic nie wynika. Biernie słuchamy, co do nas mówią gadające głowy, mając poczucie, że nic od nas nie zależy. A tu dostajemy długi kawał historii z oceną ludzkich poczynań, możemy do niej dopasować nasze doświadczenia. Powieść zmusza nas do myślenia w kategoriach trwania, przeszłości i przyszłości, stawia pytania o nasze miejsce w łańcuchu pokoleń.

Denerwuje Panią medialne spłycenie przekazu, bierność jakiej uczy telewizja... Tymczasem sama pisała Pani scenariusze dla telewizji a Pani mąż jest znanym reżyserem popularnych seriali...

Pisałam scenariusze serialu „Tata, a Marcin powiedział", który bardzo krytycznie odnosił się do rzeczywistości. Był to przecież, może Pan tego nie pamięta, serial satyryczny. Mój mąż kręci seriale wymagające myślenia – „Ranczo" oraz „Siłę wyższą", jeśli one uczą bierności i spłycają przekaz, to co robią tasiemce w rodzaju „Mody na sukces"?

Kto jest dla Pani mistrzem „powolnych" opowieści?

Imię ich legion: Maria Dąbrowska, Zofia Kossak-Szczucka, Jan Potocki, Bolesław Prus. Ze współczesnych: Jean d'Ormesson, Georges Perec.

A czy czuje się Pani polskim Tomaszem Mannem?

Na szczęście nie.

Pisarze zbierają doświadczenie do swoich książek w bardzo różny sposób, często stają się ekspertami w szczegółowych dziedzinach. Po wydaniu książki „220 linii" Pani została określona znawczynią komunikacji autobusowej...

To był żart, którego niemal nikt nie zrozumiał.

Co ma Pani na myśli?

Młodzi ludzie, którzy tworzą hasła w Wikipedii (tak było w moim przypadku), wrzucają tam wszystko, co znaleźli w sieci. Są pełni dobrej woli, ale czytać ze zrozumieniem nie potrafią. Sama nazwałam się w jednym z wywiadów znawczynią komunikacji autobusowej i wyraziłam żal, że nie zatrudniono mnie w ZTM. Oni to potem przeklejają na zasadzie „copy-paste", a ja nie mam już siły tego tłumaczyć. Wikipedia, również dla bibliotekarzy, stała się podstawowym źródłem wiedzy i niemal na każdym spotkaniu zaczynamy od odczytania biogramu, którego podstawą są informacje tam zaczerpnięte. Nie, nie jestem znawczynią komunikacji autobusowej, ja tylko napisałam powieść „220 linii".

Czy długo przygotowywała się Pani do pisania „Cukierni pod Amorem"? Pokazuje ona spory kawałek historii Polski...

Nad pierwszym tomem pracowałam mniej więcej rok, nad drugim osiem miesięcy, a nad trzecim sześć. Wcześniej nie czyniłam żadnych przygotowań, bo ostateczna forma powieści mnie samą zaskoczyła.

Władza wymknęła się Pani z rąk?

Tak. Przyszedł Tomasz Zajezierski i mnie uwiódł.

O czym jest Pani najnowsza książka „Podróż do miasta świateł"?

O fenomenie macierzyństwa.

Czy może Pani powiedzieć coś więcej na ten temat?

Opowiadam o dwóch parach kobiet, gdzie matka jest dominująca i wychowuje córkę robiąc wszystko w zasadzie dla jej dobra. Tymczasem nie potrafiąc mądrze kochać, robi jej krzywdę. Nikt nas nie uczy być rodzicami, popełniamy masę błędów, które czasem są nie do naprawienia.

Ma Pani doświadczenie w pisaniu scenariuszy dla telewizji. Myślała Pani o teatrze?

Tak, ale nie dorosłam jeszcze do tego wyzwania. Mój zawód wyuczony zmusza mnie do pokory. Zresztą mam już za sobą debiut sceniczny – Kasia Żak gra monodram według mojej powieści, wyreżyserowany przez mojego męża. Ale to nie jest jeszcze to, o czym marzę.

Czego Pani zdaniem najbardziej brakuje naszym czasom?

Luzu.

Tego prawdziwego luzu, bo pozornego, mam wrażenie, jest wręcz za dużo...

Tak, brakuje nam dystansu do samych siebie, a bierze się on z niewoli, w którą popadamy, pracując w niechcianych zawodach i niechcianych miejscach. Nielubiana praca zabija w nas miłość do życia, brakuje nam czasu na refleksję, bo świat współczesny tak wiele oferuje. Ale przecież nie musimy mieć wszystkiego i wszystkiego zobaczyć! Czasem lepiej usiąść pod drzewem i pogapić się w niebo...

...albo pograć na Perkusji...

Czy wszyscy fani Małysza skaczą na nartach?

To by dopiero było!

Mnie wystarczają na uszach słuchawki.

Czy czuje się Pani spełniona?

Tak, ale to mnie nie uśpi.

Dziękuję za rozmowę.

Wywiad przeprowadził Łukasz Musielak

Współpracujemy z: