Katarzyna Zyskowska-Ignaciak

Informacje Personalne:

  • Twórczość:

    "Koma"

    "Niebieskie Migdały"

    "Nie Lubię Kotów"

    "Przebudzenie"

    "Ty Jesteś Moje Imię"

    "Ucieczka Znad Rozlewiska"

    "Upalne Lato Gabrieli"

    "Upalne Lato Kaliny"

    "Upalne Lato Marianny"

    "Wieczna Wiosna"

    "Zanim"

Biografia:

Urodziła się dość niedawno, a jednak w innej epoce - gdy nie było telefonów komórkowych, a ludzie mieli dla czas. Jest absolwentką dziennikarstwa oraz marketingu i być może odniosłaby spektakularny sukces w obu tych dziedzinach, gdyby nie przyjście na świat pewnego młodego i niezwykle absorbującego człowieka. Jak się niektórym wydaje, opieka nad dzieckiem to świetne wakacje, więc ów "urlop" postanowiła wykorzystać na spełnienie marzenia z dzieciństwa - pisanie, pisanie, pisanie... Do tej pory spod jej pióra wyszły cztery powieści: „Niebieskie migdały”, „Przebudzenie”, „Upalne lato Marianny” i „Ucieczka znad rozlewiska”.

Ma więcej pomysłów niż silnej woli. Wszystko zaczyna o pełnych godzinach. Z rozsądku mieszka w Warszawie, choć woli bardziej kameralne okoliczności przyrody. Kocha podróże, ale nie znosi się pakować. Jesienne wieczory najchętniej spędza w towarzystwie skandynawskiego kina, a letnie poranki - wsłuchując się w portowy śpiew want i salingów.

Wywiad:

„O niebieskich migdałach i... innych ważnych sprawach z Katarzyną Zyskowską-Ignaciak rozmawia Łukasz Musielak"

 

Jaki jest sekret lekkiego pióra? Wielu współczesnych pisarzy mogłoby Pani pozazdrościć tej lekkości...

Po pierwsze: dziękuję za komplement. A jaki jest sekret...? Szczerze powiedziawszy, nigdy się nad tym nie zastanawiałam.

To nie jest tylko moja opinia, sądzi tak wielu czytelników. Może sekret tkwi w tym, że gęsie pióro jest lżejsze od klawiatury...?

Gdybym powiedziała, że piszę piórem, na czerpanym papierze, albo na zabytkowej maszynie zapewne zabrzmiałoby to romantycznie. Niestety, forma z jakiej korzystam jest bardziej prozaiczna. Komputer ma tę zaletę, że mogę pisać w tempie, w jakim myśli przychodzą mi do głowy – ręka niestety nie nadąża. No i elektroniczny papier przyjmie niezliczoną ilość poprawek. I tu wracam do pierwszego pytania: o tajemnicę lekkiego stylu. W moim przypadku jest to po prostu żmudna praca nad tekstem. Najpierw zapisuję płynnie wszystko, co tylko wpadnie mi do głowy – przez to powstają niestety monstrualnie długie zdania – a następnie tnę i jeszcze raz tnę. Usuwam to co zbędne: nadmiar rodzajników, zaimków zwrotnych. Często też czytam sobie na głos ukończone fragmenty – to chyba najlepszy sposób, żeby sprawdzić ich płynność i „lekkość". Czasami okazuje się, że zbitka dwóch, całkiem sensownie zestawionych ze sobą słów, po przeczytaniu ich na głos ma okropne brzmienie.

Stała się Pani pisarką dzięki... macierzyństwu. Zawsze mi się wydawało, że wtedy jest jeszcze mniej czasu dla siebie.

To prawda, małe dziecko bardzo absorbuje. Jednak z drugiej strony, uczymy się przy nim lepszej organizacji czasu. Poza tym, kiedy w moim życiu pojawił się syn, zaczęłam odczuwać wewnętrzną potrzebę bycia kimś więcej aniżeli matką. Paradoksalnie dopiero wtedy – a zbliżałam się do trzydziestki – zadałam sobie pytanie, kim naprawdę pragnę w życiu zostać, co osiągnąć. I uzmysłowiłam sobie, że nie chcę być postrzegana wyłącznie przez pryzmat dziecka. Nawet jeśli udałoby mi się je wychować na jednostkę wybitną. Nazywam to syndromem „matki Einsteina". Co z tego, że urodziła genialne dziecko? Dzisiaj nikogo nie interesuje, kim była, jaką rolę odegrała w kształtowaniu osobowości syna, czy jak miała na imię. Ponieważ nie chciałam zamknąć się w roli matki, postanowiłam zacząć pisać, pracować nad sobą, nadal się rozwijać.

Macierzyństwo zainspirowało Panią do napisania „Niebieskich migdałów"...

Pierwsze miesiące życia dziecka okropnie dały mi w kość. Te nieprzespane noce, uwiązanie, odpowiedzialność, karmienie na żądanie, kupy, zupy... Okazało się, że rzeczywistość ma niewiele wspólnego z reklamami pampersów, gdzie uśmiechnięte mamy przewijają pyzate niemowlaki – proszę mi wierzyć, że to, co znajduje się w pieluchach wcale nie ma barwy łagodnego błękitu i nie pachnie jak morska bryza. Nie znam też wielu kobiet, które dochodzą do siebie po porodzie w tempie celebrytek, znajdują czas na umalowanie paznokci, uczesanie włosów i kawkę z przyjaciółkami. A właśnie taki obraz prezentują nam media. Ja doznałam prawdziwego szoku poznawczego i o tym chciałam napisać książkę. O niewyobrażalnym zmęczeniu, brudnych włosach, całonocnym płaczu. Jednak im więcej zmartwień dokładałam mojej bohaterce, im bardziej ją doświadczałam, tym lepiej bawiłam się samym pisaniem. Z książki, która miała pokazywać niezbyt kolorową prawdę o macierzyństwie, wyszła całkiem zabawna komedia. Mnie samej śmiech przez łzy podczas tworzenia „Niebieskich migdałów" pomógł wykaraskać się z baby bluesa. Ale wiem, że także niektórym czytelniczkom udało mi się poprawić humor tą książką.

Tak, z narodzinami dziecka życie całkowicie się zmienia...

Posiadanie dziecka jest cudowną sprawą, ale... Myślę, że trzeba do niej dojrzeć. Należy mieć świadomość, jak wielką odpowiedzialność bierzemy na swoje barki. Nagle „ja" dewaluuje się w starciu z „ono". To nie jest czysty frazes, że życie całkowicie się zmienia wraz narodzinami dziecka. Dla mnie to był moment, kiedy sama musiałam przestać nim być, wreszcie naprawdę dorosnąć. Od tego momentu każda czynność czy decyzja filtrowane są przez pryzmat bycia rodzicem. „Spontaniczność" i „niemowlę" to nie są słowa, których można użyć w jednym zdaniu. Należy o tym pamiętać decydując się na dziecko. Z drugiej strony, chyba nic nie daje takiego szczęścia, poczucia celowości własnego istnienia, jak jego posiadanie.

Może właśnie dlatego każdy powinien a przynajmniej ma prawo mieć dzieci. Tyle się przecież zmieniło w naszym życiu, a w sprawie macierzyństwa od tysięcy lat wierzymy instynktom... Żeby być lekarzem trzeba wiele lat się uczyć, żeby być wychowawcą czy nauczycielem trzeba mieć dyplom... żeby być rodzicem nie trzeba spełniać żadnych warunków, a to przecież praca trudna i bardzo brzemienna w konsekwencje dla wszystkich... A jednak nie wyobrażamy sobie regulacji prawnych na tym polu...

W sumie fajnie by było, gdyby powstała taka szkoła, która daje patent na bycie rodzicem. Zdasz test – bierz się do „roboty". Nie zdasz – lepiej kup sobie kanarka. Jednak taka szkoła nie istnieje i żadne z nas nie może stwierdzić na sto procent, jakim rodzicem będzie. No i nie ma jednego patentu na wychowywanie, nie ma jednego skutecznego wzoru, bo każde dziecko jest inne. Wszyscy mamy prawo do posiadania dziecka, choć uważam, że tak ważką decyzję powinno się podejmować z rozmysłem. Nie można jej cofnąć.

W swoich książkach zgłębia Pani życie współczesnych kobiet. Jakie one właściwie są? Mężczyźni wydają się być w tym temacie zagubieni...

Chyba nie da się jednoznacznie odpowiedzieć na to pytanie i opisać kobiet w jednym zdaniu. Nie sposób ich uszeregować, bo to złożone istoty – każda jest inna, wyjątkowa na swój sposób, niezwykła. Choć faktycznie, współczesne kobiety mają jeden wspólny mianownik. Bardzo dużo wzięły na swoje barki. Podejmują się masy różnorakich ról – również tych, które dotąd zarezerwowane były dla mężczyzn. Mają być nie tylko dobrymi matkami, żonami, kochankami, ale odnosić spektakularne sukcesy zawodowe, a przy tym nadal pozostawać perfekcyjnymi paniami domu. Wymaga się żeby miały nienaganną figurę i twarz jak po interwencji grafika komputerowego. Trudno sprostać takiemu wzorcowi super-woman. Zresztą, według mnie nie warto. To, że kobiet nie da się zamknąć w idealne ramy, że niełatwo je zrozumieć, jest w nich przecież najpiękniejsze. Najciekawsze. Może dlatego o nich piszę – stanowią niewyczerpane źródło inspiracji?

Presja wzorów kulturowych w stronę kobiet jest faktycznie ogromna. Ale, niejako w odwecie, wzrasta presja kobiet w stronę mężczyzn. Są coraz bardziej wymagające, nie znoszące sprzeciwu i roszczeniowe. Co Pani o tym sądzi?

Wymagające...? Na pewno tak. Zresztą dlaczego miałybyśmy nie być. Sto lat temu kobieta zajmowała się wyłącznie domem i dzieckiem. Jej mąż musiał na to wszytko zarobić. To był jasny i prosty układ. Trzydzieści lat temu, mówię o pokoleniu moich rodziców, kobieta pracowała już także zawodowo, a mimo tego w domu podawała mężowi obiad, prała, sprzątała, odrabiała z dziećmi lekcje – jednym słowem pracowała na kilku etatach. Dzisiaj nadal my kobiety współuczestniczymy w utrzymaniu domu, więc dlaczego resztą obowiązków miałybyśmy się nie dzielić z partnerem? Ja kochanie upiorę ci gatki, ale ty mi ugotuj obiad – to powinno być normalne. Nasze wymagania nie wynikają z odwetu, ale z poczucia sprawiedliwości. Razem zarabiamy, chodzimy do pracy, razem zajmujemy się domem dziećmi... To poprzedni układ był nienormalny. A że stajemy się „nieznoszące sprzeciwu i roszczeniowe"...? Widocznie panowie powoli tracą na to monopol.

Lubi Pani gotować... w książkach. Znajdujemy tam wiele smakowitych, pachnących opisów. Na końcu „Ucieczki znad rozlewiska" znalazły się nawet przepisy, które były numerem popisowym bohaterki Franki Melzer. Czy gotowanie ma w Pani życiu wyróżnione miejsce?

Przyznam szczerze, że temat gotowania był dla mnie najtrudniejszym elementem przy pisaniu „Ucieczki", bo... ja po prostu nie posiadam talentów kulinarnych. Nie mam wyobraźni „smakowej", nie wiem, co z czym i jak połączyć, tak żeby razem dobrze smakowało. No i jestem zbyt roztrzepana, dlatego gotowanie pozostawiam lepszym od siebie. Zbudowanie postaci posiadającej cechy, których mi osobiście brakuje, było prawdę mówiąc sporym wyzwaniem. Ale chyba się udało, bo już parę osób, po przeczytaniu książki, podpytywało mnie o moje fascynacje kulinarne. Co do przepisów Franki... są to po prostu jedyne dania, które samodzielnie potrafię przyrządzić. Ich nietypowość bierze się z tego, że tak jak moja bohaterka, ja też pół życia jestem na diecie. Stąd pomysł na niskokaloryczne muffiny bez mąki, czy kotlety z brukselki.

Jest Pani uzależniona od kupowania książek, to chyba rodzaj fetyszu.... dużo się już tego uzbierało?

Książek mam oczywiście za mało. Nie liczyłam, ale pewnie parę tysięcy. Tylko część trzymam u siebie, reszta została z powodu metrażu mieszkania w domu mojej mamy. Księgozbiór oczywiście nadal się rozrasta, bo nie potrafię przejść obojętnie obok księgarni czy później rozstać się z nietrafionym zakupem. Więc czytam i kolekcjonuję, ustawiam na półkach i upajam się widokiem, zapachem.

Czy przeczytała Pani wszystkie te książki? Na to trzeba chyba więcej niż jedno życie...

Bez przesady. Dwie, trzy książki w tygodniu daje nam około stu, stu pięćdziesięciu tytułów rocznie. Teraz z uwagi na brak czasu czytam trochę mniej, a zaległości nadrabiam w wakacje, ale w czasie szkoły, studiów przerobiłam niezliczoną ilość pozycji. Rzadko też porzucam książkę w połowie, zwykle nawet najsłabszą „katuję" do końca, żeby dać autorowi szansę. Zresztą z tym kupowaniem książek to faktycznie uzależnienie. Jeśli wygram milion w totka i zafunduję sobie większą przestrzeń życiową, to na pewno jeden pokój chciałabym zastawić regałami od podłogi aż po sufit. Na środku fotel... Albo jeszcze lepiej leżanka... Ciepłe światło niewielkiej lampki. Aromat kawy mieszający się z zapachem farby drukarskiej... Marzenie. A co kupuję? Lubię beletrystykę, literaturę faktu, książki historyczne – przede wszystkim te fabularyzowane. Ostatnio czytam przede wszystkim polskich autorów. Na szczęście trend trochę się zmienia i wydawcy zaczęli dostrzegać, że literatura powstaje nie tylko w języku angielskim. Polacy nie gęsi... Mamy w kraju naprawdę masę świetnych pisarzy, więc nie musimy ciekawych pozycji szukać po świecie.

Jakich współczesnych polskich pisarzy ceni Pani najbardziej?

Ojej, tych nazwisk jest naprawdę masa... Bardzo lubię Manuelę Gretkowską, Witkowskiego, Klimko-Dobrzanieckiego, Nurowską, Wardę, Gutowską-Adamczyk. Z literatury faktu cenię Mariusza Szczygła, Tuszyńską, Sławomira Kopera... Jak widać są to autorzy bardzo różni. Zresztą doceniam nie tylko pisarzy z „górnej półki". Literatura nie powinna się zawężać wyłącznie do pozycji mega-ambitnych. Ma także służyć relaksowi, rozrywce. To podobnie jak z filmem – nie zawsze mamy ochotę na kino moralnego niepokoju. Czasami potrzebujemy dobrej komedii, czasami, historii miłosnej, innym razem thrillera.

Co sądzi Pani o książkach swoich koleżanek, np. Anny Rybkowskiej, Olgi Rudnickiej, Ewy Siarkiewicz, Karoliny Kubilus...? Wśród jakich autorów widzi Pani swoje miejsce na półce w księgarni?

Przyznam szczerze, że nigdy się nad tym nie zastanawiałam. Kiedy pomysł nowej powieści wpada mi do głowy, nie myślę o tym, na jakiej półce i do jakiej kategorii literatury ją przyporządkować. Bez względu, czy historia miała by być współczesnym moralitetem, romansem, kryminałem czy lekką obyczajówką, staram się pisać jak najlepiej potrafię. A jeśli już miałabym gdzieś zostać przyporządkowana – a piszę jednak przede wszystkim o kobietach i dla kobiet – to chciałabym się znaleźć wśród poczytnych autorek wartościowej prozy kobiecej. A co do moich koleżanek po fachu... Wszystkim bardzo kibicuję. Im nas więcej tym lepiej. Może dzięki mnogości nowych nazwisk na polskim rynku literackim Polacy częściej zaczną sięgać po książki rodzimych autorów.

Lubi Pani kino skandynawskie. Czy na północy nie jest dla Pani zbyt ciemno, melancholijnie i zimno?

Nigdy nie byłam w Skandynawii, choć przejechałam już niemal całą Europę. Muszę w końcu postawić veto mojej rodzinie – żadnych więcej plaż, słońca – i w końcu się tam wybrać. A czemu ta Północ tak mnie fascynuje? Może dlatego, że tamtejsi twórcy po mistrzowsku odwzorowują ludzkie emocje. Także te negatywne, mroczne, niejednoznaczne. W końcu nawet u najlepszego człowieka pod powierzchnią lukru zawsze kryje się coś więcej. Skandynawowie nie owijają w bawełnę – podoba mi się ich naturalizm, to jak fantastycznie odwzorowują różne odcienie ludzkiej osobowości. Doceniam prostotę formy, której nie należy mylić z powierzchownością – uwielbiam na przykład filmy kręcone zgodnie z Dogmą 95. Może faktycznie są one nieco melancholijne, ale dla równowagi, żeby na moment oderwać się od powierzchowności kultury „keep smiling" od czasu do czasu warto obejrzeć jakiś obraz z zimnej Północy.

A gdzie była Pani na wakacjach w tym roku? Pytam nie bez powodu. Zbierała tam Pani materiały do swojej najnowszej książki „Upalne lato Kaliny", która ma ukazać się na początku 2013 roku...

Na urlopie byłam w Toskanii, ale o owym regionie powstało już tak wiele różnych książek, że tego wątku nie zamierzam – na razie – wykorzystać w moich powieściach. Wyjazd, o który Pan pyta, to był zaledwie kilkudniowy wypad w Wysokie Tatry. Kocham ich specyficzny klimat, ludzi, których można spotkać na szlakach, w schroniskach, dlatego właśnie tam wysyłam moją bohaterkę. Pojechałam w góry na parę dni, by przypomnieć sobie ich widok, zapach, topografię. Spędziłam cudowny czas w zupełnym oderwaniu od cywilizacji, bez zasięgu telefonu, bez komputera, bez szumu informacyjnego. To fantastycznie oczyszcza głowę, daje lepszy wgląd we własne życie. Moja bohaterka jest zagubiona, poszukuje swojej tożsamości, właśnie dlatego funduję jej tę podróż.

Jaka koncepcja stoi za kontynuacją „Upalnego lata..."? W jaką stronę zamierza Pani poprowadzić swoją historię?

Pierwotnie powieść miała nosić tytuł „Dwa upalne lata" z akcją osadzoną przed wojną i współcześnie, wraz z retrospekcjami z czasów PRL-u. Ponieważ w trakcie pisania zauważyłam, że mam za dużo materiału, by pomieścić fabułę w jeden książce, toteż postanowiłam ją rozbić na trzy części. Stąd wzięło się „Upalne lato Marianny" a następnie historia Kaliny i Gabrieli. Akcja drugiego tomu dzieje się w latach sześćdziesiątych, kolejna obecnie. W zamyśle ma być to saga ukazująca los trzech kobiet na tle zawirowań historii, jakie dotknęły Polskę w ciągu ostatnich kilkudziesięciu lat. Los Marianny zdeterminuje wojna i zmiana ustroju, a jej córka – podobnie jak wielu ludzi jej pokolenia - będzie musiała zapłacić cenę za powojenne traumy i niespełnione pragnienia matki. Każda z moich bohaterek zostanie ukazana na innym etapie życia. Marianna jest nastolatką. W chwili, gdy poznamy jej córkę, ta będzie już osobą w pewien sposób doświadczoną i bardziej dojrzałą. Gabrysia, wnuczka Marie, to kobieta czterdziestoletnia. Każda z nich boryka się z innymi problemami. Czytelniczki znające moje książki z serii „Babie lato" mogą być niepocieszone. W tym cyklu nie będzie miejsca na szczęśliwe zbiegi okoliczności i jednoznaczne happy-endy. Staram się, by „Upalne lato" było mocniej osadzone w prawdziwym życiu. A wiadomo, że często ma ono bardzo cierpki smak.

Czy stąpa Pani twardo po ziemi?

Ja twierdzę, że jestem bardzo poukładana i racjonalna, ale moi bliscy mają na ten temat zupełnie odmienne zdanie.

Dziękuję za rozmowę.

Ja również bardzo dziękuję.

Wywiad przeprowadził Łukasz Musielak

Współpracujemy z: