Tomasz Białkowski

Informacje Personalne:

  • Miejsce Urodzenia: Jeziorany, Polska
  • Narodowość: Polska
  • Język: Polski
  • Obywatelstwo: Polskie
  • Twórczość:

    "Drzewo Morwowe"

    "Kłamca"

    "Król Tyru"

    "Leze"

    "Mistrzostwo Świata"

    "Pogrzeby"

    "Powróz"

    "Rausz"

    "Teoria Ruchów Vorbla"

    "Zmarzlina"

Biografia:

Autor sześciu powieści: "Dłużyzny", "Pogrzeby", "Mistrzostwo Świata", "Zmarzlina", "Teoria ruchów Vorbla", "Drzewo morwowe" oraz zbioru opowiadań pt. "Leze" i sztuki "Drzewo". Prozę publikował w czołowych pismach literackich, a także kilku antologiach krajowych i zagranicznych. Wielokrotnie nagradzany, m.in. Nagrodą Ministra Kultury (zespołowa), Nagrodą Prezydenta Miasta Olsztyn oraz dwukrotnie Literacką Nagrodą Warmii i Mazur Wawrzyn (przyznawaną przez czytelników - za "Zmarzlinę", przyznawaną przez Kapitułę Nagrody - za "Teorię ruchów Vorbla").

Źródło: tomaszbialkowski.blogspot.com/

Wywiad:

„Im więcej piszę, tym mniejszą mam pewność co do słuszności moich obserwacji"

Co Pana fascynuje w pisaniu, w literaturze?

Bezsprzecznie ruch. Od pewnego czasu również utrata. Oba te pojęcia można ze sobą połączyć. Przemieszczanie się albo inaczej pisanie, oznacza ciągły ruch. Odkrywanie nieznanego. Wchodzenie na dziewicze obszary. Zarówno poznania, jak i języka. Ale przy każdym poznaniu równocześnie coś tracimy. Co? A na przykład przeświadczenie o zdobytej wiedzy. Im więcej piszę, tym mniejszą mam pewność co do słuszności moich obserwacji. Pojawiła się owa utrata. Rzecz jeszcze bardziej się komplikuje, kiedy wyobrazimy sobie pisanie jako niezwykłe wahadło. Pisząc, wykonujemy ruch, lecz jest on pozorny. Po maksymalnym wychyleniu i towarzyszącym mu wysiłku z jeszcze większym impetem wracamy do punktu wyjścia. Świadomość tego procesu, jego niezmienności, może być dla piszącego zabójcza.

Całe nasze życie jest ruchem, wędrówką, drogą... nasuwa się wiele pytań, chociażby o jakość tej podróży i jej cel. Ja chciałbym zapytać, dokąd zmierza Pan jako twórca, pisarz?

W moim przypadku pisanie to sposób na tłumaczenie sobie samemu mechanizmów rządzących naszym postępowaniem. Świadomość, że cel tej drogi jest nieznany z jednej strony nadaje sens dalszej pracy, z drugiej zaś napawa lękiem. My, ludzie zawsze chcemy wiedzieć co nas czeka za zakrętem. Jest nam wtedy łatwiej iść. W pisaniu tak się nie da. Autor nigdy nie wie, czy książka, którą właśnie ukończył, nie będzie jego ostatnią. Może przecież się zdarzyć, że się zwyczajnie wypali. Mam jednak nadzieję, że moje opus magnum ciągle jest przede mną.

W jednym z wywiadów powiedział Pan, że zajmuje się opisywaniem życia z całą jego złożonością, skomplikowaniem... Czego ważnego dowiedział się Pan o ludzkiej egzystencji pisząc swoje książki?

To pytanie z gatunku tych ciężkich. To pytanie w rodzaju „jak żyć?". Próbując odpowiedzieć na nie, można raz na zawsze zabić w sobie pisarstwo. Bo cóż tu powiedzieć? Że człowiek jest zdolny do wzniosłości, tak jak i do bezgranicznej podłości? Wychodzi z tego banał. Jak i taki, że nic nie jest czarne. Nie jest też białe. No to jakie jest? Paradoksalnie, im więcej piszę o tym, owa wiedza jest uboższa. Trzeba sobie z taką konstatacją jakoś radzić. Można pójść w pisarstwie w eksploatowanie języka. Można też uciec w skomplikowane fabuły. I jedno i drugie może sprawić, że autor nie osunie się w rozpacz. Czasem mu się coś uda. Powtarzam, czasem. Może wówczas chwilowa ułuda sukcesu sprawi, że nie straci nadziei. Będzie nadal tworzył. Bo nadzieja jest w pisarstwie absolutnie konieczna. To paliwo. A przy okazji czasem piszącemu uda się coś o owej ludzkiej egzystencji opowiedzieć.

W swoich książkach demaskuje Pan mit rodziny, odbrązawia go, być może czyni bardziej wiarygodnym. Czy taki był cel?

To prawda. Dużo miejsca w swoich książkach poświęcam temu tematowi. Zwykle stanowi on punkt wyjścia do innych obserwacji. Dzieciństwo, czyli czas kształtowania się człowieka, jest istotny zarówno dla niego samego, jak i tych którzy tego kształtowania dokonują. Rodzice i dzieci tkwią w tym samym układzie. Zdarza się, że często ci drudzy nie dorośli do roli rodzica. Wtedy dzieją się rzeczy paskudne. Ale i przecież dzieci potrafią w sposób okrutny traktować tych, którzy im życie dali. Mnie interesują powstałe w wyniku tego napięcia, tarcia. Próba ustalenia winnych nieszczęść. Kata i ofiary. Czy to jednak możliwe? Proces socjalizacji małego człowieka może przebiegać w sposób nieprzewidziany. To dobry zaczyn dla literatury.

Dotykamy tutaj problemu wolności i determinizmu, przewidywalności losów, powtarzalności życiowych schematów...

Do wspomnianego przed chwilą zaczynu dochodzi również historia. Pojedynczej jednostki, rodziny, ulicy, narodu. Nie jesteśmy zawieszeni w próżni. Skądś przychodzimy i gdzieś zmierzamy. Sięganie do historii może pomóc w zrozumieniu ludzkich motywacji. Nie jest jednak najważniejsze. Nie jest tak, że dziecko z rodziny patologicznej w wieku dorosłym wejdzie w buty swoich rodziców. To byłoby zbyt proste i wręcz stygmatyzujące. Może kiedyś, dekadę temu, widziałem pewne prawdopodobieństwo takich losów. Szczególnie widoczne to było w debiutanckim „Leze". Postpegeerowska rzeczywistość z wiecznie pijanymi, brudnymi i przemarzniętymi zjawami na skrzypiących rowerach. Ludzie każdego dnia kopiący doły, by pewnego dnia samemu do nich trafić na wieczność. Przewidywalność i okrucieństwo ich losu wynikające z urodzenia w niewłaściwym miejscu. Teraz myślę inaczej. Los człowieczy można kształtować. Mając pasję, pracowitość i upór można ten los nieźle oszukać.

To wymaga jednak dużej samoświadomości i dystansu. Najpierw trzeba sięgnąć głęboko, odkryć własne tajemnice i je przepracować... Rzadko to się zdarza. Częściej zachowujemy się, jak cząstki z ruchów Browna...

To prawda. Lęk przed tym co możemy odkryć gdzieś na dnie naszych dusz bywa paraliżujący. Czy takie ewentualne odkrycie będziemy w stanie udźwignąć? Może to przecież oznaczać całkowitą zmianę dotychczasowego postępowania, myślenia o sobie i innych, rozbratu ze środowiskiem. To są wielkie ofiary, na które mało kogo stać. Jeżeli dochodzi do tego latami wypracowywany komfort materialny, zawodowy, status społeczny, wewnętrzna reforma jest prawie niemożliwa. Trudno nam rezygnować ze zdobytych pozycji. Taką mamy naturę.

Niektórzy przeżyli w dzieciństwie straszne rzeczy i nie potrafią ich wziąć w nawias... Z pewnością trudne dzieciństwo może nas tłumaczyć ale czy możemy żądać, żeby nas usprawiedliwiało?

A czy ktoś, kto przeszedł obóz śmierci podczas wojny byłby usprawiedliwiony, gdyby nagle zaczął mordować ludzi na ulicach? Owszem, jego postawa przez jednych zostałaby rozgrzeszona. Może nawet i gloryfikowana. Ale warto zadać sobie pytanie, jak świat wyglądałby dzisiaj gdyby te miliony odartych z godności, zaszczutych, głodzonych, torturowanych ludzi nagle wzięło odwet na swych ciemiężycielach? Wrócilibyśmy do najmroczniejszych kart w dziejach ludzkości. Według mnie trudne dzieciństwo nie usprawiedliwia nieprzestrzegania norm społecznych. Właściwie, cóż to znaczy „trudne dzieciństwo"? Dla jednego będzie to pijący i bijący ojciec, dla innego wyszydzana w szkole otyłość. Tu w grę wchodzi próg ludzkiej wrażliwości. Zdaje się, że każdy z nas w jakiś sposób cierpi. A przecież cierpienie jest wpisane w nasze życie. Jest tego życia odwieczną częścią.

Pana książki traktują o samotności, obumieraniu więzi międzyludzkich, zamarzaniu uczuć... Czy tak właśnie widzi Pan współczesne życie?

Staram się widzieć ludzkie życie w całej jego złożoności. Czasem mi się to udaje. Zanika wspólnotowość, postępuje atomizacja. Ludzie odbywają ciągi pustych rytuałów. Zdaje się, że ten proces się pogłębia i jest nieodwracalny. Jednoczymy się wokół mało istotnych, wyreżyserowanych spektakli związanych z wydarzeniami społeczno-polityczno-religijnymi czy komercyjnymi projektami. Potem wracamy do swoich domów. Tam maski opadają, wychodzą demony: złość, frustracja, zawiść, nietolerancja, obłuda czy zwyczajne chamstwo. Okazywanie głębszych uczuć bywa odbierane jako oznaka słabości. Bardzo to wszystko smutne...

Czy jest jednak jakaś nadzieja na życie spełnione, szczęśliwe?

Trzeba żyć, próbować. Nadzieja to bardzo silny stymulator.

Może w tej sytuacji lepiej, jak jedna z Pana postaci – Tomasz Pietrzyk z „Teoria Ruchów Vorbla" – przyjąć postawę dystansu i ze spokojem stoika oglądać świat zza szyby?

Tomasz Pietrzyk to fikcyjna postać warszawskiego malarza, który zrezygnował z wielkomiejskiego życia i zaszył się na głębokiej prowincji. Tam tworzy swoje prace. Jest samowystarczalny. Pewnego dnia spada na niego niespodziewana sława, z wszelkimi jej konsekwencjami. Jak zatem widać, dystans go nie uratował. Świat go zassał. Mówiąc o samym dystansie - jest to kwestia indywidualna. Znam ludzi, którzy angażują się z wielką pasją we wszelakie projekty. To ich, że tak powiem, „kręci". Najczęściej są to ludzie obdarzeni nadmiarem adrenaliny. Angażują się w politykę, w sąsiedzkie relacje, w wychowanie dzieci własnych i cudzych. Staram się unikać takich osobników, gdyż zwyczajnie ludzie pozbawieni dystansu do siebie i świata zwykle nie grzeszą inteligencją. Z drugiej strony unikam również ludzi zbytnio zdystansowanych, którzy nie są w stanie okazywać na zewnątrz jakichkolwiek uczuć. Obserwują świat zza firanki. Źle się czuję w ich towarzystwie. Zdaje się, że ze zdystansowaniem jest jak ze wszystkim innym – potrzebny jest złoty środek.

Pisarz jest trochę taką postacią, która na życie spogląda, jak zza firanki... albo zza biurka w gabinecie dla ludzi z życiowymi problemami. Czy możemy traktować pisarza, jako szczególny przypadek psychologa – znawcy ludzkiego życia? Pana literatura jest tutaj chyba dobrym przykładem...

Nie. Zdecydowanie nie. Są pisarze, którzy są trzeciorzędnymi psychologami. Za to ich siła polega na przykład na literackim słuchu. Niczym więcej. Są autorzy potrafiący tworzyć porywające fabuły. Nie przekłada się to jednak na psychologiczną wiarygodność tworzonych przez nich postaci. Stawianie znaku równości między piszącym a jego utworem często bywa zgubne. Biografie wielu pisarzy dowodzą, że w życiu prywatnym byli zagubionymi, nieszczęśliwymi ludźmi. Trafiały się też wśród nich zwykłe kreatury i cyniczni koniunkturaliści. Tak więc, nie ma zasady. Co do mnie, to krytycy nazywają moje książki „literaturą z kręgu czarnego psychologizmu". Cóż, widocznie coś w tym jest. Osobiście uważam, że w przypadku literatury jaką uprawiam, moje postaci powinny być wiarygodne. Tu psychologizm jest niezbędny.

W Pana prozie czuć wyraźny wpływ religii chrześcijańskiej. Czy świadomie sięga Pan podczas pisania do Biblii?

Wychowałem się w rodzinie katolickiej, w której nikt, prócz babki, do kościoła nie chodził. Babka zapragnęła te proporcje zmienić i uczyniła ze mnie bezmyślnego uczestnika rytuałów sakralnych. Nieświadomie wyrządziła mi wielką krzywdę. Mój obraz chrześcijaństwa od początku był wielce wykoślawiony. Bywały niedziele, kiedy, jako ministrant, nawet pięciokrotnie uczestniczyłem w nabożeństwach. Pogrzeb, ślub, bez różnicy. To było niebezpieczne dla zdrowia psychicznego i fizycznego, gdyż kościół był nieogrzewany Skutecznie zabiłem w sobie wtedy na długie lata zainteresowanie religią. Biblia pojawiła się podczas pracy nad „Dłużyznami". Tam bardzo istotny jest problem winy i kary. Kwestia uczestnictwa, świadomego bądź nie, w okrutnym akcie stopniowego unicestwiania jednostki ludzkiej. Okazało się, że Biblia podaje wiele takich przykładów, ich mutacji, wariacji. Stanowi niezmierzone źródło inspiracji. Z kolei bohaterowie „Zmarzliny" to przecież współczesny Kain i Abel, a ich matka to Bóg, który odrzuca tego pierwszego. Ofiara Abla z jakiegoś powodu jest jej milsza. To prowadzi to tragedii. Do Biblii sięgałem przy pisaniu trylogii o Werensie bardzo często. Po latach czytam ją już bez uprzedzeń. Jak przebogaty tekst literacki. Ale do kościoła dalej nie zaglądam. Trauma pozostała.

Na czym oparty jest opis sekty z „Drzewa Morwowego"?

O gnostykach pisał św. Ireneusz z Lionu. Zachowało się dzieło tego męczennika pt. „Zdemaskowanie i odparcie fałszywej gnozy", które jest datowane na lata 180-185 naszej ery. Innym autorem tekstów o gnostykach, nieco późniejszym, był Epifaniusz z Salaminy, o herezji napisał tekst zatytułowany „Panarion". W tym dziele wymienia osiemdziesiąt różnorakich sekt. W tym kainitów.

Sięga Pan często także do rzeczywistości PRL-u. Czy to rodzaj fascynacji czy raczej sposób na przepracowanie własnego dzieciństwa? Jak Pan widzi dzisiaj tamte czasy?

To okres, na który przypadło moje dzieciństwo. Jestem produktem biedy i zakłamania, jak to kiedyś określił Marek Hłasko. Tak więc to nie fascynacja, a próba mierzenia się z sytuacjami, których mniej bądź bardziej świadomie doświadczałem. Próba zrozumienia zależności wówczas panujących. By było jasne – nie ma ona nic wspólnego z jakimś nieszczęsnym politykowaniem, którym się brzydzę. Rzecz w tym, że polityka była wówczas wszechobecna. W szkole, w telewizji, w pracy, w gazetach. Siłą rzeczy również w domach. Ludzie musieli sobie tworzyć prywatne systemy wartości. Często żyli w schizofrenii. Zapisywali się do partii, a płakali podczas wizyt papieskich. Pamiętam również, że ciągle straszono nas wojną, organizowano ćwiczenia, pokazywano efekty wybuchu atomu. A w następnej chwili uczono radzieckiej piosenki „Zawsze niech będzie słońce". Doktor Świerszcz z „Teorii ruchów Vorbla" to w jakimś sensie ja. Facet opętany nieuchronną nuklearną konfrontacją. Ciągle trąbiono o jakichś gospodarczych sukcesach, a ja pamiętam odwszawianie klas, jakieś obrzydliwe walonki, które matka wystała w kolejce zaopatrzona w stosowną kartkę. Wstydziłem się chodzić w tej imitacji obuwia, wyglądało jakby szykowano je na wojnę. No właśnie, znowu ta wojna... Powtarzam, schizofrenia to najkrótsza definicja tamtego okresu.

Jest już gotowa druga część „Drzewa morwowego". Kontynuowanie historii, tworzenie trylogii to ostatnio częsta praktyka u pisarzy. Dlaczego postanowił Pan kontynuować historię Werensa?

15 listopada ma mieć premierę część druga, czyli „Kłamca". To już informacja potwierdzona. Trzecia zaś będzie nosiła tytuł „Król Tyru". Ta historia została pomyślana od początku jako trylogia. Główny bohater – Paweł Werens w części pierwszej pozbywa się traumy związanej z tragiczną śmiercią matki i brata, poznaje na nowo swoich bliskich i wreszcie decyduje się na związek z kobietą, który trwa dłużej niż jeden wieczór. Druga część to opowieść o utracie. Ojca, krewnych, bliskich ludzi, pracy. To opowieść o zemście ze strony śmiertelnego wroga. „Król Tyru" koncentruje się na odzyskiwaniu najbliższych. Fizycznym i duchowym. Zarówno przez Werensa, jak i jego współpracowników. Ale i też tych, którzy stoją po drugiej stronie barykady. Przecież ci źli również mają rodziny i bliskich. Czy to wszystko dałoby się opowiedzieć w jednej części? Nie sądzę. A przynajmniej ja nie potrafię tego zrobić. Potrzeba mi więcej miejsca.

Od niedawna prowadzi Pan bloga. Jaką spełnia on funkcję w Pana życiu? Wydaje się, że nadeszły czasy kiedy twórca, dbając o swoje istnienie w przestrzeni publicznej, musi być stale aktywny w sieci...

Nie wszystko da się w formie literackiej przenieść na papier. Albo inaczej: czas od refleksji do publikacji czasopisma, książki często jest odległy. Blog daje możliwość natychmiastowej reakcji. Na blogu postanowiłem pisać tylko i wyłącznie na temat literatury. Narzuciłem sobie dyscyplinę. Piszę każdego dnia. Od maja, czyli od początku, nie zdarzyło się odstępstwo od tej zasady. To forma ćwiczenia. Mniej bądź bardziej poważnego. Nie oszukujmy się, blog to też rodzaj promocji autora. Chyba najtańszy z możliwych. Wystarczy zasiąść przy klawiaturze. Ale bywa też, że demaskuje piszącego. Łatwo raz na tydzień napisać kilka sensownych myśli. Trudniej robić to codziennie. Prędzej czy później wychodzi na jaw rzeczywisty poziom refleksji autora.

Jest Pan związany z Olsztynem, z Mazurami i Warmią. Ten rejon Polski wydaje się wyrastać dzisiaj na istotny ośrodek literacki...

Jestem związany z Warmią. To ważne rozgraniczenie. Jak Dolny i Górny Śląsk. Obecnie już raczej tylko geograficzne. Przed wojną ten podział odbywał się również na poziomie wiary i języka. Warmiak był katolikiem, Mazur zaś wyznania ewangelickiego. Po wojnie jednych i drugich spotkał ciężki los. Władza ludowa brała ich za znienawidzonych Niemców. Mordowano całe rodziny lub wypędzano na zachód. Stopniowo znikali. Owszem, podejmowane są próby ocalenia tamtego języka. Erwin Kruk stworzył „Słownik gwary mazurskiej". Edward Cyfus spisuje w swoich książkach losy ocalałych, teraz już w sędziwym wieku, ludzi. Zaś co do głównego pytania. Większość tworzących na Warmii i rozpoznawanych w kraju pisarzy zamieszkuje Olsztyn. To bardzo istotne. Mazury kojarzą się raczej z poetami rozrzuconymi na znacznej przestrzeni. Warto zauważyć, że pisarze olsztyńscy książek w Olsztynie nie publikują. Ostatnim dużym wydawnictwem, które już nie istnieje, było „Pojezierze", wydające chociażby Stachurę czy Nienackiego. Może paradoksalnie więc trudność publikacji poza obszarem zamieszkania podnosi poziom tych tekstów? Tu nikt nie ma znajomego wydawcy, który potraktuje go ulgowo. Zaś wydanie w Warszawie, Krakowie czy jak w moim przypadku Katowicach oznacza lepszą promocję tych tytułów. Tam są media, silne ośrodki akademickie, większość czytelników. Przecież książki na Warmii i Mazurach powstawały od dziesięcioleci. Ważne zdaje się być również i to, że olsztyńscy autorzy/autorki w większości związani byli z „Borussią" bądź z bliskim mi szczególnie „Portretem". Tu się ludzie o literaturę często mocno spierali. A taki zdrowy spór może wnieść wiele dobrego w literackie życie. Bywa stymulujący.

Dziękuję za rozmowę.

Wywiad przeprowadził Łukasz Musielak

Współpracujemy z: