Grzegorz Kozera

Informacje Personalne:

  • Miejsce Urodzenia: Starachowice, Polska
  • Narodowość: Polska
  • Język: Polski
  • Obywatelstwo: Polskie
  • Twórczość:

    "Berlin, Późne Lato"

    "Biały Kafka"

    "Co Się Zdarzyło W Hotelu Gold"

    "Droga Do Tarvisio"

    "Króliki Pana Boga"

    "Kuracja. Opowiadania Sanatoryjne"

Biografia:

Dziennikarz, poeta, prozaik i recenzent. Opublikował sześć tomików wierszy, powieści „Biały Kafka” i „Droga do Tarvisio” oraz zbiór opowiadań „Kuracja". Redaguje bloga www.salonkulturalny.pl

Wywiad:

„Nasze życie jest pozornie uporządkowanym chaosem..."

 

W kwietniu 2012 roku ukazała się Pana nowa książka „Droga do Tarvisio". Minęło już trochę czasu od premiery, można więc porozmawiać o niej z większym dystansem. Proszę powiedzieć, dlaczego właściwie napisał Pan tę książkę?

Książki pisze się głównie po to, żeby inni je czytali. To pierwszy powód, oczywisty. Powód drugi jest taki, że miałem kilkuletnią przerwę od prozy i w końcu poczułem głód pisania. Po trzecie, chciałem napisać rzecz o mężczyźnie, który szuka miłości, jadąc do Pragi, ponieważ bardzo lubię to miasto. Ostatecznie okazało się, że bohater powieści – via Praga – pojechał dalej, do włoskiego Tarvisio. Wreszcie, chciałem przy okazji wsadzić kij w mrowisko, przypomnieć o polskich przywarach, które mnie szczególnie uwierają, na przykład antysemityzmie.

Udało się włożyć kij w mrowisko? Jakie są reakcje na tę książkę?

„Droga..." wywołuje skrajne odczucia, od zachwytu po negację, przy czym tych negatywnych opinii jest dużo mniej. Mówię tu o wypowiedziach czytelników i recenzentów, których nie znam osobiście. Bo jeśli znajomi chwalą moją książkę, biorę poprawkę, że być może jest to z ich strony zwykła kurtuazja.

Czy miały miejsce jakieś niecodzienne sytuacje, z których chciałby Pan uczynić anegdotę? W przypadku kontrowersyjnej książki trudniej chyba o napad przez „Panią w moherowym berecie" niż w przypadku filmu czy jakiejś instalacji w pobliskim BWA...

Przypadek Salmana Rushdiego pokazuje, że z powodu książki zagrożone może być nawet życie pisarza... Oczywiście, w przypadku „Drogi" nie spodziewam się fatwy ze strony fundamentalistów, kimkolwiek są... Jak dotychczas nie zaatakowały mnie starsze panie „w moherowych beretach" i podobnie myślące osoby i pewnie tego nie zrobią. Nie przypuszczam, by w ogóle sięgnęły po „Drogę...".

To książka przewrotna, wieloznaczna, ironiczna... Z kim Pan gra, kogo wodzi za nos i co jest stawką w tej zabawie na serio?

Gram ze wszystkim, z czytelnikami, bohaterem i z samym sobą również. Dla bohatera w tej grze stawką jest miłość, a nawet życie. A dla mnie? Tylko i aż to, żeby moja powieść nie zostawiła czytelnika obojętnym. Lepiej niech się wkurzy niżby po lekturze miał wzruszyć ramionami. Ale mam nadzieję, że nawet jeśli zirytują go główny bohater i jego historia, to choć przez chwilę zastanowi się, dlaczego tak się stało.

Czy chciał Pan, aby czytelnik utożsamiał głównego bohatera z autorem? Obaj ukrywają się pod tym samym nazwiskiem...

Obdarowałem bohatera „Drogi..." swoim imieniem i pierwszą literą nazwiska, ponieważ tak mi było wygodnie. Pośrednio jest to też nawiązanie do Franza Kafki i postaci z jego utworów, o czym zresztą wspominam w książce – do Gregora Samsy z „Przemiany", Józefa K. z „Procesu" i K. z „Zamku". Mój Grzegorz K. to postać fikcyjna, tak jak cała powieść jest fikcją. Literatura, łącznie z reportażem, niewiele ma wspólnego z rzeczywistością. Wprawdzie często opisuje i naśladuje życie, niekiedy udanie, lecz przecież nim nie jest, oddaje tylko jego niewielką część. W powieści czytelnik obcuje z rzeczywistością, którą widzi autor, ale nie jest to przecież rzeczywistość obiektywna.

Czyli jednak widzi Pan świat tak, jak Grzegorz K. ...

Częściowo. To, co nas łączy, to zainteresowania literaturą i sztuką, obaj alergicznie reagujemy na antysemityzm. Poza tym, ja w swych reakcjach jestem łagodniejszy niż Grzegorz K., w każdym razie taką mam nadzieję. Jeśli mnie w pewnych sytuacjach przydałaby się pomoc psychologa, to jemu – psychiatry.

Czy wstydzi się Pan, że jest Polakiem?

Jestem Polakiem i dla mnie to powód do dumy i właśnie dlatego czasami wstydzę się za niektórych moich rodaków. Kiedy chodzę po Pradze, mijam setki ludzi, wszyscy są trzeźwi i nagle spotykam jednego pijanego osobnika wydzierającego się na całą ulicę i jest to Polak, wtedy mi wstyd. Albo kiedy rodzimi kibole demolują zagraniczne lub polskie miasto. Albo gdy widzę tłum z transparentami, ziejący nienawiścią do wszystkich, którzy ośmielają się myśleć inaczej.

Dużo podróżuje Pan po Europie?

Lubię zwiedzać europejskie kraje, niestety ostatnimi laty z różnych powodów robię to rzadziej niż niegdyś. Wcześniej sporo jeździłem, szczególnie do Włoch, teraz przynajmniej raz w roku staram się być w Pradze i Czechach albo Wiedniu.

Co z Polską jest nie tak?

Nie jesteśmy tolerancyjni. Nie potrafimy rozmawiać ze sobą, każdy chce powiedzieć, co swoje, a nie wysłuchać drugiego. Wywyższamy się, a jednocześnie jesteśmy zakompleksieni. Wietrzymy w spiski i zmowy, bo zawsze są jacyś „oni", którzy knują, by nam zaszkodzić. Nie potrafimy przyjąć do wiadomości, że nie jesteśmy i nigdy nie byliśmy mesjaszem narodów. Ciąży na nas przeszłość: zabory, okupacja i trwająca pół wieku „opieka" Wielkiego Brata ze Wschodu. Kiedyś ksiądz Tischner użył określenia „homo sovieticus", które najpierw mnie obruszyło, jednak potem przyznałem księdzu rację. Wielu z nas uważa, że im się wszystko należy za nic. Komuna się dawno skończyła, ale to myślenie ciągle pokutuje. Oczywiście, nie dotyczy to wszystkich Polaków. Na przykład dzisiejsi dwudziesto- i trzydziestolatkowie w zdecydowanej mierze są już inni, trzeźwo i zdroworozsądkowo oceniają rzeczywistość, w której żyjemy, bez problemu nawiązują kontakt z rówieśnikami z Zachodu, nie mają wobec nich kompleksów.

Czy Niemcy i Austriacy, mieli okazję przeczytać tę książkę? Czy w ogóle powinni ją przeczytać? Może to książka tylko dla Polaków...

Dla Niemców i Austriaków nie byłaby to przyjemna lektura... Nie przypuszczam, by „Drogę..." przeczytali już jacyś cudzoziemcy, z prostego powodu – na razie nie została przetłumaczona na żaden obcy język. Ja pisałem ją przed wszystkim z myślą o polskim czytelniku.

Przez pewien czas wydawało się, że można zbudować Europę bez narodowych resentymentów. Te jednak tkwią chyba zbyt głęboko... Polska, przez swoje niezbyt szczęśliwe położenie geograficzne, wydaje się szczególnie naznaczona poczuciem niedowartościowania i upokorzenia. Czy da się z tym w ogóle coś zrobić w perspektywie jednego pokolenia?

To raczej za krótki czas, skoro jednak młodzi stają się bardziej otwarci od swoich rówieśników sprzed lat, jest szansa, że uda się to w następnym pokoleniu. Może jestem naiwny.

Za co lubi Pan Pragę, i w ogóle Czechów? Ich historia jest w dużej mierze podobna do naszej, a jednak wydają się inni... sympatyczniejsi, bardziej wyluzowani, lepsi?

Nie wiem, czy Czesi są lepsi od nas, lecz mają cechy, których brakuje mi w Polakach: dystans do samych siebie, tolerancję, łagodność, „nienapinanie się". A Praga, cóż. Nigdzie indziej nie czuję się tak dobrze jak w Pradze. I to też jest pewnie zasługa mieszkających tam ludzi, nie tylko wspaniałej architektury.

„Droga do Tarvisio" jest także książką o sprawach bardziej uniwersalnych i indywidualnych, o miłości, samotności i wolności...

Nie chciałem, aby była to powieść polityczna czy, o zgrozo, publicystyczna, gdyż wówczas jej żywot byłby bardzo krótki. Bohater nie wygłasza poglądów politycznych, nie opowiada się za żadną partią, jedzie przez Europę i podczas tej podróży ujawniają się jego fobie, lęki. Powiem szczerze, że dla mnie to przede wszystkim opowieść o pogubieniu i potrzebie miłości, dopiero w drugim rzędzie o polskich przypadłościach i kompleksach.

Czy miłość nie jest tylko granicznym przypadkiem uzależnienia? Papierosy też ciężko odstawić, ale gdy uświadomimy sobie, że nam nie służą, odstawiamy, chorujemy i po jakimś czasie papierosowego smrodu znieść już nie możemy... gorzej gdy pewnego dnia przy piwie znowu skusimy się na jednego lub dwa. Wtedy okazuje się, że miłość to najlepsze lekarstwo na samotność, która od pewnego czasu nieznośnie nas dręczy, i wszystko zaczyna się od początku...

Miłość to uczucie, nie używka, a tęsknota za ukochaną osobą nie jest głodem nikotynowym czy alkoholowym. Zapewne zdarza się, że miłość staje się uzależnieniem od drugiego człowieka, tylko czy wówczas możemy jeszcze nazywać ją miłością?

Tak, definicja zawsze zależy od pewnych początkowych założeń... moje pytanie było celowo prowokacyjne. Po setkach lat refleksji sztuki nad miłością trudno zadać wprost pytanie o istotę tego uczucia. Ale myślę, że warto to robić... Co myśli Pan o miłości?

Nic nowego nie wymyślę: jest niezbędna człowiekowi do życia, daje nam siłę, choć może też być cierpieniem i przekleństwem, gdy jest nieodwzajemniona. Ten drugi przypadek jest zresztą ciekawszy z twórczego punktu widzenia. Największe dzieła powstawały, gdy ich autorzy przeżywali miłosne udręki niż gdy byli zakochani. Dla twórcy być szczęśliwie zakochanym to nie jest najlepszy stan, można wpaść w banał.

A co wolnością? Gdy zabraknie łańcucha codzienności jedziemy do dobrze znanego... Tarvisio – miejsca, które łączy wolność z bezpieczeństwem, niecodzienność ze swojskością...

Jedni czują się wolni w górach lub na morzu, inni – gdy wyzbędą się nałogów. Wolność jest w każdym z nas, my sami wytyczamy jej granice. Myślę o ludziach mieszkających w Europie czy Ameryce. Polska też jest wolnym, demokratycznym państwem, pewnie, że to ciągle niedoskonała demokracja, ale jednak. Śmieszą mnie rodacy, którzy dzisiaj mówią o zniewoleniu, widocznie nie pamiętają albo nie wiedzą, jak było w poprzedniej epoce. A niektórym wolność myli się z bezprawiem.

Zdecydowanie tak, ale miałem na myśli kwestię bardziej ogólną. Pragniemy wolności, ale zarazem boimy się jej. Jak tylko znajdziemy się na otwartej nieznanej przestrzeni, zaraz szukamy czegoś znajomego, na czym moglibyśmy się oprzeć... utartych górskich ścieżek czy choćby stereotypów w myśleniu...

Ma Pan rację, bohater podąża drogą, którą dobrze zna, w ten sposób czuje się bezpieczniej niż miałby się wybrać w nieznane rejony. Zamyka się w schematach, więc ta jego wolność, która jest podróżą, podlega samokontroli. Być może prawdziwą wolnością jest dla niego tytułowe Tarvisio. A właściwie nie tyle wolnością, ile uwolnieniem.

Sprzeczność, ambiwalencja wydaje się być dla Pana ważną cechą ludzkiej kondycji... ludzkiej czy przede wszystkim polskiej?

Jak wiadomo, nie ma ludzi i narodów doskonałych, jednak w Polakach sprzeczności są szczególnie widoczne. Potrafimy być odważni, bohaterscy i szlachetni, ale też donieść na sąsiada podpisując się „Życzliwy". Bezkrwawo odsunęliśmy komunistów od władzy, by następnie się podzielić. Umiemy się jednoczyć w trudnych chwilach, by za moment skoczyć sobie do gardła. W czasie wojny szmalcownicy denuncjowali Żydów, a zarazem inni Polacy Żydów ukrywali. Tak to z nami jest i coś mi się niestety zdaje, że te przeciwstawne cechy są nam przypisane na wieki wieków, amen.

Droga jest w sztuce często metaforą ludzkiego życia. Jaki obraz życia wyłania się z „Drogi do Tarvisio"?

Wolałbym interpretację pozostawić czytelnikom, każdy moją powieść może odczytać inaczej i tak jak chce. Od siebie mogę powiedzieć, że nasze życie jest pozornie uporządkowanym chaosem, na który niekiedy mamy wpływ, choć miejsce, a zwłaszcza czas finału zwykle do nas nie należą. Chyba że ktoś decyduje się popełnić samobójstwo.

O czym będzie Pana kolejna książka „Berlin, późne lato" i kiedy możemy spodziewać się jej w księgarniach?

Powinna ukazać się w pierwszej połowie 2013 roku. Opublikuje ją wydawnictwo Dobra Literatura, z którym już chyba związałem się na stałe. To historia o wojennej miłości niemożliwej między niemieckim pisarzem a ukrywającą się w jego berlińskim mieszkaniu młodą Polką, uciekinierką z obozu koncentracyjnego. Myślę, że głównego bohatera „Berlina", Otto Petersa, łatwiej będzie polubić niż Grzegorza K. z „Drogi do Tarvisio".

Dziękuję za rozmowę.

Wywiad przeprowadził Łukasz Musielak

Współpracujemy z: