Dariusz Rekosz

Informacje Personalne:

  • Miejsce Urodzenia: Sosnowiec, Polska
  • Narodowość: Polska
  • Język: Polski
  • Obywatelstwo: Polskie
  • Twórczość:

    "Czarny Maciek i tunel grozy"

    "Czarny Maciek i wenecki starodruk"

    "Czarny Maciek i wieża śmierci"

    "Ko(s)miczna Futryna""

    Mors, Pinky i archiwum pułkownika Bergmana"

    "Mors, Pinky i ostatnia przesyłka"

    "Mors, Pinky i tajemnica dyrektora Fiszera"

    "Mors, Pinky i trzynasta komnata"

    "Mors, Pinky i Zagadka Ludolfiny"

    "Mors, Pinky i zaginiony sztandar"

    "Naszyjnik królowej"

    "Piłka nożna. O co w tym wszystkim chodzi?"

    "Pocztówka z Toronto"

    "Sanktuarium śmierci"

    "Siostrzyczka"

    "Skarb królów"

    "Szyfr Jana Matejki"

    "Tajemnica Neptuna. Gdańskie opowiadania kryminalne"

    "Tajemnica starej dzwonnicy"

    "Tajemnicza szafa"

    "Wszystkie jesteście moje"

    "Zagadka starego grobowca"

    "Zamach na muzeum Hansa Klossa"

    "Żółta walizka"

Biografia:

Dariusz Rekosz (ur. 1970) – z wykształcenia informatyk i ekonomista. Od 2007 roku wydaje książki dla dzieci z serii Mors, Pinky i... W 2008 roku został Honorowym Ambasadorem Literatury dla Dzieci i Młodzieży Kampanii MAMA, TATA... & MYSELF. Jest także zdobywcą grand prix Ogólnopolskiego Konkursu na Opowiadanie Kryminalne (2008) oraz autorem słuchowisk radiowych i powieści dla dorosłych, m.in. dwóch thrillerów: Zamach na Muzeum Hansa Klossa (2010) oraz Siostrzyczka (2010). Nakładem W.A.B. – w serii „z kotem" – ukazały się jego powieści dla młodzieży: Czarny Maciek i wieża śmierci, Czarny Maciek i wenecki starodruk oraz Czarny Maciek i tunel grozy.

Źródło:wab.com.pl/?autor=515
Strony autora: rekosz.pl, blog.rekosz.pl

Wywiad:

Między sportem a literaturą... z zagadką... dla dzieci i dorosłych

Co łączy literaturę ze sportem? Obie rzeczy fascynowały Pana jako nastolatka. Grał Pan w piłkę nożną, hokeja i zapewne uprawiał jeszcze wiele innych sportów a zarazem pochłaniał duże ilości książek. Stereotyp podpowiada, że te dwie rzeczy nie idą w parze...

To prawda. Stereotyp jest taki, że mięśniaki nie czytają książek. Ale całe szczęście to TYLKO stereotyp. Okazuje się, że zrównoważony rozwój wpływa świetnie na chęć poznawania świata. A to młodego człowieka pociąga najbardziej. Ba! Pozwala mu cieszyć się w pełni z doświadczania różnych przeżyć. Nie można też zapominać, że istnieje cała gama publikacji sportowych. Na przykład będąc nastolatkiem zachwyciłem się biografią króla futbolu – Pelego, o którym kilkanaście lat później wspomniałem w swojej książce „Piłka nożna. O co w tym wszystkim chodzi?". Co ciekawe, w hokeja na lodzie grałem przez kilka lat, ale jak na razie wątek ten nie pojawił się w żadnej mojej publikacji.

Czy już wtedy chciał Pan zostać pisarzem?

Nie. To nawet nie to, że nie chciałem. W życiu bym wówczas nie pomyślał nawet przez chwilę, że kiedykolwiek będę autorem książek. Zawsze dużo czytałem, ale bycie pisarzem? Chyba pierwszym zawodem, o jakim kiedykolwiek pomyślałem był maszynista parowozu. Potem chciałem być lekarzem, nauczycielem... Interesowało mnie wiele różnych tematów.

Jakie książki fascynowały Pana w tamtym czasie?

I wtedy, i teraz fascynowały i fascynują mnie książki, w których coś się dzieje. Tak więc klasyczna proza przygodowo-detektywistyczna. Uwielbiałem także komiksy: Tytus, Kapitan Żbik, Kapitan Kloss, Relax i wiele, wiele innych. Bo w nich też coś się działo.

Literatura i sport – te fascynacje pozostały do dzisiaj...

I na jedno, i na drugie mam dziś znacznie mniej czasu. Staram się jednak czytać w każdej wolnej chwili. Ze sportu – czasami gram w nogę i w siatkę. Niestety, niezbyt często.

Pierwszy tekst napisał Pan dopiero w 2005 roku, w wieku 35 lat. Jak to się stało, że zaczął Pan pisać?

Zupełny przypadek. Natknąłem się w Internecie na anons, w którym rzucono wyzwanie zupełnie młodym (dorobkiem) autorom pragnącym pisać dla młodego czytelnika. Napisałem trzy strony próbnego tekstu, wysłałem i odpisano mi, że fajne, że super, że chciałoby się przeczytać dalszą część, ale... nie nawiążemy współpracy. Skoro „chciałoby się przeczytać dalszą część", więc usiadłem, napisałem i tak się zaczęło.

Od tego czasu pisze Pan dużo. Skąd czerpie Pan pomysły?

Pomysł na książkę, film, muzykę, obraz, rzeźbę zawsze rodzi się w głowie twórcy. Proces ten musi rozpoczynać się słowami: „a teraz chodź, opowiem ci pewną historię..." Jeżeli autor nie ma do opowiedzenia określonej historii, nie wie, co chciałby przekazać swojemu odbiorcy, to lepiej, żeby nie zabierał się w ogóle za tworzenie.

Podobno bardzo dokładnie opracowuje Pan swoje historie...

W dużej części jest to prawdą. Jeżeli akcja powieści ma się toczyć w realnych lokacjach, to bardzo dokładnie je sprawdzam, korzystam z planów miast, z map turystycznych, czasami posiłkuję się również przewodnikami turystycznymi, a nawet... jadę osobiście na przyszłe miejsce akcji. Zasadniczy szkielet treści staram się rozpisać na kartce (przy pomocy długopisu lub ołówka – bardzo lubię pisać ołówkiem), zaznaczając w nim najważniejsze momenty i zwroty akcji. Staram się od razy zawrzeć w tym szkielecie jeden lub kilka takich momentów, w których czytelnik powinien czuć się totalnie zaskoczony. Później piszę rozdział za rozdziałem. Trzymam się „szkieletu", ale jeżeli w trakcie pisania przychodzi mi do głowy niesamowity pomysł na odstąpienie od niego i modyfikację, to wprowadzam poprawki i akcja toczy się dalej. Wątki poboczne powstają „na żywo".

Co sądzi rodzina o Pana literaturze? Czy testuje Pan historie na najbliższych zanim dopnie całość i wyśle do wydawnictwa?

O to trzeba byłoby zapytać moją rodzinę. Nie narzucam im mojej literatury, więc książki mojego autorstwa stoją w domu na półce obok innych książek i są traktowane jak jedne z wielu. Treści swoich książek nie konsultuję nie tylko z rodziną, ale chyba również z nikim innym. W końcu to ma być MÓJ pomysł i MOJA książka.

Pana książki wypełniają pewną istotną lukę na rynku wydawniczym, która pojawiła się wraz z zapomnieniem Bahdaja, Niziurskiego czy Nienackiego. Chodzi o literaturę realistyczną, osadzającą czytelnika w konkretnych lokalnych realiach, opowiadającą o bohaterach, z którymi bez trudu możemy się utożsamić, a których zarazem spotyka wielka przygoda – splot niewyobrażalnych okoliczności i zagmatwana zagadka...

Po pierwsze bardzo cieszę się, że Rekosz jest kontynuatorem tak uznanych nazwisk, a przygody przeze mnie tworzone zapełniają jakąkolwiek lukę i są zauważane. Chwała czytelnikom za sięganie po moje książki. Gdy młodym ludziom powiemy, że Czarny Maciek, albo przygody Morsa i Pinky przypominają treścią Pana Samochodzika lub Szatana z siódmej klasy, to dla wielu z nich będą to puste słowa. Niestety zarówno szkoła jak i dom niosą dziś zupełnie odmienne wzorce i nie kultywują pewnych wartości, które było przez moje pokolenie odnajdywane w książkach wspomnianych autorów. Szybkość życia, krótki czas trwałości dóbr oraz skurczenie się świata poprzez nowe technologie spowodowało, że przeżywanie przygód trochę spowszechniało. Dziś, na przykład dzięki grom komputerowym, każdy może być superbohaterem, lub komunikować się z kumplem, będącym po drugiej stronie kuli ziemskiej. To dla mnie nie lada wyzwanie, żeby skłonić młodego czytelnika nie tylko do zajrzenia do książki, ale także do zatrzymania go na dłużej niż jeden rozdział.

Ale udało się, został Pan doceniony przede wszystkim właśnie jako autor książek dla dzieci i młodzieży. Jest Pan laureatem niejednej nagrody, m.in. konkursu na Najlepszą Książka na Lato 2012, w kategorii "Dla Dzieci". Czuje się Pan spełniony jako pisarz czy to dopiero początek kariery?

Autor chyba nigdy do końca nie czuje się spełniony, bo zawsze ma w głowie do napisania jeszcze jedną książkę. Padło tu również słowo „kariera". W przypadku pisarza bardzo trudno to zdefiniować, bo można napisać setki tomów, po które sięgną nieliczni, a można też zostać twórcą jednej bestsellerowej książki, na której oprze się cała „kariera". Nie umiem odpowiednio określić, kiedy i dlaczego niektórzy twórcy stają się bardziej popularni. Oczywiście w dzisiejszych czasach wiele zależy od odpowiedniej oprawy – promocji i reklamy – jednak jaki jest na to przepis?

Jest Pan zadowolony z promocji swoich książek?

Tak, bo bardzo często sam kreuję wydarzenia promocyjne wokół moich książek. Z „Szyfrem Jana Matejki" jeździłem przebrany w strój krzyżacki (i z dwoma nagimi mieczami), a premiera „Zamachu na Muzeum Hansa Klossa" to był prawdziwy majstersztyk – odbyła się w Centrum Sztuki Filmowej w Katowicach. Na wspomnianą imprezę zaprosiłem ponad 40 dziennikarzy i 300 gości specjalnych. Zresztą każde moje spotkanie autorskie obfituje w szereg niespodzianek i atrakcji multimedialnych. Zapraszam, żeby samemu się o tym przekonać. Zainteresowani organizatorzy mogą zawsze do mnie napisać na adres: Ten adres pocztowy jest chroniony przed spamowaniem. Aby go zobaczyć, konieczne jest włączenie w przeglądarce obsługi JavaScript.

Można odnieść wrażenie, że świadomie wykorzystuje Pan znane tytuły dla własnego sukcesu. „Szyfr Jana Matejki" nawiązuje do światowego bestselleru „Kod Leonarda da Vinci" a „Zamach na Muzeum Hansa Klossa" do kultowego rodzimego serialu. Czy to celowy zabieg marketingowy?

I tak, i nie. „Szyfr Jana Matejki" powstał... ze złości. Jadąc pewnego dnia samochodem, usłyszałem w radiu sprzeczkę dwóch pseudo-naukowców, którzy usilnie przekonywali się, że intryga, zawarta w „Kodzie..." była prawdziwa, bądź też nie. Zezłościłem się i zadałem sobie pytanie: „dlaczego nie ma książki zatytułowanej Szyfr Jana Matejki, w której moglibyśmy się posprzeczać na temat alternatywnej historii Polski?" Później moja wewnętrzna „sprzeczka" przerodziła się w pastisz, wymyśliłem przewrotny wątek i zacząłem bawić się przekręcaniem kultowych pop-tytułów. W „Szyfrze" można ich znaleźć całkiem sporo. Natomiast „Zamach" jest próbą odpowiedzi na pytanie „dlaczego już po dziesięciu miesiącach funkcjonowania zamknięto Muzeum Hansa Klossa?" Z całą mocą pragnę podkreślić, że w książce znajdują się prawdziwe wydarzenia roku 2009 i 2010, w które wplotłem pewną fikcyjna historię. Konia z rzędem temu, który będzie je potrafił wyekstrahować.

Czy chciałby Pan ogłosić taki konkurs na naszym portalu? Może nie konia z rzędem ale np. dobrą książkę chętnie za prawidłową odpowiedź oddamy...

Bardzo chętnie. Dla osób, które prawidłowo odpowiedzą na pytanie: W którym odcinku „Stawki większej niż życie" padło słynne zdanie „Nie ze mną te numery, Brunner" przeznaczę trzy egzemplarze książek pt.: „Zamach na Muzeum Hansa Klossa". Jeżeli prawidłowych odpowiedzi będzie więcej niż trzy – niech zadecyduje los.

Chciałbym wrócić jeszcze do literatury dziecięcej. Czy pisząc książki myśli Pan o ich dydaktycznym potencjale?

Od samego początku starałem się (i nadal to robię) przemycać w moich książkach treści edukacyjne. Ale NIGDY nie było to działanie nachalnie dydaktyczne. Moi bohaterowie, rozwiązując napotykające ich problemy, zagadki, zadania używają szarych komórek oraz operują pewnymi pojęciami, z którymi być może niezbyt chętnie zapoznalibyśmy się w szkole, a tutaj – bawiąc się przygodami, uczą się matematyki, fizyki, historii, a nawet... teorii informacji.

W 2008 roku został Pan Honorowym Ambasadorem Literatury Dla Dzieci i Młodzieży. Z czym wiąże się to wyróżnienie?

Z bardzo miłą powinnością – promowania polskiej literatury dziecięco-młodzieżowej wśród Polaków mieszkających poza granicami naszego kraju. Powinność tę spełniłem na razie czterokrotnie – trzy razy byłem w Irlandii, a raz w Szwajcarii.

W Gminie Barcin powstał Fan Klub Dariusza Rekosza. Jakie to uczucie mieć Fan klub? Czy utrzymuje Pan stały kontakt z tą młodzieżą?

Najpierw sądziłem, że to spóźniony prima-aprilis, bo Fan Klub powstał 2-go kwietnia. Później okazało się, że trzeba przygotować sporo dokumentów organizacyjnych, ustalić regulamin działania, a w końcu powołać „władze". Barcin, to moje ulubione miejsce. W tamtejszej bibliotece gościłem już kilkukrotnie i zawsze z wielką empatią uczestniczę w spotkaniach z barcińską młodzieżą – nawet wirtualnie, bo czasami nawiązujemy kontakt poprzez łącze internetowe. Kamera i mikrofon muszą nam zastąpić konieczność pokonania tych prawie 400 kilometrów. Mam też nadzieję, że razem z Fan Klubem będziemy się cieszyć z otwarcia nowej siedziby barcińskiej biblioteki, którą zaplanowano na wrzesień 2013 r.

Czy trudno pisze się książki dla dzieci? Na co przede wszystkim trzeba zwracać uwagę, żeby „zaczarować" tych czytelników?

Na wszystko. I to dosłownie! Ubiór, kolor samochodu, smak lodów, ilość okien w budynku, kształt guzików w kurtce... Nie ma takiej rzeczy, którą młodzi czytelnicy by odpuścili. A niech jeszcze nie będzie to zgodne z ilustracją!!! O, rany! Tego już na sto procent nie przepuszczą!

A co z książkami dla dorosłych? Czy „zaczarować" dorosłych nie jest jeszcze trudniej?

Nic bardziej mylnego. Dzieciaki podążają za szczegółami, dorośli za ogółem. Młodzi czytelnicy potrafią sprawdzić niemal każdą drobnostkę, tymczasem dojrzalsi czytelnicy zwracają uwagę na przebieg akcji. Oczywiście nie oznacza to, że twórczość dla dorosłych może być niedbała i pozbawiona głębi. Cechuje ją jednak inny sposób „czarowania". Obie grupy baczną uwagę zwracają na dialogi.

Współpracuje Pan ze znanym rysownikiem Bohdanem Butenko. Jak zaczęła się Wasza współpraca?

Od poszukiwania pewnej książki. Książkę zilustrował oczywiście Bohdan Butenko, a ja czytałem ją będąc dzieckiem. Bodajże w roku 2003 przypomniałem sobie o niej, ale nie pamiętałem ani tytułu, ani autora, ani nazwy wydawnictwa, które ją wyprodukowało. Nie wiem, jakim sposobem, ale dotarłem do adresu pocztowego pana Bohdana. Napisałem list, a on po prostu do mnie... zatelefonował! Podał wszystkie niezbędne szczegóły, a gdy dwa lata później udało mi się w końcu znaleźć „Księgę portretowych zażaleń" (bo taki tytuł nosiła ta publikacja z 1966 roku), oddzwoniłem, żeby podziękować i jednocześnie zapytać o możliwość zilustrowania moich książek. Tak to się zaczęło.

Obecnie jest Pan w trakcie pisania biografii Bohdana Butenki, która ma ukazać się już niedługo. Skąd pomysł na tę biografię? Jak idą prace?

Biografia z pewnością nie ukaże się w 2012 roku. Okazało się, że życie pana Bohdana jest dużo bogatsze, niż... on sam podejrzewał. Trwa zbieranie materiału faktograficznego, które zajmie jeszcze jakiś czas. A pomysł na biografię przyniosło samo życie. W roku 2009 stworzyłem i administruje do dziś stroną internetową pana Bohdana (www.butenko.pl). Gdy zacząłem zbierać materiały do tejże strony, to okazało się... że jest ich bardzo mało. Grzebałem, poszukiwałem, podpytywałem, telefonowałem, pisałem, gromadziłem, konsultowałem... W końcu udało się pozyskać całkiem przyzwoity zbiór informacji na temat pana Bohdana i tak krok za krokiem powstawała ta strona. Bohdan Butenko jest również ilustratorem kilku moich pozycji, całkiem sporo ze sobą rozmawiamy i dowcipkujemy na różne tematy. Podczas jednej z takich rozmów, w grudniu 2011 roku, poddałem mu pomysł stworzenia biografii. Zaczęło się od stu pytań, które stopniowo rozrosły się do monstrualnego wywiadu. Jaki będzie tego efekt końcowy? Proszę o cierpliwość.

Był Pan kiedyś sędzią piłkarskim. Niedawno wydał Pan książkę – przewodnik o piłce nożnej. O co tak naprawdę chodzi w tym sporcie? Jedenastu facetów (czasem też kobiet) próbuje wbić piłkę do bramki innych jedenastu facetów (lub kobiet). O co tyle szumu?

Mecz piłkarski, jest tak naprawdę wspaniałym spektaklem. Widzowie, decydujący się na huśtawkę nastrojów – od uwielbienia, aż do nienawiści – potrafią pojechać do najdalszego zakątka świata, żeby wspierać swoją drużyną. Dzięki piłce nożnej możliwa jest bezkrwawa rywalizacja i zmagania, które kreują prawdziwych bohaterów, gwiazdy, ale i... nieudaczników. Spektakl ten rozpoczyna się na długo przed pierwszym gwizdkiem i nie polega tylko na wkopnięciu większej ilości goli przeciwnikowi. Elementem spektaklu piłkarskiego są także sędziowie, kibice, stadion oraz niezapomniana atmosfera. Kto nigdy na żywo nie był na meczu, ten być może tego nie poczuje. Stąd tym bardziej zachęcam do sięgnięcia po mój poradnik.

Co sądzi Pan o Euro 2012? Przez pewien czas Polska żyła głównie tą imprezą...

Powiem krótko. Organizacyjnie – na medal. W wymiarze sportowym – do bani. Tyle o tym...

Czym planuje Pan zaskoczyć czytelników w najbliższym czasie?

Mam nadzieję, że fabuła każdej mojej nowej powieści będzie (i jest!) dla czytelników zaskakująca. Korzystając z okazji chciałbym im życzyć miłej lektury i niezapomnianych wrażeń. A może stworzę też książkę kulinarną? Kto wie...

Dziękuję za rozmowę.

Wywiad przeprowadził Łukasz Musielak

Współpracujemy z: