Ewa Siarkiewicz

Informacje Personalne:

  • Twórczość:

    "Bliskie Spotkanie. Opowiadania Fantastyczne"

    "Czwarty Kąt Trójkąta"

    "Kuźnia Głupców"

    "Kuźnia Na Rozdrożu"

    "Nic Oprócz Pieśni"

    "Wakacyjna Miłość"

Galeria:

Biografia:

Ewa Siarkiewicz – tłumaczka, autorka powieści obyczajowych „Kuźnia na Rozdrożu", „Kuźnia Głupców", „Czwarty kąt trójkąta" oraz zbiorku opowiadań fantastycznonaukowych „Nic oprócz pieśni". Od 1 października 2012 ponownie redaktor naczelna tygodnika o tematyce ezoterycznej „Gwiazdy Mówią".

Wywiad:

O Gwiazdach, co mówią, o fizyce i patriarchacie w ezoteryce, o kobietach i literaturze dla nich...

Przez kilka lat była Pani redaktorką naczelną tygodnika „Gwiazdy Mówią", a zamiłowanie do ezoteryki i astrologii wyraźnie zaznacza się w Pani twórczości. Ezoteryka to bardzo ciekawy temat. Chciałbym zogniskować wokół niego naszą rozmowę. Zacznijmy banalnie. Czy można wierzyć horoskopom?

Redaktorem naczelnym „Gwiazdy mówią" byłam 13 lat i teraz, po czteroletniej przerwie znów tam wracam. Najwyraźniej Przeznaczenie nie chce wypuścić mnie z tego kręgu. Oczywiście, można teraz zapytać, czy wierzę w Przeznaczenie – zapisaną gdzieś tam historię życia, która musi się spełnić, cokolwiek zrobimy... czy chcemy tego, czy nie. Naturalnie odpowiedź na to pytanie będzie czysto subiektywna, ale... zaczynam skłaniać się ku zdaniu, że coś w tym jest. Wiara w przeznaczenie leży u podstaw wiary we wróżby, a przede wszystkim w horoskopy. Każdy chce wierzyć, że jego cierpienie, problemy są jedynie przygotowaniem do nadchodzącego szczęścia. Szczęścia, które można odczytać w kartach, w szklanej kuli, w układzie gwiazd... A wróżka czy astrolog mogą nam podpowiedzieć, jak dotrzeć do tego szczęścia najkrótszą drogą. Kilkanaście lat kontaktu z astrologami i horoskopami nauczyło mnie jednego – w dziwny sposób układ gwiazd na niebie w chwili narodzin człowieka pozwala określić jego predyspozycje, osobowość, charakter. To naprawdę jest zaskakujące, jak bardzo się to sprawdza. Jednak do przewidywania przyszłości astrologii bym nie używała. Lepsi są prawdziwi jasnowidze, ale ich jak na lekarstwo, niestety. Albo i stety...

Dlaczego dzisiaj, w tych materialistycznych i pragmatycznych czasach, tak często zwracamy się w stronę myślenia magicznego?

Już Carl Gustaw Jung pisał, że pod cienką warstwą cywilizacji wciąż znajduje się prawdziwy, dziki człowiek kierujący się myśleniem magicznym. To nasz stan naturalny. W gruncie rzeczy wcale tak daleko nie odeszliśmy od naszego zwierzęcego stanu, wciąż czujemy się mali i nieważni w ogromie tajemniczego, niebezpiecznego świata. I jako tacy potrzebujemy potężnych opiekunów – bogów, bóstw, przewodników duchowych. A świat współczesny wbrew pozorom jest jeszcze bardziej niebezpieczny i obcy naszej dzikiej, pierwotnej duszy. Te wszystkie komputery, niezrozumiała nauka, szybkość, chaos, zagrożenia... ludzie gubią się w tym, choć często nawet nie zdają sobie z tego sprawy. Co więcej – technika nas przytłacza i sprawia, że świat staje się jeszcze bardziej obcy i niebezpieczny, a my czujemy się już zupełnie bez znaczenia. Narasta strach, lęk, panika. Co wtedy robi nasz wewnętrzny pierwotny człowiek? Szuka potężnych opiekunów w świecie ducha, tajemnicy, zagadki, ezoteryki. To jest nasz naturalny łącznik, który istniał od dziesiątków tysięcy lat, od chwili, gdy pierwszy szaman dał nam nadzieję, że nie jesteśmy sami, że możemy podłączyć się do Wyższych Bytów, poprosić o pomoc, dostać odpowiedź.
I im bardziej świat wokół jest materialistyczny, pragmatyczny i czysto naukowy, tym mocniej wzrasta nasze wewnętrzne przekonanie, że pomocy możemy szukać tylko w jego zaprzeczeniu. W wierze w byty nadnaturalne i siły wymykające się naukowemu poznaniu.

Czy ezoterykę można pogodzić z racjonalistycznym naukowym światopoglądem?

Najwięcej ludzi wierzących w Boga (choć pojmowanego bardziej jako Byt), w niewyjaśnione zjawiska, w podstawy działania bioterapii, jasnowidzenia i tym podobnych spraw znajdziemy wśród elity naukowców – fizyków teoretycznych. Oni, którzy zajmują się cegiełkami naszego istnienia – kwarkami, fotonami, strunami, – doskonale wiedzą, jak mało wiemy o zasadach istnienia i działania wszechświata. Fizyka dnia codziennego, fizyka newtonowska, to czubek góry lodowej. To, co widzimy naszymi oczami to tylko wycinek tego, co jest wokół nas – energii, promieniowań wszelkiego typu. Żyjemy w trzech wymiarach przestrzennych i jednym czasowym. Ale pewne doświadczenia dowodzą, że tych wymiarów może być więcej. Pod koniec XIX wieku naukowcy byli przekonani, że wiedzą już wszystko, że nic nowego nie da się odkryć. A potem pojawiła się teoria względności i wszystko stanęło na głowie. Każdy krok nauki do przodu odsłania coraz większe pola naszej niewiedzy. Nauka już nie mówi nam jak wiele wiemy. Dziś nauka mówi, że nasza wiedza jest bardzo ograniczona, a obszary do poznania ogromne. Zatem homeopatia, wróżby i inne, to owe nieodgadnione obszary, które czekają na swoje definicje i wzory.

Twierdzi Pani, że wróżka może pomóc bardziej niż psycholog. Ale to przecież psychoterapia kładzie nacisk na rozwój samodzielności życiowej, a wróżby wydają się pozbawiać człowieka poczucia sprawczości, tak przecież potrzebnego, by czuć się szczęśliwym?

To bardzo skomplikowane zagadnienie i niemożliwe jest udzielenie jednej odpowiedzi pasującej do każdego człowieka. Myślę, że tyle jest odpowiedzi, ilu ludzi. Ale spróbujmy na potrzeby tego wywiadu podzielić ich na dwie kategorie – tych, którzy chcą być szczęśliwi dzięki własnym staraniom, i tych, którzy chcą zostać tym szczęściem obdarowani. Oczywiście można założyć, że każdy chciałby szczęście dostać, ale nie zajmujemy się tu utopią. W życiu mamy raczej niedostatek szczęścia i trzeba o nie walczyć. Każdy sposób jest dobry, byle był zgodny z naszą osobowością i wewnętrzną wiarą. Jak napisałam w swojej książce, są ludzie, którzy psychologom nie ufają, twierdząc, że w końcu to tacy sami ludzie jak my, często niedouczeni, i trafić na prawdziwie mądrego psychologa jest tak samo trudno jak na prawdziwą wróżkę. Mówią: dlaczego mam słuchać jakiegoś wymądrzającego się faceta lub baby, którzy tyle wiedzą co przeczytają. Ja też poczytać sobie mogę... (Przy okazji przypomnę, że tak poważana dziś psychologia jeszcze stosunkowo niedawno uważana była za szarlatanerię...). Natomiast wróżka... o, może mieć i 15 lat, ale ona przecież ma kontakt z Górą, słuchać jej, to słuchać kogoś prawdziwie mądrego, kogoś kto WIE, co mnie czeka i co mam zrobić. To znów przemawia nasz wewnętrzny Dzikus. Droga naprawcza naszego życia pobłogosławiona przez Górę ma dla tych ludzi większą siłę przekonywania niż dyplom choćby najlepszej uczelni. Bo tak naprawdę chodzi tu o WIARĘ. I dlatego niektórym ludziom bardziej pomoże wróżka niż psycholog. Przy czym od razu zastrzegam – nie uważam, że zamiast do psychologa powinniśmy iść do wróżki. Wszystko zależy od tego, czego oczekujemy. Jeśli mamy problemy z naszą psychiką, z życiem osobistym, lepszy będzie psycholog. Z drugiej strony trzeba uważać z wizytami u wróżki – trafienie na kogoś nieodpowiedniego, oszusta, może okazać się niebezpieczne, bowiem możemy uwierzyć w „przepowiednie" i zepsuć sobie życie. Ale to temat-rzeka.

Czy Pani korzysta z usług wróżki?

Zdarzyło mi się wybrać do wróżki kilka razy – przeważnie, by „sprawdzić" te, o których zamierzaliśmy pisać na łamach „Gwiazdy mówią". Prywatnie tylko dwa razy. Ciekawe doświadczenie. Ale ja osobiście chyba jestem typem „psychologicznym".

Mam wrażenie, że w branży ezoterycznej panuje patriarchat? To przecież mężczyźni są jasnowidzami, a tych, w przeciwieństwie do wróżek, traktuje się poważniej i częściej angażuje na przykład w wyjaśnianie zagadek kryminalnych.

Nie wiem, skąd to przekonanie, że generalnie to mężczyźni są jasnowidzami. Bo Nostradamus? Cayce? Czy Ossowiecki? Jak sięgniemy w przeszłość, to najsłynniejszymi wyroczniami przecież były Pytie (kobiety), nie wspominając już o słynnej Kasandrze – Homer nie zrobił z kobiety jasnowidzącej, bo chciał być oryginalny, tylko że od zamierzchłych czasów uważano, że to kobiety mają lepszy kontakt z „Górą", mają silniejszą intuicję itp. Przecież to cyganki wróżą, a nie cyganie. Można zrobić całą listę słynnych jasnowidzących – ze wspaniałą astrolożką i medium Jeanne Dixon na czele (jasnowidząca Kennedych). Jednak i owe „wróżki" padły ofiarą patriarchalnej cywilizacji. To mężczyźni ustanowili – jak w każdym innym przypadku – że jasnowidz jest poważny, a „wróżka" to żart. Chyba wszyscy wiemy, o co chodzi. Mężczyźni w naszej cywilizacji mają większą siłę przebicia i wieki poważnego traktowania za sobą – jak mężczyzna coś robi, musi to być dobre! Tak samo jest z zagadkami kryminalnymi – wszyscy słyszeli o „jasnowidzu z Człuchowa", ale niewielu wie, że kiedy telewizja japońska szukała jasnowidza do programu o sprawach kryminalnych, to jego kandydaturę odrzuciła (bo nie przeszedł testów), a przyjęła jasnowidzącą spod Warszawy, która święci tam triumfy. Z mojego doświadczenia wynika, że jest na odwrót – jasnowidzących mężczyzn, wróżów jest o wiele mniej niż wróżek. I panuje matriarchat... A przy okazji – każda prawdziwa, powtarzam – prawdziwa – wróżka (i wróż) jest jasnowidzącą. Karty, kula czy inne rekwizyty są jedynie włącznikiem ich daru. Same w sobie nic nie „wróżą".

Czym jest kobiecość rozpatrywana w kategoriach mistycznych?

Na myśl przychodzi mi chiński symbol jedności jin-jang. Kobieta jest jin – intuicją, emocjami, wewnętrznym skomplikowaniem, nazywanym przez niektórych mężczyzn „tajemnicą", przez innych „histerią". To prawa półkula mózgu, która kieruje się wrażeniami, subiektywnym odbieraniem świata. To dzięki niej jesteśmy w stanie docenić sztukę, być kreatywnymi, czuć, że naprawdę żyjemy. To nasza dusza, która pozwala być litościwymi, wspaniałomyślnymi, współczującymi. Kobieta to ocean, czasem spokojny, czasem burzliwy, głęboki i trudny do zbadania, bo zmienny... Kobieta jest dopełnieniem mężczyzny w taki sam sposób, w jaki mężczyzna jest dopełnieniem kobiety – bez niego ona zagubiłaby się w swoich falach, nie mogąc zdecydować się na kierunek, tak jak on bez niej zmieniłby się w prący bez celu, skamieniały emocjonalnie statek, który działa, ale nie wiadomo po co...

Czy konflikt między kobietą a mężczyzną jest nieunikniony?

Tak samo jak konflikt między dwiema różniącymi się od siebie kobietami, albo dwoma różniącymi się od siebie mężczyznami. Mamy przecież spotkanie dwóch odrębnych osobowości. Nieważne, czy są odmiennej płci. Znam pary, które właściwie nie wiedzą, co to konflikt. I takie, które twierdzą, że codzienna szarpanina dodaje pikanterii ich związkowi. Nie ma jednej odpowiedzi, ani jednej recepty. Oczywiście, że między kobietą a mężczyzną istnieją większe różnice niż między przedstawicielami tej samej płci - z prozaicznego powodu: biologii, która wymusza odmienne zachowania, bo potrzeby naszych ciał i wpływ procesów zachodzących w organizmie, m.in. osławionych hormonów, są inne. Zresztą, owa „mistyczna kobiecość" z poprzedniego pytania właśnie w owej biologii ma swoje źródło. To baza, a reszta to cywilizacyjna nadbudowa. Tak samo jak pytanie o „nieunikniony" konflikt jest taką XX-wieczną nadbudową. Owe Marsy i Wenusy... W tym całym komercjalizmie zagubiła się bardzo prosta prawda: każde spotkanie odmiennych natur może być ciekawą, kształcącą podróżą do nieznanej, tajemniczej krainy. Pod warunkiem, że „podróżnik" będzie podchodził do nowo odkrytych krain z ciekawością, otwartością i chęcią poznania, a nie krytyki i przerabiania wszystkiego na własne kopyto. To w tym tkwi źródło konfliktów, nie w odmienności.

A każdy z nas ma w sobie, w różnym stopniu, przeciwny – męski lub żeński – pierwiastek... być może stąd właśnie wewnętrzne konflikty, jakie wszyscy czasem przeżywamy...

Sugeruje Pan, że każdy z nas ma w sobie jakiegoś Mr Hyde'a (lub Mrs Hyde)? Tak... niekiedy może się tak wydawać, kiedy nagle ktoś, kogo uznawaliśmy za miłego czy uczciwego, pod wpływem pewnych warunków okazuje się np. tchórzem lub draniem czystej wody. I na odwrót. Jednak sądzę, że przyczyną naszych wewnętrznych konfliktów nie jest walka jin i jang, a raczej walka między ego i id. Czyli – w uproszczeniu – tym, co chcemy a tym, czego potrzebujemy. Przy czym zazwyczaj nie uświadamiamy sobie naszych prawdziwych potrzeb, stąd nieustanne poczucie niespełnienia, pchające nas do działań, często nieprzemyślanych, błędnych, mających na celu jego zaspokojenie. Inaczej mówiąc: walka między naszymi wyobrażeniami a rzeczywistością.

Co Pani sądzi o współczesnych kobietach? Są wyzwolone i samodzielne, czy też, jak bohaterka Pani książki „Kuźnia na rozdrożu", patriarchat noszą w sobie, na wypadek, gdyby zabrakło go na zewnątrz?

Adela nosi patriarchat w sobie? Znaczy – bez mężczyzny, choćby wirtualnego, nie może funkcjonować? Czas chyba na napisanie powieści o miłości dwóch kobiet... (o dwóch mężczyznach nie potrafię, terra incognita). „Kuźnia na rozdrożu" nie jest książką o potrzebie posiadania mężczyzny, ale potrzebie doznawania miłości, bez której nikt nie jest w stanie istnieć – ani kobieta, ani mężczyzna. Zresztą o tym są wszystkie moje książki. Myślę, że my wszyscy, żyjący tu i teraz, jesteśmy ofiarami ludzi, którzy koniecznie chcą coś zbadać, zaszufladkować, olśnić oryginalnością i jeszcze na tym zbić kapitał wszelkiego rodzaju. A fakty są proste: na Zachodzie (do którego się zaliczamy), kobiety po stuleciu walk wreszcie wydostały się z cienia mężczyzn i wreszcie mogą robić to, co im zawsze zabraniano. Mogą żyć jak chcą, bo mają za co – są w stanie na siebie zarobić. A ponieważ wcale tak bardzo od mężczyzn się nie różnią psychicznie i intelektualnie, chcą coś w życiu osiągnąć poza domem na błysk i dobrze ułożonymi dziećmi. Mężczyźni krzyczą co prawda, że kobiety ich kastrują, pozbawiają męskości itp., ale wielu z nich z ulgą usuwa się w cień, bo już nie muszą być jedynymi żywicielami, nie muszą nieustannie udowadniać, że są mężczyznami (bo standardy są wysokie i męczące, jeśli się chce je spełniać). Faceci chcą być traktowani jak w wieku XIX (jedyni żywiciele), gdy w rzeczywistości żona pracuje, a oni są bezrobotni. Mimo to nadal chcą utrzymać dawne status quo. Kobiety mają co chciały, a jednocześnie straciły to, co było im potrzebne, bo nic nie jest za darmo. I znów odzywa się natura – kobiety potrzebują ochrony i opiekunów (dla siebie i swoich dzieci), ale nie potrzebują strażników i nadzorców. Ale to jak słynne wahadło Foucaulta – pozbyły się jednych, i jednocześnie straciły drugich. Teraz wiele z nas, kobiet, jest samodzielnych, acz niekoniecznie wyzwolonych (to słowo trąci fanatycznym feminizmem, a przecież nie o skrajności tu chodzi), bo czasami chcą, a czasami muszą takimi być. Ale wszystkie potrzebujemy miłości, opieki, poczucia bezpieczeństwa. Tyle że coraz trudniej to znaleźć w ramionach mężczyzn – tu też odzywa się biologia. Kobietę pociąga silny mężczyzna, taki, który zapewni jej wszystko powyższe. A tych jest coraz mniej. Mężczyźni nie lubią kobiet, które same sobie radzą, bo czują w nich konkurencję. Bez sensu, ale z naturą kłócić się nie warto. No i mamy teraz taki okres przejściowy. Jak sobie radzić? Kobiety powinny zachować to, co zdobyły, a jednocześnie nie kłuć tym mężczyzn w oczy. Wtedy oni może odzyskają poczucie własnej męskości.... Czyli wracamy do babcinej mądrości życiowej – w domu głową jest mężczyzna, a kobieta szyją, która nią kręci...

Pani książki określa się często mianem: „lekka, łatwa i przyjemna", dodając nieraz: „dobrze napisana". Jest to dla Pani komplement?

Zdecydowanie tak – bo w takim celu były pisane, choć w tym pytaniu wyczuwam nutkę krytyki (?). No i to, że dobrze napisana... dlaczego miałabym być z tego niezadowolona? Wręcz przeciwnie! Poza tym, nie każdy musi pisać trudną literaturę, przez którą czytelnik fedruje się jak górnik na przodku. Owszem, są tacy czytelnicy, którzy jak się nie namęczą nad książką, to nie uważają, że była dobra. I tacy pisarze, którzy pisząc każdą literkę, z góry celują co najmniej w Nike. Gdzieś w Internecie zamieszczona jest recenzja mojej ostatniej książki, „Czwarty kąt trójkąta", w której krytyk zarzuciła mi, że „próbowałam bawić się konwencjami, tylko mi nie wyszło". No, bo i obyczaj, i niby kryminał, i Bóg wie jeszcze co... A ja nie chciałam mieszać żadnych konwencji, nie podchodziłam do pisania z zadaniem zrobienia jakiegoś eksperymentu. Chciałam napisać lekką książkę dla kobiet, o kobietach, którą będzie czytało się z przyjemnością, z ciekawością, z emocjami. Książkę z dobrym zakończeniem, bo tych złych wokół wszyscy chyba mamy dosyć.. Mówiąc wprost: Moje książki nie są dla ludzi szukających zmagania się Kordiana z Bogiem, ale ludzi, którzy są ciekawi, jak po owych zmaganiach Kordian kochał swoją żonę.

Obserwujemy zalew tzw. „literatury kobiecej". Z czego wynika popularność tego gatunku?

Na podstawie różnych artykułów i wypowiedzi krytyków i badaczy tego tematu można wywnioskować, że to kobiety najczęściej czytają lekkie książki, tak jak to kobiety przede wszystkim oglądają seriale telewizyjne (stąd zalew telenowel, soapów i seriali obyczajowych, najchętniej medycznych lub z kuchnią w tle – seriale kryminalne w Polsce nie radzą sobie najlepiej, bo kobiety ich nie lubią, a panowie wolą sport). Kobiety w szerokiej masie lubią czytać o życiu innych kobiet im podobnych. Mogą się wtedy z bohaterkami utożsamić – z singielkami, kobietami porzuconymi, kobietami, które radzą sobie wbrew wszystkiemu. Potrafią nawet z rozkoszą utożsamić się z biedną XIX-wieczną sierotą, kochaną przez super przystojnego, romantycznego hrabiego. Bo, oczywiście, w tle zawsze musi być miłość, jako że to najważniejsza kobieca potrzeba. Literatura „lekka, łatwa i przyjemna" jest odskocznią od szarego życia, alternatywą dla telewizji, a czasami także... psychologiem i wróżką w jednym.

Dlaczego postanowiła Pani wpisać się w ten nurt?

To nie było tak, że coś „postanowiłam". Uważam, że najważniejsze jest, żeby mieć coś do powiedzenia. Do przekazania – czy to ciekawą historię, morał, czy prawdy zebrane przez ileś tam lat życia. W moim przypadku okazało się, że tkwi we mnie obyczajowa powieść dla kobiet, „Kuźnia na rozdrożu". Trochę zabawna, trochę smutna. Prawdziwa. Reakcje Czytelniczek (które chciałabym z tego miejsca pozdrowić i podziękować im) przekonały mnie, że dobrze zrobiłam, że ją z siebie wydobyłam. Niektórym pomogłam, innym zapewniłam rozrywkę na kilka wieczorów. Po pierwszej książce przyszła druga, „Kuźnia głupców". Potem zaczęła we mnie buzować trzecia, „Czwarty kąt trójkąta". I jednocześnie już wiem, że ta „trylogia", połączona niejako tematyką oraz postacią wróżki Eleonory, zbliża się ku końcowi. Już rozprawiłam się z tymi demonami... Teraz chodzi za mną inna opowieść – też o kobietach (choć nie tylko). I też wciąż obyczaj... i pewnie znów, jak się znam, „z pomieszanymi konwencjami". Ale może pewnego dnia obudzę się i poczuję chęć napisania, na przykład, kryminału. Kiedyś w końcu pisałam fantastykę-naukową, bo czułam taką potrzebę... Zatem wszystko przede mną!

Dziękuję za rozmowę i życzę powodzenia w „mieszaniu konwencji"... nie tylko w literaturze.

Wywiad przeprowadził Łukasz Musielak

Współpracujemy z: