Anna Rybkowska

Informacje Personalne:

  • Miejsce Urodzenia: Poznań, Polska
  • Twórczość:

    "31.10 Halloween Po Polsku"

    "31.10 Księga Cieni, Halloween Po Polsku III"

    "31.10 Wioska Przeklętych, Halloween Po Polsku II"

    "Jednym Tchem"

    "Lawendowy Kapelusz"

    "Nell"

    "O, Choinka! Czyli Jak Przetrwać Święta"

    "Odszedł Ode Mnie"

    "Zwolnij Kochanie"

Galeria:

Biografia:

Urodzona w ubiegłym stuleciu poznanianka, studiowała kulturoznawstwo WNS UAM w Poznaniu. Pisze eseje, felietony, opowiadania i powieści. „Nell" wydane przez Red Horse w 2009, „Jednym tchem" wydane przez Lucky w 2011 roku i „Zwolnij kochanie" wydane przez Lucky w 2012 roku. Publikuje opowiadania w antologiach (obok wielu innych autorów), wydanych w formie e-booków.: „31.10 czyli Halloween po polsku", „O choinka czyli jak przetrwać święta", „Słodko- gorzko, czyli opowiadania o miłości".
Posiada liczną rodzinę, dwie kotki o pokrętnych charakterach i jest prawdziwą fejsbukową maniaczką.

Wywiad:

1

MUSZĘ ODCZAROWAĆ SWOJE ŻYCIE

 

Jak się zaczęła Pani przygoda z pisarstwem?

Piszę od dwunastego roku życia. Był pamiętnik dziecięcy, kiedy moja mama wyjechała do pracy. Mama jest plastyczką i miała zrobić ogromną mozaikę w Wolsztynie, trzy tygodnie nie było jej w domu. W tym czasie zaczęłam prowadzić pamiętnik, w którym pisałam głównie o tym, jak za nią tęsknię. Mama oczywiście dzwoniła, ale to były lata 70., więc rozłąka była naprawdę rozłąką. Ponieważ zawsze lubiłam czytać, a polonistka zachęcała mnie do pisania, zaczęłam tworzyć własne utwory. Pierwszą „powieść" napisałam w pięciu tomach (w zeszytach 60 kartkowych) i w tym „dziele" połączyłam swoją miłość do Aleksandra Dumasa, jego „Trzech muszkieterów" i innych opowieści awanturniczych, z moją miłością do kotów. Bohaterami były futrzaki, które biegały ze szpadami, pojawił się oczywiście król i księżniczka, a powieść dodatkowo zilustrowałam. Wyłączną czytelniczką, a właściwie słuchaczką, była moja mama, zresztą tak jest do dziś. Mama jest pierwszym odbiorcą wszystkiego, co piszę i publikuję. I chyba jest moim najwierniejszym czytelnikiem.

Czy także krytykiem? Potrafi coś wytknąć?

Tak, chociaż czyni to rzadko, myśląc, że czekam tylko na pochlebstwa.

Pani debiut literacki to powieść „Nell". Czy wcześniej powstały książki „do szuflady"?

Takich pisanych do szuflady tekstów było więcej i gdzieś tam w reklamówkach jeszcze zalegają. Zawsze pisałam ręcznie. Maszyna robiła zbyt wiele hałasu. Mogłam pisać tylko w nocy, kiedy dzieci spały, hałas maszyny zawsze któreś budził. Kiedy nastały komputery, na których pisze się cichutko, odetchnęłam z ulgą. Mogłam przepisać, chociaż zajmuje mi to sporo czasu, bo piszę kilkoma palcami zaledwie. Wysłałam „Nell" na konkurs. Okazało się, że wygrałam. Nagrodą było podpisanie umowy wydawniczej i opublikowanie powieści.

Czy już wtedy myślała Pani o tym, że „Nell" będzie miała kontynuację?

Tak, i wszystko byłoby pięknie, gdyby wydawca z Lublina, całkiem duży i publikujący wiele tytułów, nagle nie zbankrutował. Było ustalone, że wydawnictwo wyda drugą część, wszystko było gotowe: tekst był po redakcji i korekcie, była okładka, ISBN, i tylko książka się nie ukazała, bo zabrakło pieniędzy. Przez następne dwa lata szukałam następnego wydawcy.

W Pani wypowiedziach można wyczuć pewną nutę rozczarowania współpracą z wydawcami. Ma Pani pecha?

„Nell" napisałam latem 2005 roku, a kiedy przepisałam książkę na komputerze, wysłałam ją do pewnego dużego wydawnictwa. Tam najpierw egzemplarz zaginął, potem zakwalifikowano do „Serii z miotłą", ale znowu nikt się do mnie nie odzywał, a ja, jako debiutantka, nie bardzo miałam odwagę się dopytywać. Mam dosyć przykre doświadczenia z wydawcami, istotnie, nie mam do nich szczęścia. Albo bankrutują, albo drukują z błędami, współpraca pozostawia wiele do życzenia, nie płacą regularnie, nie bywają kontaktowi... długo nie odpowiadają na maile... Miałam jak dotąd trzech wydawców i każdy pod jakimś względem mnie zawiódł. Byłam też pod opieką agencji, która się rozwiązała, z powodu kłótni szefów, na tle finansowym.

Z pisaniem „Nell" wiążą się dość szczególne okoliczności...

Powieść napisałam, gdy byłam chora. Zaczęły się wakacje, dzieci przyniosły piękne świadectwa, a ja od pierwszego dnia zaczęłam niedomagać. Okazało się, że mam obustronne zapalenie płuc. Latem! To było lato stulecia. Za oknem 40 stopni, a ja leżałam w gorączce. Lekarka podniosła alarm, w pierwszym momencie dopatrzyła się zakaźnej choroby, więc odizolowaliśmy dzieci, które zamieszkały u teściów. Miałam pusty dom, nie mogłam spać, w związku z tym – pisałam. Przez dwa tygodnie bardzo intensywnie. Miałam już pomysł książki w głowie, a choroba sprawiła, że szybko zmobilizowałam się do jego realizacji. Potem „Nell" przeleżała się dwa lata w komputerze, aż wreszcie wysłałam do dwóch wydawców.

Wydawnictwo, które zorganizowało konkurs, to był Red Horse?

Tak. Wcześniej już miałam przykre doświadczenia z dużym wydawnictwem, więc się wycofałam rakiem, a potem książkę wysłałam na konkurs do Red Horse. Po przykrych doświadczeniach, chcąc sobie dodać animuszu – wysłałam ją pod pseudonimem „Henryk Lipiński". To był grudzień, a w lutym odebrałam telefon, ktoś z wydawnictwa chciał rozmawiać z Henrykiem Lipińskim. W pierwszej chwili powiedziałam, że to pomyłka. Na szczęście przypomniałam sobie, że to przecież ja, incognito! Musiałam się gęsto tłumaczyć przed prezesem wydawnictwa.

Dlaczego zdecydowała się Pani podszyć pod mężczyznę?

Wydawało mi się wtedy, że świat należy do mężczyzn i że dużo lepiej sobie radzą w każdej branży, również w pisarskiej. Być może właśnie to, że taką historię napisał mężczyzna, ujęło jury przy wyborze książki. Oczywiście już się do tego nie przyznali... Szczerze mówiąc, nie wiadomo, czy Henryk Lipiński nie zwiększył moich szans...

Do napisania „Nell" zmobilizowała się Pani, gdy choroba zatrzymała Panią z łóżku. Czy przy następnych książkach nie potrzebowała już Pani takich bodźców?

Właściwie inspiracją do napisania książki nie była sytuacja, tylko piosenka. Bardzo lubię muzykę. Słuchałam w tym czasie często jednej z moich ulubionych piosenek Nelly Furtado „Try" – „Spróbuj". Do niej właściwie wymyśliłam sytuację: kobieta wychodzi na scenę i śpiewa, że jest wolna, nie obchodzi jej świat, jest tylko ona i jej miłość. Tak mnie ujął rytm tej piosenki, tak mnie poniósł, że wymyśliłam całą historię zakazanej miłości. Wszystko przeciwko tej miłości przemawia. Kobieta ma ustabilizowaną sytuację rodzinną; dzieci, męża, który niczemu nie zawinił, jest człowiekiem ze wszech miar zasługującym na to, by go nie zdradzać. A kobieta, wbrew wszystkiemu, zwłaszcza wbrew zdrowemu rozsądkowi – zakochała się, a oprócz tego wyszła na scenę i zaczęła o tym śpiewać.

Jak książka została przyjęta przez Pani bliskich?

Tu przypomnę znów moją mamę, bo właśnie ona, kiedy czytałam fragmenty, była mocno oburzona tą książką. Powiedziała, że mnie nie poznaje. Zapytała, skąd mi się w ogóle wziął taki amoralny pomysł. Przecież sama mam dzieci, porządnego męża, co mi też przyszło do głowy! Za chwilę znajomi zaczęli mnie wypytywać, czy między nami się nie układa... Musiałam się tłumaczyć, że po prostu puściłam wodze fantazji.

Znajomi zaczęli utożsamiać Natalię z Panią?

Tak. Moja bohaterka jest pełna sprzeczności. W gruncie rzeczy wcale nie przestała kochać swojego męża i rodziny. Kreując Natalię, nie myślałam o sobie, raczej o tym, że jej sytuacja w jakimś sensie jest analogiczna do sytuacji Anny Kareniny.

Czy reakcja mamy nie zniechęciła Pani do pisania?

Paradoksalnie pomyślałam sobie, że nadeszła właściwa chwila... Moja mama przestała chwalić to, co napisałam i zaczęła się buntować – to znaczy, że udało mi się napisać coś, co może ludzi poruszyć. Sądzę, że uchwyciłam historię miłości nieco inaczej. Opowiedziałam dzieje pary, w której mężczyzna jest dużo młodszy. I tak sobie myślę, że gdybym nazywała się Kasia Grochola, zrobiono by więcej hałasu wokół książki, a tak – były duże plany, a bankructwo mojego wydawcy spowodowało, że na planach się skończyło. Najlepszym, co mnie spotkało, były przychylne recenzje nieznanych mi ludzi, na wielu portalach. W końcu to był całkiem przyzwoity debiut, od strony organizacyjnej.

Czy jest Pani popularna?

Bardzo żałuję, że mój pierwszy wydawca zbankrutował, bo miał przyzwoitą politykę względem autorów. Od razu stworzył mi stronę internetową; miałam wrażenie, że się mną opiekował, że mu zależało. Potem poczułam się jak piesek, który wypadł z sań i do dzisiaj tak jest. Wprawdzie wydano mi cztery powieści, ale ani nie da się z tego wyżyć, ani nie ma satysfakcji, jaka powinna towarzyszyć publikowaniu. Nie zawsze osoby, którym się poszczęściło, piszą lepiej ode mnie. To często rzecz przypadku, prężnej autopromocji, łatwiejszgo kontaktu z ludźmi, obecności na festiwalach, targach, organizacji wielu spotkań autorskich. Świetnie sprawdzają się pod tym względem działające już agencje. Zmuszać się do takiej roboty nie umiem, nie jestem przebojowa i nie mam agenta. Lubię pisać, o resztę nie dbam w stopniu wystarczającym, nikt też nie czyni tego w moim imieniu.

Uważa Pani, że popularność pisarza w Polsce nie zawsze pokrywa się z jego umiejętnościami? Czy system promowania pisarza mocno odbiega od ideału?

Nasze środowisko i cały świat literacki to takie piekiełko... W zasadzie są trzy kręgi. Pierwszy, do którego należą Pilch, Wiśniewski, Kuczok, Stasiuk – to czołówka. Cokolwiek napiszą, jest bestsellerem zanim zostanie wydane. Ich książki mają zapewniony świetny marketing a przede wszystkim oni nie poszukują wydawców. Działają też słynne panie, nieodmiennie piszące wyłącznie naj naj naj. Potem jest grupka szaraczków. Ale wśród nich też istnieje hierarchia. Jedni są dobrze eksponowani, inni mniej, a jeszcze inni – wcale. Jest jeszcze self publishing, który jednak w środowisku jest traktowany troszeczkę gorzej. Uważam, że jest to zjawisko obniżające poziom tego, co się ukazuje; nie zawsze ale jednak. Tytułów, debiutów jest bardzo dużo. Gdy wchodzi się do księgarni, to człowiek się łapie za głowę – co rusz nowe okładki i nazwiska. Poza tym wszyscy uważają się za pisarzy. Według mnie pisarzami byli Dostojewski i Henry Miller. Natomiast to, co robimy dziś, to jest hobby, nie zasługujemy na miano pisarzy. Jesteśmy co najwyżej autorami.

Pisząc „Nell", myślała już Pani o tym, że to będzie dłuższa historia?

Szczerze mówiąc – polubiłam bohatera, niesamowitego faceta. Włożyłam w niego kilku mężczyzn, których znałam i w którymś momencie złapałam się na myśli, że chciałabym takiego człowieka spotkać na swej drodze. Myślę, że nie uda mi się już nigdy stworzyć tak pełnej życia postaci, jaką był William. Dopisałam „Jednym tchem" i „Zwolnij kochanie" po prostu dlatego, by się z nim nie rozstawać.

W końcu udało się Pani odciąć od niego i w czwartej powieści stworzyła Pani innego bohatera. Czy jest Pani z niego zadowolona?

W książce „Odszedł ode mnie" wymyśliłam bohatera, który jest przeciwieństwem Williama, choć też muzykiem. Ponieważ nie chciałam napisać powieści zbyt lekkiej, takiej „konsumowanej" przy kawie i ciasteczkach, dodałam drugi wątek, który miał przyprawić historię odrobiną dramatu. Opisałam losy kobiety, którą zostawia mąż w zasadzie bez żadnego wyjaśnienia. Wyjeżdża na sympozjum lekarzy i już nie wraca do domu. Kobieta zostaje sama z dziećmi, zaniedbuje się, zwalniają ją z pracy. Wpada w depresję. Udaje się do psychiatry, który proponuje jej terapię poprzez kreację innego świata; napisanie historii, w której wyleje swoje żale, opisze coś innego i odbiegnie od własnych nieszczęść. Lekarka radzi, by nie oszczędzała swych bohaterów... Więcej nie zdradzę, bo pani doktor też nie była wobec bohaterki całkiem w porządku...

Wynika z tego, że drugi wątek stał się ważniejszy od podstawowego?

Powiem pani więcej – stał się ważny, bo ... wykrakałam. W lipcu tego roku odszedł ode mnie mąż i znalazłam się dokładnie w takiej sytuacji, jak moja bohaterka. Zostałam sama z czwórką dzieci, na szczęście troje już dorosłych i muszę sobie radzić.

Czy w takim razie traktuje Pani swoją książkę jako objaw kobiecej intuicji?

Nie. Zastanawiałam się, czy w czasie, gdy pisałam powieść, mogłam zauważyć jakieś symptomy. Oczywiście analogia z losami mojej bohaterki od razu mi się narzuciła. Pomyślałam nawet, że teraz ja potrzebuję terapii i powinnam tę książkę napisać na nowo. Nawet zaczęłam. Teraz nie będzie tytułu „Odszedł ode mnie", tylko „Tytanka", w którym zawarte jest moje imię – Anka. Muszę odczarować swoje życie. Ale nie jestem typem podobnym do mojej bohaterki – Beaty. Nie popadnę w depresję, chyba mam za duże poczucie odpowiedzialności za dzieci, a mąż mnie aż tak bardzo nie rozpieszczał.

Pozwolę sobie jeszcze na koniec zmienić temat i zapytać o projekt, który mnie intryguje. Powiedziała Pani kiedyś, że od długiego czasu pracuje nad książką „Zazdroszczę bocianom". Co to za pomysł i na jakim etapie się znajduje?

To będzie książka drogi. Kiedyś dużo podróżowaliśmy. W zasadzie co weekend był jakiś wyjazd. Zawsze lubiłam się włóczyć. Wsiąść do samochodu, pojechać gdzieś, zatrzymać się tam, gdzie jakaś chałupina stoi, obok walący się płot, drzewo pochylone... Lubiłam wejść, zobaczyć, zrobić zdjęcie. Jeździłam z aparatem, bo moją pasją jest robienie zdjęć (kilka aparatów wykończyłam). „Zazdroszczę bocianom" ciągle się pisze i chyba będzie to najdłużej pisana powieść. Nie wiem, może stanie się przez to dojrzalsza? Są to refleksje, które powstają podczas takiej włóczęgi po Polsce, po mniej znanych miejscach. Na przykład niedaleko Sierakowa jest niepozorna miejscowość Kwilcz. Zainteresowały mnie ruiny pałacu, dworu, browaru i stajnie. Okazało się, że są to tereny, które niegdyś należały do posiadłości bogatej rodziny Kwileckich. Obecnie potomek tej rodziny wywalczył spadek, dostał pęk kluczy i planuje wyremontować obiekty. Może zrobi skansen, udostępni turystom hotel, restaurację, park, jak to ma miejsce na przykład na terenie Olandii, w Prusimiu? Lubię zatrzymywać się w takich małych miejscowościach, przez które zwykle się tylko przejeżdża, i odkrywać lokalne ciekawostki. Kiedyś jeździliśmy z mężem szlakiem żydowskich nekropolii, znajdowaliśmy miejsca zupełnie zapomniane przez Boga i ludzi, kompletnie zarośnięte, robiliśmy dokumentację zdjęciową. I takie miejsca opisuję w swojej książce. Nawiązuję do bocianów, bo one lecą tam, gdzie chcą, dla nich to impuls. Są wolne. Nikt ich nie zatrzymuje. I są symbolem Polski. Pomyślałam sobie – po co jeździć po świecie, skoro tak wielu ciekawych miejsc w Polsce nie poznałam. Na przykład całej ściany wschodniej od Mazur po Lubelszczyznę... Więc zazdroszczę bocianom...

Dziękuję za rozmowę :)

Ja również dziękuję.

Wywiad przeprowadziła Aleksandra Urbańczyk

2

„Puściłam wodze fantazji..."

 

Oficjalnie debiutowała Pani książką „Nell". Niewielu jednak wie, że Pani faktyczny debiut to publikacja krótko po maturze noweli „Dziad i baba". O czym jest ten wczesny tekst?

To była nowelka, którą napisałam na konkurs lokalnej gazety. Opowiadała o wyprawie kilku osób do znachora. Rzecz rozgrywała się głównie w przedziale pociągu, gdzie ludzie wzajemnie przerzucali się argumentami na korzyść owego „mądrego", który niejednego z choroby wybawił. Na miejscu okazało się, że znachor właśnie oddał ducha i cała ekspedycja zakończyła się fiaskiem.

Pani przygoda z spisaniem zaczęła się jednak dużo wcześniej...

Piszę od dwunastego roku życia i mam na to liczne dowody, zgromadzone w zeszytach stukartkowych, których pełne siatki przechowują do dzisiaj moi rodzice... dla nich to była pasja, bo zamiast biegać po podwórku siadałam nad zeszytem i opisywałam swój świat. Z początku tylko w pamiętniku, potem w opowiadaniach, które również sama ilustrowałam i wydawałam, oficjalnie w jednym egzemplarzu, w wydawnictwie „Dom", którego logo sama zaprojektowałam. Dostarczało mi to wiele radości, choć czytelników werbowałam jedynie wśród najbliższej rodziny i koleżanek.

Czy uważa się Pani za „znawczynię ludzkich pragnień"?

Trochę złośliwie cytuje Pan tekst z okładki książki, jak wiadomo, nie mam wpływu na jego treść, być może wydawca takie słowa uznał za uzasadnione.

Odczytała Pani moje słowa jako zakamuflowaną ironię. Często słyszy Pani takie „złośliwości"?

Któż może tak o sobie powiedzieć? Znawca to człowiek doświadczony, najczęściej już wiekowy a tacy nie mają już sił i możliwości, by cokolwiek zaspokajać... W wywiadzie ironia pod moim adresem zdarzyła mi się po raz pierwszy, proszę tego tak bardzo nie brać do siebie, zdaję sobie sprawę, że moje książki nie muszą mieć wyłącznie zwolenników. Piszę dosyć charakterystycznie, według niektórych pretensjonalnie, zatem i określenie „znawczyni" brzmi nieco fałszywie.

Określenie „znawczyni ludzkich pragnień" pojawia się także w trailerach Pani książek na youtube. Mniemam, że nie przykładała Pani do nich ręki... Co Pani o nich sądzi?

Trailery polegały na tekście z okładki książki, wykonali je moi synowie. Zasugerowałam im, co mniej więcej powinno w nich być... Reszta to ich inwencja, trailery różnią się od siebie, bo moi synowie mają różne temperamenty i charaktery. Nie widzę nic złego w propagowaniu książki za pomocą trailera, żyjemy w dobie kultury obrazkowej, szybki przekaz jest dużo płynniejszy, trafia prędzej do potencjalnego odbiorcy, niźli mozolne czytanie recenzji.

Dwie Pani kolejne powieści – „Jednym tchem" i „Zwolnij kochanie" – są kontynuacją historii opowiedzianej w debiutanckiej „Nell". Dlaczego od samego początku swojej kariery związała się Pani z jedną historią i jej bohaterami?

Spieszę Pana uspokoić, że po trzeciej powieści zrezygnowałam z tasiemcowej kontynuacji, choć miałam głosy od czytelniczek, że może warto by to toczyć dalej... Druga część „Nell" powstała szybko po pierwszej, bo żal mi było rozstać się z Wiliamem, poza tym „Jednym tchem" opowiada tę historię od początku, bardziej od strony Wiliama niż Natalii, wyjaśnia kwestie zasygnalizowane w części pierwszej i każdy, kto czytał „Nell" uzna, że była po prostu potrzebna. Trzecią napisałam nieco z rozpędu, przyznaję, ale to dlatego, że z kolei żal mi było Natalii. Cóż, przywiązuję się do moich bohaterów, chociaż nie zawsze jestem dla nich dobra.

Czy „Nell" musiała być taka gruba? Mam wrażenie, że więcej w niej stron niż treści...

Wybaczy Pan szczerość, ale czy ktoś się kiedyś pytał, dlaczego „Bracia Karamazow" są tacy obszerni?" Albo „Cichy Don?" Jak ktoś lubi czytać książki krótkie, zwięzłe i pełne treści, to polecam mu Garfielda. A poza tym, proszę o wyrozumiałość, tak zadecydował redaktor wydania, byłam gotowa na ostre cięcia, ale sama jeszcze ich wtedy nie umiałam robić.

Czy każda kobieta w głębi duszy marzy o tym, żeby przeżyć wielką przygodę w objęciach gwiazdy rocka, nawet kosztem swojego uporządkowanego rodzinnego życia?

Tego nie wiem, wszak sam Pan zasugerował, że nie powinnam się uważać za znawczynię „ludzkich pragnień".

Biorąc pod uwagę rzesze zadowolonych z lektury czytelniczek (także czytelników), ma Pani pewne podstawy by za znawczynię „ludzkich pragnień" uchodzić... przynajmniej w ich oczach.

Boję się takich określeń wobec samej siebie... Ktoś mógłby to uznać za nadużycie, ale wiadomo, że reklama posługuje się sloganami i często określa towar „na wyrost". Poza tym powiem Panu w sekrecie, że jakoś nie czuję, by moi czytelnicy stanowili już „rzesze". Wstrzymuję się nawet przed określaniem siebie „pisarką", wolę mówić autorka a swoje powieści, te nie wydane określam słowem „projekty".

Dlaczego brytyjski gwiazdor rocka miałby zakochać się do szaleństwa w zamężnej szarej myszce z Polski? Dlaczego typowa matka Polka miałaby zakochać się przez Internet w palącym trawę bad boyu? Ta podstawa fabuły wydaje mi się mało wiarygodna...

Pana prawo. Nie napisałam historii prawdziwej, tylko fikcyjną. Może Pan nawet przyjąć, że posłużyłam się gatunkiem fantasy, bo przecież nie takie rzeczy spotyka się w książkach. Niejako na kanwie tych zdarzeń opisuję postawy bohaterów, moje założenie było szalone, bo chciałam, żeby to była trochę taka bajka dla gospodyń domowych. Mam od kilku czytelniczek odzew, że im się coś podobnego zdarzyło. Może niekoniecznie z gwiazdą rocka, ale z kimś atrakcyjnym i dużo młodszym partnerem.

Pisarze lubią mawiać, że życie pisze najlepsze scenariusze...

Z całą pewnością trudno wymyślić coś naprawdę karkołomnego, czego już, gdzieś, komuś, nie opowiedziało życie.

Kontrastuje Pani polskie życie rodzinne ze środowiskiem rockowej bohemy, w której – zgodnie ze stereotypem – wolny seks i narkotyki to codzienność. Jest Pani matką czwórki dzieci... czy ten drugi świat jest Pani równie dobrze znany?

Jeśli odpowiem twierdząco, będzie Pan drążył temat?

Tak, oczywiście.

Sam Pan określił to środowisko jako stereotypowe, takie miało być w moim zamyśle, poza tym puściłam wodze fantazji; opisując perypetie Natalii Skowrońskiej, sama nieźle się bawiłam... Mam nadzieję, że żaden z pomysłów nie wydał się przeszarżowany, co zaś do bohemy, trochę poznaję naszą, rodzimą i ona się tak bardzo od zachodniej nie różni. Wszędzie artyści wyznają zasadę, że wolno im więcej niż innym i to ich wyróżnia, a także określa. Fakt „bycia bad" przyciąga do nich tłumy, na co dzień zbyt lękliwe, by spróbować szaleństwa, choćby tylko naśladując swych idoli.

Kto był pierwowzorem dla gwiazdy rocka Wiliama, w którym zakochuje się tytułowa Nell?

Pierwowzorów było wielu, gdyby miał powstać film na podstawie tej książki, życzyłabym sobie, aby zagrało go kilku aktorów. On miał być demoniczny i niemożliwy. Słucham bardzo różnej muzyki. Na pewno ma coś Santany, Hendriksa, Vaia, Satrianiego. Z Roberta Planta i ...zespołu Deep Purple. Z Billy'ego Joella i Jimma Morrisona z Doors. Mam dalej wymieniać?

Myślę, że to wystarczy. Dlaczego jednak Nell decyduje się porzucić pełne wrażeń życie z Wiliamem i wraca do rodziny?

Bo ma wspaniałą rodzinę, a ja uważam, że rodzina jest najważniejsza.

Czy uważa Pani także, że należy wybaczyć partnerowi zdradę w imię trwałości związku i rodziny?

Nie ma jakichś reguł gry. Wszystko zależy od tego czy ludzie się kochają, jeśli tak, potrafią sobie wszystko wybaczyć. Chciałam, by to było trudne, ale możliwe. Dzisiaj często dominuje postawa mściwej obrazy, ludzie w takich wypadkach myślą przede wszystkim o swojej urażonej dumie, taki model zachowania pojawia się często w telenowelach, gdzie ludzie najpierw gorąco się kochają a potem, kompletnie papierowo nienawidzą i odchodzą. Człowiek odpowiedzialny popełnia błędy, jak wszyscy, ale potrafi tak działać, by wszystkiego nie przekreślać jedną impulsywną decyzją.

Co sądzi Pani o poliamoryzmie? Czy można kochać więcej niż jedną osobę?

Nie spotkałam się z podobnym zjawiskiem, jeśli już to dotyczyło ono uczuć platonicznych. Bo może się komuś podobać kilka osób, ale nie mają z nimi związków. A co do mojej powieści, nie opisałam w niej zjawiska wielomiłości, tylko niezdecydowaną kobietę. Niezdecydowanie, nawet w bardzo poważnych kwestiach życiowych jest mi dosyć bliskie, dlatego chyba potrafiłam ten problem naszkicować.

Jaki ma Pani stosunek do portali społecznościowych? Na Facebooku ma Pani ponad 4,5 tyś znajomych...!

Dla mnie to przede wszystkim miejsce spotkań towarzyskich. Poznałam tu wielu wspaniałych ludzi, pisarzy i pisarki, wydawców, fotografów, performerów, artystów wielu dyscyplin sztuki, a także innych, którzy dzielą się swoimi zainteresowaniami. Tu mam okazje ćwiczyć riposty, gdy mnie ktoś atakuje albo krytykuje, tu wreszcie skupiam się na pomaganiu w szukaniu domów dla bezdomnych zwierząt. Te kontakty dają mi wiele satysfakcji, uczą tolerancji i powstrzymywania się od złych emocji.

Czy to jest dobre miejsce na szukanie partnera na całe życie?

Nie, absolutnie nie. Kiedy pisałam „Nell" nie miałam pojęcia o Facebooku. Jestem na tym portalu od dwóch lat i uważam, że trzeba te kontakty traktować z przymrużeniem oka, wielu moich znajomych wypisało się z rejestru, obraziło, szukało nie tego, co jestem w stanie zaofiarować...

Jest Pani pasjonatką kotów. Co wyjątkowego jest w tych zwierzętach?

Hemingway powiedział, że idą przez życie nie czyniąc hałasu... To wyjątkowe tajemnicze zwierzęta, mają wiele zalet. Są dyskretne, spokojne, mało absorbujące... czasami... Z reguły upatrują sobie jedną osobę w domu i pozostają jej wierne, resztę osobników uprzejmie ignorując. Lubię też psy i zawsze miałam w domu jakiegoś zwierzaka. Obserwowanie świata przyrody, obcowanie z naturą sprawia, że cieszę się życiem, jako jedna z jej uczestniczek.

Jakie ma Pani plany pisarskie?

Napisałam już nową powieść i szukam wydawcy. Jak dotąd z kiepskim skutkiem. Nie potrafię walczyć o swoje, zabiegać o czytelnika, pisanie uważam za zajęcie kameralne i ciche, dlatego promocja moich książek jest taka, jaka jest, czyli żadna. Uważam, że wydawca powinien się więcej starać, bo ma zysk o wiele większy niż autor. Mój optymizm jest zerowy, jeżeli chodzi o kolejną powieść, nad którą siedzę i jestem w trakcie pracy. Nawet jeśli tworzę tylko „do szuflady" lubię ten czas, kiedy siadam do komputera i odwiedzam moich bohaterów.
Pod koniec października ukaże się „31.10 czyli Halloween po polsku 2", drugi e-book, do pobrania za darmo, m.in. na platformie Virtualo, tam będzie też moje opowiadanie „Skrzypce", obok wielu innych autorów. To jest nasz drugi, po roku wspólny projekt na fejsbuku, wydajemy opowiadanka grozy, bardzo różne, z przymrużeniem oka i na serio, strasząc czytelników. Autorzy połączyli się we wspólnym projekcie za pomocą internetu, wykonując samodzielnie korektę i dobór tekstów, wraz z okładką, ilustracjami i niezłą promocją. Wszystko za sprawą naszej redaktorki, która dała impuls tej inicjatywie, Kingi Ochendowskiej. Mieliśmy ponad 5 tyś pobrań!!!!

Dziękuję za rozmowę i życzę sukcesów.

Dziękuję Panu.

Wywiad przeprowadził Łukasz Musielak

Współpracujemy z: