Paweł Pollak

Informacje Personalne:

  • Narodowość: Polska
  • Język: Polski
  • Obywatelstwo: Polskie
  • Twórczość:

    "Gdzie Mól I Rdza"

    "Jak Wydać Książkę"

    "Kanalia"

    "Kwintet Kryminalny"

    "Między Prawem, A Sprawiedliwością"

    "Niepełni"

    "Zbyt Krótkie Szczęście"

Biografia:

Paweł Pollak – pisarz i tłumacz literatury szwedzkiej. Zadebiutował w 2006 roku kryminałem psychologicznym „Kanalia", trzy lata później wydał powieść obyczajową „Niepełni", by wrócić do tematyki kryminalno-sądowniczej w zbiorze opowiadań „Między prawem a sprawiedliwością". „Gdzie mól i rdza" to jego pierwsza powieść z udziałem komisarza Marka Przygodnego.

Źródła: oficynka.pl/autorzy/pawelpollak

Wywiad:

1

CZUJĘ, ŻE ROBIĘ COŚ, CO MA SENS

Jest Pan skandynawistą, tłumaczem, pisarzem i wydawcą...

Wydawcą już nie. Publikowałem samodzielnie te swoje przekłady z literatury szwedzkiej, dla których inni wydawcy nie widzieli rynku, ale nie najlepiej mi to szło. Głównie dlatego, że po wydaniu książki przestawałem się nią interesować i zamiast dbać o sprzedaż, wolałem tłumaczyć następną.

Zajmuje się Pan i zajmował różnymi rodzajami działalności. W jaki sposób ułożyłby je Pan według priorytetów?

Jeśli Pani pyta, co jest dla mnie najważniejsze, to postawiłbym na równi tłumaczenie literatury i jej tworzenie, pisanie książek. Natomiast wydawcą zostałem niejako z musu i było to dla mnie męczące, bo do prowadzenia firmy nie mam większych predyspozycji.

Jest Pan skandynawistą...

Konkretnie filologiem szwedzkim.

Skąd takie zainteresowania i wykształcenie? Bo trzeba przyznać, że są one dosyć oryginalne.

Ten oryginalny kierunek wziął się stąd, że chciałem studiować mniej popularną filologię niż germanistyka. Myślałem także o hispanistyce, ale tu na egzaminach wstępnych nie mogłem zdawać języka niemieckiego, więc zdecydowałem się na filologię szwedzką.

Tłumaczy Pan szwedzkich pisarzy – przekładał Pan kryminały, książki Johanny Nilsson, ale przede wszystkim jest Pan tłumaczem Hjalmara Söderberga.

Kryminały to były propozycje z wydawnictw, wiadomo, że wydawnictwa najchętniej taki rodzaj literatury publikują. Tymczasem dla tłumacza przekłady kryminałów nie są jakimś wielkim wyzwaniem, bo najczęściej są one pisane prostym językiem. Nie wyłączając moich. Natomiast Hjalmar Söderberg jest autorem naprawdę trudnym do przełożenia na polski. Potwierdzają to wszyscy tłumacze, którzy próbowali się z nim zmierzyć. Chyba dużo łatwiej tłumaczyć jego utwory na niemiecki czy angielski. Söderberg pisze bardzo ładnym, ale prostym językiem, który w przekładzie na polski wypada często prymitywnie. Trzeba się naprawdę napracować, żeby tego uniknąć. Może dam taki przykład: w jednym z opowiadań autor charakteryzuje paryżanki jako... tu pada określenie, którego właściwym odpowiednikiem w dziewięciu przypadkach na dziesięć będzie słowo „chciwe". W tym wypadku nie pasowało do stylu. Musiałem się zatrzymać i poszukać innego tłumaczenia, zdecydowałem się na „zachłanne". U Söderberga taka trudność pojawia się co kilka zdań. Jego utwory są niewielkie objętościowo, ale ich tłumaczenie zabiera sporo czasu. Za to satysfakcja z dokonanego przekładu jest ogromna.

Był Pan również wydawcą tego autora...

Tak, opublikowałem „Opowiastki", „Jezusa Barabasza" i „Niebłahe igraszki".

Czy przetłumaczył Pan już wszystkie jego pozostałe utwory?

Nie, ale niedużo już zostało. To jest autor, który stosunkowo mało napisał. Powieści są przełożone wszystkie, choć nie wszystkie przeze mnie, „Doktora Glasa" przetłumaczyła Ewa Gruszczyńska. Pozostaje jeszcze kilka zbiorów opowiadań i dramaty. Bardzo chciałbym przełożyć biografię pióra Burego Holmbäcka, wybitnego znawcy Söderberga, która ukazała się w 1988 roku. Te moje plany tłumaczeniowe nie są zresztą tak wcale wbrew rynkowym trendom. Na świecie, i to na całym, od Japonii po USA, Söderberg jest obecnie bardzo chętnie tłumaczony. Co ciekawe, za życia (apogeum jego twórczości przypada na pierwszą dekadę XX wieku) doczekał się stosunkowo niewielu przekładów.

Czy jest on Pana przewodnikiem literackim, Pańskim guru?

Może to nieco dziwne nastawienie, ale Söderberga postrzegam jako przyjaciela. Przyjaciela, którego nie miałem możliwości poznać osobiście, ale z którym „rozmowy" w postaci lektury jego książek ogromnie dużo mi dają.

W jaki sposób zetknął się Pan z tym pisarzem? Zainteresował się Pan nim na studiach czy odkrył go dzięki własnej lekturze?

Ponieważ to klasyk mający zapewnione miejsce w historii literatury szwedzkiej, z jego książkami zetknąłem się na studiach. Najpierw ze sztandarowymi utworami, jak „Doktor Glas" czy „Futro", a później przeczytałem wszystko, co napisał, gdyż postanowiłem poświęcić mu swoją pracę magisterską.

W Pana pierwszej książce „Kanalia" nawiązał Pan do tego autora.

Tak, bardzo mi miło, że Pani to zauważyła (śmiech).

Lubi Pan podejmować takie tropy w literaturze, sytuacje, gdy jedna książka prowadzi do drugiej? A może to miała być promocja Pana ulubionego autora?

Promocja też, ale rzeczywiście lubię takie tropy podejmować. W „Kanalii" poza fragmentem „Niebłahych igraszek" jest także obszerny cytat ze „Zbrodni i kary", a moi bohaterowie często sięgają po książki. Morderca z „Gdzie mól i rdza" czyta „Upiory spacerują nad Wartą" Ryszarda Ćwirleja, Edyta z „Niepełnych" „Dziewczynę z zapałkami" Anny Janko, a prokurator Edward Harrison z „Między prawem a sprawiedliwością" Stanisława Lema. Nie zawsze te wskazania są jednoznaczne. W szachowym opowiadaniu kryminalnym pt. „Fair play" nawiązuję do pewnego... hm, powiedzmy... słynnego dzieła, nie ujawniając ani tytułu, ani rodzaju, pozostawiam to erudycji czytelnika.

„Kanalia" to jest powieść kryminalna. Przedstawił Pan ciekawą historię, a dużym jej walorem są postacie, które Pan stworzył i zestawił na zasadzie kontrastu. Dwóch starszych stażem, współpracujących ze sobą policjantów, którzy rozumieją się niemal bez słów, otrzymuje pod opiekę adepta, młodego policjanta, popełniającego różne gafy, na którym można się troszeczkę „wyżyć". To dość zabawny motyw. Pana drugą książką jest natomiast powieść społeczno-obyczajowa „Niepełni". To dwa zupełnie inne gatunki i wydawać by się mogło, że książki nie mają wielu miejsc wspólnych. Nic bardziej błędnego – w obu książkach pokazuje Pan miłość trudną do spełnienia.

One tylko formalnie są od siebie odległe, tematycznie nie, gdyż obie opowiadają o niespełnionej miłości i samotności. Ale forma może zmylić, „Kanalia" jest kryminałem, „Niepełni" zaś to książka obyczajowa i w tym momencie trudno jest dostrzec związek. A tym powieściom bliżej do siebie niż na przykład „Kanalii" do „Gdzie mól i rdza", choć te dwie ostatnie są jednorodne gatunkowo.

W „Kanalii" wprowadził Pan do polskiej powieści kryminalnej wątek sądowniczy. Kryminały kończą się zazwyczaj na ujęciu sprawcy, a Pan nie zatrzymał się w tym miejscu. Obserwujemy przebieg oskarżenia i ogłoszenie wyroku, czytelnik może zastanowić się, czy rzeczywiście każdy przestępca ponosi karę. Czy najpierw był taki nowatorski pomysł, czy wynikło to w sposób naturalny z tej konkretnej historii?

Sprawa sądowa w „Kanalii" wykluła się z intrygi, nie robiłem z góry założenia, że w powieści konieczny będzie opis procesu. Takie założenie przyjąłem natomiast w opowiadaniach ze zbioru „Między prawem a sprawiedliwością". Tam po ujęciu mordercy sprawa trafia do sądu, gdzie okazuje się, że kwestia winy i kary nie jest wcale oczywista. Trudno tu jednak mówić o nowatorskim pomyśle, gdyż formułę zaczerpnąłem z amerykańskiego serialu „Law & Order".

Podczas lektury Pana powieści kryminalnych rzuca się w oczy wiedza na temat procedur postępowania śledczego. Skąd ta znajomość realiów i metod stosowanych podczas dochodzenia oraz na sali sądowej?

Sporo podpatruję, kiedy jako przysięgły tłumaczę w trakcie rozpraw sądowych i policyjnych śledztw. Zawsze też przygotowuję się merytorycznie do pisania. Ale nie wrzucam całej swojej wiedzy do powieści, bo nie mają to być przecież reportaże. Pisarz może nagiąć realia, zmienić je, cała sztuka polega na tym, by wymyślone procedury sprawiały wrażenie prawdziwych.

Czy myśli Pan o tym, by w przyszłości wrócić do powieści obyczajowej?

Tak, mam już nawet (w głowie) zarys tej powieści. Z „Kanalią" i „Niepełnymi" utworzy ona swoistą trylogię. Zasadniczym tematem „Kanalii" jest miłość, „Niepełnych" samotność, temat trzeciego utworu będzie dopełnieniem tych dwóch. Ale co to będzie, nie ujawnię, dopóki go nie napiszę. A trochę wody w Odrze upłynie, nim ta książka pojawi się w księgarniach. Na razie pracuję nad drugą częścią cyklu o Marku Przygodnym, w kolejce czeka kontynuacja „Między prawem a sprawiedliwością", planuję też przekład szwedzkiej powieści.

Ponieważ uczestniczymy w „LiteraTurze", pozwolę sobie spytać o najbardziej „wrocławską" Pana książkę.

We Wrocławiu umieściłem akcję dwóch moich powieści, „Niepełnych" i „Gdzie mól i rdza". Nie sądzę, by któraś była bardziej „wrocławska" od drugiej.

W wydanej w zeszłym roku powieści „Gdzie mól i rdza" prowadzi Pan czytelnika w różne ciekawe miejsca Wrocławia (Plac Solny, Piwnica Świdnicka). Co zainspirowało Pana do napisania tej książki?

Chciałem napisać trochę lżejszy, bardziej rozrywkowy kryminał, w którym problemy poważnej, egzystencjalnej natury znajdą się niejako na marginesie. W odróżnieniu od pozostałych książek, w których dominują. Natomiast za wyborem Wrocławia jako miejsca akcji nie stał żaden szczególny zamysł – po prostu tu mieszkam.

W tej powieści ponownie zestawia Pan swoich bohaterów na zasadzie kontrastu. Komisarz Przygodny, jego przyjaciel redaktor gazety (przeciwieństwo policjanta) oraz dopełniający obrazu zgryźliwy lekarz patolog. Duży nacisk kładzie Pan na psychologiczną konstrukcję postaci. Pomijając ciekawą fabułę książki, konfrontacja bohaterów, ich sposobów myślenia oraz dialogi stanowią wartość samą w sobie. Z jakich elementów powinna, według Pana, składać się dobrze skonstruowana historia? Jakie wymagania stawia Pan sobie samemu, ale także czego oczekuje Pan od innych pisarzy?

Chciałbym, żeby mój czytelnik miał kłopoty z odłożeniem książki, żeby zdziwił się przy zwrotach akcji albo przy zakończeniu, żeby poruszyły go przeżycia bohaterów, żeby utwór skłonił do refleksji. Niekoniecznie tego samego oczekuję od innych pisarzy, równie chętnie sięgam po takie utwory, gdzie dominantą jest język.

Analizując Pańskie powieści kryminalne można stwierdzić, że ich myślą przewodnią jest ukazanie luk prawnych, niedoskonałości systemu (np. problem samosądu lub niepoczytalności mordercy, niedoskonałość wymiaru sprawiedliwości), a prócz tego interesują Pana dylematy natury moralnej. Czy to właśnie zadecydowało o Pańskich preferencjach gatunkowych (powieść, opowiadanie kryminalne)?

Dylematy moralne postawiłbym na pierwszym miejscu, ale mógłbym je rozpatrywać również w powieściach obyczajowych, więc nie z ich powodu skupiam się na kryminale. Tak samo pociąga mnie to, co stanowi jego esencję, mianowicie zagadka i jej rozwiązywanie, kiedy jestem czytelnikiem, a konstruowanie, kiedy jestem autorem.

Pisze Pan nie tylko powieści, lecz sięga także po opowiadania. Jaki jest Pana stosunek do opowiadań? Są gatunkiem łatwiejszym od powieści czy równie poważnym wyzwaniem literackim?

Opowiadania kryminalne są zdecydowanie trudniejsze. Można napisać średnią powieść kryminalną, nie wychodząc poza schemat zabójstwo – śledztwo – ujęcie zabójcy, niczym go nie wzbogacając ani nie będąc w żaden sposób oryginalnym. Tego schematu nie da się wykorzystać w opowiadaniu, dlatego że powstaje zbyt długi tekst. Tutaj trzeba mieć niebanalny pomysł. I powiedziałbym, że średnich opowiadań kryminalnych nie ma. Są dobre albo złe, w zależności od tego, czy autor ten pomysł miał, czy nie.

W tomach „Między prawem a sprawiedliwością" oraz „Kwintet kryminalny" rozważa Pan problemy i powikłania na tle realiów amerykańskich. W jaki sposób przygotowywał się Pan do napisania tych opowiadań? Czy dla podkreślenia spraw, którymi się Pan zajmuje, realia amerykańskie nadają się lepiej niż polskie? Są bardziej „widowiskowe"?

Gwoli wyjaśnienia: „Kwintet" nie jest książką wydaną, to dostępne w formie elektronicznej pięć opowiadań, do których zamierzam dopisać dalsze dziesięć (z tym że tych już nie będę udostępniał) i dopiero wtedy całość zamierzam opublikować w formie książkowej.

„Między prawem a sprawiedliwością" umieściłem w amerykańskich realiach faktycznie dlatego, że tamtejsze procesy są bardziej widowiskowe, a wymogi proceduralne, np. niedopuszczanie nielegalnie zdobytych dowodów, pozwoliły mi pokazać tytułowe rozwarcie z całą ostrością. W przypadku „Kwintetu" motywacja była zupełnie inna, dużo bardziej przyziemna: chciałem przełożyć te opowiadania na angielski i dotrzeć z nimi do angielskojęzycznych czytelników, a polskie realia zdecydowanie by to utrudniły. Ale amerykańskie realia są w tych opowiadaniach pozbawioną znaczenia dekoracją, ich tematyka jest taka, że akcja mogłaby rozgrywać się w dowolnym kraju.

Czy tworząc swoich bohaterów przemyca Pan cechy swoich znajomych lub własne? Czy ktoś mógłby rozpoznać się na kartach Pańskich powieści?

Przemycam, co czasami prowadzi do nieuprawnionych wniosków, że jakiś bohater jest tą osobą ze świata rzeczywistego, od której jego cechy zaczerpnąłem.

Czym jest dla Pana pisanie książek? Dlaczego zaczął Pan pisać?

Pisać zacząłem z wewnętrznej potrzeby. Kiedy piszę, czuję, że robię coś, co ma sens. Mam nadzieję, że to stanowi odpowiedź na pierwszą część pytania.

Twórczość oryginalna i przekładowa w Pana przypadku wzajemnie się uzupełniają. Wygląda na to, że jest Pan pisarzem „na pełnym etacie". W jaki sposób Pan pracuje? Ile godzin dziennie poświęca Pan na tłumaczenia, a ile na własne utwory? Jak wygląda Pański typowy dzień pracy?

To niestety jest trochę inaczej. Ani pisarstwo, ani tłumaczenie literatury nie daje mi takich dochodów, bym mógł zrezygnować z pracy zarobkowej (wykonuję tłumaczenia nieliterackie), a poza nią czasu zostaje albo na pisanie, albo na przekładanie książek. Obecnie piszę, więc przekłady literackie musiałem zawiesić na kołku. Zwykle pracuję od dziesiątej do trzeciej, a po południu jeszcze dwie, trzy godziny. Staram się tak rozkładać obowiązki, by, jeśli to możliwe, przez te pierwsze pięć godzin pisać. To znaczy – wolę jednego dnia pisać przez pięć godzin, a drugiego pięć godzin tłumaczyć dokumenty, niż rozbić ten blok po połowie na pisanie i tłumaczenie.

Bardzo wiele czasu poświęca Pan na czytanie, tłumaczenie i pisanie. Jak się Pan ratuje, jeżeli musi od tego wszystkiego czasem odpocząć?

Generalnie odpoczywam na bieżąco, uprawiając sport. Kilka razy w tygodniu biegam, około dziewięciu kilometrów (taki nieokrągły dystans, bo biegnę przez określony czas, godzinę, a nie zaplanowany odcinek), w weekendy chodzę na basen i przepływam co najmniej tysiąc pięćset metrów.

Czy planuje Pan jeszcze sprawdzić się w innych gatunkach? Czy szykuje Pan jakąś niespodziankę dla czytelników? A może na tyle dobrze czuje się Pan w sprawdzonych formach, że nie zamierza Pan niczego zmieniać?

Ciągnie mnie do powieści science fiction i tematyki religijnej (powieść apokryficzna w stylu „Ewangelii według Jezusa Chrystusa" Saramago, antyutopia z katolicką dyktaturą), mam też pomysł na powieść sensacyjną z gazem łupkowym w tle. Ale na razie muszę dać sobie na wstrzymanie, bo dotąd każda napisana przeze mnie książka była z innej parafii. Czas na kontynuacje.

Nie mogę nie zapytać o Pańską ocenę kondycji literatury kryminalnej w Polsce oraz o pisarza, którego ceni Pan najwyżej. I za co?

Polską literaturę kryminalną oceniam bardzo wysoko, mamy wielu wyśmienitych autorów. A żeby ze współczesnych nie pominąć nikogo zasługującego na wzmiankę, wymienię nazwisko Joe Alexa. To mistrz precyzyjnej, przemyślanej zagadki kryminalnej.

Serdecznie dziękuję za rozmowę.

Wywiad przeprowadziła Aleksandra Urbańczyk

2

„Grisham zrobił mnie w jajo..."

Co jest w literaturze ważniejsze, refleksja czy rozrywka?

Literatura jest przede wszystkim zapisem przemyśleń, więc refleksja. Choć nawet refleksja może być ujęta w rozrywkową formę. Doskonałym przykładem są sitcomy, w niektórych jest więcej refleksji niż w niejednej „mądrej" książce.

Ma Pan czas na sitcomy?

To mój ulubiony gatunek :-)

W swojej najnowszej książce „Gdzie mól i rdza" postawił Pan na rozrywkę...

W trzech moich pozostałych utworach poruszam trudniejszą tematykę, więc chciałem napisać coś lekkiego, niemal wyłącznie dla zabawy. Niemal, bo ani nie chcę, ani nie potrafię tworzyć tak, żeby z powieści sprawy poważniejsze w ogóle wyrzucić. Dlatego Przygodny tyle się zastanawia nad różnymi rzeczami.

Wśród głównych bohaterów znaleźli się sami mężczyźni. Dlaczego nie zdecydował się Pan na zabieg często stosowany w kryminałach – na wprowadzenie wyrazistej postaci kobiecej, która stanowiłaby kontrapunkt dla męskiego świata i wprowadziła erotyczne napięcie?

Pomijając już, że ja rzadko patrzę, co robią inni, wprowadzenie takiej postaci byłoby błędem konstrukcyjnym, bo pokazałoby rozpadające się małżeństwo komisarza i jego motywacje w innym świetle, niż chciałem je pokazać. A erotyczne napięcie wprowadzają praktykantki Kuriaty.

Podobno za postać Kuriaty obraziły się na Pana feministki...

Tak. Fanatycy, przepraszam, fanatyczki na ogół nie potrafią zorientować się, kiedy mają do czynienia z prowokacją. Co ciekawe, normalne czytelniczki, indagowane o postać męskiego szowinisty w tej książce, nieraz mają kłopot ze wskazaniem właściwej osoby.

Czy wplata Pan do swoich książek wątki autobiograficzne?

Wplatam. Przygodny złamał sobie rękę, bo właśnie to mi się przytrafiło przed napisaniem „Gdzie mól i rdza". Też na rowerze, choć szczegóły wypadku wyglądały już inaczej.

„Niepełni", w kontekście innych książek, to nietypowa dla Pana powieść obyczajowa. Ukazał w niej Pan świat z perspektywy człowieka niepełnosprawnego... Skąd pomysł na tę książkę?

Każdy mógłby zostać pisarzem, gdyby wiedział, skąd czerpać pomysły na powieści. Dla zachowania więc elitarności zawodu tej tajemnicy cechu nie ujawniam.

W Polsce zdecydowanie brakuje edukacji w zakresie niepełnosprawności. Czy myślał Pan o swojej książce jako lekturze (nie tylko szkolnej), która mogłaby być podstawą do publicznej dyskusji na ten temat?

Ale „Niepełni" taką dyskusję właśnie wywołali. Albo przynajmniej okazali się w niej istotnym głosem. I wcale nie takim, z którym wszyscy się zgadzają. Sporo osób ma pretensje, że Jacek i Edyta nic nie robią ze swoim życiem, nie próbują zdobyć tego, na czym im zależy, tylko niejako czekają, aż los im to przyniesie. Pytanie, czy to wynika z niepełnosprawności, bo przecież tak zachowuje się wiele osób pełnosprawnych. Pytanie, ilu niepełnosprawnych ma taką siłę charakteru, że zdobywa medale na paraolimpiadzie, a ilu pogrąża się w depresji. Ja pokazałem akurat tych pogrążonych w depresji, bynajmniej nie twierdząc, że wszyscy czy nawet bardzo liczni są tacy.

Są też tacy, jak bohater filmu „Cyrk motyli" („The Butterfly Cirrus")... myśli Pan, że takie filmy bardziej motywują czy wkurzają niepełnosprawnych?

Skąd mam wiedzieć? Nie jestem niepełnosprawny ani nie czuję się ekspertem, by się w ich imieniu wypowiadać. Ja tylko napisałem książkę, w której dwójka bohaterów jest w jakiś sposób ograniczona fizycznie.

„Niepełni" są jednak przede wszystkim książką o potrzebie miłości i bólu samotności... Na czym polega wyjątkowa siła miłości?

Cała literatura szuka odpowiedzi na to pytanie, a Pan chce, żebym udzielił jej w wywiadzie?

Czasami jedno trafne zdanie potrafi uderzyć celniej niż cała uginająca się od książek półka...

Jak wymyślę takie trafne zdanie, dam znać.

Wróćmy zatem do wątków kryminalno-prawniczych..., co Pana bardziej pociąga: logika i erystyka czy problem sprawiedliwości i dylematy moralne?

W równej mierze jedno i drugie. Logika i erystyka są konstrukcją, a dylematy moralne treścią.

Ale konstrukcja nie zawsze (nie często?) wspiera rozwiązanie, które „intuicyjnie" czujemy... co wtedy?

Wtedy powstaje dysonans, który zmusza nas do myślenia.

Jaka wina wymaga najwyższej kary?

Kary śmierci? Zabójstwo. Oczywiście nie każde. Nawet nie większość.

Co sądzi Pan o karze śmierci?

Sądzę, że nasza rzeczywistość jeszcze nie dopuszcza jej zniesienia. Dopóki żyjemy w świecie, w którym dokonanie masakry jest czynem niemalże banalnym, nie możemy sobie wytrącać z ręki tak naprawdę jedynej skutecznej broni przeciwko zwyrodnialcom. Humanitaryzm wobec takich ludzi jak Breivik czy prezydent Syrii powinien objawiać się uczciwym procesem, a nie wsadzaniem ich do komfortowych cel. Ale karą śmierci nie wolno szafować: winna być orzekana tylko wobec zabójców, naprawdę w ostateczności i tylko wtedy, gdy nie ma cienia wątpliwości co do ich winy.

Dlaczego jako miejsce akcji opowiadań „Między prawem a sprawiedliwością" wybrał Pan Amerykę?

Chciałem się trochę pobawić tymi wszystkimi sprzeciwami na sali sądowej, a w polskiej procedurze procesowej one nie występują. Poza tym zamknięcie akcji w ciągu kilku miesięcy byłoby niemożliwe. Owszem, fikcja zakłada pewną umowność, niezbędne odstępstwa od realiów, ale tu byłyby one zbyt duże. Mnie pusty śmiech ogarnia, kiedy w „Prawie Agaty" słyszę, że rozprawa zostaje odroczona do następnego dnia. To właśnie w Stanach obowiązuje zasada, że rozpoczęty proces toczy się codziennie tak długo, aż dobiegnie końca. W Polsce rozprawę odracza się co najmniej o miesiąc, a nieraz i o pół roku albo więcej.

Co sądzi Pan o polskim prawie karnym i systemie sądowniczym?

My nie mamy żadnego systemu, bo system implikuje coś przemyślanego. Proszę wziąć na przykład to odraczanie rozpraw, o czym mówiłem wyżej. Co sędzia pamięta ze sprawy po paru miesiącach? Szczegółów na pewno nie. Musi jeszcze raz przeczytać akta. Czyta? Pewnie po łebkach, bo zwyczajnie nie ma czasu, żeby za każdym razem robić to dogłębnie. Gdzie tu rzetelne osądzenie sprawy? Sama procedura zakłada marnowanie czasu sędziego i stron procesu. Gdyby rozprawa toczyła się na bieżąco, wszyscy mieliby na świeżo, o co w niej chodzi. A zmiana nie wymaga pieniędzy, to kwestia wyłącznie organizacji. I w sądownictwie czy w innych dziedzinach życia podobnie kulawych rozwiązań jest więcej. My się lubimy usprawiedliwiać brakiem pieniędzy, tymczasem większość źle funkcjonujących rzeczy wynika u nas z nieprzemyślanej organizacji.

A ludzie są z natury dobrzy czy źli?

Może i spora część ludzi jest dobrych, ale ci źli skutecznie przesłaniają tych dobrych i zatruwają im życie.

Jest Pan nie tylko pisarzem ale także tłumaczem. Czy mając za sobą wieloletnie doświadczenie tłumacza własne pisanie staje się łatwiejsze?

Tak, z dwóch względów. Po pierwsze człowiek jest nawykły do tego rytmu pracy, do wielogodzinnego zapełniania stron atramentem (przenośnie oczywiście). A tworzenie prozy wymaga systematyczności, jeśli nie chce się publikować raz na pięć lat. Jak ktoś czeka na natchnienie, to powinien pisać wiersze. Drugim ułatwieniem jest zdjęcie tego gorsetu, jakim jest tekst oryginału: nagle można kształtować zdania dowolnie, nie trzeba wpasowywać ich w narzucony z góry szablon. Między pisarzem tłumaczem a pisarzem nietłumaczem zachodzi tu taka różnica, jak między dwoma biegaczami, z których jeden trenował na dużych wysokościach. Obaj w trakcie zawodów mają tyle samo tlenu do dyspozycji, ale ten po wysokogórskiej zaprawie ma wrażenie, że oddycha pełną piersią.

Jest Pan tłumaczem m.in. szwedzkiego prozaika Hjalmara Söderberga. To chyba Pana ulubiony pisarz. Dlaczego?

Söderberga warto czytać już dla samego języka, który dostarcza podobnych wrażeń jak harmonijny utwór muzyczny czy piękny obraz. Jego twórczość można też określić mianem egzystencjalnej, Söderberg nie pisze o błahostkach, tylko o sprawach, które człowieka myślącego frapują. Z tym pisarzem czuję więź także przez to, że moi i jego oponenci są z tej samej parafii. Szkopuł w tym, że Hjalmar Söderberg żył sto lat wcześniej, a Polska dopiero teraz przechodzi tę ewolucję, którą Szwecja już przeszła.

Czy Polska jest aż tak zacofana?

My jesteśmy w trudniejszej sytuacji, bo protestantyzm jest formą chrześcijaństwa daleko bardziej przyjazną nowoczesnemu państwu niż katolicyzm.

Jest Pan znany jako cięty publicysta. Jakie ma Pan poglądy polityczne?

Raczej jako bloger, publicyści publikują w prasie, mnie nikt tego nie proponował. Poglądy polityczne mam czysto liberalne, tylko proszę nie utożsamiać ich z działaniami Platformy Obywatelskiej, ta partia dawno zapomniała, co znaczy liberalizm. Na blogu, jeśli chodzi o tematy z debaty publicznej, to piszę m.in. o absurdach polskiej rzeczywistości, panoszeniu się Kościoła czy komentuję jakieś bieżące wydarzenia.

Wróćmy jeszcze na moment do pracy tłumacza, czy w Polsce można przyzwoicie żyć z tłumaczenia książek?

Teoretycznie można, ale w praktyce wymaga to spełnienia tylu warunków, że tłumacze, którzy przekładają wyłącznie literaturę, to wyjątki. Przede wszystkim trzeba tłumaczyć z języka, którego literatura jest przekładana u nas na tyle często, by dawało to gwarancję ciągłości zleceń. Potem trzeba trafić na wydawnictwo, które oferuje przyzwoitą stawkę albo procent od bestsellerowych pozycji. Niestety, z tym jest coraz gorzej, dla wydawnictw tłumacz staje się powoli kimś w rodzaju chińskiego robotnika, który ma się cieszyć, że w ogóle dostał pracę i cokolwiek zarobił.

A z pisania...?

To jeszcze trudniejsze, bo honorarium pisarza uzależnione jest niemal wyłącznie od sprzedaży, a żyjemy w kraju nie tyle niskich, co mikroskopijnych nakładów. Do tego państwo polskie nie dość, że nie wspiera twórców stypendiami, to ociąga się z wprowadzaniem rozwiązań, które obowiązują w Europie. Takimi są np. tantiemy od wypożyczeń z biblioteki (co nie wiąże się z opłatami za korzystanie z bibliotek, tantiemy wypłacane są ze specjalnych funduszy). Komisja Europejska już groziła Polsce wszczęciem postępowania z tego powodu.

Jak radzi Pan rozmawiać debiutującemu pisarzowi z dużym wydawnictwem, żeby nie dać się oskubać i wyjść z godną umową?

Taki debiutujący pisarz nie ma w zasadzie pola manewru, zwłaszcza jeśli tylko jedno wydawnictwo jest zainteresowane jego książką (a zazwyczaj nie ma więcej chętnych). Łatwiej rozmawia się z małymi oficynami, które zresztą częściej publikują debiuty. Niemniej jednak umowę należy zawsze przeanalizować (dać prawnikowi albo skorzystać z mojego poradnika, w którym instruuję, jak to zrobić samodzielnie) i jeśli wydawnictwo nie zamyka się na negocjacje, starać się ją w zasadniczych punktach poprawić. Bo to, że będzie zawierała zapisy dla autora niekorzystne, jest pewne.

Zdarza się Panu jeszcze zatopić bez reszty w lekturze?

Jasne. Ostatnio bez reszty wciągnęło mnie „Zeznanie" Grishama, jednego z moich ulubionych autorów. Który zresztą kompletnie mnie zaskoczył. Za moimi przypuszczeniami, jak rozwiąże akcję, stało nie tylko czytelnicze i autorskie doświadczenie, wykoncypowałem to także z czysto technicznej okoliczności, a mianowicie ze sporej liczby stron, jaka pozostawała do końca, liczby, która właściwie wykluczała inne rozwiązania, gdyż coś sensownego musiało się na nich znajdować. A tymczasem Grisham, kolokwialnie mówiąc, zrobił mnie w jajo. Naprawdę byłem pod wrażeniem.

Dziękuję za rozmowę

Wywiad przeprowadził Łukasz Musielak.

Współpracujemy z:

KARTA BIBLIOTECZNA

BIBLIOTECZKA

  • Załóż swoje konto
  • Karta Do Kultury

    Wstąp do klubu Kulturalnych. Karta otwiera drzwi do świata stworzonego przez Ciebie. Dodawaj książki, komiksy, gry, filmy do swojej przechowywalni wspomnień kulturalnych. Przy każdym darze kulturalnym znajdziesz wstążki, dzięki którym będziesz mógł dodawać je do swojej magicznej kolekcji. Daj się poznać z tej lepszej strony.