Karolina Kubilus

Informacje Personalne:

  • Miejsce Urodzenia: Trzcianka, Polska
  • Narodowość: Polska
  • Język: Polski
  • Obywatelstwo: Polskie
  • Twórczość:

    "Jak Zjeść Słonia"

    "Serce Nie Słucha"

    "Szczęście W Kolorze Burgunda"

    "Zobaczyć Tęczę"

Biografia:

Karolina Agnieszka Kubilus – ur. 13.12.1963 r. w Trzciance, gdzie do tej pory mieszka. W 1987r. ukończyła filologię polską na Uniwersytecie im. A. Mickiewicza w Poznaniu. Zawodowo i uczuciowo związana jest ze Szkołą Podstawową im. H. Sienkiewicza w Łomnicy. Przez wiele lat pracowała również jako redaktor „Gazety Trzcianeckiej" oraz dziennikarz trzcianeckiego programu lokalnego. Podyplomowo ukończyła oligofrenopedagogikę oraz zarządzanie oświatą. Pierwsze sukcesy literackie odnosiła już w latach szkolnych. Po studiach otrzymała kilka wyróżnień w konkursach ogólnopolskich, ale wszystko za niewielkie formy literackie. Otrzymała m.in. wyróżnienie w konkursie poetyckim „Szukamy talentów wsi", I nagrodę w konkursie na sagę rodzinną, II nagrodę w konkursie literackim na pamiętniki młodego pokolenia nauczycieli oraz wyróżnienie w konkursie im. Cz. Janczarskiego na opowiadanie dla dzieci. Na coś większego wciąż brakowało czasu i ...odwagi. Początkowo zamierzała czekać z prawdziwym pisaniem do emerytury. Życie napisało inny scenariusz. Jako pisarka zadebiutowała we wrześniu 2011r. powieścią pt. „Serce nie słucha" (Wydawnictwo Replika). W lutym 2012r. wydała następną powieść pt. „Jak zjeść słonia" (Wydawnictwo Replika). Kolejna powieść („Zobaczyć tęczę") ukaże się w październiku br. Uwielbia książki, film, teatr, podróże, aktywność fizyczną i fotografowanie. Kocha Beatlesów i Cohena.

Wywiad:

O pisaniu... dla kobiet, o miłości... do Beatlesów i o dzieciach... z „małym rozumkiem"

 

Do kogo kieruje Pani swoje książki?

Piszę dla kobiet, w różnym wieku. Sama zresztą określam żartobliwie moje książki jako „babskie czytadła". Co nie znaczy, że mężczyźni nie mogą po nie sięgać. Jeśli panowie chcą się czegoś o nas dowiedzieć, a przy okazji o sobie, to nic nie stoi na przeszkodzie. Znam kilku, którzy moje książki przeczytali całkowicie dobrowolnie.

Niektórzy twierdzą, że to książki dla kobiet z niedoborem endorfin...

I z niedoborem, i dla tych szczęśliwych, różnie. Ale tym z niedoborem endorfin pokazuję światełko w tunelu. Moje książki kończą się happy endem, nie lubię złych zakończeń. Jestem optymistką i uważam, że zawsze trzeba mieć nadzieję.

Gdzie szuka Pani inspiracji i pomysłów na fabułę?

Pomysły czerpię z życia. Ludzkie losy to prawdziwa kopalnia pomysłów. Trzeba tylko uważnie obserwować i słuchać. Moi znajomi czasem się śmieją, że przy mnie muszą teraz uważać, bo mogę wszystko wykorzystać. To prawda, choć nigdy nie jest tak, że ktoś rozpozna tam siebie. Czasem wystarczy jakiś impuls i historia nabiera rozpędu, toczy się dalej, własnym życiem...

Tak, podobno życie pisze najlepsze scenariusze... Czy możemy doszukiwać się w Pani książkach wątków autobiograficznych?

Nic bardziej mylnego! Wszystkie wątki są dziełem mojej wyobraźni. Owszem, są utkane z różnych prawdziwych nitek i niteczek. Czasem usłyszę czyjąś rozmowę, coś mnie spotka, ktoś mi opowie jakąś historię. Wplatam je w moje książki, ale przypisuję je wymyślonym bohaterom. Wielu moich znajomych nie mogło skupić się na fabule książki, ponieważ próbowało doszukać się podobieństwa do znanych im osób ze mną włącznie. A tak się nie da. Anita („Serce nie słucha") to nauczycielka języka polskiego, którą jestem od 25 lat. Moja bohaterka nie może się dogadać z dyrektorką. Dyrektorką również jestem i to już trzecią kadencję. Szkoła to moje całe życie, nic więc dziwnego, że pojawiła się w mojej powieści. Łatwiej się pisze na znany temat. Alicja („Jak zjeść słonia") słucha Beatlesów, których ja kocham i dla których poleciałam do Liverpoolu. Takich przykładów mogłabym wymienić dużo więcej. Ale wątków autobiograficznych tam nie ma!

Jak podobał się Pani Liverpool? Czuć tam jeszcze klimat Beatlesów?

Liverpool jest piękny, właśnie dlatego, że czuć tam klimat Beatlesów, zwłaszcza pod koniec sierpnia. W tym czasie każdego roku odbywa się tam „The Beatlesweek", czyli Tydzień Beatlesów. Przyjeżdżają zespoły z całego świata i śpiewają ich piosenki. W słynnym Cavern, na ulicach... Spotkanie z fanami tego zespołu to niesamowita przygoda. Wyjazd był prezentem na pięćdziesiątkę dla mojego męża, który jest jeszcze większym fanem Beatlesów niż ja. Za rok ja kończę pół wieku i już zaplanowaliśmy kolejną wyprawę nad Mersey. Śpimy oczywiście w hotelu „Hard Day's Night" w pobliżu Cavern i Mathew Street. Już się nie mogę doczekać.

Zarzucają Pani książkom niewyszukaną, przewidywalną fabułę...

Cóż, fabuła odzwierciedla życie, które w gruncie rzeczy jest banalne, a większość historii przewidywalnych, ludzkie losy raczej niewyszukane. I w wielu sytuacjach łatwo da się przewidzieć ciąg dalszy. Ludzie szukają tam siebie. Piszę o zwykłych historiach zwykłych bohaterów. A tych, których rozczarowałam, zachęcam do sięgnięcia po książki innych autorów. Sprawdzone! Zależy kto czego szuka.

Jeśli już jesteśmy przy innych autorach, proszę powiedzieć, kogo wśród polskich pisarzy ceni Pani najbardziej?

Trudno powiedzieć, którego najbardziej. Każdy ma inny warsztat. I każdego cenię za coś innego. Myślę, że się od nich uczę. Cenię Janusza Leona Wiśniewskiego, Katarzynę Grocholę, Monikę Szwaję, Małgorzatę Kalicińską, ale również Joannę Olech, Grzegorza Kasdepke, Małgorzatę Musierowicz. Tych ostatnich polecam szczególnie młodszemu pokoleniu.

Czy w jakiś szczególny sposób przygotowuje się Pani do opracowywania historii? Jak wygląda Pani warsztat pracy? Niektórzy pisarze odbywają specjalne podróże, inni studiują wycinki z gazet, inni jeszcze poświęcają czas aby stać się fachowcami w jakiejś szczegółowej dziedzinie wiedzy...

Pisarze może i odbywają specjalne podróże, ja jeszcze pisarką się nie czuję, więc moje podróże nie są „specjalne", a raczej „przy okazji". Oczywiście prowadzę zapiski, które zawsze przecież mogą się przydać. Np. w czerwcu odbyłam wspaniałą podróż do USA, kiedyś na pewno to wykorzystam. Oczywiście nie chcę być dyletantką i gdy o czymś piszę o czymś nieznanym, szukam informacji na dany temat. Łatwo było mi pisać o szkole, bo temat znam od podszewki. Alicja („jak zjeść słonia") jest projektantką wnętrz, musiałam więc się w tym kierunku doszkolić. Szukałam informacji w Internecie, w biurach projektowych.

Czy serce powinno słuchać rozumu w dylematach i rozterkach?

Nie! Serce nie powinno niczego słuchać. Są jednak ludzie, którzy wyżej cenią rozsądek niż serce i nim się w życiu kierują. Wcale ich nie potępiam, choć zdecydowanie bardziej przemawia do mnie uczucie niż „szkiełko i oko". Niektórzy są ulepieni z innej gliny. Jeśli im z tym dobrze...

Czy istnieje recepta na udany związek?

Myślę, że tak, chociaż na pewno nie jedyna. Jest ich pewnie wiele. Niemniej jednak udany związek to sztuka kompromisu. I ogrom miłości, o którą trzeba dbać, nawet jeśli ma się już „- dziesiąt" lat.

Ale czy miłość nie jest przereklamowana? Tyle z nią ciągłych problemów... serce, emocje, wewnętrzne impulsy potrafią nami targać niczym wiatr małą łódką na morzu.. i wyprowadzać na manowce...

Przereklamowana? Nigdy! Miłość jest ponad wszystkim. Nadaje życiu sens. W tym tkwi jej siła. I tajemnica. A problemy? Gdzie ich nie ma? Cóż, nie ma róży bez kolców...

Ukończyła Pani podyplomowo oligofrenopedagogikę. Muszę przyznać, że pierwszy raz słyszę o takiej specjalności. Czym zajmuje się ten dział pedagogiki?

To pedagogika osób z niepełnosprawnością intelektualną. Dosłownie – osób o małym rozumku (z greckiego „oligos" - pomniejszenie, „phren" – umysł). Ci ludzie żyją obok nas, a wciąż o nich mało wiemy. Tak samo w szkole. Uważam, że każdy nauczyciel powinien skończyć oligofrenopedagogikę. Żeby zrozumieć, trzeba poznać. Mój młodszy synek jest takim dzieckiem o małym rozumku. Ma swój świat. I prawo do szczęścia – tak jak każdy. Chciałabym kiedyś napisać o nim książkę. Dla matek, które też borykają się z podobnymi problemami. Wtedy na pewno będzie wątek autobiograficzny.

W ciągu niespełna roku wydała Pani trzy książki. To dużo. Po prostu siada Pani i pisze...

No, niezupełnie. Owszem, wydałam trzy, ale w ciągu roku napisałam dwie. Ta pierwsza („Serce nie słucha") powstała wcześniej, tyle że wyjęłam ją z szuflady i trochę odświeżyłam. Ta ostatnia („Zobaczyć tęczę") dopiero się drukuje, ukaże się na początku października. Ale ma Pan rację – siadam i piszę, o ile czas mi pozwala. Najczęściej wieczorem. Pisanie to moje hobby, nie zawód. Chwila wytchnienia od codzienności. Taki inny świat, wykreowany przeze mnie. Na co dzień jestem nauczycielką i dyrektorem szkoły. Żałuję, że nie mam więcej czasu. Zawsze twierdziłam, że będę pisać dopiero na emeryturze, ale nie wiadomo, czy jej doczekam. Wciąż przesuwają wiek emerytalny. Gdy zaczynałam pracę, nauczyciele mogli iść na emeryturę po 30 latach pracy, więc już prawie byłabym emerytką. Dziś mam do niej jeszcze daleko, co wcale mnie nie martwi. Okazuje się, że można pogodzić pisanie i pracę zawodową. No i inne kobiece zajęcia.

O czym jest Pani najnowsza książka „Zobaczyć tęczę", która niebawem ukaże się w księgarniach?

To dalsze losy Anity bohaterki powieści „Serce nie słucha". Napisałam ją trochę na zamówienie czytelników, którzy na spotkaniach autorskich pytali o drugą część. I twierdzili, że nie do końca zaspokoiłam ich ciekawość. Oczywiście nie trzeba czytać pierwszej książki, można przeczytać od razu „Zobaczyć tęczę". A historia Anity to najlepszy dowód, że z miłością rzeczywiście bywają czasem problemy, a wewnętrzne impulsy potrafią wyprowadzić na manowce.

Czy myśli już Pani o kolejnej książce?

Często ludzie pytają mnie na ulicy, kiedy napiszę następną książkę, więc piszę... Na razie nie zdradzę o czym.

Dziękuję za rozmowę.

Współpracujemy z: