Edward Bolec

Informacje Personalne:

  • Twórczość:

    "Facet Z Nocy"

Galeria:

Biografia:

Edward Bolec - Urodził się w 1947 r. w Zwięczycy, dzielnica Rzeszowa. Z wykształcenia inżynier i dziennikarz, od września 1972 do grudnia 1976 redaktor Magazynu Młodzieżowego „Prometej", w 1977 gastarbeiter w Wiedniu. Po powrocie do kraju pracownik działu oświatowego Wojewódzkiej Biblioteki Publicznej w Rzeszowie, po stanie wojennym zaopatrzeniowiec w fabryce butów „Respan", roznosiciel mleka, sprzedawca używanych książek na rzeszowskim targowisku.

Jako wolny strzelec zamieszczał opowiadania, reportaże i felietony w prasie lokalnej i krajowej, m.in. w „Profilach", „Prometeju", „Widnokręgu", „itd", „Politechniku", „Kamenie", „Szpilkach", „Nowym Wyrazie". W tym ostatnim miesięczniku opublikował m.in. relację z sierpniowego strajku stoczniowców w Gdańsku w 1980 r. Wiele jego tekstów ukazało się także na falach rozgłośni Polskiego Radia Rzeszów. Debiutował w 1983 r. zbiorem opowiadań o mieszkańcach Rzeszowa — „Bieg po schodach" — wydanym przez rzeszowski oddział Krajowej Agencji Wydawniczej. W 1985 r., także nakładem tego wydawnictwa, ukazał się jego następny zbiór opowiadań — „Odyseusz w poczekalni".

Wiosną 1986 r. wyjechał do USA, gdzie — z wyjątkiem początkowych lat dziewięćdziesiątych, które spędził w kraju, przebywał do 2010 r. W Stanach Zjednoczonych wykonywał różne zawody. Był stolarzem, malarzem, sprzedawcą w sklepie, pracownikiem działu księgowego, a także prowadził własną firmę consultingową. W 2003 r. rozpoczął współpracę z dwutygodnikiem polsko-amerykańskim „White Eagle", którą kontynuuje do dziś.

Jego ostatnio wydana książka „Facet z nocy" (Rzeszow 2012) jest zbiorem realistycznych, groteskowych i surrealistycznych opowiadań, których akcja toczy się w Bostonie, wyimaginowanym, choć realnym państwie Republika, a także w mieście Rze w Polsce. Bolec opisuje środowisko bezdomnych weteranów wojny wietnamskiej żyjących na bostońskich ulicach, dzielnicę South End zamieszkaną przez artystów i mniejszości seksualne, a także zabiera głos w dyskusji o tym, co wydarzyło się w USA i na świecie po ataku terrorystycznym na World Trade Center w Nowym Jorku 11 września 2001 r. W zamykającym książkę utworze „Zabawy w wojnę" autor portretuje emigranta z Polski, który po latach spędzonych w USA postanawia wrócić do kraju.

Źródło:zlp.rzeszow.pl/bolec.htm

Wywiad:

Od ostatniej Pana książki minęło 27 lat. Co robił Pan w przerwie między „Odyseuszem w poczekalni" z 1985 roku a wydanym w tym roku zbiorem opowiadań „Facet z nocy"?

W tej rozległej przerwie między drugą i trzecią książką robiłem różne rzeczy. Najpierw, po stanie wojennym musiałem odejść z biblioteki wojewódzkiej w Rzeszowie, gdzie pracowałem od lat i gdzie założyłem Solidarność. Dostałem (po znajomości) pracę jako zaopatrzeniowiec w fabryce butów "Respan", ale fabryka padła, więc aby utrzymać rodzinę (żona i dwójka małych dzieci), zająłem się handlem używanymi książkami na rzeszowskim targowisku. W tym czasie odwiedził nas krewny ze Stanów, który zgodził się dać mi zaproszenie pod warunkiem, że nie polecę do niego. Obiecałem mu, że na pewno nie odwiedzę go, gdybym dostał wizę. Wizę rzeczywiście otrzymałem, nawet bez rozmowy z konsulem, co wtedy było ewenementem, paszport też władza ludowa postanowiła mi tym razem odpuścić, dwa lata wcześniej spotkała mnie odmowa, "ze względu na ważny interes społeczny", i w marcu 1986 roku wyleciałem Iłem z Warszawy do Zurychu, a stamtąd Boeingiem 747 do Stanów, gdzie od następnego dnia po wylądowaniu na lotnisku Kennedyego w Nowym Jorku poszedłem do roboty w stolarni. Miałem też kilka epizodów w innych zawodach, o czym wspominam w nocie biograficznej w "Facecie z nocy". Wróciłem do kraju w grudniu 88, z pokaźną gotówką, biorąc pod uwagę tamte relacje złotego do dolara. W 89 rzuciłem się w biznes, wyjechałem do Hamburga, to był czas robienia szybkich pieniędzy w Polsce. Streszczając tamten okres do jednego zdania, powiem, że w ciągu kilku miesięcy zarobiłem tyle, ile w czasie całego pobytu w Stanach. Potem było własne przedsiębiorstwo, wylosowanie zielonej karty, wyjazdy do USA całą rodziną, aby tej karty nie stracić. W Polsce, w tamtym okresie, sytuacja gospodarcza była niestabilna, duże wahania kursu złotego, setki i tysiące jednoosobowych firm robiących ogromne przekręty dzięki ustawie Balcerowicza, która zwalniała osoby fizyczne prowadzące po raz pierwszy działalność gospodarczą z płacenia podatku dochodowego na dwa lata, co stworzyło tym biznes-aferzystom idealne warunki do kiwania fiskusa w żywe oczy, w końcu miałem już dość walki w pojedynkę z chorą polską gospodarką, zamknąłem spółkę i w połowie lat dziewięćdziesiątych wyjechaliśmy do USA na stałe. Syn, Marcin, który w tym czasie ukończył studia w USA, osiedlił się w Cambridge, w stanie Massachusetts, więc ruszyliśmy do niego. Ostatecznie zakotwiczyliśmy w Bostonie, w atrakcyjnej dzielnicy South End, ja załapałem się w dziale księgowym pewnej szacownej, bostońskiej firmy inżynierskiej, moja żona, polonistka z wykształcenia, dostała pracę w Szkole Języka Polskiego w Dorchester, gdzie została zastępcą dyrektora.

Dlaczego właściwie przerwał Pan pisanie?

To jest dobre pytanie, ale nie wiem, czy dam Panu na nie dobrą odpowiedź. Najważniejszym i przyziemnym powodem był brak czasu: w Stanach i w Polsce, szczególnie podczas mojego pierwszego wyjazdu do USA, i w kraju, w początkowych latach dziewięćdziesiątych, gdy zajmowałem się biznesem. Niekiedy nad tym ubolewałem, czyniłem nieudane próby powrotu do czystej kartki i długopisu, do białego ekranu otwartego WORDA w komputerze, notowałem różne pomysły, których później jednak najczęściej nie rozwijałem.
Wszystko zmieniło się, gdy całą rodziną znaleźliśmy się po drugiej stronie globu. Miałem wtedy trochę więcej czasu, nawet w biurze firmy, gdzie byłem zatrudniony, udawało mi się niekiedy urwać godzinę, dwie i przeznaczyć na pisanie. Doping do zdecydowanego powrotu "do pióra" przyszedł także ze strony syna – Marcina, który w 2003 roku z kolegą – Darkiem Barcikowskim założył w Bostonie dwutygodnik polsko-amerykański "White Eagle" – Biały Orzeł. Czasopismo to istnieje do dzisiaj, utrzymuje się z reklam, rozprowadzane jest bezpłatnie w kilkunastu stanach w USA, ma już ugruntowaną pozycję wśród Polonii amerykańskiej, a jego łamy zawsze stały dla mnie otworem i stoją dla każdego, kto chciałby w nim zobaczyć swoje teksty, także literackie. Zacząłem publikować w "Białym Orle" felietony, opowiadania, artykuły na tematy polonijne, wywiady ze znanymi ludźmi przybywającymi z kraju do USA. Pisałem m. in. o Stanisławie Barańczaku, mieszkającym w Cambridge, przeprowadziłem wywiady z Adamem Zagajewskim i Andrzejem Olechowskim, którzy przyjechali na Boston University z wykładami, a także z nieżyjącą już Krystyną Bochenek – wicemarszałkiem Senatu, reprezentującą Polskę na X Zjeździe Nauczycieli Polonijnych i Komitetów Rodzicielskich, który odbył się w Bostonie w czerwcu 2008 roku.

Po takiej przerwie można chyba mówić o ponownym debiucie. Inni czytelnicy, inny rynek wydawniczy i inny kontekst medialny... Czy tak właśnie traktuje Pan książkę „Facet z nocy"?

Do pewnego stopnia tylko. Wciąż jeszcze żyją czytelnicy moich dwóch pierwszych zbiorów opowiadań, przynajmniej w Rzeszowie, i od lat dopytywali się, kiedy ukaże się następna książka. Dla nich więc jest to kontynuacja, ale tylko dla nich. Ma Pan rację, że w Polsce mamy do czynienia z innym rynkiem wydawniczym, z innymi czytelnikami. Jak Pan wie, "Faceta z nocy" wydałem za własne pieniądze i w tej chwili jestem autorem, wydawcą, agentem reklamowym, dostawcą książki do księgarń, do hurtowni książek, do bibliotek. Znowu nie mam czasu na pisanie, po ukazaniu się "Faceta" ponownie stałem się biznesmanem. Widocznie już tak musi być w moim przypadku, pisanie przeplata się z biznesem, jak seks z miłością między dwojgiem ludzi, nie mówię między kobietą i mężczyzną, bo – jak Pan sam zauważył – żyjemy w innych czasach. Czy lepszych? Odpowiedź na to pytanie pozostawiam czytelnikom, którzy oddadzą się lekturze tekstu "Ekskluzywne życie w South End".

Dlaczego wydał Pan książkę własnym sumptem? Przecież w Polsce jest ponad dwa tysiące wydawnictw. Czy tę decyzję można traktować jako radę dla młodych pisarzy od bardziej doświadczonego kolegi: „sami wydajcie sobie książkę!"

Mówi Pan, że jest w Polsce ponad dwa tysiące wydawnictw, ale założę się, że większość z nich oferuje usługi wydawnicze na zlecenie. Każda duża oficyna ma to na swoich stronach internetowych. Proszę pokazać mi wydawnictwo, które wydaje zbiory wierszy młodych poetów na własny rachunek. Nie ma takich wydawnictw. Niektóre wręcz piszą, że nie przyjmują poezji do oceny. Nie namawiam nikogo do wydawania książek za własną kasę. Niewielu zresztą na to stać. Ja już nie chciałem dłużej czekać na moją nową książkę. Po odrzuceniu maszynopisu przez wydawnictwo w Rzeszowie postanowiłem zaryzykować i sięgnąłem do "skarpety". Jaki będzie tego efekt, zobaczymy...

Był Pan przez wiele lat w Stanach Zjednoczonych. Proszę powiedzieć, jaki jest portret dzisiejszego emigranta? To był kiedyś temat bardzo ważny w polskiej literaturze. Czy dzisiaj można jeszcze mówić o patriotycznej tęsknocie za ojczyzną wśród polskiej emigracji, czy w zglobalizowanym, konsumpcyjnym świecie jest jeszcze miejsce na te emocje?

Polacy, którzy wyjechali z kraju jako już ludzie dorośli lub nawet dzieci chodzące przed wyjazdem do szkoły, zawsze i wszędzie pozostaną Polakami. Ich dzieci, urodzone z dala od Polski, już niekoniecznie. Ale to też nie jest regułą. Świat, chociaż zglobalizowany, dzięki znakomitej komunikacji lotniczej, Internetowi i globalnym mediom jest na wyciągnięcie ręki z każdego miejsca na ziemi, i nawet nie mieszkając w Polsce, możemy oglądać codziennie wiadomości z Polski, czytać polskie gazety, przez portale społecznościowe uczestniczyć w życiu nawet małych miejscowości w Polsce, które opuściliśmy ileś lat temu. Współczesny polski emigrant w Stanach najczęściej mieszka w bliskiej odległości od innych Polaków, robi zakupy w sklepie polskim oferującym polskie produkty z kraju lub wyprodukowane przez polskie biznesy w USA, według polskich przepisów kulinarnych, chodzi do polskiego kościoła, do polskiego klubu, polskiego baru, posyła dzieci do sobotniej szkoły języka polskiego, sięga po bezpłatne polskie gazety, jak chociażby po "Białego Orła" w Bostonie. W ostatnich latach, po wejściu Polski do Unii Europejskiej, wśród Polonii amerykańskiej zapanowała wręcz moda na staranie się o polskie paszporty dla dzieci urodzonych w Stanach.

Czy utrzymywał Pan kontakty z innymi polskimi pisarzami przebywającymi na emigracji? Jak w latach 1990 – 2010 wyglądało w Bostonie środowisko literackie?

Polskie środowisko literackie w Bostonie w tamtym okresie było bardzo skromne. Właściwie poznałem tylko trzy osoby mające za sobą debiuty książkowe. Johna Textora, amerykańskiego pisarza polskiego pochodzenia, autora powieści "Phoenix The Fateful Journey" (Sanderling Press, 2006), opowiadającej o pożarze na parowcu z emigrantami z Holandii na pokładzie, który zatonął na Jeziorze Michigan w 1847 roku. John już nie żyje, zmarł tragicznie w 2009 roku w Sheboygan, w stanie Wisconsin. Spotykałem się także z Alicją Liwerską-Paluch, autorką opowieści "Amerykańskie marzenie" (Radwan, 2010). Alicja opisuje w niej rodzinę emigrantów z Polski, którzy przez Niemcy dostają się do Los Angeles w Kalifornii, a następnie przejeżdżają Stany samochodami z całym dobytkiem, aby ostatecznie osiąść w Bostonie, gdzie się poznaliśmy i zaprzyjaźniliśmy. Aktualnie Alicja z mężem Mieczysławem mieszkają w Paryżu. Z obu książek napisałem recenzje, zamieszczone w "Białym Orle". W Bostonie zetknąłem się także (niestety, tylko przelotnie, na spotkaniu towarzyskim, krótko przed powrotem do Polski) z Wilhelmem Dichterem, polskim pisarzem pochodzenia żydowskiego, autorem trzech powieści, m. in. powieści "Koń Pana Boga" (Znak, 1996), nominowanej w 1997 r. do nagrody Nike. W listopadzie 2006 roku jako dziennikarz z "Białego Orła" uczestniczyłem na Uniwersytecie Harvarda w Cambridge w uroczystości nadania ciężko już choremu Stanisławowi Barańczakowi tytułu doktora honoris causa Uniwersytetu Jagiellońskiego w Krakowie. Podczas uroczystości znakomity polski poeta został także odznaczony Krzyżem Komandorskim Orderu Odrodzenia Polski, nadanym mu przez prezydenta Lecha Kaczyńskiego. Tylko z Alicją Liwerską-Paluch prowadziliśmy często długie rozmowy, także o naszych tekstach, które w tym czasie pisaliśmy. O tym, co w środowisku literatów "piszczy", o nowych książkach ukazujących się w Polsce, w Rzeszowie, co jakiś czas przez telefon wymieniałem opinie z kolegami literatami z kraju.

Oddychał Pan amerykańskim powietrzem i wąchał tamtejsze parki w centrach wielkich miast. Światem przedstawionym części opowiadań ze zbioru „Facet z nocy" jest Boston. Wielu nienawidzi Ameryki i równie wielu jest nią zafascynowanych. Co Pan sądzi o tym kraju i jego mieszkańcach?

Nie ma piękniejszych i bardziej przyjaznych człowiekowi parków w żadnym innym miejscu na świecie. W Ameryce parki są dla ludzi, ludzie przychodzą do parku, rozkładają koce czy leżaki na trawie, grają w piłkę, niekoniecznie nożną, bo to przecież centrum baseballu i footballu, nie ma napisów zabraniających wchodzić na trawę, o czym zresztą piszę w książce. A Amerykanie? Jacy oni są? Są otwarci na innych ludzi, niezależnie od rasy, koloru skóry, wiary, poglądów politycznych. O tych sprawach nie rozmawia się w biurze, w pracy. Nikogo nie interesuje, czy Bolec chodzi do kościoła czy do synagogi, czy głosuje na republikanów czy demokratów. W pracy liczy się wiedza, kompetencje, zaangażowanie w to, co się robi, przydatność firmie. Tak przynajmniej było tam, gdzie pracowałem. Patrząc na Stany jako na państwo, trzeba powiedzieć, że tym krajem rządzą wielkie korporacje i wąskie kręgi elit politycznych, powiązanych ściśle z biznesem. W polityce zagranicznej Ameryka kieruje się jedną zasadą, niezależnie kto jest u władzy w Białym Domu. Ta zasada to bezwzględna dominacja na arenie międzynarodowej, nieważne przy użyciu jakich środków. Liczy się cel postawiony przez administrację, a cel uświęca środki. Przeciętny Amerykanin zwykle nie zdaje sobie z tego sprawy i nie interesuje się w takim stopniu polityką zagraniczną swego kraju, jak czynią to Europejczycy.

Debiutował Pan w 1983 roku zbiorem opowiadań o mieszkańcach swojego rodzinnego miasta – Rzeszowa. W najnowszym zbiorze powraca Pan do tego miejsca i ludzi. Czy wiele zmieniło się od tamtego czasu?

To jest teraz całkiem inne miasto. "Nic już nie jest podobne do niczego" – jak piszę w opowiadaniu o tym właśnie tytule. Zmieniło się wszystko, przede wszystkim wygląd miasta, które jest zewnętrznie piękniejsze, bogatsze, większe. Skarłowaciał tylko Wisłok, rzeka, którą czuję, jakby krążyła w moich żyłach zamiast krwi. I to krążenie jest coraz słabsze, dno zarastają wodorosty i glony, które dławią nurt rzeki, jak zbyt duży kawałek chleba źle połknięty dławi, a nawet może unicestwić człowieka, spieszącego się przy śniadaniu. Zmienili się też ludzie, ale ci akurat najmniej. Pozostały w nich te same kompleksy, ta sama bezinteresowna zawiść, to samo przekonanie o innych, obcych – gorszych pod każdym względem. Odeszli także najbardziej oryginalni ludzie tego miasta, nie prezydenci, radni, dyrektorzy banków czy firm z kapitałem zagranicznym. Odeszli ci, których można było spotkać na ulicy 3 Maja, na Kościuszki w "Murzynku", na Rynku, na Baldachówce, pogadać, pójść na piwo, przypomnieć sobie wspólnie spędzony czas w "Kosmosie", "Relaksie", w wakacje na "kamyczkach" - dzikiej plaży nad Wisłokiem, która odsłaniała się latem przy niskim stanie wody, wspólne wygłupy, wspólne "dupy", przepraszam, jeżeli kogoś obraziłem. Odeszły także przyjaźnie, jeszcze wczoraj, tydzień temu, przed miesiącem były, trwały, wydawały się wieczne, niezniszczalne, i nagle, po jednym telefonie, krótkim mailu okazywały się puste, ulotne, bez znaczenia, jak seks w motelu z kobietą spotkaną w barze.

W jednym z opowiadań z 2010 roku, napisał Pan – nieco parafrazując – „jestem Rzeszowianinem, jestem jednym z was". Co to właściwie miało znaczyć? Przecież kiedy pisał Pan te słowa, nie był Pan w Rzeszowie od ponad dwudziestu lat.

Tekst, o którym Pan mówi, powstał już po moim powrocie ze Stanów, w grudniu 2010 roku. Ponadto, mieszkając w Bostonie, prawie co roku przyjeżdżałem do Rzeszowa na dwa, trzy tygodnie. Pisząc, że jestem "niedorobionym" Rzeszowianinem, jednym z nich, jednym z nas, chciałem podkreślić, że chociaż mam za złe mieszkańcom Rzeszowa posiadającym szczekające czworonogi, że nie sprzątają tego, co ich urocze piesy i biesy pozostawiają na chodnikach i trawnikach, to równocześnie także nie jestem pozbawiony jakichś innych ułomności, które lokują mnie dokładnie w samym środku tego towarzystwa. Jeden z nich, jeden z nas!

Jak ocenia Pan dzisiejsze czasy? Czy teraźniejszość Pana rozczarowuje?

Trudno po tym pytaniu być oryginalnym. Nie znoszę polityki i polityków, jak prawie każdy. Z drugiej strony wiem, że nie można się bez nich obejść, jak nie można się obejść bez lekarza i grabarza. Rozczarowują mnie zasady, a konkretnie ich brak, w każdej grupie społecznej. Nie mają i nie przestrzegają zasad politycy, to wszyscy wiemy, prokuratorzy, to też jasne jak słońce po aferze Amber Gold, lekarze, sędziowie, biznesmani, robotnicy, księża – tę wyliczankę można by ciągnąć w nieskończoność. Nikt nie przestrzega zasad, a wszyscy czują się świetnie, są w rewelacyjnej formie, wystarczy zaglądnąć rano do polskich kanałów telewizyjnych, w których młodzi, świetnie wyglądający celebryci wdzięczą się do telewidzów, jak kurwy w agencji towarzyskiej do kasiastych klientów. Kompletny upadek dobrych obyczajów. A niektórzy, tacy jak ja, jeszcze o tym piszą i mówią, jakby wszyscy byli temu winni, tylko nie oni. Zabawna sytuacja, czysty paradoks!

W Pana prozie opowiadanie łączy się z reportażem i fantastyką, dystans z mityzacją, surrealizm z ironią. Nie ma przy tym karkołomnych zdań i ciężkostrawnych opisów. Całość jest spójna i dobrze wyważona niczym treściwe ale lekkostrawne danie. Czy zależało Panu na takim właśnie efekcie?

Zawsze, gdy piszę, myślę o potencjalnym czytelniku, zastanawiam się, czy to, co zamierzam przenieść na papier, na ekran laptopa, zainteresowałoby mnie, gdybym znalazł się na jego miejscu. Czytelnik nie złapany po pierwszym akapicie, zwykle traci zainteresowanie i odkłada książkę, lub zaczyna czytać inny artykuł w gazecie. Zaczynałem jako dziennikarz-reporter, w magazynie młodzieżowym "Prometej", ale nie zagrzałem w nim długo miejsca, lata siedemdziesiąte to były trudne czasy dla osób piszących, wszechobecna cenzura, ograniczenia tematyczne, a nawet językowo-stylistyczne. A ja od początku chciałem pisać tylko o sprawach i ludziach, które i którzy interesowali mnie, a nie redakcyjnych decydentów, namaszczonych przez biurokratyczno-partyjną górę. Szybko więc pożegnałem się bez żalu z etatem i zostałem tak zwanym wolnym strzelcem.
Pisze się (także tworząc opowiadania, a nawet wiersze) nie tylko po to, aby rozwiązać jakiś problem, ale też, aby wzruszyć, wywołać wrażenie, zawrócić w głowie, zatrzymać oddech, a nawet spowodować erekcję i orgazm.

Czy na tym właśnie polega „magia słów", o jakiej pisze Pan w jednym z tekstów na swoim blogu?

Myślę, że na tym, ale nie tylko na tym. Tyle definicji, ilu autorów, malarzy, aktorów, oratorów i artychów wszelkiej maści. Pan też zapewne ma swoją definicję "magii słów".

Czy jest Pan zadowolony z pierwszych recenzji, opinii, komentarzy „Faceta z nocy"? Krótko mówiąc, czy udało się Panu czytelnika „złapać na haczyk"?

Tego jeszcze nie wiem. Ukazała się dopiero jedna recenzja, w "Tygodniku Nadwiślańskim". Była krótka, nie do końca merytoryczna, raczej informująca o pojawieniu się książki w księgarniach, a nie analizująca poszczególne teksty. Recenzent nie zadał sobie trudu, aby zastanowić, co tak naprawdę kierowało autorem "Faceta z nocy", gdy pisał swoje opowieści z realnego Bostonu, z nie istniejącej na mapach (ale może egzystującej w rzeczywistości ) Republiki i z miasta Rze, położonego gdzieś w Europe środkowo-wschodniej nad rzeką Wisłok. Opinie czytelników, jest ich na razie niewiele (książka dopiero drugi tydzień leży na półkach w księgarniach), ale odezwali się już tacy, są pozytywne, niektóre z nich nawet za bardzo pozytywne. Liczę na to, że wkrótce ukażą się recenzje w tygodnikach opinii, na portalach internetowych, jeden z nich Pan reprezentuje, w radiu i telewizji, i wtedy zobaczymy, czy książka i autor obronią się. Jestem umiarkowanie dobrej myśli.

Na jednym ze spotkań porównał Pan pisanie do komponowania muzyki. Może Pan rozwinąć tą myśl?

Pisarz, w procesie twórczym, postępuje jak kompozytor, który komponując muzykę, dobiera odpowiednie instrumenty do jej wykonania. Podobnie zachowuje się autor. Muzyką u niego jest konkretny rodzaj narracji, jaki wybiera do danego fragmentu utworu, a instrumentami są język i styl, którymi posłuży się, aby jego utwór zabrzmiał niepowtarzalnymi dźwiękami w umyśle i sercu czytelnika.

Od strony formalnej komponowanie muzyki ma ścisły charakter. Niektórzy traktują ją niemalże jak matematykę. Jak wygląda Pana praca twórcza? Pisze Pan szybko i spontanicznie czy raczej wolno i metodycznie, komponując zdania?

Jestem galernikiem pióra. W nieskończoność poprawiam teksty, nawet te już opublikowane. Może dlatego piszę tak niewiele. Zdarzają się jednak takie chwile, że nagle dopada mnie jakaś myśl, jakiś pomysł, jakieś rozwiązanie rozpoczętej fabuły i wtedy zapełniam kartki lub strony w komputerze jak "napalony". Potem zostaje z tego niewiele, zwykle tylko sama myśl. Muzyka i instrumenty do niej się zmieniają. Wtedy odbywa się ten właściwy proces komponowania. Rzeczywiście, ma to coś wspólnego z matematyką.

Jakie ma Pan plany na przyszłość?

Wkrótce wracam do ostatniego tekstu w "Facecie z nocy" – do "Zabaw w wojnę". W książce ukazał się tylko fragment tego opowiadania, które powinno urosnąć do co najmniej sporej noweli. Pewnie główny bohater zagra w niej w cymbergaja z Markizem, także postacią z tego tekstu, i może nawet go pokona. Ale rozstrzygnięcia meczu na korzyść faceta z nocy na razie nie jestem taki pewny. Muszę chyba najpierw wysłać go na jakiś obóz kondycyjny, jeżeli ma myśleć o dołożeniu Markizowi, kiedyś niezwyciężonemu na Baldachówce. Zobaczymy, co wyjdzie z tych planów.

A Pan grywa jeszcze w cymbergaja?

Nie, nie grałem od wieków, jak od wieków nie walczyłem w "Zośkę", w palanta, nie strzelałem z klucza i puszki na

Święta Wielkanocne, nie chodziłem "po szczodrakach" na Boże Narodzenie, ale to jest dobry pomysł, żeby kiedyś zagrać.

Dziękuję bardzo za rozmowę.

Wywiad pzeprowadził Łukasz Musielak

Współpracujemy z: