Konrad Rogiński

Informacje Personalne:

Biografia:

Konrad Rogiński (ur. 1977) jest multiinstrumentalistą, kompozytorem, nauczycielem i wykładowcą. Współtworzy Orkiestrę Rivendell, jest dyrektorem Artystycznym Lubińskiej Orkiestry Kameralnej YanTa przy C.K. "Muza", założycielem projektu YanTa, twórcą muzyki filmowej, teatralnej, parateatralnej, etnicznej, etno – jazzowej. Konstruuje i rekonstruuje instrumenty muzyczne. Od dziecka pomaga niewidomemu ojcu stroić i naprawiać pianina i fortepiany. Współpracował m.in. z Januszem Józefowiczem, teatrem Klinika Lalek, Teatrem Dramatycznym im. C.K. Norwida w Jeleniej Górze, Teatrem Avatar, Teatrem Impart, z zespołem Marcina Steczkowskiego The Transgress, Kapelą ze wsi Warszawa, Varius Manx, Moskwa i Vavamuffin. Od 11 lat tworzy muzykę dla Teatru Ruchu Ocelot (Polskie Radio we Wrocławiu), m.in. na chór i orkiestrę. Nagrał płytę RIVENDELL, Ocelot The Spirit of Artistic, 2002. Na przełomie 2007/08 r. wraz z Operą Śląską oraz Chórem Filharmonii Śląskiej brał udział w tworzeniu koncertu prawie dwustuosobowego składu symfonicznego z muzyką Howarda Shore z filmu Władca Pierścieni. Z projektem występował w największych salach koncertowych Europy. Otrzymał Grand Prix Festiwalu „Muzyczne Interpretacje Chopina" 2010 w kategorii indywidualnej. Współtworzył projekt Dhoad – Rivendell z Hindusami z Radżasthanu (ukazała się płyta z koncertu zrealizowanego w studiu Polskiego Radia w Warszawie, 2010). Służył radą instrumentalisty w teleturnieju „Awantura o Kasę" z Krzysztofem Ibiszem. We wrocławskim ATM występował jako muzyczny gość w większości reality show; na vipowskim meczu K1 na scenę wyprowadzał Przemysława Saletę i bębnami zagrzewał do walki. W roku 2010 i 2011 wraz z bratem Kamilem realizował w TVP Kultura autorski program „Instrumentarium", serię filmów dokumentalnych TVP Ginące Zawody, film dokumentalny Tajemnice Układu Warszawskiego, tworzył także muzykę do filmów niezależnych. W 2011 roku brał udział przy realizacji płyty Katarzyny Groniec Pin - up Princess. Z Radiową Filharmonią New Art (Łódź 2011) nagrał Opowieść Echnatona. Współrealizował projekt Macieja Szajkowskiego R.U.T.A. nagrodzony w 2012 Paszportem Polityki.

Wywiad:

Jesteś muzykiem realizującym jednocześnie wiele różnych projektów. Nie wiem od czego zacząć więc zacznę od początku. Jak rozpoczęła się twoja przygoda z muzyką etniczną, skąd fascynacja tradycyjną muzyką odległych zakątków ludzkiej kultury?

Na początku lat 90-tych grałem głównie muzykę metalową, otarłem się też o punka. Moja pierwsza grupa była właśnie punkowa. Pierwszym instrumentem była perkusja zakupiona w dużej części za odszkodowanie, które dostałem za złamaną nogę. Próby odbywały się w mojej piwnicy na siermiężnym sprzęcie. Później był zespół metalowy, który założyliśmy z Mikołajem Rybackim (znany z Percival Schuttenbach), a po jakimś czasie zespół Denethor. Zaczęło się już troszkę poważniejsze granie, jakieś wygrane konkursy i festiwale, zagraliśmy nawet w konkursie w Jarocinie. W 1993 roku Mikołaj Rybacki z moim bratem mieli akompaniować dwóm licealistkom na konkursie piosenki angielskiej dla szkół średnich. W związku z fascynacją serialem Robin Hood i muzyką formacji Clannad poszło to w stronę folku irlandzkiego. Ja dołączyłem jako perkusjonalista a zespół otrzymał nazwę „Rivendell" wziętą z trylogii Tolkiena Władca Pierścieni. Wtedy inaczej postrzegaliśmy mijający czas i wydarzenia, miesiące mijały dłużej, niż teraz lata. Pamiętam jak w prima aprilis wymyśliliśmy żart dziewczynom i powiedzieliśmy, że dostaliśmy propozycję zagrania koncertu z Kwartetem Jorgi, Open Folk i Sierrą Mantą, dziewczyny skakały ze szczęścia! Takie mieliśmy wówczas marzenia. Ja, szczerze mówiąc, nie angażowałem się w folk, wydawało mi się to śmieszne i mało poważne. Metal wyzwalał we mnie poczucie siły i męskości w przeciwieństwie do folku, oczywiście poza Clannad, który mnie równie fascynaował jak Player, Death czy choćby ówczesna Metallica. Jednak z czasem okazało się, że chodzi o muzykę a nie o szufladkę. Zauważyłem po czasie, że w muzyce metalowej najbardziej fascynowały mnie różnego rodzaju intra (często nawet klasyczne), które przechodziły w pełen krzyku i agresji ciężki, szybki utwór. Dzisiaj wiem, że miało to ogromny wpływ na tworzenie muzyki obrazowej, na określanie muzyką emocji.

Dysponujesz imponującą ilością różnych egzotycznych instrumentów. Wiem, że trudno byłoby ci teraz ogarnąć myślą wszystkie naraz i wymienić podczas naszej rozmowy. Ale przyznaj się, z którymi sypiasz najczęściej?

To prawda, mam ich trochę i nie są to tylko instrumenty egzotyczne. W dzisiejszych czasach nieodłącznym instrumentem jest również komputer i sposoby rejestracji muzyki. Oczywiście są instrumenty z pierwszego rzędu. Congi, które mam już na pewno ponad 15 lat, bardzo dobre instrumenty wykonane z wiatrołomu platana (klonowaty) przez Wiktora Golca, według mnie jednego z najlepszych rzemieślników w tej dziedzinie. Saksofon sopranowy Selmer mark VI – moja perełka i jedno z ulubionych brzmień. Różnego rodzaju flety: neye, kavale bułgarskie, tureckie, dizi, bansuri, queny, shakuhachi i inne. Oczywiście sitar, na którym wraz z kavalami udało mi się wygrać Festiwal Interpretacji Chopina w 2010. Od kilku lat jestem mocno związany z klarnetem basowym i zauroczony cajonem. To taki powiedzmy set podstawowy. Na tym zakończę, bo zaraza zacząłbym wymieniać całą resztę.

Z pewnością z wieloma z tych instrumentów wiążą się ciekawe konteksty..

Nie sposób opowiedzieć historię każdego instrumentu a każdy swoją ma. Mam instrumenty przywiezione przez przyjaciół z podróży, sam tez przywiozłem ich sporo. Teraz jest Internet, przy znajomości tematu można sprowadzić niemal każdy instrument. Ja miałem fajną drogę z sitar. Kupiłem go bez strun, mostek był osobno, itd., szybko jednak doprowadziłem go do wstępnego stanu użytkowego. Okazało się, że jest nastrojony prawie jak system Raviego Shankara. Po kilku latach przy współpracy z Hindusami w projekcie Dhoad-Rivendell, Amrit (znakomity tablista) zapytał mnie kto był moim nauczycielem. Był to dla mnie wielki komplement. Wszystkiego nauczyłem się sam. Przygodę z sitar zacząłem od instrumentu dla studentów, a po wygranej „Chopina" za nagrodę kupiłem profesjonalny model z kwiatami lotosu i dodatkowym rezonatorem. Z tego, co wiem tak jest właśnie w Indiach, najpierw musisz przejść szkołę na instrumencie uczniowskim, a dopiero później możesz grać na profesjonalnym.

Czy multiinstrumentalizm nie przyprawia cię o chroniczny problem tożsamości? Nie miewasz wyrzutów sumienia, kiedy odstawiasz swój ulubiony saksofon bo właśnie przywiozłeś z Chin nowy flet?

Trochę tak jest, tylko inaczej to się objawia. Raczej nie zostawiam innych instrumentów na dłużej, bywa że zastępuję jakiś wyższym modelem a to już tak nie boli. Kiedy słyszę jakiegoś wybitnego monoinstrumentalistę, często mam wrażenie, że nie umiem grać i muszę poćwiczyć to czy tamto. Za chwilę słyszę innego muzyka i myślę tak samo o innym instrumencie. Nie da się grać wirtuozowsko na wszystkich instrumentach ale można podwyższać swój poziom. Mam do tego dużo pokory, nie „ścigam się" z dobrymi instrumentalistami, tylko obserwuję i z nimi współpracuję. Kiedyś miałem czas zwątpienia w możliwość grania na wielu instrumentach. Myślałem, że jak większość multiinstrumentalistów albo nie będę na żadnym instrumencie umiał grać albo będę na każdym z nich grał powiedzmy jedną dwie melodie. To było z piętnaście lat temu, nic jeszcze nie wiedziałem o wielu z instrumentów, na których gram obecnie. Po pewnym czasie zaczęło się to zmieniać, głównie dzięki graniu wielu koncertów i spektakli na żywo, co zmusza do ćwiczeń i najbardziej chyba rozwija.

Jesteś znany w środowisku muzycznym przede wszystkim z grupy Rivendell. Czy możesz powiedzieć krótko o koncepcji tej działającej już wiele lat formacji?

Trochę już o tym na początku naszej rozmowy wspomniałem. Od 1995 podjęliśmy bardziej profesjonalne działania. Zmieniliśmy nieco skład, zaczęliśmy zintensyfikowane próby, zaczęliśmy komponować w języku polskim i odnieśliśmy się do literatury Tolkiena. Zaczęliśmy wygrywać coraz poważniejsze konkursy. Po 1997 rozeszły się drogi rodzeństwa Rybackich i Rogińskich (grała z nami jeszcze Kornelia siostra Mikołaja). Z bratem Kamilem postanowiliśmy kontynuować działalność w ramach koncepcji zespołu jako orkiestry, która pozwala na modyfikowanie składu i granie różnych projektów. Zaczęliśmy wówczas mocno kombinować. Odbiegaliśmy stopniowo od grania folkowej muzyki irlandzkiej w stronę muzyki andyjskiej. Łączenie tych kultur dawało nowy klimat. Wtedy zacząłem zauważać, że muzyki jest na świecie nieskończona ilość. Zaczęliśmy też mocno przyglądać się źródłowej muzyce polskiej, głównie dzięki znajomości z braćmi Rychłymi z Kwartetu Jorgi i fascynacji ich interpretacjami muzycznymi. Dla mnie to był największy przełom. Powoli odszedłem od mało „kręcącego" mnie folku w oszałamiające etno. Niedługo po tym przyszły afrykańskie bębny, aborygeńskie didgeridou, bałkany, itd. Następnym etapem były próby grania muzyki obrazowej. Chcieliśmy grać do spektakli używając różnych kolorów muzycznych. Jednym z pierwszych tego typu przedsięwzięć było zobrazowanie inscenizacji historycznej podczas mistrzostw świata w płukaniu złota w Złotoryji. Mniej więcej w tym czasie poznaliśmy Wiktora Wiktorczyka i powoli zaczęła się współpraca Orkiestry Rivendell z teatrem Klinika Lalek. To był kolejny przełom. Wiktor wyzwalał w nas kompozytorów. Pod koniec poprzedniego tysiąclecia dostałem pierwszą na prawdę poważną propozycję. Wiktor Golc zaprosił mnie do współpracy przy scenie bębnowej w musicalu Piotruś Pan w teatrze ROMA w Warszawie. Dla mnie była to onieśmielająca propozycja. Muzykę do całego spektaklu napisał Janusz Stokłosa, reżyserował Janusz Józefowicz, libretto napisał nieżyjący obecne Jeremi Przybora, a występowali m.in. Wiktor Zborowski czy Edyta Geppert. Jak się okazało, miałem pomóc wybrać skład do tego projektu. Zaprosiłem więc mojego brata i Marka Szeszko, który wtedy grał w Orkiestrze Rivendell. Mieszkaliśmy kilka miesięcy w Warszawie, poczułem wtedy, że coś się ruszyło.

Jak układa się twoja współpraca z bratem Kamilem, który jest także muzykiem oscylującym w podobnych przestrzeniach muzycznych. Razem prowadzicie Rivendell i razem bierzecie udział w innych projektach. Mam wrażenie, że Kamil jest w mediach faworyzowany a ty pojawiasz się w jego cieniu. Czy czujesz się względem niego niedowartościowany? Czy jest między wami jakiś rodzaj rywalizacji?

Współpracowałem z bratem prawie dwadzieścia lat. Teraz w mniejszym stopniu ale współpracujemy nadal. Jeżeli chodzi o faworyzowanie, to nie wiem. Jeżeli jest jak mówisz, to myślę, że wynika to z dwóch przyczyn. Jedna jest podstawową – różnica temperamentu. Ja nie lubię rozgłosu i akcji medialnych, które mimowolnie towarzyszą działaniom artystycznym, oczywiście je toleruję i jak trzeba udzielam wywiadów. Kamil natomiast od dziecka miał parcie w tę stronę. To nie miało dla mnie znaczenia, bo w takich przedsięwzięciach trzeba dzielić obowiązki. Ja się zajmowałem logistyką, a kwestie muzycznie były podzielone po równo, zawsze mieliśmy równy udział w Orkiestrze Rivendell i jest tak nadal. Druga sprawa, to alfabet, imię Kamil jest pierwsze, niż Konrad [śmiech].

Czy w grupie Rivendell tętni jeszcze gorąca krew gotowa na nowe wyzwania? Mam wrażenie, że twoja energia twórcza skierowana jest teraz w inną stronę.

To prawda, po wielu latach w zasadzie niejako zawiesiliśmy działalność Orkiestry Rivendell. Nasza współpraca i jej różnorodność wynika z różnic między nami. Te różnice po wielu latach zaczynają budować rozbieżne drogi. Myślę, że to normalne, jesteśmy dużo starsi, mamy swoje osobne życia.

Ostatnio występujesz ze swoim nowym projektem YANTA...

YanTa to w jakiś sposób spełnienie moich muzycznych marzeń. Zaprosiłem do współpracy wybitnych muzyków, takich jak Michał Zaborski znakomity altowiolista, który oprócz tego, że potrafi z niesłychaną sprawnością grać jazz i etniczne klimaty na altówce, to jest etatowym muzykiem Symfonii Varsovii i członkiem Atom String Quartet. Leszek Kołodziejski, który wykłada na Akademii Muzycznej w Łodzi, jest tak sprawnym wirtuozem akordeonu, że tylko muzyka grana przez niego może to opisać. Natalia Rogińska, moja żona, znakomita skrzypaczka, o kryształowym dźwięku, Krzysztof Gumienny świetny młody gitarzysta i Kamil Pełka jeden z najciekawiej zapowiadających się basistów i kontrabasistów młodego pokolenia wrocławskiego środowiska jazzowego. Z YanTa gramy utwory macedońskie, bułgarskie, kompozycje Astora Piazzolli, 24 kaprys Paganiniego w bardzo nietypowej aranżacji, Chopina oraz kompozycje własne. Wszystko akustycznie, jedynie gitara i altówka bywają podkolorowane efektami. To bardzo ambitny projekt. Koncert Inauguracyjny, na który zaprosiliśmy wybitnych muzyków i dyrygenta Waldemara Sutryka zakończył się owacjami na stojąco i bisowaniem.

To nie jest twój pierwszy projekt eksplorujący granicę między muzyką klasyczną a muzyką etniczną. Z muzykami klasycznymi współpracujesz od dawna. Z Filharmonią Radiową New Art zrealizowałeś w zeszłym roku swój autorski projekt Opowieść Echnatona, który można było usłyszeć w Programie IV Polskiego Radia. Skąd u ciebie potrzeba łączenia tych odmiennych estetyk muzycznych?

Nie lubię szufladkowania muzyki. „YanTa" oznacza w języku Elfów wymyślonym przez Tolkiena „pomost". To pomost, który chcę budować pomiędzy różnymi rodzajami muzyki i kulturami muzycznych. Współpraca z Filharmonią New Art zaczęła się od pewnego wydarzenia. Po jednym z egzaminów na Akademii w Łodzi moja żona Natalia została zauważona przez Michała Drewnowskiego, znakomitego pianistę wykładającego tam kameralistykę. Zaproponował jej współpracę z Orkiestrą New Art. Tak nawiązała się współpraca. Obecnie Michał występuje z YanTa. Graliśmy wspólnie Opowieść Echnatona, utwory Chopina, Piazzolli i inne. Arkadiusz Dobrowolski dyrektor generalny New Art zaprasza mnie na Akademię Muzyczna w Łodzi, gdzie prowadzę zajęcia z improwizacji. W orkiestrze YanTa jest pierwszym wiolonczelistą. Nasza współpraca się rozwija.

Jak ci się pracuje z muzykami filharmonicznymi? Jesteś samoukiem, nie posiadasz gruntownego wykształcenia ani szkolnej ogłady. Zarazem sprawnie posługujesz się językiem formalnym, komponujesz na orkiestrę. Jaki jest ich stosunek do ciebie? Przychodzisz na próbę, rozdajesz partyturę, dajesz wskazówki, poprawiasz... Są w stanie ci zaufać? Nie denerwuje ich ta sytuacja?

Takie sytuacje zdarzają się głównie u niedoświadczonych, młodych muzyków i w każdej dziedzinie tak jest. Natomiast na tym poziomie jest wręcz przeciwnie, są pozytywnie zdumieni. Żeby wypracować sobie szacunek muszę dużo pracować, nie popełniać błędów w partyturach, grać tak, aby nie odstawać poziomem. Ten szacunek jest przeze mnie odwzajemniany. Jesteśmy też świadomi, że każdy ma w projekcie swoje miejsce. Ja nie zagram utworu klasycznego tak, jak oni, a oni nie zagrają go jak ja. Ważną rolę spełnia moja żona, która cały ten tryb edukacyjny przeszła. Uczymy się od siebie nawzajem. Poznałem ją przy produkcji trasy koncertowej z muzyką Howarda Shore do filmu Władca Pierścieni, z którą zjeździliśmy niemal całą Europę. Ja grałem jako solista na nietypowych dla orkiestry symfonicznej instrumentach, Natalia grała w orkiestrze na skrzypcach.

Czy Strawiński mógłby rękę podać hinduskiemu Maharadży? W jakim stopniu język muzyki jest uniwersalny, ponadkulturowy?

Dobre pytanie. Myślę, że język muzyki jest ponad podziałami, ponad granicami. Grałem już wielokrotnie z muzykami, z którymi nie było innej płaszczyzny porozumienia.

Ale przecież nasze rozumienie muzyki jest wynikiem oderwania jej od pozamuzycznych kontekstów, przede wszystkim od kontekstu religijnego. Dla muzyków z innych kultur, nawet w dzisiejszym usilnie globalizowanym świecie, to oderwanie nie jest tak oczywiste jak dla nas. Czy te dodatkowe treści nie są przeszkodą w ponadkulturowej komunikacji?

„Muzyka łagodzi obyczaje"... wszystko zależy od osoby muzyka. Kiedyś te dodatkowe konteksty, o jakich mówisz, były większym problemem. Jeszcze niedawno było tak, że Afrykanie niektórych rytmów nie wykonaliby bez rytuału a Hindus nie zagrałby ragi porannej wieczorem. Teraz jest tam nawet Bollywood [śmiech].

Chciałem ciebie zapytać o projekt R.U.T.A. Maćka Szajkowskiego. Brałeś w nim udział wraz z wieloma innymi artystami z kultowych projektów, takich jak Dezerter, Moskwa, Kapela ze Wsi Warszawa, Lao Che, Post Regiment. Jaka była twoja rola w tym projekcie?

Podczas organizacji koncertu Dhoad-Rivendell w sali koncertowej Polskiego Radia Maciek opowiedział nam o pomyśle i zaproponował współpracę. Gram na klarnecie basowym, saksofonie sopranowym i pile, na płycie także na dużym i ciężkim bębnie basowym, który sam wystrugałem kiedyś z drewna i obciągnąłem skórą bydlęcą.

To musiało być niesamowite spotkanie. Wspólne próby, realizacja płyty, koncerty...

R.U.T.A. to zespół bardzo fajnych ludzi. Wyjazdy z nimi są bardzo przyjemnymi spotkaniami w koleżeńskiej atmosferze. Guma z Moskwy na scenie robi na prawdę prawdziwy show, doświadczenie Robala z Dezertera jest imponujące i inspirujące. Spięty z Lao Che pojawił się tylko w studio. Nika z Post Regiment to świetny wokal i znakomita postać sceniczna. Trochę w składzie od początku się pozmieniało, ponieważ Maciek zaprosił do projektu muzyków mocno zajętych. W ogóle R.U.T.A. nie miała być projektem koncertowym, ale jeszcze przed nagraniami zaczęły spływać do niego propozycje koncertów. Jest to specyficzny projekt, bardzo prosta muzyka, proste punkowe rytmy niczym okrzyki do boju. Maciek od początku pilnował, żeby było „chamsko" i prosto a nawet czasem prostacko. Kapelmistrzem mianował mojego brata ale muzyka tworzona jest zespołowo, są tam np. kompozycje Joli Kossakowskiej (skrzypce), Rafała Osmolaka (saz), Maćko Korby (lira korbowa) czy Robala, który obecne jest też basistą. Na próbach wszyscy mieli wpływ na ostateczny aranż. Wkrótce wchodzimy do studia nagrywać płytę R.U.T.A. na USCHOD.

Czy duch buntu jest w tych ludziach nadal żywy? Czy „rewolucyjny" klimat unosił się na próbach? Rozmawialiście o obecnej sytuacji na świecie, o kryzysie, spiskach typu ACTA, niezadowoleniu społecznym?

Oczywiście, rozmawiamy ale najczęściej się dobrze bawimy lub pracujemy. Duch buntu jest w nas i Maciek miał niezłego czuja, żeby zebrać takich ludzi. Szczególnie aktywna jest Nika.

Pytam o to, ponieważ R.U.T.A. nie jest projektem czysto muzycznym czy etnograficznym ale przedsięwzięciem kontrkulturowym, zaangażowanym w niesprawiedliwość społeczną. Taka postawa nie zdarza się dzisiaj w muzyce często. Łukasz Rusinek w teledysku do utworu Z batogami! podkreślił ponadczasowy wymiar starych chłopskich pieśni buntu. Jaki jest właściwie cel tego projektu? Czy chcielibyście aby R.U.T.A. stała się przyczynkiem do aktywnego buntu dzisiaj?

Trzeba się buntować, ale trzeba to robić inteligentnie i tu pokłon dla Maćka, że daje przykład jak można to robić poważnie bez czołgów i karabinów.

Maciej Szajkowski otrzymał za projekt R.U.T.A. Paszport Polityki. Podczas odbierania nagrody nawiązał do sytuacji kultury w Polsce. W obecności premiera oskarżył rząd o hamowanie energii ludzi twórczych i ogólnie o przeciwdziałanie rozwojowi polskiej kultury. Kończąc swoją wypowiedź, powiedział: „Mam nadzieję, że nie będziemy musieli ruszyć z batogami by się temu sprzeciwić". Sala zareagowała gromkimi brawami. Czy ta wypowiedź odbiła się jakimś echem, czy komentowano tę sytuację?

Komentowano ale na to pytanie powinien odpowiedzieć sam Maciek.

Co w ogóle sądzisz o zaangażowaniu artysty w problemy społeczno-polityczne? Czy widzisz potrzebę związania muzyki z rzeczywistymi problemami naszego codziennego życia czy też wolałbyś widzieć ją jako przestrzeń niezależną, czystą, oderwaną?

Ja w R.U.T.A. uczestniczę jako muzyk. Nie interesuję się już polityką. Kilka lat temu pozbyłem się telewizora i radia. Od tamtej pory „poprawiło się w naszym kraju" [śmiech]. Mam takie podejście: jeśli chcesz, żeby w Polsce były lepsze drogi, to kup sobie samochód terenowy...

Co planujesz zrobić w przyszłości? Czy możesz zdradzić, jakie pomysły chodzą ci po głowie?

Jestem właśnie od półtora tygodnia w studio The Rolling Tape i nagrywam płytę w duecie z bardzo pomysłowym i nietypowym gitarzystą Michałem Zygmuntem. Produkcją płyty zajmuje się świetny perkusista i znakomity producent Roli Mosimann, który współpracował m.in. z Faith No More, czy Björk. Gościnnie zagrała na płycie Natalia na skrzypcach i altówce, Roli Mosimann na perkusji oraz Bond z zespołu Miloopa na basie. Płyta będzie bardzo specyficzna, ponieważ tematem jest przyroda nad Odrą. Prezes Fundacji Kraina Łęgów Odrzańskich Rafał Plezia poznał nas ze sobą kilka miesięcy temu. Spotykaliśmy się, skomponowaliśmy utwory a teraz je realizujemy. Od razu po sesji jadę do następnego studia nagrywać autorską muzykę z kwartetem smyczkowym i akordeonem do pewnego ciekawego wydarzenia, ale o tym jeszcze nie mogę mówić.

Dzięki za rozmowę. KR: Dziękuję również.

Wywiad przeprowadził Łukasz Musielak

Współpracujemy z: