Nie Każdy Jest Rain Manem

Nie każdy
jest Rain Manem

Anna Teluk-Lenkiewicz

 

FRAGMENT

Przedpremierowy rozdział

Cześć II zostanie wydana w ostatnim kwartale br.

 

Szpitalny holl, jak na tę porę dnia świecił pustkami, panowała cisza. Nawet w salach chorych, wyjątkowo nie było słychać rozmów. Anka wolno zmierzała w kierunku izolatki, zawsze bała się tej chwili. Przecież nikt nie chce stanąć twarzą w twarz ze śmiercią, jednocześnie świadomość uparcie powtarzała, że tak samo jak ona nie wyobraża sobie kolejnego uczestnictwa w tym bolesnym momencie, pewnie babcia broni się przed odejściem w samotności. Westchnęła ciężko i uchyliła drzwi sali. Ze strachem spojrzała na, jak jej się zdawało śpiącą staruszkę, poczuła ulgę, gdy zaciśnięte powieki otworzyły się, a uniesiona z trudem ręka pomachała jej na powitanie. - Cześć babcia - zawołała Anka z niekłamaną radością i zbliżyła się do krewnej, by jak zawsze ucałować jej czoło. - Cześć - wyszeptała seniorka, zmęczonym głosem. - Śniadanie już było? - zagadnęła Anka gładząc zmierzwione, prawie zupełnie białe włosy. - No, wszystko zjadłam - odrzekła babcia i rezolutnie potwierdziła skinieniem głowy. - To dobrze - Anka sięgnęła po stojące przy ścianie krzesło i przystawiła je blisko łóżka chorej. Babcia błądziła wzrokiem po ścianach, w pewnej chwili popatrzyła na Ankę ze smutkiem, a w niemal przezroczystych już oczach pojawiły się łzy, nie powiedziała jednak ani słowa, tylko pomarszczona dłoń uchwyciła białe, metalowe szczebelki szpitalnego łóżka i z olbrzymim skupieniem ściskała jeden po drugim. - Co się stało babciu? - Anka wstała z krzesła, kucnęła przy poręczy łóżka i uwolniła palce, trzymające kurczowo poprzeczki. Złapała dłoń babci w swoją, drugą ręką przejechała po pomarszczonej skórze na grzbiecie dłoni. - Boli?
- Nic mnie nie boli - odpowiedziała.
Hałas rozległ się po całym korytarzu, brzęk talerzy uświadomił Ance, że właśnie roznoszoną śniadanie. Babcia nie mogła więc zjeść go wcześniej. Wystawiła głowę zza drzwi, w jej kierunku zmierzała pielęgniarka z miseczką wypełnioną mało apetyczną papką.
- O dobrze, że pani jest, mamy dziś niezły kocioł na oddziale. Nakarmi pani swoją babcię? – zapytała, podając Ance naczynie.
- Oczywiście - odrzekła.
Postawiła miseczkę na szafce i łapiąc babcię pod ręce uniosła ją do pozycji półsiedzącej.
- No babcia jemy śniadanko – Powiedziała uśmiechając się.
Dobrze wiedziała, że staruszka odbiera jej uśmiech jako wymuszoną przez okoliczności pozę. Musiała przecież jakoś się zachować, czy okazywanie smutku byłoby lepsze w tej chwili?
- Nie chce mi się jeść, już jadłam - babcia zasłoniła ręką usta.
- Musisz jeść - Anka spokojnie przekonywała krewną. - Babcia przecież chcesz iść do domu prawda? - Zapytała bez przekonania. poczuła się w tym momencie jak pospolity oszust, jakim prawem wzbudza w staruszce nadzieję. Do jakiego domu? - pomyślała, przecież babcia dobrze wie, że nigdzie stąd nie wyjdzie.
- Troszeczkę - seniorka przerwała rozmyślania swojego gościa. Kilka łyżek kleistej papki wywołało u chorej uczucie sytości, zdecydowanie odmówiła przyjęcia większej ilości pokarmu. Anka odniosła naczynie do szpitalnej kuchenki, a gdy ponownie znalazła się w sali, zaniemówiła na widok krewnej rozmawiającej ze ścianą. Kobieta wskazywała dłonią punkt tuż nad drzwiami i ledwie słyszalnym głosem tłumaczyła coś, chwilę później spojrzała przytomnie na żonę wnuka jakby chciała powiedzieć jej, że za chwilę wróci do rozmowy z nią. Jak tylko skończy rozpoczętą konwersację z kimś koga Anka dostrzec nie mogła. Spojrzenie chorej było bardzo świadome i oczekiwała aprobaty.
- Kiedy po mnie przyjdziesz? - babcia najwidoczniej nie usłyszała odpowiedzi na zadane przez siebie pytanie, bowiem nerwowo machnęła ręką i zwróciła się do Anki.
- Krzysiek przyjdzie?
- Tak babciu, przyjdzie jak ja wrócę do domu.

Szła ociężale, w zasadzie sama nie wiedziała, dlaczego tak ciężko pogodzić się z losem. Wielokrotnie powtarzała przecież, że byłoby lepiej dla babci, gdyby już odeszła. Dobrze wiedzieli, nie miała żadnych szans na przeżycie. Nowotwór spustoszył organizm, a przerzuty do płuc powodowały coraz częstsze ataki duszności. Jest czas życia i śmierci, niezależnie od wszystkiego. Tylko z jakiego powodu końcówkę tej wędrówki trzeba spędzać, gdzieś pomiędzy obcymi ludźmi, w sterylnych salach, w bezdusznych jednoosobowych klitkach, czekając na wizytę najbliższych. Tych, dla których nasze życie znajdowało tak głęboki sens. Wyczekiwanie, było według Anki najgorszą formą niezasłużonej kary.
- Mama – zagadnął Kamil, gdy tylko przestąpiła próg domu, - babcia dobrze się czuje?
- Tak sobie synku – odpowiedziała wieszając płaszcz w korytarzu.
- To znaczy?
- Jest słaba ale bardzo chce żyć – Odrzekła i ruszyła w stronę pokoju. Kamil ruszył za matką, a gdy ta opadła na zielonej sofie natychmiast rozsiadł się przy niej i czekał na relację z wizyty. Anka nie miała ochoty na rozmowę, Kamil jednak był niezwykle dociekliwy.
- Czyli babcia umrze?
- Chłopak daj mamie odpocząć – wtrącił Krzysiek. – Przecież widzisz, że jest zmęczona.
- Co ja robię? – zawołał chłopiec podniesionym głosem. – Nic nie mogę powiedzieć.
- Tak synek, babcia umrze – powiedziała cicho i położyła dłoń na głowie syna. – Niestety, każdy kiedyś umrze.
- Nie chcę – powiedział chłopiec i oparł się na ramieniu Anki. – Jesteś smutna dlatego? – Zapytał, świdrując wzrokiem twarz matki.
- Dlatego, że musi tak być. – Potwierdziła.
Krzysiek szykował się do wyjścia. Zmieniali się każdego dnia, jedno szło na śniadanie, drugie na obiad lub kolację. Woleli dopilnować osobiście, by babcia zjadła cokolwiek. Czasami, któreś z dzieci babci Krzyśka wyręczało ich w karmieniu chorej jednak były to dość sporadyczne sytuacje. Wyjątki przed jakimi oboje się buntowali. Mąż Anki nie umiał pogodzić się z faktem pozostawienia chorej babci w samotności, zdanej na łaskę i niełaskę personelu. Było to dla niego szczególnie trudne, gdyż dotyczyło jego własnej matki i wujka.
- To niesprawiedliwe – Mawiał często po powrocie ze szpitala. – Jak mogli tak ją zostawić? – Pytał sam siebie.
Tamtego dnia Krzysiek poszedł do szpitala rano, w porze śniadania. Nie było go dość długo, kiedy wrócił wreszcie do domu był bardzo zdenerwowany. Rzucił kurtką na szafkę w przedpokoju i od progu wyrzucał z siebie rozmaite przekleństwa.
- Co się stało? – zapytała Anka, gdy tylko ten zjawił się w pokoju.
- Lekarze stwierdzili, że powinniśmy babcię zabrać do siebie – Powiedział i usiadł na narożniku. – Babcia chce do domu, a oni twierdzą, że to jest ostatnie jej życzenie.
- Babcia chce do swojego domu – Poprawiła męża i poklepała go przyjacielsko po ramieniu.
-To samo powiedziałem lekarzowi. Tylko oni mówią, że babcia będzie miała najlepszą opiekę u nas. Rozumiesz? Pomyśl, kto przychodzi do babci? Myślisz, że lekarze tego nie widzą?
Anka popatrzyła na Krzyska zaskoczona. Dobrze wiedziała o czym mówi, wiedziała też, że zabranie obłożnie chorej babci do ich domu nie jest wcale takie oczywiste.
- Krzysiek, jak sobie to wyobrażasz? – Zapytała.
- Wiem, wiem, to samo powiedziałem temu lekarzowi. – Nie usiłował przekonywać Anki, nie zdradzał rozczarowania, jednak jakieś ogromne poczucie żalu i bezsilności pewnie zawładnęło nim bez reszty. – Mówiłem im, że mamy czwórkę dzieci i że Kamil ma autyzm też powiedziałem, ale to moja babcia. Nigdy nic złego nikomu nie zrobiła, a teraz...
- Masz rację, tylko babcia ma swój dom, synów, córkę, to jest ich matka i to oni muszą się dogadać między sobą.
- Ale oni nie chcą babci, Mała, oni jej nie chcą. A wiesz, co mi powiedział ten lekarz? Rozmawiał z babcią i ona mu powiedziała, że chce do naszego domu...A gdy powiedziałem o dzieciach i Kamilu, on popatrzył na mnie i stwierdził, że damy sobie radę, tak jak dajemy z dziećmi. Co mam mu powiedzieć? Słońce, co mam zrobić?
- Zadzwoń do matki i powiedz jej o tym. Może zabierze babcię do siebie, przecież ma warunki, trzy pokoje i tylko ona z dziewczynami. Rany, pomożemy jej, dalej będziemy zajmować się babcią, tylko zamiast do szpitala będziemy chodzić do twojej matki.
Krzysiek przyznał rację Ance i sięgnął po telefon. Jednak zupełnie nie takiej odpowiedzi oczekiwał. Coś się w nim zagotowało, wrzasnął tylko do słuchawki – Dobrze my się babcią zajmiemy! – Odrzucił telefon, jakby nagle zaczął parzyć go w ręce i zaklął pod nosem. – Co to kurwa za ludzie?
Anka zbliżyła się do męża i spojrzała wymownie. Nie zdążyła jednak nic powiedzieć Krzysiek ubiegł ją.
- Dobra, nie mów tego. Lepiej nic nie mów. – Zrezygnowany podszedł do komputera i wlepił wzrok w monitor. Co mógł zrobić? Przecież nie narzuci żonie swojej decyzji. To był jej dom, tyle razy słyszał z ust Anki tę regułkę. On tu tylko mieszkał i jakkolwiek dobrze wiedział, że w sytuacji, kiedy wszyscy go zawodzą tylko ona zawsze stawała przy nim, tym razem nie mógł tego od niej wymagać. Może i był podły, pewnie nie raz miała rację każąc mu się stąd wynosić, ale on wiedział lepiej, że jednak nie jest zepsuty do szpiku kości. Matka, jego własna matka odmówiła przyjęcia pod swój dach babci, kobiety, której zawdzięczała życie. Przecież każdy człowiek ma to coś w sobie, co Anka nazywa sumieniem.
- Posłuchaj – Poczuł na swoim ramieniu dotyk żony. – Teraz idę do szpitala, wrócę porozmawiamy z dziećmi, nie martw się nie zostawimy tam babci.
Spojrzał na żonę, wiedział, przecież dokładnie wiedział, że tak zareaguje. Dlaczego wątpił w nią? Kto inny był w stanie zrozumieć jego rozdarcie. Chwycił dłoń żony i przycisnął do ust.
- Aj, przestań – uśmiechnęła się i miała właśnie skierować się do drzwi wyjściowych, gdy oboje usłyszeli głos Kamila
- A o co chodzi?
- No dobra, chodź tu Kamil – zawołała do syna. – Można pogadać i przed wyjściem – Puściła oko do męża. – Babcia, jak wiesz jest bardzo chora i musimy ją zabrać do nas, do domu – Spokojnie przemówiła do syna.
- Jak to do domu? Przecież jest chora, czyli musi być w szpitalu – Powiedział zaciekawiony wyraźnie chłopiec.
- Niezupełnie synku, widzisz lekarze uznali, że powinniśmy zaopiekować się babcią u nas w domu. Teraz muszę iść do szpitala, porozmawiamy jak wrócę dobrze?
Kamil siedział nieruchomo, patrzył to na matkę, to na ojczyma. Oboje wiedzieli, że chłopiec chciał coś powiedzieć, lecz zdecydował, że zamilknie Westchnął głęboko, pokręcił głową kilkakrotnie i zaczął wyginać palce. Dla Anki i Krzyska był to sygnał, Kamil przejawiał rozdrażnienie. Być może bał się, a może najnormalniej nie umiał sobie wyobrazić jak to będzie.
- Synek boisz się?
- Nie chcę widzieć takiej chorej babci. – Chłopiec nie patrzył już na matkę, wzrok utkwił w podłodze i wciąż kręcił głową, Anka mogłaby przysiąc, że jej syn rysował wzrokiem kręgi na podłodze.
- Rozumiem synek, ale pomyśl jak babci musi być smutno leżeć tam samej. Nie dość, że jest chora to jest sama, gdyby była u nas w domu, nie musielibyśmy zostawiać was w domu i biegać kilka razy dziennie do szpitala. A i babcia cieszyłaby się, że ciągle ktoś przy niej jest.
- A babcia ma swój dom, pamiętasz chodziliśmy za lasek.
- To prawda ale tam babcia nie może wrócić.
- Dlaczego? – Zapytał, nie odrywając wzroku od świeżo wycyklinowanych desek.
- Bo wujek się boi? Bo nie potrafi się babcią zająć? Nie wiem kochanie...A skoro tak jest nam nie wolno zostawić babci samej. Prawda Kamilku? Pomyśl, gdyby zachorowała mama, zostawiłbyś mnie samą z obcymi ludźmi w szpitalu? A jeśli poprosiłabym cię żebyś zabrał mnie do domu, to co byś zrobił?
Kamil ożywił się na te słowa, wyprostował się i wyciągnął rękę do matki.
– Ykm, a przecież nie można zabierać ze szpitala, sama tak mówiłaś jak nie chciałem jechać do kliniki na ten zabieg, Mama pamiętasz? To czemu chcesz babcię zabrać, przecież ona może umrzeć, nie chcesz żeby ją uratowali?
- Kamil – Krzysiek wstał od komputera i podszedł do chłopca. – Nie możemy uratować babci, nikt nie może.
- Czyli twoja babcia wujek ma raka?
- Tak chłopak, ma raka – odpowiedział.
- I ma już przerzuty? Do jakich organów?
- Kamil to nie ma znaczenia – przerwała Anka. – Babcia umiera ale chce odejść wśród bliskich. Nie ma lekarstwa, w przeciwnym razie zrobilibyśmy wszystko co w naszej mocy. Nie wolno nam postąpić wbrew woli babci. Jak powiedziałam jeszcze w sumie nic nie wiadomo, teraz musze iść do szpitala, nakarmić babcię, jak wrócę porozmawiamy ok.?
Chłopiec skinął głową. I bez słowa wrócił do swojego pokoju. Anka ubrała się i wyszła.
Sypał śnieg, nie miała zwyczaju wkładania czapki, jednak tym razem żałowała tego. Przenikliwy wiatr wzmagał uczucie zimna. Płatki śniegu zacinały wprost w oczy. Grudzień był wyjątkowo mroźny, od wielu lat nie mieli tak prawdziwej zimy. Warstwa białej powłoki zalegającej na chodniku dawno już zakryła granice pomiędzy chodnikami a ulicami, ludzie poruszali się po śladach swoich poprzedników, pomimo regularnej pracy pługów świeże opady w szybkim tempie, na powrót zasypywały ziemię. Brnęła wzdłuż ulicy przy której zamieszkiwali, następnie z niekłamanym trudem pokonywała schody wiaduktu, który to prowadził wprost do szpitala. Co kilka kroków przecierała twarz z wszędobylskiego puchu, ukradkiem spoglądała też na mijających ją ludzi i zastanawiała się czy oni mają podobne dylematy, czy patrząc na nią zadają sobie takie same pytania. Tak, to bardzo prawdopodobne, że wreszcie to na nich spocznie obowiązek przejęcia całkowitej opieki nad konającą babcią, ale czy aby w tej chwili tego obowiązku na sobie nie odczuwają. Anka pytała sama siebie, czy może być jeszcze ciężej? Przecież, gdyby podobna sytuacja zdarzyła się w jej rodzinie, nigdy za nic nie zostawiłaby nikogo bez pomocy. Tak, to wiedziała na pewno, każdy człowiek zasługuje na godziwą śmierć, bo czyż sama chciałaby odchodzić wśród obcych, albo, co gorzej zupełnie sama? Nie, z całą pewnością to jest zwyczajnie nieludzkie – wzdrygnęła się na samą myśl i nawet nie spostrzegła, gdy znalazła się przy wejściu do miejscowego szpitala. Znów zrobiła głębszy wdech, za każdym razem kiedy zbliżała się do oddziału opanowywał ją lęk, bała się, że wejdzie akurat na ten moment, na chwilę, którą już kiedyś widziała na własne oczy. Nie, nie chciała znów usłyszeć tych samych słów, które wypowiedział lekarz dyżurny, kiedy opiekowała się chorą kuzynką. – „To gorączka mózgowa, już nic nie można zrobić, musimy tylko czekać, aż to się skończy" – Wtedy nie wierzyła, chwyciła kuzynkę pod ręce i podparła na łóżku, a kiedy zaczęła z niej ściągać przemoczoną koszulę, ta utraciła oddech. Anka spanikowała wówczas i wbiegając na szpitalny korytarz prosiła wszystkich o pomoc. Nabrała takiego przekonania, że gdyby nie próbowała tej nieszczęsnej koszuli z chorej zdjąć, ta nie przestałby oddychać. Lucyna dostała tego dnia wysokiej gorączki Anka natomiast pomimo tłumaczenia lekarzy, że jej kuzynka właśnie przeszła w stan agonalny, za pomocą mokrego ręcznika, usiłowała jej temperaturę zbić. Okłady przykładane na okolice wątroby nic nie pomogły, zmoczyły jedynie koszulę nocną. Anka chciała zaoszczędzić krewnej zapalenia płuc i usiłowała z tego powodu zmienić kuzynce bieliznę. Nie docierało do niej, że Lucyna już nie jest przez nic zagrożona, ona tylko umierała i było jej wszystko jedno czy odejdzie w mokrej koszuli, czy w suchej. Jej tak, ale nie Ance. Dwadzieścia minut później było po wszystkim, jednak teraz każdego dnia, kiedy szła do babci ten obraz wracał. Sama nie wiedziała jak zachowa się tym razem.
W sali przy łóżku siedział lekarz i zagadywał babcię, nie była zbyt chętna do rozmowy, przytakiwała jedynie lub zaprzeczała. Kiedy zobaczyła Ankę w progu wyraźnie ożywiła się, nawet pierwsza podniosła rękę w geście powitania.
- Zawsze tak reaguje jak was widzi – Odezwał się lekarz.– Rozmawiałem właśnie z babcią, mówiła, że jeszcze nie przyszykowała prezentów świątecznych. Ona chce do domu. – Kontynuował rozsiadając się wygodnie w krześle.
- Wiem, doktorze ale niestety nie mam na to wpływu – Odpowiedziała i podeszła do babci przywitać się jak zawsze pocałunkiem w policzek.
- Jak się babcia czujesz, boli cię coś? – Zapytała z troską.
- Nic mnie nie boli, mogę iść do domu.
Anka spojrzała na lekarza, ten wydawał się w ogóle nie spuszczać Anki z oka.
- Pójdziesz babcia do domu, pójdziesz – Odpowiedział lekarz i mrugnął porozumiewawczo do Anki, motywując ją tym samym do rozmowy na temat stanu babci.
Wyszła na korytarz, lekarz ruszył za nią. W pewnym momencie, mężczyzna chwycił Ankę za rękę i zapytał wprost.
- Czemu nie zabierzecie babci? Ona nie chce tu umierać, chce to zrobić w domu, czemu jej na to nie pozwolicie?
- Doktorze ale babcia nie mieszka z nami – Anka rzuciła, jakby na usprawiedliwienie.
- Ale jakie to ma znaczenie, przecież tylko wy się babcią zajmujecie. Babcia wyraźnie ożywia się na wasz widok, czy pani tego nie widzi. To jest konający człowiek, który ma swoją godność, a ta właśnie nie pozwala jej odejść tutaj. Ona chce do domu, a dla niej dom dziś oznacza was. Panią i męża.
- Proszę mnie źle nie zrozumieć, mam czworo dzieci, syn ma autyzm, młodszy dużo chorował, doktorze ja zwyczajnie nie dam rady...- Anka poczuła się głupio, stała przed obcym facetem i tłumaczyła się niczym bezradne dziecko. Poczuła ciepło napływające szybko pod skórę policzków i już wiedziała, że zwyczajnie czerwieni się. Mężczyzna obdarzył Ankę dobrotliwym uśmiechem i pochwycił pod rękę, zapraszając tym samym do spaceru szpitalnym korytarzem. Był niższy od Anki, lekko utykał na prawa nogę, mimo to starał się dotrzymać kobiecie kroku. Dość długie opadające na szyję włosy nosiły ślady siwizny, a poorana zmarszczkami twarz, wciąż przemawiała do niej ciepłym uśmiechem.
- Wiem, że macie trudną sytuację, rozmawiałem o tym z mężem, ale niech mi pani powie, czy jest wam lekko biegać do szpitala kilka razy dziennie? – Pokiwał przecząco głową, odpowiadając za Ankę. – A jednak przychodzicie. Nic w życiu nie jest łatwe. Ja wiem, że dacie sobie radę, może właśnie dla tego, że jest wam ciężko poradzicie sobie lepiej, niż inni. Babcia umiera, a wy nie możecie patrzeć na to jak wielki ból sprawia jej to, że musi być tutaj. Dzieci zrozumieją, takie jest prawo życia, musimy dać naszym krewnym to czego sami chcielibyśmy doświadczyć. Proszę mi wierzyć dzieci nie będą miały nic przeciw temu.
Przemierzali wąski korytarz, a Anką targały mieszane uczucia, z jednej strony chciała zrobić coś dla babci Krzyśka, z drugiej była zmęczona natłokiem obowiązków. Czy będzie umiała sobie to wszystko jakoś poukładać, dzieci, leżąca babcia. Przecież w zasadzie wszystko skupi się na niej. Krzysiek pomoże przy karmieniu, podawaniu leków, ale przecież nie będzie uczestniczył przy myciu, bądź przebieraniu babci.
- Wróćmy do sali, zobaczy pani, co dla babci znaczy dom. – Zawrócili, lekarz podszedł do starszej pani leżącej na świeżo posłanym łóżku i zapytał: - Babcia chce do domku?
- Tak, do domu – Potwierdziła patrząc z nadzieją na mężczyznę.
- Do wnuków do domu babcia pójdziesz? – Kontynuował rozmowę.
- Pójdę, tak do domu – odrzekła zachrypniętym głosem.
- Babciu ale do nas do domu? – Wtrąciła Anka, jakby nie wierzyła w to, co przed chwilą usłyszała. – Do Krzyśka i do mnie?
- Tak weźcie mnie do domu, święta idą – Popatrzyła na Ankę wzrokiem pełnym smutku i rozgoryczenia. – Ja się dobrze czuję, chcę do domu – Poprosiła cichutko.
- Doktorze, więc kiedy można babcię zabrać? – Zwróciła się do lekarza stojącego u wezgłowia łóżka i obserwującego uważnie rozmowę kobiet.
- Myślę, że jutro. Niech pani podejdzie do gabinetu ordynatora, on wszystko pani wyjaśni, udzieli wskazówek, wszystko będzie dobrze. – Poklepał Ankę po ramieniu i dodał na odchodne – Wiedziałem, że możecie to zrobić.
Anka odprowadziła wzrokiem mężczyznę i usiadła przy staruszce
- No i co babcia do domku idziesz? – Zapytała i pochwyciła babciną dłoń. Chora ścisnęła najmocniej jak mogła rękę wnuczki i wyszeptała cicho – Nie, oni tylko tak gadają, nie wypuszczą mnie wcale. – Ze zmęczonych oczu zaczęły wypływać łzy, najpierw jedna później druga, aż wreszcie popłynęły szybką strugą częściowo, skapując na białą poduszkę lub też niknąc między wąskimi ustami. Babcia spojrzała w to samo miejsce tuż nad drzwiami i ledwo słyszalnym głosem zaczęła przemawiać.
- Co babcia mówisz? – Zapytała Anka, nie wiedząc w zasadzie jak powinna zareagować na ten nagły atak płaczu.
Staruszka przebiegła wzrokiem do twarzy siedzącej wciąż przy łóżku Anki i w geście zaprzeczenia pokręciła głową.
- Cicho – Powiedziała przystawiając palec do ust. – Teraz rozmawiam z nimi – pouczyła Ankę.
Wstała więc, nie chcąc przeszkadzać seniorce i narzuciła płaszcz na ramiona, wydawało jej się, iż babcia nie zauważy nawet jej oddalenia, myliła się, gdy tylko zbliżyła się do drzwi, chora oprzytomniała nagle i zaskoczyła ją wołaniem
- Gdzie idziesz? – Dość głośne pytanie babci było jak na jej stan zaskakującym wydarzeniem.
- Zaraz wrócę, zapalę papierosa i wracam – Odrzekła z jakiś dziwnym spokojem.
- Nie pal tego cholerstwa, zachorujesz bracie – Babcia machnęła ręką w geście dezaprobaty.
- Wiem, wiem babcia, zaraz przyjdę – Kiwnęła głową i wyszła.
Po wyjściu przed budynek sięgnęła z kieszeni płaszcza telefon i wybrała numer do Krzyśka, ledwie zdążyła się połączyć poczuła czyjś uścisk na plecach. Odwróciła się, za nią stał ordynator oddziału, popatrzyła zdziwiona, nim zdążyła jednak coś powiedzieć, lekarz rzucił z radością – Jutro może iść do domu, dobra decyzja – uśmiechnął się i poklepał Ankę po ramieniu. – Świetna decyzja – Potakiwał głową i ruszył przed siebie.
Dlaczego nikt nie rozumiał, jak ciężko było postanowić o przyjęciu na siebie kolejnego obowiązku. Anka miała świadomość własnej porażki, bała się. Przewiezienie obłożnie chorej babci do domu, to tylko najmniej istotna czynność, nie wiążąca się z konkretnym wysiłkiem, za to cała późniejsza lawina zachowań, powinności i wreszcie złośliwości bliskich mogła doprowadzić do prawdziwego dramatu. Czy ktokolwiek zdawał sobie sprawę z tego, że babcia – Krzyśka babcia będzie musiała zostać u nich do końca. Śmierć – dla Anki nie była tematem tabu, ale dzieci, czy one musiały stać się świadkami najsmutniejszej konsekwencji życia?
Ostatni raz zaciągnęła się papierosem i nerwowo przygasiła go na specjalnej popielniczce umieszczonej przed wejściem do szpitala.

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z: