Gala Rozpoczęcia 6-go Festiwalu Filmu i Sztuki DWA BRZEGI

 

DZIEŃ PIERWSZY

 

Tysiąc reklam, milion podziękowań i życzeń, uśmiech Ministra Kultury, w końcu tradycyjny uścisk dłoni wójta gminy Janowiec i burmistrza Kazimierza Dolnego- 6. Festiwal Filmu i Sztuki DWA BRZEGI oficjalnie został otwarty. Wszystko to odbyło się w ekstremalnie dusznych warunkach Dużego Namiotu, czyli Kina PGE, wypełnionego po brzegi zaproszonymi gośćmi, twórcami, artystami, a przede wszystkim spragnionymi dobrego kina, miłośnikami sztuki.

 

Tegoroczne Dwa Brzegi, sama dyrektor artystyczna, Grażyna Torbicka nazwała „małym Cannes"- w programie znajduje się kilkanaście tytułów, które do Kazimierza przyjechały właśnie z Lazurowego Wybrzeża. Prócz tego, tradycyjne już, dwubrzegowe retrospektywy: islandzkiego reżysera Fridrika Thora Fridrikssona oraz Marka Koterskiego, z którego osobą ściśle łączy się tegoroczny cykl „I Bóg stworzył aktora", którego głównym bohaterem został Marek Kondrat.

 

Torbicka jak zwykle postarała się o nieco ekstrawaganckie i niemożliwe do zobaczenia poza festiwalem pozycje- reprezentują je m. in. „Portier hotelu Atlantic" czy „M jak morderca" czyli ekspresjonizm niemiecki. Nieco rozczarowują spotkania z twórcami, z których Dwa Brzegi do tej pory słynęły- zaledwie jedna lekcja kina (Fridriksson), wypada blado na tle aż pięciu w roku 2010 (Hrebejk, Zanussi, Bajon, Majewski, Stawiński).

 

Dwa Brzegi 2012 będą za to rekordowe pod względem spektakli teatralnych- aż trzy monodramy („Moskwa Pietuszki", „Moja droga B." i „Teatralność") będzie można zobaczyć w Klubie Festiwalowym Perła na Dużym Rynku.

 

Gala rozpoczęcia łączyła w sobie najbardziej charakterystyczne cechy Dwóch Brzegów- pewien luz i swobodę, wynikające z bezpretensjonalności i naturalności uczestników, oraz poczucie, że całe przedsięwzięcie jest poważną, międzynarodową imprezą, na której można zobaczyć obrazy, które nie mają szans na szerszą dystrybucję. To kolejna zaleta festiwalu- twórcy nie boją się poruszać tematów niewygodnych i często pomijanych: na poprzednich edycjach szeroko komentowane były problemy młodych twórców, ze zdobywaniem funduszy na pierwsze filmy, czy pozorny brak zainteresowania filmem dokumentalnym w Polsce.

 

Co ważne, Torbicka jest zadeklarowanym zwolennikiem promowania i doceniania początkujących filmowców- daje temu wyraz, organizując przegląd ich twórczości w sekcji „Pół krótko, pół serio", oraz Konkurs Filmów Krótkometrażowych, gdzie jedną z nagród jest wyświetlanie produkcji, przed wybranym filmem pełnometrażowym.

 

Tegoroczny program, jest nieco uboższy od zeszłorocznego, trudniej też w nim znaleźć pozycje omawiane w mediach- znajduje się w nim sporo premier, wiele filmów europejskich twórców, oraz dokumentów. Z głośnych tytułów, warto zwrócić uwagę na „Yumę" Mularuka, która będzie miała w Kazimierzu swoją prapremierę czy „Mój rower" Trzaskalskiego, będący ukłonem w stronę gdyńskiego festiwalu.

 

Dzień pierwszy festiwalu za nami. Odbył się pierwszy seans z Teatrem Telewizji, wyświetlony został film rozpoczynający przegląd twórczości Fridrikssona, pokazano także pierwsze shorty. Czas pokaże jak będzie dalej- oby temperatura spadła na zewnątrz, a wzrosła wewnątrz namiotów.

 

DZIEŃ DRUGI

 

Drugi dzień kazimierskiego festiwalu, upłynął pod znakiem niebotycznych upałów, które zwieńczyła wieczorna burza, projekcji inaugurujących dwubrzegowe sekcje, oraz spotkań z wybitnymi aktorami.

 

gala-rozpoczecia-6-festiwal-filmu-i-sztuki-dwa-brzegi-2

 

Ale od początku- w Kinie Allianz, tradycyjnie dzień rozpoczął teatr telewizji, tym razem był to „Związek otwarty" w reżyserii wcielającej się także w pierwszoplanową rolę żeńską, Krystyny Jandy. Partnerował jej bohater tegorocznego cyklu „I Bóg stworzył aktora", Marek Kondrat. Dwie godziny później, reżyserowanym przez Janusza Majewskiego filmem „Zaklęte rewiry", uroczyście zainaugurowano retrospektywę filmów Kondrata. Po projekcji, aktor wziął udział trwającym ponad godzinę spotkaniu z widzami, prowadzonym przez Grażynę Torbicką i przedstawiciela Narodowego Instytutu Audiowizualnego, Adama Króla. Aktor dał się poznać jako rozpasany gawędziarz, sypiący obezwładniającymi anegdotami z lat spędzonych na planach filmów i deskach teatralnych. W ujmujący sposób odpowiadał na wszystkie pytania, budząc podziw, swoją pewnością i zdecydowaniem, w związku z decyzją o porzuceniu aktorstwa, na rzecz swojej pasji winiarskiej, do której odwoływał się wielokrotnie.

 

gala-rozpoczecia-6-festiwal-filmu-i-sztuki-dwa-brzegi-3

 

Przed rozmową z Kondratem, w Cafe Kocham Kino, głównym festiwalowym centrum spotkań z zaproszonymi gośćmi, pojawił się Robert Więckiewicz, który oprócz omawiania swoich trzech najnowszych filmów („Baby są jakieś inne", „W ciemności", „Wymyk"), skoncentrował się na swoim trybie pracy, który fascynował wszystkich zebranych pod kawiarnianym namiotem. Istotą spotkań z twórcami zaproszonymi na „Dwa Brzegi", jest sposób prowadzenia dyskusji- moderatorzy, ograniczają się jedynie do scalania rozmowy w spójną całość, zaś główną rolę, odgrywają widzowie i miłośnicy kina, którzy mają niepowtarzalną szansę na zadanie swoim ulubieńcom dowolnego pytania. Jak wielokrotnie podkreślała Dyrektor Artystyczna, Grażyna Torbicka, właśnie to sprawia, że zaproszeni przez nią goście, tak chętnie biorą udział w festiwalu.

 

„Dzieci natury", kolejny film wyświetlany w Kinie PGE, otworzył retrospektywę twórczości Fridrika Thora Fridrikssona, islandzkiego reżysera, jednego z najwybitniejszych przedstawicieli tamtejszej kinematografii. W następnych dniach widzowie będą mogli zobaczyć m. in. „Anioły Wszechświata", „Mama Gogo", czy „Matka Courage". Spotkanie z Islandczykiem, w ramach „Lekcji kina", odbędzie się pojutrze, w Kinie Allianz o 11:30.

 

Retrospektywę Marka Koterskiego, otworzyła kontynuacja „Dnia Świra", podążająca tropem życia Adasia Miauczyńskiego, „Wszyscy jesteśmy Chrystusami". W tej historii, poznajemy m. in. dzieciństwo i młodość bohatera, a przede wszystkim, Koterski przybliża widzom punkt widzenia Sylwka, dorosłego syna Miauczyńskiego, który jest zaledwie o krok, od powielenia wszystkich błędów ojca. Spotkanie z reżyserem, połączone z projekcją jego trzech krótkometraży, odbędzie się w poniedziałek o 10:30 w Kinie Allianz.

 

Jednak to właśnie drugiego dnia, miały miejsce jedne z najbardziej oczekiwanych projekcji- nagrodzone w Cannes „Whisky dla Aniołów" Kena Loacha oraz inaugurująca sekcję „Muzyka moja miłość", opowieść o legendarnym Jamajczyku, Bobie Marleyu- „Marley" w reżyserii Kevina Macdonalda, który niedawno gościł w Polsce, przy okazji Krakowskiego Festiwalu Filmowego.

 

Dzień w Cafe Kocham Kino, miało zwieńczyć spotkanie z Johnem Henshawem, aktorem wcielającym się w jedną z kluczowych ról w filmie Loacha- to on, wraz z Grażyną Torbicką, zaprosił widzów na „Whisky dla Aniołów" i wyjaśnił historię intrygującego tytułu. Z powodu drastycznego załamania pogody, spotkanie zostało przeniesione na jutro, na 13:30.
Dwa Brzegi trwają w najlepsze, powoli się rozkręcając. Przed nami jeszcze kilka premier, projekcji filmów praktycznie niedostępnych poza festiwalami, oraz spotkań z wybitnym artystami. A wszyscy, którzy mimo miłości do filmu, nie są już w stanie wysiedzieć na bólogennych, kinowych fotelach, powinni zajrzeć do Allianz Cafe, o godzinie 13:10 i 15:15- to właśnie wtedy odbywają się tam quizy filmowe, gdzie przy dobrym jedzeniu, można sprawdzić swoją wiedzę i wygrać festiwalowe pamiątki.

 

DZIEŃ TRZECI

 

W Kazimierzu wczoraj załamanie nie tylko pogodowe- oprócz deszczu, spadły na festiwal wiadomości o chorobie Fridrika Thora Fridrikssona i jego wyjeździe do Warszawy, odwołaniu spotkań z Sylwestrem Latkowskim, Piotrem Kraśko, twórcami „Walca z Miłoszem": Joanną Helander i Bo Personem, braku biletów na film dokumentalny poświęcony Romanowi Polańskiemu, oraz na zakończenie dnia, monodram Małgorzaty Bogdańskiej.

 

Ale po kolei. Już o 10:30 w Kinie Allianz, rozpoczęło się pierwsze i jak na razie ostatnie spotkanie w ramach tegorocznych retrospektyw reżyserskich. Jak pisałam wcześniej, od samego początku wydawało się, że lista „Lekcji kina", z których do tej pory słynęły „Dwa Brzegi" została dość mocno zredukowana, jednak teraz, po niespodziewanym wyjeździe islandzkiego twórcy z Kazimierza, zredukowała się do zaledwie jednej- z Markiem Koterskim. Zanim jednak reżyser pojawił się w wypełnionej po brzegi sali, wyświetlone zostały trzy krótkometraże: „Ech!", „Przyczyny narkomanii" oraz „V międzynarodowy Festiwal Festiwali Teatralnych". Są to wczesne filmy Koterskiego, który jak sam przyznał, zwłaszcza w szkole, nie zostały najlepiej przyjęte. Sam twórca, uznawany jest za jednego z najbardziej kontrowersyjnych w kraju. Jego filmy nie wszystkim przypadają do gustu, jednak z całą pewnością, nikogo nie pozostawiają obojętnym. Niektóre, tak jak „Dzień Świra", urastają do rangi obrazów kultowych, mimo że często, błędnie odbieranych jako komedie. Zgodnie z zapowiedzią dyrektor Torbickiej, reżyser został oddany widowni, która wręcz zasypała go pytaniami, które w ogromnej większości, dotyczyły obejrzanych przed momentem dokumentów, co świadczy o ich sile oddziaływania. Koterski cierpliwie udzielał odpowiedzi, od czasu do czasu pozwalając sobie na drobne anegdoty i żarty. Jedyne pytania odnośnie jego fabuł, dotyczyły postaci Adasia Miauczyńskiego, bohatera kilku jego filmów (m.in. „Dnia Świra", „Wszyscy jesteśmy Chrystusami" czy „Baby są jakieś inne")- jak z rozbrajającą szczerością wyznał, wiele cech Miauczyńskiego powstało przez przypadek i rozwijało się na przestrzeni lat.

 

Po codziennej porcji krótkometraży, które z roku na rok są coraz ciekawsze (sekcja „Pół krótko, pół serio"), rozpoczął się projekcja dwóch filmów dokumentalnych- „Walca z Miłoszem" oraz „Komeda, Komeda", na której gościła reżyserka obrazu poświęconego jazzmanowi, Natasza Ziółkowska- Kurczuk. Oba filmy, mimo że poświęcone wybitnym osobistościom polskiej kultury, były skrajnie różne. „Walc z Miłoszem" swoją niecodzienną formę zawdzięcza Teatrowi Ósmego Dnia, który nie ukrywał swojej, odwzajemnionej zresztą, fascynacji noblistą. W gruncie rzeczy film bazuje na spotkaniu dwójki reżyserów z Miłoszem, które miało miejsce 10 lat temu w Krakowie, gdzie w atmosferze wzajemnej życzliwości rozmawiano na tematy co najmniej ogólne. Najciekawsze, wydawały się tradycyjnie wypowiedzi ludzi, którzy z Miłoszem pracowali lub przebywali- nie udawali, że był wieszczem czy przewodnikiem narodu, przeciwnie, z rozczuleniem wspominali o jego słabości do tarty cytrynowej czy młodych kobiet. Z kolei film Ziółkowskiej- Kurczuk, jest rzetelnym, obiektywnym obrazem, przybliżającym widzowi życie wybitnego polskiego pioniera nowoczesnego jazzu i kompozytora muzyki filmowej, Krzysztofa Trzcińskiego Komedy.

 

Niejako kontynuacją tematu, był biograficzny film Laurenta Bouzereau, poświęcony Romanowi Polańskiemu, na który to zabrakło biletów- rozwiązaniem sytuacji, jest dodatkowa projekcja dokumentu, która odbędzie się w środę, zamiast spotkania z Fridrikiem Thorem Fridrikssonem. Zanim jednak rozpoczął się seans, Grażyna Torbicka wraz z przedstawicielem „Film Point Group" zaprosiła na film, wspominając z przymrużeniem oka, że gościem przyszłorocznej edycji mógłby zostać właśnie Polański. Jak stwierdził zaproszony gość, Polański nie przepada za festiwalami i jeśli już miałby jakiś odwiedzić, to albo w Cannes albo w Kazimierzu. Małą niespodzianką od organizatorów, była projekcja krótkiego żartu filmowego, nakręconego przez reżysera, bardzo w swoim stylu, na sześćdziesięciolecie festiwalu w Cannes.

 

Ukoronowaniem dnia, miał być odbywający się w Festiwalowym Klubie Perła, monodram Małgorzaty Bogdańskiej „Moja droga B." według Krystyny Jandy, w reżyserii Marka Koterskiego. Spektakl jest zbiorem przemyśleń kobiety, dojrzałej aktorki, które kieruje do tytułowej, ale nieokreślonej B. W domyśle, główną bohaterką zdaje się być sama Janda, która, jak mówiono w kuluarach, pasowałaby do monodramu znacznie bardziej, od obsadzonej Bogdańskiej, która większość tekstu wykrzyczała, zdradzając w pewien sposób brak pomysłu na interpretację. Półtoragodzinne przedstawienie, najbardziej może podobać się miłośnikom pióra Krystyny Jandy oraz specyficznej reżyserii Marka Koterskiego.

 

gala-rozpoczecia-6-festiwal-filmu-i-sztuki-dwa-brzegi-4

 

Za nami już trzy dni festiwalu w Kazimierzu- filmy są ciekawe, dobrane w sposób tworzący jasną, spójną całość. Między filmami, zalecam czekoladę, w dowolnej konsystencji i temperaturze w czekoladziarni „Faktoria", a dla z jakichś powodów odchudzających się, fantastyczne, aromatyczne herbaty w znajdującej się tuż obok herbaciarni „U Dziwisza". A do kulebiaków i absolutnie obezwładniających jagodzianek z piekarni Sarzyńskiego, chyba nikogo nie trzeba namawiać...

 

DZIEŃ CZWARTY

 

Czas płynie nieubłaganie, nawet w tak sielankowym miejscu jakim na osiem dni, każdego lata staje się Kazimierz Dolny- Dwa Brzegi są już na półmetku. Patrząc na program, można było przypuszczać, że czwarty dzień festiwalu będzie senny i raczej nieciekawy. Nic bardziej mylnego, przynajmniej w Kinie Allianz, gdzie spędziłam dzisiaj niemal cały dzień.

 

Pierwszym seansem, którego niestety w żaden sposób nie mogę nazwać porannym, było „Pół krótko, pół serio", gdzie wyświetlono 11 filmów krótkometrażowych, w tym aż siedem animacji. Właśnie od animacji, oraz rozmowy z jej twórcami rozpoczęła się projekcja- „Kołowrotek" okazał się magicznym, osnutym aurą tajemniczości obrazem z fantastycznie wykonanymi lalkami, będącym, według słów autorki, Anny Chabus, metaforą ludzkiego losu. Inną animacją, na którą warto zwrócić uwagę jest bez wątpienia „Tajemnica góry Malakka", opowiadająca historię Juniora, wyruszającego w podróż do dalekiej Azji, by odkryć tajemnicę ojca, wybitnego lotnika. Jakub Wroński, który odpowiadał zarówno za reżyserię jak i za samą realizację, stworzył charakterystyczne, pełne życia postaci, których historię z niezwykłym humorem przybliżył Wojciech Kalarus, występujący w roli narratora. Dwa filmy sygnowane były przez Państwową Wyższa Szkołę Filmową, Telewizyjną i Teatralną w Łodzi- aby się o tym przekonać, wystarczyło przyjrzeć się zdjęciom, których jakość jest niejako znakiem łódzkiej filmówki. Nieco gorzej rzecz ma się w przypadku fabuły, która w niezwykłym wizualnie „Aposiopesis" jest pęknięta i chyba urwana.

 

O ile po projekcji nie jest zaplanowane spotkanie z twórcami, kolejne seanse dzieli mniej więcej pół godziny. Jest to dużo i mało- wystarczy czasu, żeby wyskoczyć na lody do „Ambrozji", albo nieco dalej na ulicę Sadową, natomiast na zjedzenie tegorocznego, festiwalowego odkrycia, jakim jest bez wątpienia fantastyczna pizza w Allianz Cafe, szans już raczej nie ma. W kwestii jedzenia, zawsze w odwodzie pozostają gofry, najlepiej zalane wszystkimi możliwymi dodatkami- zresztą, polecam eksperymentowanie, w końcu jak długo można jeść koguty z ciasta sprzedawana na każdym kroku. Jedzenie, to ponoć też sztuka.

 

O 15:30 rozpoczął się maraton z filmem dokumentalnym, który zainaugurował obraz Grzegorza Packa, „Tato poszedł na ryby". Mówi się, że siłą dobrego dokumentu jest mocny, charakterystyczny bohater- Pacek z całą pewnością takowego upolował. Juan, po tragicznym zawodzie miłosnym opuścił swój kraj, doznał religijnego objawienia i poświęcił się prowadzeniu domu dziecka w Afryce. Pozostał jednak człowiekiem rozczulająco naiwnym i ufnym, a nawet zbyt ufnym, szczególnie w stosunku do swoich wychowanków. O wiele mniej optymistyczny był film „Końcówka" , opowiadający o czwórce chorych na stwardnienie rozsiane, którzy przygotowują się do wystawienia spektaklu na podstawie sztuki Samuela Becketta o tym samym tytule. Nie samo przedstawienie wydaje się być najważniejsze, a pokazanie, jak bardzo ubarwia ono ich codzienne, rutynowe życie przerywane jedynie kolejnymi postępami choroby.

 

Świetnymi spotkaniami z reżyserami, skończyły się natomiast dwie wieczorne projekcje- „Tam gdzie rosną porzeczki" jest nagraniem z monodramu, a raczej „teatru dokumentalnego", jak swoje wystąpienie nazywa autor, Leo Kantor, odbywającego się w Teatrze Rozmaitości w Warszawie. Jego tematem jest historia jego i jego rodziny od czasów przedwojennych do dzisiaj. Z nieukrywanym żalem, Kantor opowiada o śmierci ojca, dorastaniu w powojennym Strzegomiu, paraliżujących pogromach w Kielcach, w końcu wysiedleniu po 1968ri i obietnicy powrotu, gdy tylko stanie się to możliwe. Sam Kantor, jest bez wątpienia osobą niezwykle emocjonalną i zdeterminowaną- dobrze wie czego chce, a chce szerzyć wiedzę o tym co działo się w Polsce w czasie i niedługo po wojnie.

 

Pozornie mniej refleksyjnym, nazwanym nawet przez jednego z widzów „komediodramatem" był obraz Jacka Bławuta, wybitnego polskiego dokumentalisty, pt. „Wirtualna wojna". Fenomenalnie zrobiony film przedstawia postacie graczy, którzy łącząc się w dywizjony, tworząc taktyki i projektując wygląd własnych samolotów, używając komputerów odtwarzają czasy II wojny światowej i odbywające się w jej czasie walki powietrzne. Zaskakuje, jak wiele zawarł reżyser w trwającym zaledwie siedemdziesiąt minut obrazie. Nie brakuje śmiechu, momentów zażenowania czy nawet poruszenia. Sam autor o filmie mówił z nieukrywaną radością, dzieląc się chętnie ciekawostkami związanymi z pracą nad jego powstaniem oraz własnymi obserwacjami na temat tego typu społeczności.

 

Gigantyczna kolejka, która ciągnęła się od kas biletowych aż po drzwi do Małego Kina, spowodowana była opóźnieniami, związanymi z wyświetleniem reżyserskiego debiutu hollywoodzkiej gwiazdy, Angeliny Jolie, „Kraina miodu i krwi". Opowiedziany na tle wojny w Bośni dramat, przedstawia historię zakazanej miłości Serba do Bośniaczki. Bazujący na dość prostych, ale i szokujących środkach przekazu film, okazał się zbyt realistyczny- wielu widzów opuściło salę przed zakończeniem projekcji.

 

gala-rozpoczecia-6-festiwal-filmu-i-sztuki-dwa-brzegi-5

 

Jutro, mimo wielu ciekawych propozycji, wydarzeniem dnia z całą pewnością będzie pokaz specjalny, poświęcony Marii Kornatowskiej, wybitnej filmoznawczyni i wykładowczyni, silnie związanej z kazimierskim festiwalem. Kornatowska odeszła rok temu, zaledwie kilka dni po zakończeniu poprzedniej edycji Dwóch Brzegów, a projekcja „Ginger i Freda" Federico Felliniego będzie hołdem dla Jej twórczości i niezwykłej osobowości, które sprawiały, że prowadzone przez Nią prelekcje cieszyły się ogromną popularnością wśród wszystkich miłośników kina.

 

DZIEŃ PIĄTY

 

Środa w Kazimierzu Dolnym upłynęła pod znakiem zderzenia młodości i doświadczenia. Miało to miejsce głównie za sprawą następujących po sobie spotkań, które odbyły się jedno po drugim w Kinie Allianz- pierwsze z nich przybliżało najnowsze osiągnięcia Studia Munka, drugie poświęcono było Marii Kornatowskiej, wybitnej filmoznawczyni, wykładowczyni szkół filmowych i przyjaciółki kazimierskiego festiwalu, która zmarła zaledwie dziesięć dni po zakończeniu jego zeszłorocznej edycji.

 

Dzień zaczął się jednak podmuchem przeszłości- podczas porannego spotkania z ekspresjonizmem niemieckim widzowie mogli obejrzeć legendarny obraz Fritza Langa „M jak morderca" z 1937r., opowiadający o poszukiwaniach mordercy dzieci z zaskakującą sceną „samosądu" wykonanego przez innych kryminalistów.

 

W ramach przeglądu filmów Marka Koterskiego, wyświetlano, dla wielu kultowy, obraz „Dzień świra" z brawurową rolą Marka Kondrata, którego interpretacja postaci Adasia Miauczyńskiego przyniosła mu ogromne uznanie i wiele nagród. Przez wielu błędnie odbierany jak komedia, obraz w krzywym zwierciadle, w typowo „koterskim" stylu, przybliża życie polskiego inteligenta, próbującego odnaleźć się w otaczającej go rzeczywistości.

 

O 16:00 rozpoczęło się oczekiwane przez wielu spotkanie z przedstawicielami Studia Munka- jego dyrektorem, Dariuszem Gajewskim, dyrektorem Stowarzyszenia Filmowców Polskich Jackiem Bromskim, oraz młodymi reżyserami, którzy po projekcji szerzej omawiali swoje produkcje. Samo Studio, jest miejscem stworzonym dla wszystkich stawiających pierwsze kroki w branży filmowej, którzy mają ciekawy pomysł oraz plan jego realizacji. Instytucja produkuje zarówno „pierwsze trzydziestki", czyli półgodzinne etiudy, jak i filmy dokumentalne oraz animacje. Debiutem kinowym Studia był „Lęk wysokości" Bartka Konopki, drugim wspieranym przez nich pełnometrażem jest „Dzień Kobiet" Marii Sadowskiej, zakwalifikowany do tegorocznego festiwalu w Gdyni. Jak przyznał Grzegorz Zariczny, autor wyświetlanego dokumentu „Gwizdek", tym co uznać można za największą zaletę Studia, jest fachowa pomoc ,zarówno artystyczna jak i techniczna, dzięki której powstają filmy, mające szansę zaistnieć i zdobyć uznanie na krajowym rynku filmowym. Nie tylko zresztą krajowym, bo wiele tytułów, wystarczy wspomnieć „Ciemnego pokoju nie trzeba się bać" Jakuba Czekaja, zdobyło liczne nagrody na międzynarodowych przeglądach i festiwalach. Studio Munka jest więc miejscem łagodnego przejścia ze szkoły filmowej (choć jej ukończenie nie jest wymagane podczas ubiegania się o akceptację scenariusza) do prawdziwej pracy filmowca.

 

Pokaz rozpoczęła projekcja przepięknego filmu Jacka Piotra Bławuta „Jezioro" z fenomenalnymi zdjęciami Adama Palenty i muzyką Michała Jacaszka. Jak przyznał sam reżyser, film opowiada o „niedzianiu się"- bardziej koncentruje się na emocjach i wnętrzu bohaterów niż na snującej się wokół tajemniczego jeziora fabule. Co ciekawe, w tak kameralnej produkcji wzięli udział uznaniu polscy aktorzy: Sławomira Łozińska, Magdalena Cielecka oraz Witold Dębicki. Ogromny wpływ na końcowy efekt, miało plastyczne wykształcenie Bławuta, który ukończył Akademię Sztuk Pięknych. „Jezioro" jest więc refleksyjną historią o ludzkich fascynacjach i słabościach, która w nienachlany sposób pokazuje, jak mogą one skomplikować życie, wraz z nieumiejętnością komunikowania się nawet, a może przede wszystkim z najbliższymi ludźmi.

 

Trudno jest mi pisać o dwóch wyświetlonych podczas projekcji animacjach- mimo diametralnie różnych tematów i sposobów ich przedstawiania, łączy je z pewnością kunszt, z jakim zostały wykonane. W „Rondzie" Artura Kordasa, mamy do czynienia z czarno- białym metaforycznym obrazem nudnej rzeczywistości, natomiast w „Dróżniku" Piotra Szczepanowicza, poznajemy konkretną historię z nieco bardziej zróżnicowanymi bohaterami. Zmęczenie samotnością tytułowego dróżnika, staje się motorem napędowym jego działań i tym co sprawia, że tak bardzo boi się bliskości ludzi- nawet tych, którzy tak jak główna bohaterka zabiegają o wspólne relacje.

 

Furorę wśród publiczności wywołał film Bartka Ignaciuka „Chomik". Brawurowo napisana historia opowiada o rodzinie policjanta Waldka, który jako życiowa fajtłapa, znajduje się w sytuacji, w której musi uporać z krnąbrnym synem, rodzicami oszalałymi na punkcie swojego ulubieńca, chomika Przemka, kompletnie go ignorującą żoną, w końcu, z mającymi go za nic przełożonymi. Z czasem do listy jego zmartwień dołącza weterynarz- miłośnik ostrych sosów w kebabach, oraz Chińczyk, pracownik sklepu zoologicznego, na którym koncentruje się cała złość Waldka. W filmie wspaniale przeplatają się lata komuny z teraźniejszością, aktorzy dali popis swoich umiejętności, podobnie jak scenarzysta, któremu udało się stworzyć tekst, który przekonał producentów Studia Munka, wielkie gwiazdy polskiego ekranu, oraz przede wszystkim, widzów, którzy sądząc po reakcjach w kinie, stali się miłośnikami chomika Przemka.

 

Jedynym dokumentem, który wyświetlono w ramach tego spotkania, był „Gwizdek" Grzegorza Zaricznego, dzięki któremu świat poznał sympatycznego, jeszcze młodego mężczyznę, który mimo licznych zajęć, których się podejmował nie potrafi podjąć decyzji co chce zrobić ze swoim życiem. Kamera towarzyszy mu zarówno w domu, gdzie piętrzą się stosy encyklopedii, które miały być interesem jego życia, jak i na boisku, gdzie pełni obowiązki sędziego. Prócz fantastycznej sylwetki człowieka naszych czasów, zdeterminowanego, ale nie zdecydowanego, Zariczny pokazuje nam świat dolnej strefy futbolowego świata- w czwartej i piątej lidze z sędzią dyskutują nie tylko piłkarze i trenerzy, ale przede wszystkim kibice. Tutaj też można usłyszeć rozbrajające: Panie sędzio, kibice nas biją! Reżyser, bardzo otwarty Grzegorz Zariczny powiedział, że jego największym osiągnięciem jest świadomość, że poprzez pracę na filmem dowartościował i nieco zmienił swojego bohatera, który bardzo się zaangażował i uznał dokument za najważniejszą rzecz jaką zrobił tego roku. „Gwizdek", dość kameralna opowieść, pokazuje że dobry film nie wymaga wielkiego budżetu i wymyślnego tematu- osią obrazu musi być bohater, nawet taki, który z pozoru może wydawać się niepozorny.

 

Ostatnim prezentowanym filmem ze Studia Munka było „Życie stylem dowolnym" Adama Palenty, poświęcone niepełnosprawnym uczestnikom mistrzowskich imprez pływackich. Jako że reżyser, jest operatorem i fotografikiem, jego film budują przede wszystkim wspaniałe obrazy, wydobywające z chorych całą ich wewnętrzną siłę oraz piękno. Są przedstawieni jak normalni sportowcy- podczas rozgrzewek, treningów, zawodów, płacząc po porażce i śmiejąc się po zwycięstwie. Takie spojrzenie wydaje się być klucze do sukcesu filmu, bo ani przez moment nie odnosi się wrażenia, że autor traktuje swoich bohaterów jako ludzi chorych lub wymagających specjalnego traktowania.

 

Po godzinie 19:30 w Sali Kina Allianz niepodzielnie zapanowały wspomnienia. Twórcy festiwalu zdecydowali poświęcić wieczorny seans pamięci przyjaciółki festiwalu i wybitnej uczonej, Marii Kornatowskiej. Wśród gości zaproszonych przez dyrektor artystyczną, znaleźli się najwięksi przyjaciele znawczyni Felliniego, wśród nich Mariusz i Barbara Grzegorzek. Jak wspaniałą osobą dla tych, którzy Ją znali, świadczy fakt, że mimo roku, który minął od Jej śmierci, wielu z nich nie zdecydowało się na wejście na scenę. Swoimi wspomnieniami dzielili się z widowni, lub w milczeniu przysłuchiwali się opiniom na temat filmoznawczyni- dla tych, którzy jej nie znali, okazała się być ciepłą, niezwykle kobiecą i szaloną postacią, barwnym ptakiem swojej epoki, który realizował marzenie młodych studentów filmówki o bohemie artystycznej. Nie bano się wymieniać Jej bardzo przyziemnych cech, takich jak słabość do biżuterii, kolorowego, wyrazistego makijażu czy czekolady. Z zapewnień Torbickiej wynikało że wspomnienie Kornatowskiej obecne będzie na każdym festiwalu- w tym roku, filmem zadedykowano Jej film „Ginger i Fred" Federico Felliniego.

 

Festiwal trwa w najlepsze, prócz świetnych filmów atakuje stosami pamiątek, pajdami ze smalcem, metrowymi żelkami i kolorowymi kolczykami, atakującymi z każdej strony ulicy Nadwiślańskiej, prowadzącej do Miasteczka Festiwalowego. Ktokolwiek znajduje się w okolicy Kazimierza i ma ochotę powygrzewać się w słońcu nad Wisłą, opłukać ręce w kilkuwiekowej studni stojącej na środku rynku, zjeść dobry cymes a na dodatek obejrzeć dobry film, powinien się śpieszyć- Dwa Brzegi będą połączone jeszcze tylko przez trzy dni.

 

DZIEŃ SZÓSTY

 

Szósty dzień spędzany w Kazimierzu, to idealny moment na gofry z tą wspaniałą, półpłynną wiśniową substancją, zalane polewą czekoladową i morzem bitej śmietany. Właśnie dlatego, zaraz po ich spożyciu należy sporządzić trasy wycieczek, jakie można odbyć przed wybranymi seansami, żeby zmieścić się w najniewygodniejszych na świecie niebieskich fotelikach.

 

Przed „Metropolis", ostatnim filmem związanym z ekspresjonizmem można wybrać się na przykład na Górę Trzech Krzyży, gdzie po wspięciu się na oszałamiające sto metrów, wijące się pośród drzew, zmierzymy się ze wspaniałą panoramą miasteczka i błyszczącą w porannym słońcu Wisłą. Trzeba nie lada samozaparcia, żeby oderwać się od tego widoku i zbiec powrotem do miasteczka, na rozpoczynający się właśnie pokaz „Klucznika" Wojciecha Marczewskiego, powstałego na podstawie dramatu Wiesława Myśliwskiego, który również jest istotną postacią tegorocznego festiwalu- filmy oparte na jego twórczości, wyświetlane były w Męćmierzu, nieodległej osadzie, w której pomieszkuje Daniel Olbrychski i gdzie można zjeść najlepsze pierogi w województwie lubelskim. Ale o Męćmierzu później, na razie warto skupić się na Wiesławie Myśliwskim, wybitnym polskim prozaikiem i dramatopisarzem, który zaraz po pokazie „Klucznika" był gościem Grażyny Torbickiej i Adama Kruka w Cafe Kocham Kino, gdzie z niezwykłym dowcipem odpowiadał na pytania prowadzących oraz tłumnie zebranych gości. Z przekąsem opowiadał zarówno o krytyce, która bezlitośnie wyliczyła mu, że pisze książki co 10 lat jak i o żonie, Wacławie, którą uważa za największego i najsurowszego cenzora. Myśliwski nie jest jednak gościem, na spotkanie z którym można przyjść nieprzygotowanym, dlatego wśród widzów, zapanowało swoiste onieśmielenie.

 

gala-rozpoczecia-6-festiwal-filmu-i-sztuki-dwa-brzegi-6

 

Onieśmielenie szybko przerodził się w rozbawienie, wynikające ze zmiany przy białym stoliku w „Cafe Kocham Kino" miejsce wyważonego pisarza, zajął mniej wyważony i mniej znany reżyser, Paweł Jóźwiak, próbujący przekonywać do swojego podupadającego projektu, poświeconego pokoleniu urodzonemu po roku 1989- „Moje Pokolenie 89+". Mimo zapału filmowca, trudno dopatrzeć się w jego pomyśle większego sensu, tym bardziej, że jest on dość słabo sprecyzowany.

 

Mimo, że zbliża się pora obiadowa, należy pamiętać o porannej rozpuście przy gofrach i zafundować sobie małą wycieczkę po Galeriach Sztuki, których w Kazimierzu nie brakuje. Warto zejść z utartego szlaku przez Rynek i ulicę Nadrzeczną i poszukać czegoś ciekawego przy ulicy Lubelskiej. Kto wie, może oprócz filmowych wspomnień i nieco szerszych bioder uda przywieźć się z Kazimierza jakiś obraz?

 

Ale decydować się należy szybko bo już o 15:30 próg „Cafe Kocham Kino" przekroczyła Magdalena Cielecka, jedna z najciekawszych przedstawicielek młodego aktorskiego pokolenia. Cielecka nie promowała żadnego swojego filmu (wystąpiła w debiucie Jacka Piotra Bławuta „Jezioro"), dlatego też była to szansa na szczerą rozmowę z artystką, na wszystkie intrygujące widzów pytania- dużo jednak czasu minęło, zanim onieśmielenie Cielecką minęło i widownia zdecydowała się włączyć do rozmowy. Zaskakująca była zdecydowana opinia aktorki na temat polskiego kina, którą zdecydowanie określiła jako fatalną, co dla aktora staje się jasne już na poziomie scenariusza.

 

Po spotkaniu z aktorką, wytrwali kinomaniacy mogli udać się na film w ramach trwającej nadal, choć bez głównego bohatera, retrospektywy reżyserskiej Fridrika Thora Fridrikssona, pt. „Hringurinn". To surrealistyczny, bardzo nastrojowy obraz, właściwie pozbawiony fabuły, który wymaga od widza pełnego skupienia.

 

Wieczorem odbyła się kolejna canneńska premiera, tym razem był to film „The Paperboy" Lee Danielsa, którego jedyna dostępna kopia, jak podkreśliła dyrektor Torbicka, przyjechała do Kazimierza zaledwie kilka godzin wcześniej. Obraz nie okazał się tak wielkim sukcesem, jak obiecywały pochlebne opinie krążące po festiwalowym miasteczku, pozostał jednak przyjemnym i dość łatwym w odbiorze obrazem na leniwe popołudnia.

 

Zakończeniem dnia, był jak zwykle koncert- tym razem w Festiwalowym Klubie Perła wystąpił sekstet jazzowy M. Maseckiego „Profesjonalizm", który mimo nie największej publiczności, dał wspaniały, żywiołowy popis swoich umiejętności, zwłaszcza improwizacyjnych. Sympatię, oprócz muzyki, budzili sami artyści, szalenie naturalni i bezpretensjonalni, którzy przywitali się z widzami krótkim „cześć!". Grający w fantastycznej koszulce perkusista, improwizował solowo tak długo i zapamiętale, że w końcu uszkodził swój instrument- nawet talerz, który odpadł w czasie brawurowej solówki nie wyrwał go z muzycznego transu.

 

A po koncercie? Noc jeszcze młoda, kazimierskie puby i restauracje z otwartymi ramionami czekają na festiwalowych gości, podobnie jak trawa i ławeczki nad Wisłą, skąd roztacza się najpiękniejszy widok na gwieździste niebo i majaczący po drugiej stronie zamek w Janowcu.

 

DZIEŃ SIÓDMY

 

Kiedy zbliża się jakieś zakończenie, coś niezwykłego wisi w powietrzu. O tym, że Dwa Brzegi zakończą się już jutro, wszyscy wiedzieli od dawna, jednak dopiero powoli pustoszejące kasy uświadomiły nam, że to już naprawdę blisko. Ale po co zawracać sobie głowę melancholijną świadomością wyjazdu z Kazimierza i powrotem do rzeczywistości, o której przez ponad tydzień udawało się nie myśleć, skoro można cieszyć się tym wspaniałym, słonecznym piątkiem.

 

W powoli kończącym się przeglądzie filmów Fridrika Thora Fridrikssona, nadszedł czas na jeden z najciekawszych obrazów reżysera, mianowicie „Mama Gogo", w którym Islandczyk w trybie niemal dokumentalnym opowiada o frustrującym poczuciu klęski po przegraniu walki o Oscara i zmaganiom z chorą matką, która całkowicie odcięła się od świata i zaszyła we własnej rzeczywistości. Warto też zajrzeć do Małego Kina, na ostatnią już festiwalową porcję krótkometraży, gdzie wyświetlono m. in. świetny dokument poświęcony polskiej transplantologii, dofinansowany przez PISF „Wytnij wklej", fabułę „Strzępy", z udziałem Doroty Pomykały, wcielającej się w matkę opiekującej się wegetującym po wypadku, chorym synem, oraz stołeczną animację „Zdrowie i trzeźwość", wykonaną techniką poklatkową, przy użyciu modeli z plasteliny. Autorzy wszystkich trzech filmów, pojawili się w wypełnionym Kinie Allianz i udzielili swoich, prawdopodobnie pierwszych, odpowiedzi na pytania widzów.

 

Nie każdemu chce się jednak siedzieć w kinie i nieustannie jeść- przyznaję, że taka recepta na spędzanie czasu w Kazimierzu mogła wyłonić się z poprzednich tekstów. A wcale tak nie jest. Można odwiedzić wspominaną już wcześniej osadę Męćmierz, na którą i tak wszyscy mówią Mięćmierz, bo to wygodniejsze i ładniej brzmi. Do tego przeuroczego miejsca, gdzie na wzniesieniu w chatce krytej strzechą, chowa się przed światem Daniel Olbrychski, można dojść na kilka sposób, jednak najtrudniej jest się zgubić idąc tzw. Wisłostradą wzdłuż rzeki, w stronę promu do Janowca tak długo, aż się nie skończy i dokumentnie spalimy sobie plecy. Lojalnie uprzedzam, że to spory kawałek drogi. A potem wchodzi się w las, gdzie natrętna obecność słońca, zamieniona zostaje na towarzystwo chmar żarłocznych i wygłodniałych komarów. Da się jednak przetrwać, wystarczy iść w miarę szybko i uzbroić się w sprej odstraszający owady. Na końcu drogi, czeka w końcu nie lada nagroda- korony drzew rozchylają się i wkraczamy na sielską polankę, skąd dojść można zarówno nad Wisłę, jak i do centrum wsi, dokąd poprowadzi nas brukowana droga. We wsi, znajduje się galeria sztuki, na czas festiwalu zapełniona pracami fotografa, Tomka Sikory, gdzie odbywają się pokazy filmów opartych na twórczości Wiesława Myśliwskiego- który także zaszył się z dala od Kazimierza. Po skręceniu wprawo na rondzie, czeka już tylko prosta droga do gospody, gdzie króluje prawdziwa ikona lokalnego folkloru- Kazik, którego znają wszyscy i który wszystkich zna. W lokalu nie warto zawracać sobie głowy frytkami czy kotletami, liczą się tylko pierogi, najwspanialsze pierogi na świecie, dostępne aż w dwóch wariantach smakowych, które okraszone szalenie barwnymi opowieściami właściciela, pozostaną smakowym doznaniem, które stanie się obowiązkowym punktem wizyt na Lubelszczyźnie. A po jedzeniu nogi za pas, byle zdążyć do Kina Allianz na spotkanie z Danutą Szaflarską i pokaz filmu, którego jest bohaterką „Inny świat".

 

„Inny świat" to dokument Doroty Kędzierzawskiej poświęcony w całości wybitniej polskiej aktorce, Danucie Szaflarskiej, który koncentruje się przede wszystkich na jej młodzieńczych latach spędzonych czasie wojen oraz pierwszych kroków w Szkole Teatralnej i na scenie. Szaflarska jest jedną z tych osób, które błyskawicznie zyskują sympatię widzów- brawa, którymi została nagrodzona były absolutnie szczere i wynikające z sympatii dla tej małej, niepozornej kobiecie o wielkim sercu i charakterze, na którego udowodnienie potrzebowała zaledwie kilkunastu minut. Po projekcji filmu, widzowie zostali zaproszeni na mini recital Włodka Pawlika, który zagrał zaledwie kilka utworów, przerwanych gruchnięciem wiadomości o zdobyciu przez Polskę dwóch złotych medali na olimpiadzie- euforia zapanowała na Sali niepodzielnie.

 

Inaczej było na premierze „Yumy" Piotra Mularkua, dziwnej hybrydzie opowieści o rzeczywistym jumaniu oraz romantycznej historii ludzi uwikłanych w konsekwencje własnych decyzji. Po projekcji, która miała miejsce w Kinie PGE doszło do spotkania z twórcami, którzy godnie reprezentowani przez silna grupę młodego pokolenia, odpowiadali dzielnie na wszystkie zadanie im pytania. Szał autografów i zdjęć, których głównym celem był Jakub Gierszał, trwał do mniej więcej do jedenastej, kiedy nawet twórcy powiedzieli chłodne: nie!

 

Wisienką na torcie tego dnia, był koncert zespołu „Neo Retros", który w ciągu nieco ponad godziny, pokazał, że jego członkowie mają nie tylko ogromne umiejętności ale także wielki zapał by działać i tworzyć jak najlepszą muzykę-widać to po energii jaka aż biła od sceny- a wszystko to w festiwalowym klubie „Perła".

 

Jest pięknie, głośno i ciepło- Kazimierz można spokojnie uznać za najpiękniejsze i najbardziej kolorowe miejsce w Polsce na przełomie lipca i sierpnia, nawet mimo buszująch po rynku wróżbitek i mimów. I tych nieszczęsnych kogutów z ciasta...

 

DZIEŃ ÓSMY

 

Tak więc koniec, Dwa Brzegi się ponownie rozdzieliły, widzowie spakowali torby i pojechali do domów, z festiwalowych balonów powoli uchodzi powietrze. Maleńki Kazimierz Dolny zaczyna odzyskiwać równowagę, po tych intensywnych, głośnych ośmiu dniach, z ulic znikają stragany ze wszystkimi możliwymi cudami: od kilkumetrowych żelek, po repliki wojennych orderów. Nadal jest pięknie.

 

Pusto będzie jednak dopiero od niedzieli, w sobotę w festiwalowym miasteczku wrze, bo jest to ostatnia okazja do obejrzenia dobrego filmu, czy upolowania gwiazdy podziwianej dotychczas tylko z ekranu. Programowo, dzień jeden z najlepszych- ostatecznym pożegnaniem twórczości Fridrika Thora Fridrkissona, były dwa jego filmy, prezentowane niestety równolegle- fabularne i świetnie zagrane „Sokoły", obraz niezwykle mądry, przy tym pozbawiony patosu, za to wypełniony świetnym, klasowym humorem, oraz „Matka Courage" poświęcone problemowi autyzmu u dzieci i heroizmu ich i ich bliskich przy walce z chorobą.

 

Filmem, na który oczekiwano najbardziej był „Mój rower" Piotra Trzaskalskiego, obraz nagrodzony Złotymi Lwami za najlepszy scenariusz oryginalny. „Mój rower" opowiada o trzech pokoleniach mężczyzn, ojcu, synu i wnuku, skłóconych ze sobą i nie umiejących wyrażać swoich emocji, których oprócz muzyki, łączy brak szczęścia do kobiet- odejście babci i zasłabnięcie dziadka, postawi ich w nowej sytuacji, z którą będą musieli się skonfrontować. Film zachwycił widzów, dużym kinem wstrząsnęła burza oklasków, a tłum który wylał się z namiotów, popędził do i tak już wypchanego po brzegi „Cafe Kocham Kino", gdzie nastąpiło spotkanie z twórcami- reżyserem, Piotrem Trzaskalskim, aktorami: debiutującym na ekranie Michałem Urbaniakiem, Arturem Żmijewskim i młodym Krzysztofem Chodorowskim, oraz producentami. Wśród zachwytów i podziękowań odbiorców, artyści podzielili się swoimi wspomnieniami z pracy na planie.

 

O 16:30 nastąpiło uroczyste zakończenie festiwalu- po litanii podziękowań dla sponsorów i partnerów medialnych, dyrektor artystyczna, Grażyna Torbicka wraz z poproszonymi gośćmi ogłosiła zwycięzców Niezależnego Konkursu Filmów Krótkometrażowych, oraz została zasypana wiązankami kwiatów. Festiwal zmierzał do końca wielkimi krokami, a jednym z nich, miało być wyświetlenie nagrodzonego Srebrnym Niedźwiedziem w Berlinie duńskiego obrazu „Kochanek królowej", poświęconemu sytuacji na dworze w Danii, za panowania Christiana VII i prób wprowadzana w kraju idei oświeceniowych. Wypełniona po brzegi sala obejrzała film spójny i klarowny historycznie, niestety, nie różniącym się wiele od innych tego typu produkcji- może za wyjątkiem sugestywnej roli Madsa Mikkelsena.

 

Zakończeniem ostatecznym i nieodwołalnym festiwalowego tygodnia w kinie PGE, był rumuński, przeraźliwie długi film „Za wzgórzami", doceniony przez krytyków na całym świecie. Poświęcony przyjaźni dwóch wychowanek sierocińca, z których jedna decyduje się na wstąpienie do lokalnego klasztoru, z czym druga nie potrafi się pogodzić, mimo pięknych ujęć, wspaniałych aktorów i niezwykłego szmeru rumuńskiego języka, zdobyłby większą sympatię i uznanie widzów, gdyby trwał przynajmniej o czterdzieści minut mniej- inaczej, ma się wrażenie pewnego „gonienia w piętkę" związanego z przewidywalnością niektórych zdarzeń.

 

Jakie były tegoroczne Dwa Brzegi? Przede wszystkim bardzo tłoczne, bardziej niż chociażby przed rokiem. Tym bardziej może zaskakiwać, że mimo wzrastającej liczby widzów, pozycje w programie i lista zaproszonych gości nie oszałamia- prócz wywiezienia z Cannes połowy filmów, wygrzebania z niemieckich archiwów kilku przedwojennych obrazów i przedpremierowych pokazów polskich produkcji, tegoroczny Kazimierz nie bardzo miał się czym pochwalić- może także ze względu na decyzję o retrospektywie filmów Marka Koterskiego, które po pierwsze, szerszej publiczności są dobrze znane, a po drugie są skierowane do bardzo określonej grupie odbiorców- można je albo naprawdę lubić i podziwiać, albo szczerze ich nie znosić.

 

Strzałem w dziesiątkę były pokazy na Małym Rynku, gdzie na darmowych pokazach można było zobaczyć ekranowe hity minionego roku- oscarowe „Rozstanie", kontrowersyjną „Melancholię" czy szalone „Wszystkie odloty Cheyenne'a" z fantastyczną rolą Seana Penna.

 

Ale czasem odnosi się wrażenie, że do Kazimierza nie przyjeżdża się wyłącznie na filmy- jakkolwiek to zabrzmi, ludzie przyjeżdżają tu często z sentymentu, bo kto raz był na „Dwóch Brzegach", tej atmosfery sielanki i spokoju, wypełnionej zapachem kawy, gofrów i świeżych jagodzianek, szuka na każdym innym festiwalu. Nie ma szans na jej znalezienie, bo tylko tutaj nad Wisłą, widz wydaje się być rzeczywiście najważniejszy: nie ma awantur przy kasach ani w kolejkach, wszelkie drobne techniczne potknięcia spotykają się z wyrozumieniem. To oczywiście nie jest Arkadia- po prostu nikt tu niczego nie udaje i to jest chyba najfajniejsze.

 

Do zobaczenia za rok,
z dwubrzegowym pozdrowieniem-

 

Wichajster, znany w pewnych kręgach jako Ola Galant

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z: