Moja Pasja...

Konkurs: "Tutaj Jestem..."

Miejsce 1 (Autor: Piotr)

Prezentowanie swoich pasji jest nie lada sztuką, szczególnie wtedy gdy posiadamy ich naprawdę wiele. Uczestnictwo w tym konkursie zawdzięczam swojej dziewczynie i przede wszystkim dla niej postanowiłem spróbować swoich sił. Inna kwestią jest fakt, że nagrody są zdecydowanie bardziej skierowane dla kobiet niż dla mężczyzn, ale jest w nich jedna rzecz która wiąże się poniekąd z moją pasją....

 

Ale nie zanudzając przejdźmy do szczegółów...

 

Od wielu, wielu lat jestem fanem kina. Widziałem w życiu setki filmów, nie obce mi są filmy animowane, horrory, dramaty czy też inne gatunki jakie możemy odnaleźć w świecie współczesnej kinematografii.
Jednak jest jeden reżyser wobec którego nigdy nie pozostanę obojętny i wiem, że jego twórczość będzie mi towarzyszyć do końca życia.

 

Tą osobą jest Tim Burton

 

moja-pasja-1

 

To właśnie twórczość tego Pana jest moją pasją i bynajmniej nie obejmuje tylko i wyłącznie jego filmy ale także różne rzeczy które powstały dzięki jego fascynującym pomysłom.

 

Zbieranie filmów na DVD zajęło mi sporo czasu, gdyż od samego początku moim marzeniem było zdobycie ich w oryginalnych wersjach, a w miarę możliwości w wersjach rozszerzonych. Mogę pochwalić się sporą kolekcją, lecz niestety nie pełną. W Polsce nie zostały wydane wszystkie filmy Tim’a dlatego też w najbliższym czasie będzie trzeba poszukać ich w sieci aby dopełnić kolekcję.

 

moja-pasja-2

 

 Świat idzie za postępem czasu, dlatego też najnowszą produkcję Burtona postanowiłem zakupić już w wersji Blu-Ray, która muszę przyznać daje niesamowity efekt w domowym zaciszu. Tym filmem jest Alicja w Krainie Czarów.

 

 moja-pasja-3

 

Jak nam wszystkim dobrze wiadomo, w obecnych czasach dobry film musi mieć dobrą kampanię reklamową, ale też dzięki temu prawdziwy fan może otrzymać możliwość zakupu jakiegoś gadżetu związanego z daną produkcją. W tym też momencie dochodzimy jakby do drugiej części obejmującej moje zamiłowanie dziełami Tima Burtona. Są to kolekcjonerskie figurki przedstawiające bohaterów z filmów. Ich wykonanie jest naprawdę oszałamiające i mimo, że nie kosztują najmniej to zdecydowanie warto po nie sięgnąć, gdyż są fantastyczną osobą w pokoju, a także w pełni oddają klimat tegoż reżysera.

 

W mojej kolekcji znajdują się obecnie figurki przedstawiające bohaterów Gnijącej Panny Młodej:

 

 moja-pasja-4

 

Od lewej: Pani Plum, Mayhew, Victor, Gnijąca Panna Młoda

 

 moja-pasja-5

 

Od lewej: Gnijąca Panna Młoda, Skeleton Girl & Boy, Generał Wellington i Dwarf General

 

Szczegóły z jakimi oddane są tę postacie nie są w stanie odzwierciedlić żadne zdjęcia, prawdziwy efekt jest dopiero w momencie gdy możemy je zobaczyć na żywo.

 

Drugi film z którego posiadam figurki to Miasteczko Halloween, którego reżyserem nie był Tim Burton, lecz to on stworzył postacie a także wyprodukował ten film:

 

 moja-pasja-6moja-pasja-7

 

Jako ciekawostkę dodam, że obie figurki mają wbudowane sensory z baterią słoneczną dzięki której poruszają głowami gdy świeci na nie słońce ;)

 

Idąc dalej śladami gadżetów związanych z filmami, wydanych zostało sporo różnego rodzaju albumów przedstawiających produkcję, zdjęcia z planu czy też nawet specjalne wersje książek ze zdjęciami przedstawiającymi aktorów jak w przypadku Charliego i Fabryki Czekolady. Dzięki szczęściu i pomocy przyjaciół udało mi się zdobyć kilka takich książek:

 

Gnijąca Panna Młoda

 

 moja-pasja-8

 

 Charlie i Fabryka Czekolady

 

 moja-pasja-10

 

Jednak powoli zbliżamy się do tego co u Tima Burtona uwielbiam chyba najbardziej, jego twórczość jako rysownika. Wszytki obrazki jakie wychodzą spod jego ręki są niesamowite i klimatyczne, oczywiście nie każdemu mogą się one spodobać, jednak dla mnie są czymś szczególnym.

 

 moja-pasja-11

 

Po lewej stronie znajduje się manga będąca adaptacją filmu Miasteczko Halloween, a po stronie prawej mamy zbiór wierszy i rysunków je opisujących autorstwa samego Tima Burton. Dzięki temu zbiorowi, pewnego dnia, przy pomocy pewnej osoby oraz gliny rzeźbiarskiej, postanowiłem stworzyć jedną z postaci przedstawionych w książce. Jest nią Roy The Toxic Boy a wygląda on tak:

 

moja-pasja-12moja-pasja-13     tak wygląda oryginał ;)

 

Zmierzając powoli ku końcowi, to co najlepsze zostawiłem właśnie na tę chwilę. Tim Burton tworzył szkice za każdym razem gdy pracował nad jakimś filmem, od najmłodszych lat rysował po zeszytach, gdy nachodziła go ochota a nie miał przy sobie notesu zdarzało mu się nawet tworzyć na chusteczkach higienicznych. Jednak przez wiele lat nikt nie miał praktycznie dostępu do tych dzieł. Po długich namowach, Tim postanowił wydać książkę o znamiennej nazwie The Art Of Tim Burton. Wszytsko byłoby fajnie gdyby nie fakt, że ów książka jest dostępna oficjalnie tylko w dwóch miejscach na świecie – w Nowym Jorku i Londynie. Jednak dzięki Internetowi, człowiek spoza tych miejsc może zamówić ją w oficjalnym sklepie. Ja miałem prawdziwe szczęście i dzięki pomocy dobrego znajomego udało mi się tą pozycję zdobyć. Nie należała ona do najtańszych, jednak dla prawdziwego fana nie liczą się pieniądze a satysfakcja z zakupu. A przyznam szczerze, że kto nie widział tej księgi (samo wydanie waży ok.5kg) to przy jakiejkolwiek okazji zdecydowanie powinien się z nią zapoznać.
Oto ona, mój najcenniejszy skarb w kolekcji:

 

moja-pasja-14

 moja-pasja-15

 moja-pasja-16

 moja-pasja-17

 

Słowem podsumowania, Tim Burton jest zdecydowanie ważną postacią w moim życiu, jego filmy, rysunki, wiersze i wszystko inne co powstaje w jego wyobraźni daje mi przyjemność i satysfakcję, że mogę podziwiać takie właśnie rzeczy. Być może wiele osób nie zrozumie co w tym jest takiego pięknego, że człowiek tak się tym ekscytuje, jednak ja zawsze powtarzam, że na świecie jest wielu ludzi, a każdy ma inną pasję dla której poświęca swój czas. Dlatego też, czasem warto przyjrzeć się innym i zrozumieć co jest dla nich inspiracją. Dla mnie taką inspiracją jest Tim Burton i cieszę się, że mogłem się z nią z wami podzielić.....

 

Konkurs: "Tutaj Jestem..."

Miejsce 2 (Autor: Izabella)

 

W wolnym czasie staram się tworzyć biżuterię i ozdabiać przedmioty technika decoupage, co chciałam przedstawić za pomocą zdjęć w załączniku.

 

moja-pasja-18

 moja-pasja-19

 moja-pasja-20

 moja-pasja-21

 moja-pasja-22

 

Konkurs: "Tutaj Jestem..."

Miejsce 3 (Autor: Anna)

 

,,Ja w szkolnym realu''

 

Oooo, jak miło.... Ciepła kołderka, półmrok, spokój i cisza. Wtem słyszę: ,,Ania, ty nie wstajesz?'' Pędem zrywam się na równe nogi i szybko zerkam na zegarek. 7 : 04 . Matko Boska!
Józefie Święty! Za 10 minut mam autobus! Tak to jest jak człowiek nastawia budzik tak cicho, że sam z ledwością go słyszy. No nic, trzeba pędem lecieć na ten autobus. Ubrania naszykowane (uffff !), śniadania nie jem, ale niestety trzeba jeszcze wsadzić te nieszczęsne szkła kontaktowe do oczu. Jejku, to chyba z 5 minut mi zajmie. Jednak cuda się zdarzają – dziś włożyłam za pierwszym razem! Hurra ! Co nie zmienia faktu, że nie zdążę wyprostować grzywki, a po słodko przespanej nocy moje włosy wywinęły się na drugą stronę. No nic... Jakoś to przeżyję, szybko zakładam zimowe kozaki i przedzieram się po śniegu na przystanek (więcej śniegu nie mogło spaść tej nocy?!) Dobrze, że teraz zima i autobusy mają opóźnienie. Po sprincie na przystanek mogłam wreszcie odetchnąć. Zdążyłam! A teraz niech się dzieje co chce. Siedząc i czekając przypominam sobie, ze zapomniałam piórnika i zeszytu. ,,Eee tam'', myślę, coś się wykombinuje.
Niestety, po 40 minutach czekanie zaczynam wątpić, że dotrę do szkoły. Jest już 7:50, a autobusu jak nie było, tak nie ma. I po co ja się tak spieszyłam? Tak właśnie wyglądają nasze linie autobusowe. Człowiek nawet nie może dojechać na lekcje. Wreszcie stał się cud, o godzinie 7:55 przybył gorąco oczekiwany AUTOBUS. Lepiej późno niż wcale, konstatuję w duchu. Wraz z grupką najwytrwalszych (ach ta zima!) pasażerów z ulgą wsiadam do środka. Jeszcze tylko szybki telefon do koleżanki, że jednak pojawię się dziś w szkole i można odsapnąć.
Docieram do szkoły o 8:25. Kurczę, przecież na pierwszej lekcji praca klasowa z anglika! Zdążę napisać ją w 20 minut? Nie ma szans, myślę sobie, ale i tak co tchu pędzę do klasy. Tłumaczę nauczycielce, że autobus, śnieg, spóźnienie... Patrzy na mnie dziwnym wzrokiem (czyżby ta grzywka) i każe siadać. Gdyby ona wiedziała przez co ja przeszłam rano, toby nie zerkała na mnie jak na UFO, pomstuję w duchu. No nic, trzeba iść dalej. Kolejne lekcje ciągną się jak flaki z olejem, a nauczyciele jeszcze mają do nas pretensje że to nasza wina, bo albo się nie odzywamy (język polski), albo gadamy bez przerwy (pozostałe przedmioty). Niecierpliwie zerkam na zegarek (jeszcze 20 minut, toż to cała wieczność !), gdy słyszę pytanie skierowane w moją stronę - ,,A ty co o tym myślisz?'' Chryste, żebym jeszcze wiedziała, o co mnie pytasz! Co tu zrobić. Rozglądam się po klasie i widzę, że wszyscy są tak samo zdziwieni jak ja, więc mówię : ,,Myślę, że to bardzo rozległy i trudny temat''. Nauczycielka patrzy na mnie jakbym się z choinki urwała. – Ach tak... - mówi. Widzę, że wszyscy siedzą jak na tureckim kazaniu. Matura za pasem, a wy co? (w sumie to za 5 miesięcy, a nie za pasem –myślę, ale siedzę cicho. Profesorka tak się rozkręciła, że wygłosiła mini- pogadankę na temat szkoły, która zajęła jej aż 15 minut. Na szczęście (dla uczniów, a może i dla niej?) zadzwonił upragniony dzwonek.
Podczas przerwy zaczęłam zastanawiać się, jak wygląda moja szkolna (i pozaszkolna) rzeczywistość. Ciągle sobie zadaję pytanie: jak to jest z tą szkołą? Czy to szkoła tworzy nas, czy my tworzymy szkołę? Eee, chyba to drugie - myślę, a ponieważ jestem w trakcie omawiania jakże cudownej powieści Gombrowicz ,,Ferdydurke'', materiału do rozmyślań mi nie brakuje. Zastanawiam się, jakby wyglądało życie bez szkoły. Całe dnie luzu, wolność, swoboda... i nuda. Jakby nie było, szkoła to mój drugi dom (a może nawet pierwszy), w tych pięknych szkolnych murach spędzam całe dnie, miesiące, lata. I choć z chęcią biorę od niej krótki urlop zimowy, wakacyjny i świąteczny, to możliwości rozwodu nią nie ma - ale od czego jest krótka separacja . Zresztą, i tak nie wytrzymałabym bez moich przyjaciółek, znajomych i koleżanek z klasy (no, może z małymi wyjątkami). Bez grupki nauczycieli (wśród nich jest ten, który ciągle mówi na mnie Basia ), których lubię, cenię i szanuję. Dodam, że stanowią oni zdecydowaną większość wśród jakże szerokiego grona nauczycielskiego. Ach, i te niezapomniane chwile – klasowe wigilie, ogniska, wygłupy na lekcji, no i niezapomniana akcja pt. Awangarda na języku polskim, czyli smażenie jajecznicy. To nie jest żart! Cała akcja odbiła się szerokim echem w naszej szkolnej społeczności. Co to była za jajecznica... W trzech wersjach (można powiedzieć, że i w czterech, bo jedna wylądowała na ścianie ), w miłym towarzystwie i w niezwykłym klimacie. Może kiedyś przyjdzie czas na inny eksperyment kulinarny? Padały już takie propozycje...
Nawet jak przychodzę do szkoły w złym nastroju, ledwo uczesanymi włosami (ten przeklęty budzik!), zapominając 1000 i 2 potrzebnych rzeczy, to i tak zawsze istnieje sposób, by wybrnąć z opresji. Znane są przypadki zmiany nauczycielskich planów pod wpływem uczniowskich pomysłów. Prośbą i groźbą zdziałać można dużo... I nawet ciężki dzień może być lekki, gdy spędza się go w roześmianym, zwariowanym towarzystwie. Tak, tak. My uczniowie mamy swoje sposoby na wszystkie problemy. Ale o tym już sza!
W szkole spotykam tak wiele różnych ludzi i każdy z nich jest inny (niektórzy są naprawdę Inni, ale to wyjątki ) i myślę, ze część z nich to prawdziwe Osobowości. Kto wie, może za 50 lat będę się chwaliła, że chodziłam z tą znaną aktorką do jednej licealnej klasy? Gdy zostaniemy siwymi babciami, siądziemy z wnukami... O nie! Jeszcze nie teraz! Póki co, jestem młoda i piękna (no, powiedzmy). Mam czas, żeby jeszcze się trochę poprzyglądać temu, co widzę... przed oczyma duszy mojej.... Kurcze, za bardzo mi tu Mickiewiczem pachnie... Ale to nic. W każdym razie – szkoła była, jest i będzie trwać ( tak jak Wielka Orkiestra Świątecznej Pomocy – do końca świata i o jeden dzień dłużej). Chyba, że zastąpi ją .... Hmmm – Internet? Ale co to wtedy będzie? E - szkoła? E - uczeń? Coś tu nie gra. Mamy już e – papierosa, ale żeby e –uczeń? Chociaż, czemu nie. Po tylu latach spędzonych w szkole nie zdziwi mnie już nic!

 

Oto Ja – taka jestem

 

Wstaję rano, nie myśląc jeszcze, co przyniesie mi nadchodzący dzień. Zwlekam się z łóżka, zaspana, nieprzytomna i potargana, o godzinie 6.50. Na dłuższe leżenie pod ciepłą kołderką nie pozwala mi wizja spóźnienia się na jedyny poranny autobus. Chcąc nie chcąc wychodzę rankiem z domu. Idę na przystanek, przypuszczając jedynie, jak potoczą się kolejne minuty i godziny...
Począwszy od godziny 8.00 do 14.00 zmuszona jestem do wytężenia szarych komórek, gdyż żaden nauczyciel, niestety, nie napisze za mnie sprawdzianu i nie odpowie za mnie na pytanie. W szkole, jak to w szkole – czasem słońce, czasem deszcz. Każdy kolejny sukces napawa mnie optymizmem i satysfakcją, każda kolejna porażka sprawia ból, ale też motywuje do pracy. Wszystko to sprawia, ze uczę się przyjmować nie tylko pochwały, ale także, a może przede wszystkim – znosić krytykę, która w życiu każdego człowieka obecna jest w mniejszym, czy w większym stopniu. Jednak to ból, a nie radość, uczy jak żyć. Coraz częściej doceniam wagę rzeczowej krytyki, bo choć sprawia przykrość, to jest sposobem na doskonalenie się. Często po przykrym wydarzeniu, złym słowie, niezrozumiałym zachowaniu, wracając do domu tym samym autobusem przeżywam tę sytuację na nowo. Wiem jednak, że choć dziś sprawia mi ona ból, to nazajutrz będzie bolało mniej, a po tygodniu, miesiącu – już wcale. To banalne, ale myśl ta sprawia, że żyje się łatwiej.
Często myślę, jak udoskonalić, ulepszyć mój mały, odrębny świat. Tak łatwo narzekam na otoczenie, że nie widzę czasem tego, co w nim najpiękniejsze, bo warstwę tą przykrywa tak często żal, złość czy rozgoryczenie. Dlatego tak piękne i wartościowe są chwile, kiedy myślę, że dla danej chwili warto żyć. Warto żyć, by usłyszeć coś pochlebnego na swój temat, by móc podzielić się tą radością, by przekuć ją na coś wartościowego dla siebie i dla innych.
Myślę też, że nawet największa porażka może stać się najcenniejszym życiowym sukcesem, jeżeli tylko będziemy umieli spojrzeć na nią z dystansem, czego uczyć się trzeba całe życie...
Od pewnego czasu z podziwem patrzę na osoby, które osiągnęły sukces, spełniając swoje najskrytsze marzenia. Darze ich ogromnym szacunkiem, bowiem po drodze często stykają się z przeciwnościami losu, walczą z własnymi słabościami. A ta walka jest najtrudniejszym życiowym wyzwaniem, a jednocześnie największym ludzkim sukcesem, gdyż tylko ona zbliża do pełni człowieczeństwa. Jeszcze nie nadszedł w moim życiu taki moment, bym musiała postawić wszystko na jedną kartę, lecz myślę, że spełnianie własnych marzeń jest ogromną nagrodą daną człowiekowi. Ja marzę codziennie – o rzeczach mniejszych i większych, bardziej i mniej realnych, ale taka chwila relaksu i oderwania się od przyziemności pozwala mi na nabranie dystansu, na ucieszenie złych emocji. Z utęsknieniem czekam na tę właśnie chwilę tylko dla siebie, podczas której obcuję z moimi marzeniami . Wtedy zapominam o tym, co przykrego się wydarzyło, bo czasu i tak nie cofnę. Mogę jedynie sprawić, by ta drobna ranka zabliźniła się jak najszybciej.
Przychodzą czasem w moim życiu takie momenty, gdy myślę, że jestem wielką szczęściarą. Odkąd dużymi krokami zbliżam się do dorosłości, tym częściej staram się doceniać to, co mam. A mam może niedużo – rodzinę, której mogę zaufać, przyjaciół, z którymi mogę porozmawiać i pośmiać się, mam swoją pasję – książki, które sprawiają, że żyje mi się nie tylko lżej, ale i wartościowej. Kiedy kładę się z książką do łóżka wiem, że tych minut, godzin i dni z książką nikt mi nie odbierze, bo tylko ja wiem, ile dla mnie znaczą. Wiem też, że nic ich nie zastąpi, bo magia książek jest bezcenna. Nie da się jej policzyć, zamknąć w jakieś ramy. Książki są osobnym światem, do którego nie wszyscy potrafią znaleźć drogę, nie wystarczy kupić jedynie biletu wstępu. Dlatego cieszę się, że jestem w pewien sposób wyróżniona, co nie znaczy, że czuję się lepsza od innych, którzy znaleźli swe szczęście w zupełnie innym świecie. Ważne jest jedynie to, by odnaleźć swą pasję i trwać przy niej nie przez tygodnie, miesiące, lecz przez lata.
Jak więc wygląda mój świat? Nie jest on ani niezwykły, ani szalony, ani poważny. Jest mój. Cenię sobie stabilizację, spokój, ciszę, ale jak każdy potrzebuję chwili zapomnienia, nutki szaleństwa. W każdym z nas pełno jest sprzeczności, problem polega, na tym jak połączyć je w spójną i solidną konstrukcję. Mój świat składa się z wielu drobnych puzzli, które tworzą jedną układankę. Każde kolejne doświadczenie, przeżycie, wydarzenie dołączam do tej kolekcji, tak więc sukcesywnie się ona powiększa. Najbardziej satysfakcjonuje mnie zaś to, że na swej drodze spotykam od pewnego czasu mądrych i wartościowych ludzi, od których wiele się uczę i czerpię. Coraz bardziej doceniam wagę takich spotkań, a perspektywy czasu wiem, jak wiele zmieniły one w moim życiu. Czasem zwykłe słowo ,,dziękuję'' to za mało, by wyrazić swoją wdzięczność. Z niecierpliwością czekam na kolejne takie spotkania. Wiem, że wiele z ich jeszcze przede mną...
Gdy niedawno zadałam sobie pytanie : jak żyję? odpowiedź nie była prosta. Pierwsze skojarzenie jakie przyszło mi do głowy – robię to, co uważam za słuszne, nie raniąc przy tym innych. Potem przyszła refleksja – czy rzeczywiście powinnam siebie tak pozytywnie oceniać? Nieustannie zdarzają się momenty, że jednym nieopatrznie wypowiedzianym słowem ranimy uczucia bliskich nam osób. Dlatego warto żyć świadomie, bo świadomie czy nie, wpływamy na życie innych osób, z czego nie zawsze zdajemy sobie sprawę. W tej kwestii także nie jestem wyjątkiem. Dopiero uczę się jak żyć, by nie zadawać innym bólu, ale też – kiedy trzeba – walczyć o swoje.
Myślę, że mój świat symbolizują kartki papieru, które razem tworzą całość. Nie tylko ode mnie zależy, jak zapiszę puste jeszcze strony. Część z nich jest już bowiem zapisana piórem losu, nie da się ich wymazać, ani wyrwać.

 

Wieczór, 23.30

 

Gdy po dniu pełnym szkolnych i domowych wrażeń, odrobieniu lekcji i położeniu się do cieplutkiego łóżka przygotowuję się do kolejnego ciężkiego dnia, myślę sobie – WARTO ŻYĆ, choćby dla tych magicznych, ulotnych chwil, które tak szybko uciekają, a które czynią życie tak wspaniałym. Nawet po skrajnie ,,złym dniu'' pocieszam się myślą, że zawsze znajdzie się choć jedna pozytywna rzecz – kolejna przeczytana książka, rozmowa z koleżanką, możliwość posłuchania ulubionej muzyki. Takie chwile nie pozwalają popaść w chandrę, zamknąć się w kokonie smutku. Drobne okruszki szczęścia, które leczą duszę i ciało.
Tuż przed zaśnięciem dochodzę do wniosku – nie ma się co martwić na zapas kolejnym, być może trudnym, dniem.

 

Wszystko się ułoży...

 

Zwycięzcom konkursu serdecznie gratulujemy...

 

moja-pasja-23

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z: