O Tym, Kogo Nazywamy Bohaterem

O Tym, Kogo Nazywamy Bohaterem

 

Bohater. Osoba godna tego, by ją naśladować. Kto zasługuje na to miano? Jak zmieniło się znaczenie tego słowa na przestrzeni lat? Spróbujmy dziś przeanalizować tę kwestię.

 

Dawniej wielką czcią obdarzani byli ludzie, którzy byli gotowi ginąć za kraj, w którym się urodzili. Kraj może nie idealny, ale ukochany, taki, w którym dorastamy, zakładamy rodzinne gniazda i po prostu żyjemy. Dziś wolimy uciec tam, gdzie jest łatwiej. Dziś wznosimy wielkie larum, gdy powstaje kolejny film o tematyce historycznej. Burzymy się, kiedy mowa o czymś, co powinno być dla nas naprawdę ważne. Nie poświęcamy zbyt wielu chwil na refleksję, chwilę zastanowienia nad przeszłością, nad ludźmi, którzy oddali życie po to, byśmy dziś mogli żyć tak, jak żyjemy. A jeżeli już to robimy, to głównie dlatego, że tak wypada. Tak wypada bądź zmuszają nas do tego w szkole.

 

Żyjemy w epoce, w której na siłę nagradza się ludzi za to, że bezinteresownie pomagają. Nigdy nie zrozumiem sensu powstawania programów typu Zwykły bohater. Dzisiaj pomoc innym nie jest już dobrem, jest czymś, co się sprzedaje, co trzeba lansować i za co należy się nagroda. Pieniężna, bo uścisk, słowo dziękuję czy ciepły, promienny uśmiech, to już przeżytek. O ile jestem w stanie nawet poprzeć ideę pokazywania ludziom, zwłaszcza młodym, których umysły dopiero się kształtują, osób, które pomagają i robią to z autentycznej potrzeby serca, o tyle sprzeciwiam się nagradzaniu ich. Bo jedno z drugim się wyklucza. Z jednej strony chcemy powiedzieć: zobaczcie, to jest drugi człowiek, on czasami potrzebuje pomocnej dłoni. Was wiele to nie kosztuje, więc poświęćcie mu chwilę. Nawet najmniejszy gest może sprawić, że komuś będzie żyło się łatwiej, lepiej. Że się uśmiechnie. Z drugiej strony wysyłamy jednak komunikat: no dalej, zróbcie to, pomóżcie. Możecie dostać za to kasę. I nikt mi nie powie, że tak nie jest. Ilu z nas dziś jest w stanie poświęcić czas drugiemu człowiekowi, kiedy ten sobie z czymś nie radzi, nie żądając przy tym czegoś w zamian? Owszem, są tacy ludzie. Ale niewielu. I mam wrażenie, że ta liczba będzie wciąż maleć. Czy bohaterem można nazwać osobę, która rzuci wszystko i zrobi wszystko, by bliźniemu ulżyć w cierpieniu, ułatwić życie? Tak. A czy można nazwać tym samym przydomkiem człowieka, który robi to wszystko, ale z tyłu głowy przez cały czas kołaczą mu się myśli o możliwym zysku? Nie. To jest wyrachowana istota. A jak tak dalej pójdzie, to właśnie takie przypadki będą współczesnymi autorytetami przyszłych pokoleń...
Inicjatywę Owsiaka wielu z nas popiera. Głośniejsze są jednak protesty i krzyki spiskomaniaków, którzy wszędzie węszą podstęp. Bo to jest przecież niemożliwe, żeby ktoś zrobił coś dla innych, bo tego chce. On musiał mieć w tym jakiś cel, i to na pewno nie była chęć uratowania życia dzieciakom. I na bank duża część zebranej kwoty idzie do jego kieszeni. Plagą dzisiejszych czasów jest to, że doszukujemy się drugiego, gorszego dna tam, gdzie go nie ma. Nie potrafimy uwierzyć w czyste intencje drugiej strony. Uważamy, że wszystko, co ona robi, jest robione po coś. Po to, by mieć z tego profity. I cały czas szukamy dowodów na to, co nam się wydaje.

 

Do kin wchodzi mnóstwo filmów rocznie. W księgarniach pojawiają się co i rusz nowe książki. Wściekamy się, kiedy tematyka kolejnej produkcji znów zahacza o Katyń czy Holocaust. Jesteśmy zadowoleni z najnowszej komedii Woody'ego Allena. I płaczemy na zwykłych historiach zwykłych ludzi.
Popieram nagłaśnianie przypadku Janka Meli. Popieram opowiadanie o tym chłopcu, który stał się niepełnosprawny, a mimo to żyje nadal i osiąga rzeczy, o których wielu zdrowych może tylko pomarzyć. Bo naprawdę trzeba mieć przysłowiowe jaja, by po takiej tragedii, jakiej on doznał, podnieść się i spróbować wrócić do tak zwanej normalności. By choć postarać się znaleźć coś, co nas jeszcze bawi, cieszy, satysfakcjonuje. By robić cokolwiek, i nie mówię tu o załamaniu rąk i płakaniu nad własnym marnym losem.
Przyłączam się do zachwytów nad Joanną Sałygą, szerzej znaną jako Chustka, która swoim blogiem przetoczyła mnóstwo ciepła i optymizmu w swoich czytelników. A to wszystko mimo tego, że zżerał ją rak i wiedziała, że nie da rady wygrać z nim wojny o życie.
Co jednak dziwi, to uznanie dla ludzi typu Agata Mróz. Filmu ukazującego jej historię nie widziałam, ale ją znam. Nie jestem w stanie zrozumieć jej fenomenu. To kobieta, która była chora, zaszła w ciążę i mimo że wiedziała, że może się to źle skończyć, postanowiła urodzić. Dziś jej dziecko wychowuje się bez matki. Nigdy nie byłam człowiekiem zachwalającym takie postawy. Nie widzę w nich niczego godnego zachwytu. Jasne, że chęć urodzenia i wychowania nowego człowieka jest szlachetna, zwłaszcza dziś, gdy społeczeństwo jest bardziej nastawione na robienie kariery niż dbanie o domowe ognisko. Wszystko jednak zależy od perspektywy. Gdyby Mróz była moją matką, nie byłabym teraz szczęśliwa. Pokuszę się nawet o stwierdzenie, że pałałabym do niej niechęcią. Bo jak może czuć się dziecko, które żyje z poczuciem, że jego rodzicielka nie żyje, bo postanowiła poświęcić się dla jego dobra? Jak czuje się dziecko, które wychowuje się bez tej kobiety, z którą więź jest najsilniejsza i właściwie niemożliwa do zerwania? Jasne, może czuć wdzięczność. Ale nie musi. Równie dobrze może myśleć, że gdyby nie ono, mama by żyła. To nie sztuka: zajść w ciążę i urodzić. To nie sztuka: zajść w ciążę i urodzić, ze świadomością, że nie będzie nam dane długo towarzyszyć naszej latorośli. A jednak ludzie kupują takie łzawe opowieści i są nimi zachwyceni, opowiadając wszystkim wkoło, że to, co zrobiła ta i ta osoba, jest czymś wielkim. Guzik prawda. Ona tylko donosiła ciążę, a wkrótce potem umarła, zostawiając męża z dzieckiem.

 

Nie żyjemy w dobrych czasach. Mamy problem z zauważeniem tego, co naprawdę ważne, tych małych wielkich czynów. Nie wykazujemy poszanowania dla ludzi, dzięki którym mówimy dziś po polsku, nie po niemiecku. Uważamy, że coś jest godne pochwały, nie starając się nawet spojrzeć na sprawę pod różnymi kątami. Agata to wielki człowiek i już. Bo urodziła mimo choroby. Kwestia tego, jak będzie sobie radziło jej dziecko, kiedy jej zabraknie, a zabraknie naprawdę bardzo szybko – kogo to obchodzi? A kiedy już zauważymy zalążek dobra bijący od kogoś, od razu myślimy, jak mu pokazać, że tak naprawdę chce dobrze dla siebie lub jak zbić fortunę i umniejszyć wagę pomocy innym...

 

by Daria.

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z: