Relacja: Nike 2013

Gala NIKE 2013 za dwie godzinki. Dzięki uprzejmości pana Grzegorza Raczka(DużeKa.pl) będę mogła na żywo obserwować, to doniosłe dla świata literatury wydarzenie. Póki co muszę najpierw się na nie dotaskać. Zaczyna się ściemniać, a ja jako osoba o nawigacji mająca pojęcie zerowe, nawet (w sumie szczególnie) przy pomocy Internetu schodzące poniżej każdej statystyki, nie wiem jak z problemem transportu sobie poradzić. Powoli wchodzę w fazę zdenerwowania. W głowie kołacze mi się myśl: Jak, kurka tam dojadę? W końcu cud! Znalazłam, wyjście proste, jak budowa cepa! Uderzam się ręką o czoło, przecież 105, tak? Ona w tych rejonach się kręci. Mały myk, raz ciach – ciach, patrzę na trasę, jak wół pisze 105: Biblioteka Uniwersytetu Warszawskiego. Hurra! Misiek uratowany!

Biorę książkę pod pachę, w torebkę przecudnej urody pakuję zeszyt, długopis i moje połamane okulary – bez nich może być trudno. Mam cichą nadzieję, że będę mogła usiąść gdzieś w tylnich, nie rzucających się w oczy rzędach, założyć sfatygowane przez los binokle i wczuć się w rolę czujnego obserwatora. W innym przypadku mój kreci (w sumie kretom, mogę zazdrościć) wzrok na nic się zda. Na nowy sprzęt, trzeba niestety czekać – dzisiaj pełna konspiracja krótkowzrocznej dziewczyny.
Jak na wzorową uczennicę podstawówki przystało, osobę mą zdobi prosta biała bluzka i czarna spódnica (ten kto je wymyślił za pewne wiedział, że w przeszłości będzie mi sprawiać dużo problemów i teraz się ze mnie cicho naśmiewa. Ta persona na pewno była w konflikcie z jakimś polskim chłopem, który jak nic jest moim praprzodkiem), pierwszy raz od dwóch lat (doceńcie ten gest proszę, gdyż jest to wydarzenie nie lada) mam rozpuszczone włosy, a mój delikatny makijaż rzeczywiście maskuje wszelkie pryszcze, które miały zaniknąć wraz z okresem dojrzewania. Te niestety są zbyt zżyte z moją fizys, wiec pewnie zostanę z nimi pochowana. Patrzę w lusterko zaraz przed wyjściem i oczom nie wierzę – normalnie, wyglądam jak dziewczyna! Widać, każdej z nas musi się to kiedyś przydarzyć.
Autobus, jak na damę przystało, spóźnia się przepisowe pięć minut, co najlepsze jest praktycznie pusty. Co najgorsze, jego trasa jest od roku (tak słyszałam) „czasowo zmieniona". Pięknie – ja nim ostatnio prułam przez warszawskie ulice dwa lata temu. Teraz na nowo uczę się gdzie są te podstawowe, bądź szukam punktów zaczepienia w charakterystycznych budynkach, ale od czego są nowoczesne spisy przystanków? (Wiecie o co mi chodzi, zamiast zwykłej tablicy informującej, jaką trasę przemierza zacny środek lokomocji, jest zainstalowany przybytek elektroniczny, który pokazuje, na którym to przystanku się aktualnie znajdujemy) Ten niestety odmówił posłuszeństwa.
W taki oto sposób przez pierwsze pięć przystanków zagłębiałam się spokojnie w losy Żydów po Holokauście. Potem weszła pewna starsza pani i na tyle zburzyła moją własną, ćwiczoną regularnie samokontrolę, że niestety, tak jak i ona zaczęłam się denerwować. Wszystko przez to, że rzeczona staruszka (mam nadzieję, że jeśli korzysta z Internetu i jakimś cudem nadzieje się na ten wpis, to się nie obrazi szukając zemsty na niecnym podlotku) również wybierała się na rozdanie nagród. Z tego co zrozumiałam podczas rozmowy z nią (mój cichutki głos szarej mychy, który niestety czasami zatwardziale atakuje moje gardło i jej donośny, władczy, lekko skrzekliwy ośmielę się dodać) nie pierwszy raz zaszczyci swą osobą to doniosłe wydarzenie.
Czuję, jak mierzy wzrokiem mój wygląd uczennicy. Nie wiem, jak to się stało, ale jeszcze pod koniec podstawówki brano mnie za osobę dużo starszą niż w rzeczywistości (zamiast dawać mi trzynaście lat, dawano dwadzieścia sześć – gdzie ludzie mają oczy?!). Teraz natomiast zamiast dwudziestu jeden dostaję noty na szesnaście, piętnaście... czasami pojawiają się przez to małe problemy podczas zakupów, dlatego nigdy nie wypuszczam dowodu z portfela.
Żeby nie pozostać dłużną (może głos mam, jak kastrat, ale spojrzeniem zabijam na kilometr) również ją taksuję, bez nadmiernej natarczywości. Dobrze, że blisko stała, inaczej byłoby krucho (przecież nie założę zdezelowanych okularów w autobusie). Pani była zaopatrzona w wielkie, różnobarwne pierścienie, na malutkich paluszkach. Niższa ode mnie o głowę (wyczyn dość duży, gdyż trudno jest przebić moje 155 cm) – zapewne wiek troszkę ją przycisnął do podłoża. Z bliska jej wzrost troszkę dziwił, gdyż poprzez swoją pewność siebie wydawała się dużo wyższa (przynajmniej z metr większa ode mnie). Tapeta wyrazista, włosy dwukolorowe (coś jakby rudy, pomieszany z blond), do szyi, z lekka skręcone przy końcach, troszkę napuszone. Ciemna spódnica, do samej ziemi. Może ktoś kojarzy?
Wysiadamy. Starsza pani z gracją wyjmuje cieniasa – ostatnio zauważyłam, że w Warszawie ludzie palą tylko i wyłącznie te cieniutkie badylki. Najczęściej mentole, tudzież delikatna odmiana niebieska – czerwonych, jak podejrzewam nie ma. W moich stronach rzadko spotykane, Tam znowu królują czerwone, oby jak najtańsze. Zresztą nieważne, cienki czy zwykły, smród pozostaje ten sam.
Tak więc pani odpala, idąc krokiem niespiesznym. Ja z kolei, rozglądam się dookoła szukając wzrokiem tej sławnej biblioteki. Z racji tego, że przysłowie ślepa, jak kuraidealnie do mnie pasuje, dopiero po jakimś czasie oraz wskazaniu dłonią przez moją towarzyszkę autobusowych wojaży, dostrzegam ten kolorowy gmach, który stał przede mną, jak wół.
Nie spodziewałam się tego, ale niestety dopadł mnie delikatny stres. Pan przy drzwiach pyta uprzejmie o moje nazwisko, z lekka zaskoczony, że tak młoda i w dodatku mało pewna siebie osoba chce się wbić na imprezę, gdzie prym wiedzie zaszczytne towarzystwo, w dodatku samo siwowłose (ewentualnie trafiły się jakieś koloryzacje). Gdy ów pan szuka mnie na czarnej liście, ja sprawdzam czy mi czasem spod bucików marki targowica nie wystaje trochę słomy – nie ma lipy, dobrze ją upchałam w rajstopkach, pod piętami, dzięki czemu jestem jakieś dziesięć centymetrów wyższa.
Wchodzę. Dobrze, że przybyłam godzinę wcześniej, bo z samym znalezieniem szatni zeszło mi z piętnaście minut (była zaraz przy wejściu). Dostałam nawet modny ostatnio identyfikator, co bym się z jakąś mega gwiazdą kultury wszelakiej nie pomyliła. Potem ładne schodki, na których szczęśliwie nie zaliczyłam popularnej w świecie gleby. Siadam sobie radośnie na samym końcu. Już sięgam po okularki, które skrzętnie chciałam ukryć za moją bujną czupryną (po to właśnie rozpuściłam włosy), a tu nagle trach! Jakiś pan mówi mi, że dla prasy to miejsca są z przodu. Informacja zmroziła mnie i odebrała pewną równowagę w stopniu ostatecznym.
Dobra. Przesiadam się. Z okularów nici. Na szczęście oświetlenie jest na tyle intensywne, że widzę całkiem wyraźnie.
Błysk fleszy sprawia, iż mam mroczki przed oczami. Fotografowie strzelają fotki szybciej, niż ja zjadam czekoladę – wyczyn na skalę kosmiczną. Z tego względu patrzę czy słoma jest na swoim miejscu, gdyż niestety pojawia się kolejny stres. Zostałam poproszona o zrobienie zdjęć moim super gibkim telefonem, który obecnie jakością niemal dorównuje połamanym okularom. Dość, że poobdzierany, to jeszcze fotki robi tak ostre, jak mój niecny wzrok patrzy na świat bez wspomagaczy. W dodatku jedna z organizatorek informuje, że telefony mają być wyłączone na czas transmisji.
No to klapa, dół, pech murowany, do jasnej, ciasnej!
Szczęśliwie, życie nie raz nauczyło mnie, jak postępować w sytuacjach kryzysowych. Survival to moje drugie (w sumie czwarte, jeżeli mam być skrupulatna) imię. Dlatego też wyciszam dźwięki do granic możliwości, włączam tryb samolotowy i do dzieła! Podczas ważniejszych momentów pstrykam na ciemniaka, kierując komórkę na prawo i lewo, tym sposobem uzyskując z pięć sensownych zdjęć. Czuję się bohaterem, Supermenem i agentem 007 w jednej niepozornej kobiecej sylwetce.
Żeby osobom siedzącym obok mnie, nie nudziło się za bardzo przed samym rozpoczęciem gali, wyciągam zeszyt tescowy dziewięćdziesięcio groszowy oraz podobnej jakości długopis i notuję – zawsze to lepiej i klarowniej niż z pamięci. Oni obserwują. Jedna pani nawet uśmiecha się z politowaniem. Ja to wszystko serdecznie ignoruję wczuwając się powoli w ogólną atmosferę oczekiwania, o dziwo połączoną ze znudzeniem – przyznacie, że kombinacja dosyć ciekawa.
Bystro niczym woda w strumyku dostrzegam, że jestem tutaj chyba jedyną nierozpoznawalną osobą, gdyż wzrok szukających sensacji przesuwa się po mojej sylwetce niczym cień.
Gwar powoli cichnie, gasną lampy błyskowe, których to podczas transmisji nie wolno używać. Zaczyna się. Z tyłu słyszę (nie podsłuchuję) komentarze pewnego starszego (na młodych nie ma co liczyć) pana, które sprawiają, że trudno mi co chwilę nie parskać śmiechem. Tym bardziej, że jego partnerka, w przepięknym stylu ripostuje każde zdanie, jakie pada z jego ust.
Ale o tym co powiedział starszy pan, kiedy zauważyłam, że nie tylko staruszkowie rządzą na sali, jak niektórzy z lekka się skompromitowali i co w tym wszystkim najbardziej postać moją z nizin pochodzącą zauroczyło, już jutro. W końcu o wygranej już słyszeliście, wiec po co pośpiech?
CZ II
Dotarłam. Rozsiadłam się wygodnie na niewygodnym krzesełku, które od razu skojarzyło mi się z wieczorkami poetyckimi w mojej kochanej dziurze. Wspaniałe czasy młodości, dyskusji i ciekawych znajomości. (Niestety moja kariera poetki skończyła się szybciej niż zaczęła, choć na strychu, dumnie leży parę zeszytów szumnie zwanych tomami. Stanowią niewyczerpane źródło śmiechu. Niekoniecznie mojego, choć komentarze do tej tragicznej twórczości często zwalają mnie z nóg). Fakt, że tutaj było dużo mniej kameralnie (tam spotykaliśmy się w dziesięć osób, może trochę więcej), jednakże ludzie jakby podobni – może ze względu na niecodzienny, mało wulgarny język? Tonację wysublimowaną, wymuskaną? Słowa gładkie, niby żartobliwe, ale jednak nie do końca?
Możliwe.
Staruszek za mną, o którym wspominałam wcześniej zajął moje myśli na pewną chwilę, po dość donośnie wypowiedzianym zdaniu: Ja to bab żadnych nie chcę, bo mi chałupę by rozniosły. Przez to wymsknęło mi się nieprzyzwoite parsknięcie, a że starszy pan, wcale się ze swoimi komentarzami nie krył (o ta Bator, to jest niezła laska), trudno było w pełni skupić się na samej gali. Niemal, jak w domu.
Jednakże, gdy wszystkie rozmowy zamilkły na scenę wkroczyła pani Grażyna Torbicka. Jest to chyba jedna z niewielu osób telewizji, o której śmiało mogę powiedzieć, że ma klasę. Wprawdzie, jakoś często jej nie oglądam (jak i samej telewizji), ale gdy już mi się to zdarzy nic nie można jej zarzucić. Siedzi się tylko spokojnie i wsłuchuje w jej przyjemny dla ucha głos.
Tak więc słucham. Znana prezenterka informuje, że rozdanie jest organizowane od siedemnastu lat (za rok dostanie dowód), w każdą pierwszą niedzielę października. Chyba tylko mi kojarzy się to z Barbórką – bynajmniej nie mam na myśli górników. Chodzi o święto fanów WRC (jeśli ktoś się nie orientuje, jest to impreza związana z samochodami rajdowymi). Porównanie nasunęło się dlatego, że to akurat wydarzenie ma miejsce zawsze w pierwszą sobotę grudnia (W tym roku 7.12.2013, jeżeli ktoś ma chęć się wybrać, to może się zobaczymy. U mnie obecność na Karowej powoli zamienia się w tradycję), choć emocji dostarcza dużo więcej (szczególnie tym, którzy blisko stoją. W końcu zawsze jest możliwość, że kierowca straci kontrolę nad kierownicą i coś nam zrobi). Samochody i książki – wybuchowe połączenie.
Proces wyboru pozycji ubiegających się o Nike rozpoczyna się w ostatnim miesiącu roku. Następnie w maju na Warszawskich Targach Książki jest wybrana finałowa dwudziestka. Na koniec, nie wiedzieć czemu siódemka (Może dlatego, że to szczęśliwa liczba? Po jednej książce na każdy dzień tygodnia? Nie mam pojęcia) najlepszych z najlepszych przybywa (Bądź nie, jak to się zdarzyło tym razem. Mianowicie wykruszyła się pani Justyna Bargielska, ponoć obrażona poetka.) na galę. W tym roku po raz ósmy organizowaną w Bibliotece Uniwersytetu Warszawskiego – swoją drogą przyzwoita placówka. To tyle z ważnych informacji.
Gdy pani Torbicka w skrócie przypominała, to co w sumie każdy zainteresowany wie, przez ponad pół godziny wyświetlano krótkie filmiki, które równie dobrze można było wrzucić na YouTube i oszczędzić sobie czasu. Tym bardziej, że nie powalały, wręcz (co tu dużo kryć) były nudne i w moim odczuciu niedopracowane. Sama lepszych bym nie zrobiła, ale ja się na tym nie znam. Jak sądzę organizatorzy w tak ważne wydarzenie angażują profesjonalistów, szkoda tylko, że nawet w okularach tego nie widać (wiem, bo w mieszkaniu, w końcu je założyłam i obejrzałam wszystko jeszcze raz). To samo podkład muzyczny – bardziej pobudzający jest "Anielski orszak". Naprawdę, bez przesady. Zresztą zapewne wielu z was skusiło się na propozycję TVP2 i przekonało się o tym, na własnych odbiornikach.
Na początek tej filmikowej prezentacji poznajemy paru z przedstawicieli dostojnego jury, opowiadających, jakie to trudne zadanie spoczywa na ich barkach podczas trzy letniej kadencji. Rzeczywiście zadanie mają nie lada, chyba głównie dlatego od lat wybierają takie smętne pozycje. Nic tylko brud, syf, poniewierka, aż się ma ochotę chwycić za żyletkę po wysłuchaniu samych opisów. Oczywiście jest to ogólne wrażenie, gdyż żadna z finałowej siódemki jeszcze nie wpadła w moje stęsknione ramiona. Za to jednego z poprzednich laureatów pozwoliłam sobie wykorzystać podczas prezentacji maturalnej. Był to pamiętny „Gnój" Wojciecha Kuczoka (takimi lekturami napadłam komisję, że część nie wiedziała o czym w ogóle mówię, a było prosto i klarownie – o dzieciach).

 

Występ szacownego jury podsumował prof. Ryszard Koziołek (literaturoznawca):

„Nawet jeśli nasz mocny typ nie wygrał, wygrała polska literatura. Nie ma wstydu."

Jakie to głębokie. Lepiej by wypadło, gdyby wstydliwi przedstawiciele Olimpu Nike wystąpili na żywo. To samo mogli zrobić finaliści, ale co ja się tam znam.
Po rzeczonym jury przyszła kolej na głównych zainteresowanych dzisiejszym wieczorem. Żeby było sprawiedliwie, w kolejności alfabetycznej. Jako pierwsza na filmiku pojawiła się nasza wielka nieobecna, pani Justyna Bargielska opowiadając o swoimi tomiku, a właściwie tomie poetyckim „Bach for my baby". Po pierwsze tytuł angielski, w konkursie promującym polski (w sumie twórczość zdolnych Polaków) jakoś mi nie leży (przecież „Bach dla mojego dziecka" też dobrze brzmi, chyba, że chodziło o kawalera, wtedy zrobiłoby się jakoś dziwnie). Po drugie nawet, jakby mi za darmo ktoś dał to dzieło literackiej finezji, palcem bym nie dotknęła, po tej prezentacji – autorka mówi, że występuje tam seks, przemoc, seks i przemoc, słyszałam jeszcze słowo menstruacja. Wszystko to przy małej dziewczynce – jakaś metafora? Niewinne i zbrukane w jednym? Stare i młode w korelacji? Nie wiem, ale mój gust „artystyczno – czytelniczy" poczuł obrzydzenie. Dziękuję, postoję.
Potem na ekranie pojawiła się laureatka tegorocznej edycji Nike, pani Joanna Bator. Po samej wypowiedzi dochodzę do wniosku, że nagroda trafiła w dobre miejsce. Była jedną z najsensowniejszych, przy tym na tyle ciekawa, że miałam czelność zanotować sobie parę interesujących słów na temat procesu tworzenia "Ciemno, prawie noc". Szczególnie, jedno zdanie okazało się bardzo na czasie:

 

„Polacy czytajcie książki"

 

Ha! Słucham wybitnej pisarki, może jeszcze będą ze mnie ludzie...
Później zaczyna się robić groźnie. Poznajemy Kaję Malanowską, która swojego czasu miewała ostre zjazdy, paranoje, schizy i depresję. Wszystkie wspomnienia związane z ciężkim okresem tejże choroby spisała w książce „Patrz na mnie Klaro". Uwaga – w książce występują blogerzy (blogerki), w stopniu bardzo znaczącym, może być ciekawie. Choć ja wolę być ostrożna. Autorka zdradziła, iż jej mąż (ponoć Redaktor-Superman) „brutalnie wywalał po pięćdziesiąt stron" radosnej twórczości finalistki.
Pani Grażyna Torbicka tak skomentowała, to drastyczne wyznanie:

 

„Zdecydowanie lepiej wyrzucić pięćdziesiąt stron, niż męża z domu."

 

Urocze.
Następnie pojawiła się kolejna, równie mroczna czwórka: Igor Ostachowicz z „Nocą żywych Żydów", Maciej Sieńczyk z „Przygodami na bezludnej wyspie" (komiksów niestety nie lubię, ale autor zyskał sobie moją sympatię), Katarzyna Surmiak-Domańska z „Mokradełkiem" (koniecznie muszę przeczytać) oraz Szczepan Twardoch z „Morfiną", która tak bardzo spodobała się czytelnikom „Gazety Wyborczej" , że aż przyznali jej Nagrodę Czytelników.
Potem był moment, który mnie zauroczył – jakże by inaczej? Kogo by nie oczarował głos Roberta Więckiewicza miękko toczący się po sali? Bajka moi mili, czysta poezja.
Chwilą kompromitacji (może nie dużą, ale jednak rażącą) okazał się krótki, a jednak zapadający w pamięci występ pana Adama Michnika. Biedaczkowi gala o tematyce literackiej pomyliła się z mównicą polityka i Smoleńsk mu się w kieszeń zaplątał.
Ogólnie rzecz biorąc, całe zdarzenie odbieram bardzo pozytywnie – w końcu nie codziennie człowiek siedzi sobie tak blisko wzniosłych umysłów naszego świata kultury. Przyjazna atmosfera, nutka oczekiwania i ciekawości... tylko wykonanie techniczne kulało... może impreza osiemnastkowa będzie lepiej dopracowana? Może nawet trochę optymistycznych lektur wpadnie w oko szacownej komisji? W końcu pełnoletniość kończy się tylko raz

 

by Monika.

Oceń ten artykuł
(0 głosów)

Podziel się!

Kod antyspamowy
Odśwież


Współpracujemy z: