Współczesna literatura, ku naszej wielkiej radości, pięknie się rozwija, namnaża, eksperymentuje w rozmaitych kierunkach treściowo i formalnie, zasila szeregi doskonałych debiutów, a od czasu do czasu potrafi też nieźle zbulwersować. Zachłystujemy się dystopią i postapokalipsą, martwimy katastrofą klimatyczną i kryzysem tożsamości, zanurzamy w feministycznych manifestach i problemach wykorzenienia, niebezpieczeństwie ze strony sztucznej inteligencji i licznych kryzysów jednostkowych i społecznych.
Gdy w nasze ręce trafia klasyka, staje się ona plastrem przeciwbólowym na zmartwiałe serca, koi i cieszy, chciałoby się jej nie odkładać. Naprawdę trudne zagadnienia, jak poszukiwanie siebie prawdziwego w gąszczu ról do odegrania i rozlicznych wizerunków wyrytych w umysłach otoczenia, radzenie sobie z samotnością i brakiem zrozumienia, zaakceptowanie własnych niedoskonałości, przedstawione zostają pięknym, literackim językiem, dając czytelnikowi całkiem spory margines na poczynienie samodzielnych spostrzeżeń i indywidualną ocenę sytuacji. Co ważne, bohaterowie powoli odkrywają karty, poznajemy ich stopniowo, wielu motywacji musimy domyślać się z kontekstu, nie podaje się nam gotowych klisz do odtworzenia.
Bohaterem opowieści :Królewska Wysokość” jest młodszy syn władcy podupadającego księstwa, Klaudiusz Henryk, zmuszony ukrywać swoje kalectwo, krótszą jedną rękę, by nie umniejszać majestatu sprawowanego urzędu. Ceremoniał dworski, zewnętrzne oznaki królewskości, celebra zgodna z odwieczną tradycją mają tutaj większe znaczenie niż inteligencja, sprawczość i praktyczne umiejętności rządzenia. Uczucia zaś odgrywają rolę zupełnie marginalną, są prezentowane na zewnątrz, jako jeden z nieodłącznych elementów wyuczonej roli. Wszystko jest grą, teatrem dla poddanych, zaś prawda, niewygodna, dewastująca, skryta za królewskim anturażem, odsuwana na boki i lekceważona. Wiadomo, to bardzo chybotliwe koturny, lecz jakże ciężko byłoby stanąć oko w oko z kryzysem ekonomicznym i zbliżającą się katastrofą.
„Kraj dźwigał sześćset milionów długów – wlókł je cierpliwie, ofiarnie, ale z wewnętrznym jękiem”. Niósł tez ciężar tradycji, zachowawczości i usilnie podtrzymywanych złudzeń, co zamykało drogę do ewentualnych reform, nie wpuszczało świeżości nowoczesnego świata, skazując księstwo na powolne umieranie. „Dziwna nieprawdziwość i pozór panowały wszędzie, gdzie on wykonywał swoje ppowołanie – sztuczna, nietrwała wystawność; z tektury, z pozłacanego drzewa, z girland, lampionów, draperii i chorągwi – wyczarowywano na jedną piękną godzinę fałszywą i krzepiącą serca maskę rzeczywistości (…)”, spod taniego pozłotka co i rusz wyzierało spróchniałe, słabe drewno, lada moment mogące się rozpaść. Nie ulega wątpliwości, że klejenie plastrem czy taśmą niczego nie zmieni, tutaj potrzeba gruntownej przebudowy.
Oto jednak książę Klaudiusz Henryk poznaje córkę amerykańskiego miliardera – Imy, wkraczając tym samym w świat pieniądza, interesów, rzutkości i nowoczesności. Nie ma w nim czasu ani miejsca na puste gesty, wszystko jest prawdziwe. Również on, dotychczas powód rodzinnego wstydu, wtłaczany w kolejne role, zmuszony je odgrywać, zatracając siebie, teraz staje się najważniejszy, razem ze swoją kaleką ręką, nieśmiałością i całym bagażem niewesołych życiowych doświadczeń. Imy pokochała człowieka, nie jego stanowisko, splendor, jaki się z nim wiąże, te wszystkie von i inne przedrostki rodowej dumy, nie medale i szamerowane złotem mundury. Czyżby nareszcie książę mógł stać się po prostu Klaudiuszem?
Pod pretekstem miłosnej baśni, historii o księciu i ukochanej, która zdobywa jego serce, poruszył Mann dużo poważniejsze kwestie; zderzenia anachronizmu i nowoczesności, przemian społecznych, przeobrażania się prymitywnej gospodarki rolnej w kapitalistyczną, prężną, wykorzystującą nowoczesne technologie machinę państwową, zdolną do dynamicznego rozwoju. Niemniej ważne jest tez prawo każdego człowieka do życia w zgodzie z sobą, do odczuwania i szczęścia.
Thomas Mann skupia się na człowieku, potrafi ironicznie podsumować jego postawę w sposób delikatny, a zarazem bezpowrotnie demaskujący. Akcentuje kontrasty, zderzając z sobą jednostki, sposoby myślenia, kultury i całe wieloaspektowe systemy społeczno-polityczne, przy czym używa humoru, by tym bardziej uwypuklić każdy nonsens. Język powieści jest elegancki, obserwacja otoczenia drobiazgowa i trafna, jego panorama budowana jest z okruchów, szczegółów oddających najbardziej charakterystyczne cechy. To kunsztowna, precyzyjna proza, o jaką już dzisiaj trudno, a która pozwala się powoli smakować niczym ambrozja, rozkoszować się poza elementami samej akcji i jej symboliczną wymową przede wszystkim stylem pisania, artyzmem słowa, budową zdań i konstrukcją dialogów.
„Królewska Wysokość” jest mniej znanym utworem Thomasa Manna. Napisana po „Buddenbrookach”, stoi, co dla Manna znamienne, w opozycji do nich, choć motywem przewodnim w obu książkach pozostaje kryzys epoki i jednostki. Katastroficzny realizm zastąpiony ironiczną baśnią sprawdza się idealnie, przydając ważkiemu tematowi sporo lekkości i symbolicznego twistu.
Dodaj komentarz