Podwieczność Tom 1 (2016)

Opis:

„Podwieczność” to pierwszy tom otwierający niezwykle piękną i romantyczną trylogię o miłości, stracie i nieśmiertelności, opartą na motywach zaczerpniętych
z mitologii.

 

„Podwieczność” jest rekomendowana przez najpopularniejsze autorki powieści dla młodzieży, takie jak Becca Fitzpatrick czy Ally Condie i idealnie trafi w upodobania tych czytelników, którzy szukają niezapomnianej i pełnej emocji historii o miłości, która przekracza granice tego świata.

 

Prawa wydawnicze zostały sprzedane do kilkunastu krajów, a powieść już teraz stała się dużym bestsellerem w USA i Niemczech. Liczymy na to, że u progu wakacji spodoba się również i w Polsce.

 

***

 

Zeszłej wiosny Nikki Beckett zniknęła w podziemiu zwanym Podwiecznością. Teraz

wróciła do swojego dawnego życia, do rodziny i chłopaka. Ma tylko sześć

miesięcy na to, by pożegnać się, nim Podwieczność upomni się o nią – tym razem

już na zawsze. Sześć miesięcy na to, aby znaleźć odkupienie, jeśli ono w ogóle istnieje.

 

Nikki pragnie spędzić te cenne miesiące, zapominając o podziemiu, a jednocześnie próbuje ponownie zbliżyć się do swojego chłopaka, Jacka, którego kocha najbardziej na świecie. Istnieje tylko jeden problem: Cole, który śledzi Nikki z Podwieczności aż na Powierzchnię. Cole chce przejąć tron w podziemiach i jest przekonany, że to Nikki jest kluczem do jego sukcesu. I zrobi wszystko, aby ją ściągnąć do podziemi, jako swoją królową.

 

Czas Nikki na powierzchni zbliża się ku końcowi, a jej sytuacja wymyka się spod kontroli. Dziewczyna pragnie znaleźć sposób na oszukanie losu i uniknięcie powrotu do Podwieczności, gdzie czeka ją nieśmiertelność u boku Cole'a...

 

Fragment:

Wstęp

Książki historyczne nazywają to miejsce Podziemiem. A nawet piekłem. Ale ja wiem, że nie jest ani jednym, ani drugim. Tak naprawdę nazywa się Podwiecznością i nie mieszkają w nim zmarli. To miejsce dla Wiecznie żywych – bytów, które odkryły sekret wiecznego życia. To miejsce dla Dawców – ludzi, którzy poświęcili wszystko, by stać się pokarmem dla Wiecznych. To świat uwięziony między tym i następnym, warstwa między Ziemią i piekłem. Wiem to, bo sama byłam Dawcą. Zrobiłabym wszystko, żeby to zmienić.

***

Wyobrażałam sobie jego twarz – chłopca z opadającymi brązowymi włosami i brązowymi oczami – kiedy skończyło się Karmienie.

W pierwszej chwili nie wiedziałam, co się stało. Ne wiedziałam, gdzie się znajduję ani dlaczego było tak ciemno. Wiedziałam tylko, że palący mnie od środka ból – jakby mnie coś wysysało – zelżał i cała zdrętwiałam. Może już wcale nie istniałam.

– Już po wszystkim – wyszeptał mi do ucha Cole.

Chciałam mu odpowiedzieć, ale moje usta odmówiły posłuszeństwa.

– Nikki, spróbuj otworzyć oczy.

To dlatego było ciemno. Miałam zamknięte oczy. Zaciskałam powieki już nie wiem jak długo. Mięśnie zapomniały już jak się rozluźnić, więc minęła dłuższa chwila zanim udało mi się podważyć powieki.

Otwarte już oczy zaczęły mnie piec, jak świeża rana narażona na działanie chłodnego powietrza. Po stu latach zapomniały już jak wytwarzać łzy.

Nadal było ciemno, ale kiedy oczy wreszcie zaczęły pracować, wiążące mnie z Cole’em mroczne cienie zaczęły odpływać, jakby moja skóra pozbywała się pokrywającej jej oleistej mazi.

Widziałam.

Spojrzałam na swoją rękę, od ramienia aż po łokieć, a potem niżej, gdzie ginęła za plecami Cole’a. Moja skóra była tak blada, że niemal sina. Miałam na sobie czarny podkoszulek. Próbowałam przywołać wspomnienie zakładania jej, ale nie udało mi się.

– Nikki. Spróbuj wstać.

Pokręciłam głową, zaskoczona, że w ogóle mogę nią poruszyć. Czarne i płynne formy Cieni otoczyły nas kokonem ciasno i na bardzo długo. Głowa Cole’a znajdowała się tuż koło mojej głowy, a brodę oparł mi na ramieniu. Na policzku czułam dotyk jego jasnych włosów.

– Nie musisz się śpieszyć.

– Mmmm – powiedziałam. Tylko na tyle było mnie stać.

Zaczęłam od drobnych ruchów, odginając palce, budząc nagle swoje zahibernowane mięśnie. Cole zrobił to samo. Czułam, jak opuszki palców przyciska do moich pleców, czekając aż znowu zacznie krążyć w nich krew.

Powoli przeszłam do kolan, nóg i łokci, poruszając się delikatnie tuż przy ciele Cole’a. Jednak w miejscach, w których próbowałam się od niego oddzielić, piekła mnie skóra. Zupełnie jakbym próbowała rozerwać łączące nas szwy.

Jęknęłam z bólu i przycisnęłam go z powrotem do siebie.

Pozwolił mi na to. – Wiem, że będzie ciężko, Nik. Po prostu zróbmy to powoli, okej?

Kiwnęłam głową i dopiero po kilku długich minutach podjęłam kolejną próbę. Tym razem Cole masował moją podrażnioną skórę, a przez moment przypomniał mi się obraz kobiety, która odkleja mi plaster z kolana i masując je uśmierza ból.

Kiedy jednak próbowałam się skupić na tym wspomnieniu, uciekło mi i znowu nastała ciemność.

Pokręciłam głową i wyciągnęłam rękę do Cole’a, ale tym razem złapał mnie za nadgarstki, delikatnie i mocno zarazem.

– Nik, przykro mi, ale Cienie mówią, że Karmienie się skończyło. Wiem, że to dziwne uczucie, ale musimy się do niego przyzwyczaić.

Nie byłam pewna, czy mu wierzę. Bez otaczających mnie ramion Cole’a moje ciało zdawało się puste, jakbyśmy stanowili jeden organizm w dwóch osobach. Tylko że nie był to równy podział. Cole zabrał wszystko, dzięki czemu byłam... sobą. I tylko z nim mogłam być sobą. Nie miałam pewności, czy moje ciało zdoła samo przeżyć. Nie stanowiło już całości.

Uniosłam się mimo wstrząsających mną dreszczy, a moje nogi zwisały znad krawędzi kamiennej alkowy. Rozejrzałam się i zobaczyłam, że znajdujemy się w olbrzymiej jaskini, której ściany tworzyły setki takich samych wgłębień, ale w przeciwieństwie do naszej wszystkie były puste.

Gdzieś w zakamarkach w duszy pamiętałam, że jako ostatni rozpoczęliśmy Karmienie, więc zostaliśmy już tylko my. Wykute w kamieniu schody biegły zygzakiem po ścianie, prowadząc do naszej alkowy. Podłoże pokryte było morzem czarnego mułu, który falował i pulsował jak jezioro w czasie burzy.

Więcej Cieni. Setki, a może nawet tysiące.

– One też się przeciągają – powiedział Cole za moimi plecami. Powinny. Od stu lat obejmowały nas w bezruchu, przekierowując moją energię prosto do Cole’a.

Cole.

Odkręciłam głowę do tyłu tak, by pojawił się w polu widzenia. Siedział głębiej w alkowie i to jego głosu słuchałam przez ostatnie sto lat. Znałam już tylko jego imię. Przecierał właśnie oczy, próbując unieść palcami powieki. – To nigdy nie staje się łatwiejsze – powiedział.

Znowu spojrzałam do przodu, kierując wzrok na ciemną powierzchnię podłoża. Miałam dziwne uczucie, że zapominam o czymś bardzo ważnym. Im mocniej starałam się przypomnieć to sobie, tym szybciej biło mi serce. Gdyby tylko mi się udało, serce by mi eksplodowało.

I wtedy nagle mnie olśniło. Kiedy otwierałam oczy, zapomniałam o twarzy. Jego twarzy. O to właśnie chodziło.

Zamknęłam znowu oczy i pojawiła się z powrotem. Splątane, opadające na twarzy włosy. Duże piwne oczy, które potrafiły odnaleźć mnie w najgęstszym tłumie. Szorstkie dłonie, które mogły prowadzić mnie gdziekolwiek.

Nie potrafiłam przypomnieć sobie jego imienia. Utraciłam je lata temu.

– Nik?

Cole przesunął się i usiadł obok. Otrząsnął się z resztek głębokiego snu. – Nik, spójrz na mnie. – W jego głosie słychać było dziwne napięcie. Odkręciłam głowę, żeby na niego popatrzeć i uderzyło mnie to, że wciąż był bardzo atrakcyjny. Trzymał mnie w ramionach, ale przez setkę lat nie widziałam jego twarzy. Nie zmieniła się nawet o jotę. Jasne włosy oplatały twarz patrzącą na mnie ciemnymi oczami, które otwarte były teraz szeroko, pełne zaskoczenia. Jego wzrok powędrował po mojej twarzy i ciele. – Jak to zrobiłaś?

– Co zrobiłam? – Dźwięk mojego głosu brzmiał obco. Nie słuchałam uważnie Cole’a, bo myślałam tylko o tym, by znowu się z nim złączyć. Znowu stanowić całość. Nachyliłam się w jego stronę, ale on przytrzymał mnie za ramiona i przyjrzał się dokładnie.

– Ty... jesteś nadal tą samą Nikki. Przetrwałaś. – Objął dłońmi moją twarz i odchylił ją prawo i lewo, jakby nie mógł uwierzyć w to, co widzi. – Znalazłem cię.

– O czym ty mówisz?

Potrząsnął głową, a na jego ustach błąkał się dziwny uśmieszek. – Mam na myśli to, że szukałem cię... kogoś takiego jak ty... przez tysiące lat. – Odchylił się do tyłu i spojrzał na sklepienie jaskini, jakby mu za coś dziękował. Ścisnął moje dłonie tak mocno, że aż zabolało. – Nie masz pojęcia, co to dla mnie oznacza. To. Nigdy. Się. Nie. Zdarza. Nik, nie musisz odchodzić do Tuneli. Możesz zostać ze mną. Zostać Wieczną.

Zeskoczył z półki skalnej i stanął na ziemi, gdzie Cienie ustąpiły mu miejsca. Wyciągnął rękę. – Chodź ze mną, Nik.

Spojrzałam na jego dłoń, a potem na twarz. – Gdzie?

– Wyjdźmy stąd. – Gestem wskazał olbrzymią jaskinię. – Możesz żyć wiecznie tak jak ja i nie będziesz musiała odchodzić do Tuneli. – Mimowolnie się skrzywił. Chyba nawet nieśmiertelni bali się Tuneli.

Wyciągnęłam ku niemu rękę, ale potem zawahałam się, gdy przypomniałam sobie tamtą twarz. Tę z piwnymi oczami. Dłonie tamtego chłopaka idealnie pasowały do moich. Nie jestem pewna dlaczego, ale wiedziałam, że jeśli odeszłabym z Cole’em, nigdy nie ujrzałabym więcej tamtej twarzy. Chłopak, do którego należała, nie był Wiecznym.

Był człowiekiem i znajdował się na Powierzchni. Tam, gdzie go zostawiłam. Było to dla mnie równie jasne jak to, że do życia potrzebuję powietrza.

– Nie – stwierdziłam. Odepchnęłam go i wstałam o własnych siłach. Gdzieś w głębi duszy czułam, że mam jeszcze szansę. – Wracam do domu.

Na dźwięk tych słów Cienie u stóp Cole’a zawirowały gorączkowo. – Poczekajcie – powiedział Cole, gdy zdał sobie sprawę z tego, co powiedziałam. – Poczekajcie! Ona nie ma pojęcia, o czym mówi.

Nie posłuchały go i nie przerwały swojego zadania. Jeden z Cieni opuścił wir i na moich oczach przemienił się w ostrze, które chwilę później przeszyło mi ramię. Poczułam, jakby gorący pogrzebacz przebił moje ciało. Gdy krzyknęłam, reszta Cieni zebrała się wokół i uniosła mnie do góry. Pochłonęła mnie czarna trąba powietrzna, a głos Cole’a wykrzykującego moje imię niknął w oddali.

Wylądowałam twardo na zimnej powierzchni, a bokiem twarzy uderzyłam w coś, co wyglądało jak industrialna płytka podłogowa. Czułam zapach amoniaku, który był tak silny i drażniący, że zapiekły mnie od niego oczy.

Gdzie jestem?

Nie była to już Podwieczność; światło było zbyt jasne, a zapachy zbyt mocne.

Przewróciłam się na plecy i spojrzałam prosto w fluorescencyjne światła, które nie były nawet zapalone, a ja jednak musiałam zmrużyć powieki. Rozejrzałam się dokoła. Po prawej w kaćie zauważyłam mopa opartego o ścianę, zaraz obok brązowych drewnianych drzwi z napisem NIE WCHODZIĆ. Z kolei po lewej znajdowały się całe rzędy chipsów i słodyczy, kilka automatów z napojami i lada z kasą fiskalną.

Znalazłam się w sklepie – chyba spożywczym – i chociaż wydawało się być jasno, był środek nocy. Dopiero teraz zdałam sobie sprawę, jak ciemno musiało być w jaskini Karmienia, skoro nawet środek nocy wydawał mi się dniem.

Poruszyłam się i poczułam ostry ból w ramieniu. Miejsce, w którym przebiło mnie ostrze Cienia, nadal piekło.

Zamknęłam oczy i wyobraziłam sobie chłopca z brązowymi włosami, a kiedy po raz pierwszy odetchnęłam naprawdę głęboko, razem z powietrzem Powierzchni wróciło do mnie jego imię. Imię, którego trzymałam się kurczowo przez całe stulecie.

– Jack.

 

wydawnictwo papierowy ksiezyc

Wydawnictwo Papierowy Księżyc
skr. poczt. 220
76-215 Słupsk 12
www.papierowyksiezyc.pl

 

Komentarze:

Kod antyspamowy
Odśwież


Okładka wydania:

Podwieczność Tom 1 (2016)

Dodatkowe informacje:


Podziel się!


Oceń Publikację:

Współpracujemy z: