Jeśli Masz Chwilkę

Opis:

Alicja Kołodziej w oryginalny sposób wyraża to, co bywa doznaniem każdej kobiety – tę niemodną, pełną rozterek, smutków, ale i uniesień – miłość. O osadzonych na pograniczu snu i jawy uczuciach poetka nie waha się rozmawiać z samym Bogiem, tu widzianym jako dobrotliwy i gderający dziadek, z którym można się spierać i opowiadać o swej miłości czy pragnieniu domu wśród lawendowych pól..

Jeśli masz chwilkę – przeczytaj te wiersze koniecznie!

 

 

O Autorze:
Alicja Kołodziej –  z zawodu ekonomistka. Jak sama mówi, jej dewizą życiową jest „Tworzyć" i dlatego przez blisko 18 lat z powodzeniem prowadziła działalność gospodarczą. Poezja przyszła do niej nagle – gdy dostrzegła, że dzięki temu, co tworzy, czytający zapominają o tym, co przyziemne i błahe. „Jeśli masz chwilkę" to jej debiut literacki.

 

 

Wybrane wiersze:

Rozmowa z Bogiem – prośba

Wybacz mi Boże, ale modlić się nie umiem.
Jeśli jest u Ciebie jakaś wolna chwilka, to zadam Ci pytań kilka.
Dlaczego mnie stworzyłeś?
Przecież nawet Bóg może mieć margines błędu... doprowadza
mnie to do obłędu!
Ja? Twój obraz i podobieństwo – przecież to szaleństwo.
Rozumiem, że miałeś zły dzień, ale proszę to zmień.
Zmień Twoją pomyłkę, jeśli masz chwilkę.
Wiem, że to trudne.
Potrzeba cudu, by na obraz i podobieństwo boskości
powyciągać kości i stworzyć stworzenie podobne do człowieka.
Wiem, że Cię Boże ciężka praca czeka.
Jeśli pozwolisz, to powiem, co bym chciała:
– nie chcę mieć budzika – niech nie tyka
– nie chcę mieć rachunków
– nie chcę pracować
– chcę leniuchować
– nie chcę nikogo kochać
– nie chcę szlochać
– nie chcę mieć żadnych talentów
– chcę być leniem
– i nie chcę mieć zegarka.

Przebrała się miarka!
Rzucę grom z jasnego nieba, jak będzie trzeba!
Jak nie zamkniesz buzi!
Naprawdę się pomyliłem, jak to babsko tworzyłem.
Módl się!
Nie umiem! Nie rozumiem! Dlaczego ja?

To ci wytłumaczę.
– weźmiesz gołębie pióro
– usiądziesz za siódmą górą
– będziesz kochać dzieci i pisać dla nich bajki
– weźmiesz łabędzie pióro lekkie jak spadające słowa
...boli mnie już głowa!
– będziesz pisać
– nie będziesz mieć rachunków
– budzik nie będzie tykać.

A... a... a... jeszcze chcę po południu wstawać!

Czy ta baba przestanie gadać?
Dość, bo jak mnie weźmie złość, to za karę dam ci tarę
i będziesz w zimnej rzece prać...

I tu Bóg zaklął i rzucił grom z jasnego nieba!

Mówiła prawdę – miałem zły dzień. Co za idiotka!
Posłucham chyba próśb tych, co grają w totolotka.

Cofnął czas do elementarza, gdzie Ala i As... i od małego miała
lekkie pióro... łabędzie...
gołębie...

Ciekawe co z niej będzie?
Ciekawe czy znowu się pomylę?
Mam chwilę.

 

 

Jeśli noc istnieje

Światła samochodu rozszarpują ciemność.
Uchylona szyba wpuszcza zapach łąk, świeżo skoszonych traw
nasączonych mgłą.
Wycieraczki usuwają pył gwiazd i księżyc – świadek koronny
wspomnień innej nocy.
Jeśli istniała.

Pytam pamiętasz?
Pytam ją, bo może to nie ja byłam.
Może wszystko zmyślałam.

Ale jak zaprzeczyć rozkoszy jego ciepłych rąk – bezwstydnej
scenie na balkonie.
Jak mogli?
Przecież nie byli sami!
Mogli.
Bo kto mógł przeszkodzić?
Przecież nie księżyc, nie gwiazdy, nie zapach rozkoszy świeżo
skoszonych traw nasyconych mgłą.
Bezwstydni!
Jak mogli?
Prośba wystukiwanych słów... intensywność przekazu doznań...
coraz mocniej... narastająca chwila...
Jeśli istniała.
Wtedy niczego więcej nie chciała.
Bo może to nie ja byłam.
Może wszystko zmyśliłam.
Ale jak zaprzeczyć?
Jeśli to nazwali grzechem, to niech tak będzie.

Pozbierałam okruszki gwiazd, posiekałam trawę i polałam mgłą.
Złapałam kilka promieni księżyca i nakarmiłam duszę.
Czuję jeszcze smak jego ust... zachłanność uporu z jakim
wypełniał nasze ciała... i niemy krzyk rąk na poręczy.
Nie pamiętam słów.
Jeśli istniały.
Spojeni pragnieniem...
Jak mogli w rozpuście?
Mogli.

Światła samochodu rozszarpują ciemność.
Wspomnienie innej nocy.

Lubię patrzeć jak śpi.
Obraz nagiego ciała... nieświadomego... narasta chwila...
Sen usuwam pocałunków opuszkami... wędrówką języka...
cichy jęk drogowskazem.
Udaje, że śpi... już gotowy... jeszcze chwila i nakrywam swym
ciałem jego zachwyt dla moich starań.
I co dalej?
Co dalej?
Pytam ją, bo może to nie ja byłam.
Może wszystko zmyśliłam.

Ale jak zaprzeczyć?
A jeśli on nie istnieje?
Mnie nie ma?
To dlaczego trawy tak pachną?
Dlaczego księżyc tak dziwnie na mnie patrzy?
Świadek koronny nocy.
Jeśli istniała.
Nie pamiętam słów, ale pamiętam jeszcze smak jego ust.
Jeśli istniały.

 

 

Pomarańcze

Siedzę nad brzegiem morza rozgniewanego.
Zasnutego mgłą jak prześcieradłami wykrochmalonymi.
Przypiętymi do żagli spinkami z drewna zmurszałego.
Posypane morską solą i zadumane nad łupinki w odmęcie niedolą.

W krzyku mew.
W ryku fal.
W trzasku wołania o pomoc piasku.

Patrzę w dal.

Coś majaczy jakieś światełko.
A może to ułamek współrzędnych błyskawicy?

Otulona ciepłym kocem z termoforem, rękawiczki na łapki, ale
nie mam czapki.
Nie do twarzy mi w tej koronie – w tym diademie.

Czuję jak wiatr wwierca mi się w duszę, ale się stąd nie ruszę.

Kartki zapisane niechlujnie, wiatr łamie ich taflę, która była na
cztery złożona.
Wstaję.
Odrzucam koc i biorę żywioł w ramiona.
Idę.
Serce bije jak dzwon poranny na szóstą godzinę, w ubraniu
wchodzę do wody, na fal ruchome schody.

I płynę.

W chaosie.
W próbie zwycięstwa nad słabością.
Nad nicością.

Nie chce mnie!
Szarpie!
Podcina nogi i z furią wyrzuca na plaży progi.

Z kim chcesz się mocować pchełko mała?
Kropko, duszko.
Dobrze, że jesteś odważna.
Zgoda już mi to udowodniłaś – siebie zwyciężyłaś.

A teraz zapraszam cię następnym razem.
Pomyśl w swej ambicji nad innym obrazem.

Siedzę nad brzegiem morza spokojnego, zasnutego mgłą
poranną jak muślinem zwiewnym przypiętym szpilką do
kapelusza ruchem pewnym.
Posypanego morską solą, drobinkami diamentów, które skrzyły
się na fali.

Coś majaczy w oddali... bieli się... pojawia... znika...
A może to ułamek mianownika?

Schowana pod ogromnym parasolem, który przed palnikiem
słońca chroni, patrzę jak łupinka przed dotarciem do brzegu się
broni.

Kartki zapisane, złożone na cztery i ładne proste litery.
Wiatr lekko zabiera mi je z rąk jak małej dziewczynce i niesie ku
łupince.
Wstaję.
Zdejmuję okulary... chrzęstem gorącego piasku zastygam w tym
pięknym obrazku.

I słyszę jak mewy:
– martwiłaś się bez potrzeby
– wszystko to, co zapisane
– złożone na cztery
– to, co ma ładne litery i to, co poszarpane
będzie ci dane.
Niepotrzebnie tak strasznie prosiłaś.
Mało się nie utopiłaś.

A wystarczyło usiąść tylko na plaży i wszystko się zdarzy.

Gdy lakonicznie, konkretnie i koniecznie ślicznie.
Prośby zamienią się w latawce i zatańczą ze słodką słońca
pomarańczą.
A jej soki napełnią pucharów obłoki.

Siedzę nad brzegiem morza.
Patrzę.
Łupinka na fali.
To ja tańczę.
Siedzę na plaży i jem pomarańcze...

© Alicja Kołodziej 2015

 

 

wars

Warszawska Grupa Wydawnicza
ul. Laurowa 39, klatka A, II piętro
03-197 Warszawa

www.warszawskagrupawydawnicza.pl

Komentarze:

Kod antyspamowy
Odśwież

Aby Skomentować Kliknij Tutaj

Okładka wydania:

Jeśli Masz Chwilkę

Dodatkowe informacje:


Podziel się!


Oceń Publikację:

Współpracujemy z:

BIBLIOTECZKA

Karta Do Kultury

? Jeżeli zalogujesz się na swoje konto, będziesz mógł bezpłatnie:
*obserwować pozycje wydawnicze, promocje oraz oferty specjalne
*dodawać je do ulubionych
*polecać innym czytelnikom
*odradzać produkty, po które więcej nie sięgniesz
*listować pozycje, które posiadasz
*oznaczać pozycje przeczytane/obejrzane
Jeżeli nie masz konta, zarejestruj się, zapraszamy do rejestracji!
  • Zobacz Mini Tutorial