Katastrofa I Ametysty

Opis:

O książce:

W odległych Indiach w niewyjaśnionych okolicznościach rozbija się polski samolot, na którym szkoleni są indyjscy piloci. W tym samym czasie uszkodzony zostaje samolot mający przewieźć polskiego prezydenta z Delhi do Hajdarabadu. Na miejsce katastrofy wyrusza z Warszawy komisja do spraw badania wypadków lotniczych. Krzysztof, jeden z ekspertów, odkrywa przypadkowo, że prawda jest o wiele bardziej skomplikowana niż urzędowe ustalenia, zamykające oficjalnie sprawę. Dokąd doprowadzi go prowadzone prywatne dochodzenie?

Katastrofa i ametysty to wielowątkowa powieść o lotnictwie, w której opisy międzynarodowego terroryzmu przeplatają się z wnikliwą analizą ministerialnych rozgrywek na wysokim szczeblu i politycznych walk. A to wszystko na tle wojennych dziejów Polaków na obczyźnie i egzotycznego świata Indii.

 

 

Fragment:

Przewodniczący dawkował informacje – nie mówił wszystkiego, bo sam niewiele jeszcze wiedział. Wyjaśnił, że pojedziemy zgodnie ze schematem, czyli jak zwykle zaczynamy od wizji lokalnej miejsca zderzenia samolotu, sporządzenia dokumentacji, zrobienia pomiarów, opisania i sfotografowania tego, co będzie konieczne i sporządzenia szkicu sytuacyjnego. Potem ekipa Mariana z moim i Tadeusza udziałem miała przystąpić do zebrania wszystkiego, co da się zebrać i co jeszcze parę dni wcześniej było samolotem. Po zwiezieniu szczątków do bazy mieliśmy przystąpić do zrekonstruowania sylwetki maszyny w narysowanym obrysie, w miejscu ustalonym z dowódcą bazy.
Kiedyś celowość układania samolotu z jego szczątków budziła moje wątpliwości, ale od kiedy podczas badania jednej z katastrof, w trakcie analizy odtworzonego układu cięgieł sterowania samolotem, wśród osmalonych elementów znalazł się łącznik w idealnym stanie, zrozumiałem znaczenie tej procedury. Ta część nie pasowała swoim wyglądem do pozostałych elementów odtworzonego na ziemi układu, bo wcześniej odłączyła się od niego i przemieściła w inne miejsce, co spowodowało brak możliwości sterowania samolotem, a w efekcie – katastrofę. Znaleziony gdzieś osobno łącznik nikomu nic nie mówił, dopiero w zestawieniu z całym układem obnażył brutalną prawdę.
Przewodniczący podczas odprawy wyjaśnił też, że komisja w zasadzie nie miała zajmować się uszkodzeniami, ale ze względu na wyjątkowość sytuacji mieliśmy również zainteresować się nieco uziemionym samolotem dyspozycyjnym. Poinformował, że miejscowi zabezpieczyli go na lotnisku dla potrzeb strony polskiej zaraz po uszkodzeniu. Dowiedzieliśmy się od niego, że samolot ten miał być wykorzystany przez naszą delegację rządową do przelotu, który nie doszedł do skutku z przyczyn technicznych i że w ogóle z tym samolotem to jakaś dziwna sprawa, której dalszy rozwój był wielką niewiadomą.

*

Po odprawie, kiedy wróciliśmy do pokoju, Tadeusz zapytał, co o tym wszystkim myślę, bo jego zdaniem coś tu nie grało...
– Jak to możliwe, żeby załoga znikła, a samolot, jak wynikało ze słów przewodniczącego, sam wylądował prawie nieuszkodzony w jakiejś wyschniętej rzece? To są jakieś niewyobrażalne jaja – stwierdził i dodał, że może źle ich szukali albo to jakieś porwanie przez dzikie zwierzęta, których tu pełno, z tego co słyszał. – Przecież zdarza się, że tutejsze tygrysy polują na ludzi i nie można wykluczyć takiej opcji. Słyszałem, że dzikie zwierzęta z okolic Bombaju wchodzą do miasta i atakują ludzi. Przynajmniej tak mówią w programach przyrodniczych – dodał.
Też nie wiedziałem, jak to wytłumaczyć. Faktem było, że pilotów ani żywych, ani martwych dotychczas nie znaleziono. Mogłem sobie wyobrazić lądowanie dobrze wyważonego samolotu bez pilota jak model szybowca we względnie dobrym stanie, ale zniknięcie pilotów lub ich ciał było rzeczywiście niespodzianką.
Tadeuszowi odpowiedziałem, podzielając większość jego wątpliwości, że na pewno więcej będzie można powiedzieć, gdy zobaczymy w jakim stanie rzeczywiście jest samolot. Na razie słowa przewodniczącego odnośnie lądowania bez pilotów traktowałbym raczej jak jakieś obrazowe uogólnienie tego, co się stało, nieoznaczające wcale że samolot jest kompletny, tylko może mniej uszkodzony niż zazwyczaj w takich przypadkach. Miałem nadzieję, że zarządzi sprawdzenie ich apartamentów. Może wtedy coś więcej by się wyjaśniło...
Tadeusz powiedział, że jednego z pilotów trochę znał. No... znał to może za dużo powiedziane, ale widział go w Polsce, jakieś kilka miesięcy wcześniej, w jednym z warszawskich ośrodków zdrowia, gdzie był z jakąś panią, prawdopodobnie żoną, a ponieważ ich drogi przecięły się jeszcze wcześniej, dlatego teraz kojarzył jego twarz i znał nazwisko. Słyszał też, że miał on jakieś sukcesy sportowe w krajowych zawodach spadochronowych. Zajmował się też sportami ekstremalnymi.
– Szkoda gościa – dodał po namyśle. – Nie przypuszczałem, że będę miał z nim jeszcze jedno bliskie spotkanie. Szkoda, że nie w takim charakterze, w jakim bym chciał...
Mój sublokator, po spędzeniu ostatniej nocy w pojedynkę na lotnisku i w samolocie, niespodziewanie rozgadał się i nie wykazywał, mimo późnej pory, specjalnego zmęczenia. Wyraźnie potrzebował odreagowania po ostatnich przeżyciach. Podczas rozmowy rozważaliśmy różne scenariusze i wymienialiśmy poglądy lotnicze prawie do północy. Na koniec zapytał:
– Wiesz, dlaczego weszliśmy w ten kontrakt?
Odpowiedziałem, że szczegółów nie znałem, ale że to był dobry deal. Chyba pierwszy raz po wojnie wyszliśmy z naszymi wojskowymi maszynami na zewnątrz i szkoda byłoby to teraz stracić. Gdyby jeszcze instytut trochę podrasował te samoloty, to mimo ich wieku interes mógłby dalej się spokojnie rozwijać. Mieli tam niezłych wizjonerów i szefa, z którym liczyli się na całym świecie, nawet tu, w Indiach, tylko w kraju nie było klimatu, aby wykorzystać jego pomysły. Nie było odważnych do zainwestowania w modernizację starszych konstrukcji, żeby przetrwać do czasów, kiedy zostałyby przyjęte jakieś docelowe rozwiązania. Przy okazji dłużej można byłoby utrzymać się tutaj na rynku. Jak dotąd wszyscy byli zadowoleni, a teraz, jak słychać i widać, ludzie znikali,
samoloty zaczynały spadać, co mogło zaszkodzić całej sprawie i doprowadzić interesy do smutnego końca. Ich piloci spędzili dotychczas bez problemów tysiące godzin w powietrzu na naszym sprzęcie i zawsze go sobie chwalili. Teraz na placu boju zostali jedynie ludzie z zakładu remontowego i tylko oni mieli być odpowiedzialni za powodzenie tego interesu.
– Do dzisiaj, niestety – stwierdził Tadeusz. – Teraz to chyba losy tego interesu będą bardziej zależały od tego, co uda nam się ustalić.
– Może masz rację, ale zostawmy coś na następny dzień – odpowiedziałem, kiedy piersiówka została już opróżniona.
– Jutro przekonamy się, co Hindusi mają nam w tej sprawie do powiedzenia i co sądzą o tym wszystkim technicy z zakładu... A raczej z dwóch zakładów – poprawiłem się po namyśle. – Jest tu przecież też przedstawiciel producenta silnika... jakiś pan Bańka, ale nie mieszka w naszym hotelu z resztą grupy, tylko gdzieś w mieście.
– Słyszałem od znajomego technika, że gość jest tu mocno ustawiony i dobrze wpisał się w to środowisko. Nawet wygląda bardziej jak Mahatma Gandhi niż Polak – dodał Tadeusz. – Siedzi w tym Hajdarabadzie przez okrągły rok, pilnuje całego dobytku i robi jakieś swoje interesy, podczas kiedy reszta wyjeżdża przed porą monsunową, trwającą tu pięć miesięcy – uzupełnił.
– No dobrze, Tadziu, proponuję tego Gandhiego i ich monsuny zostawić na następny dzień i zakończyć
już na dzisiaj pracę.
Nie czekając na odpowiedź wyłączyłem górne światło i ustawiłem sufitowy wiatrak na mniejsze obroty. Za moment rozległo się chrapanie Tadeusza, zmęczonego po nieoczekiwanych przejściach w podróży, ale zrelaksowanego wymianą poglądów oraz paroma łykami z piersiówki przywiezionej z kraju.

 

 

Warszawska Firma Wydawnicza s.c.
ul. Chmielna 11/13
00-021 Warszawa
www.wfw.com.pl

Komentarze:

Kod antyspamowy
Odśwież


Okładka wydania:

Katastrofa I Ametysty

Dodatkowe informacje:


Podziel się!


Oceń Publikację:

Współpracujemy z: