FtW
ŚMIERĆ POETY
Nadszedł ten dzień, niebo pociemniało i warknęło z rozpaczy, oblewając obficie łzami ciało ojczyzny. Naród zaniemówił, zatrzymał się w miejscu zdezorientowany – bo już nikt prometejskim kagankiem nie oświetlał mu drogi. Wszak lud ten bez poezji żyć po prostu nie mógł, poranek bez lirycznej strofy, nie był świtem, lecz największą torturą i najciemniejszym mrokiem. Lud w wiecznym niedosycie był i gargantuicznej potrzebie poezji. A teraz żałość, żałość i trwoga, jak życie przemierzać, w moralności się babrać, zobaczyć niedostrzegalne. Jakże on mógł lud swój osierocić, bez manny słów pozostawić, wszak słowa wieszczów nam drogowskazem, pociechą i chlebem powszednim.
I nadszedł dzień trzeci, najwyższa pora by relikwie z ciała pobrać i wśród lud rozdzielić, by w smukłych katedrach literatury mógł służyć jeszcze, by nadzieja rzeką płynęła, by opromieniać pośmiertnie i natchnienie dawać. Wszak gdy słów zabrakło, niech lud się wspiera przynajmniej na kośćcu poety.
Chirurg ciało otworzył i sięgnął do trzewi - gdzie zwykle wzrok nie sięga – a tam, nie żeby nic nie było, ale wątroba jak sito, atrofia trzustki, a płuca to jakaś tragedia, musiał po sobie poeta zostawić ślad węglowy, niczym jakiś wulkan filipiński. Otworzył medyk kalotę, a tam smacznie, zwinięty w kłębuszek, drzemał sobie koniunkturalizm. Konsternacja powstała w zespole – co narodowi teraz ofiarować? Lecz wprawne oko starego lekarz, dostrzegło lekki nalot w zakamarku puszki mózgowej.
- Już wiem, to ludowi damy! - krzyknął medyk.
- A co to takiego, co ofiarujemy? - spytał wielki wezyr.
- Narodowi damy wyskrobinę z wyrzutów sumienia!