Skądś Od Kogoś Do Niego - Agnesto
Gdy spadł pierwszy śnieg tej zimy, późnym, mokrym popołudniem, niezadowolony listonosz wrzucił list do jego skrzynki. Tyle razy prosił właściciela, by ją naprawił, by wymienił zamek i by ją nieco odświeżył, pomalował jakoś, ale nic – nic nie wskórał. Ciągle stała tu ta sama, zardzewiała i okropna skrzynka strasząca swym widokiem. Oby się kiedyś sama otworzyła i oby wywiało z niej wszystkie listy, miał cichą nadzieję, oby wiatr pobawił się korespondencją tego dziada. Niech latają listy jak kolorowe motyle, nawet w środku zimy. Może wtedy ruszy palcem, ramol jeden...
Lecz dziś był zły z powodu pogody i ta złość sprawiła, że cała frustracja w nim rosła z minuty na minutę. Przemokły mu buty, a palce u rąk zesztywniały z chłodu. Złorzeczył pod nosem na pogodę, na wilgoć i na paskudny świat.
Złorzeczył na pracę i na listy, jakie musiał dziś roznosić. I na tego dziada, który gardził własną skrzynką pocztową, co, jak kalkulował, odnosiło się pewnie i do niego samego. Rzucał ciche przekleństwa na własne myśli i na ten okropny dzień, który tak parszywie się na niego uwziął.
Przeklinał ten dzień, jak mało który. Jego spokój przykrył śnieg i zmroził mróz.
Marzył o powrocie do domu, o wrzącej kawie, o ciepłej kąpieli i spokoju.
List wyciągnął następnego dnia.
Na niebie świeciło słońce, po śniegu i deszczu nie było ani śladu. Dzień tak inny od tego, jaki był wczoraj, że aż trudno było mu uwierzyć. Uważnie podchodzi do skrzynki, uchyla jej drzwiczki...
Zielona koperta tkwi w jego dłoniach, a on patrzy na nią bez końca, jakby była cudem.
Wie skąd przyszła. Czekał na nią od dwudziestu lat i trzech miesięcy. Każdego dnia miał nadzieję, każdego dnia przez tyle lat, dzień po dniu. A teraz patrzy na zieloną kopertę jak zastygły w marmurze człowiek i nie wie, co ma począć.
Po policzkach płyną łzy.
Zamyka skrzynkę szamocząc się z zardzewiałym zamkiem. Nie przeszkadza mu to, że wygląda, jak wygląda. Nic nadzwyczajnego, myśli. Pogoda działa na blachę i takie s tego skutki. Musiałby ją co parę lat zmieniać lub odnawiać, ale nigdy taka myśl nawet mu nie przyświeciła. Uważał ją za zbyteczną, bo i tak na przestrzeni lat nic nie da. Da na chwilę, pomyślał z ironią, z pewnością ucieszyłaby listonosza, bo ten od lat o niej mówi i rzuca coraz wymyślniejsze zaklęcia, by się rozpadła i by zmusić tym samym do pojawienia się nowej. A on udawał, że nie słyszy. Zamek od lat był zardzewiały, a to, że nie trzeba było do niej kluczyka, nie jeden raz okazało się być przydatne. Dlatego za każdym razem, gdy szedł sprawdzić korespondencję, już go nawet nie szukał przed wyjściem.
A teraz wraca do domu i trzęsą mu się ręce. Zaczyna cały drżeć i nie potrafi tego kontrolować. Wszystko w nim mięknie i czuje, że musi usiąść, bo robi mu się słabo.
Najczęściej z tej starej skrzynki wyciąga reklamy, rachunki lub oferty opracowane najlepsze dla niego i z myślą o nim. Niósł je wszystkie do domu i wiele z nich nie czytając od razu wyrzucał do kosza. Dziwił się, że listonosz taszczy tą niepotrzebną nikomu makulaturę i segreguje do poszczególnych skrzynek. Przecież mógłby ją wyrzucić do kosza, mówił mu niejeden raz. Mógłby się jej pozbyć zaraz za pierwszym zakrętem, gdy tylko zniknąłby z oczu kierowniczce z głównego oddziału, w którym pracował i w którym da miała gabinet.
Idzie.
Uważnie stawia kroki. Często zamyka oczy, by ujarzmić zamroczenie i słabość jakąś. By dać sobie wiarę, że dojdzie do domu. Bo zawsze do niego dochodził. I gdy już mu się to udaje, od razu idzie na górę. Kładzie list na stole, siada na stołku i siedzi. W butach, w kurtce, w czapce. Nie odwiązuje nawet szalika z szyi. Siedzi w zimowym ubraniu i patrzy na blat stołu. Nie wie, co robić, dlatego nie robi nic.
Siedzi tak do czasu, gdy nic już nie widać.
Noc już dawno otuliła świat, gdy ocknął się z odrętwienia. Wstaje powoli i nieporadnie, trzymając się stołu dla pewności, że nie zesłabnie. Ściąga czapkę i rozbiera się. Zaczyna normalną krzątaninę domową. Wrzuca się wswoją codzienność, bo w niej umie się poruszać i próbuje żyć jak co dzień o tej porze. Zaświeca małą lampkę na lodówce, nalewa wody do czajnika i stawia go na kuchence, szuka czegoś do jedzenia.
A list leży. Na środku. Tak, jak go położył. Ale na niego przyjdzie pora potem. Teraz nie. Teraz są ważne rzeczy do zrobienia, pilne wręcz. Tyle lat czekał na tę kopertę, poczeka jeszcze i tych kilka godzin. Potem... Potem znowu przy nim usiądzie. Potem... Teraz musi żyć, jakby nigdy tego listu nie było. Żyć jak zawsze, jak zawsze wcześniej.
Musi się odnaleźć na nowo, bo po powrocie się zagubił.
Niech leży, myśli.
Niech tu będzie, myśli.
Potem jeszcze wiele razy go przeczyta. Wiele, wiele razy otworzy i złoży. Nauczy się go na pamięć i będzie powtarzał nieskończenie wiele razy. Potem często będzie trwać martwo siedząc przed oknem, ze wzrokiem
utkwionym gdzieś poza czasem i poza sobą. Będzie myślał o tym czekaniu i o liście, który w końcu przyszedł i zakończył odliczanie.
Zagotowała się woda, świeżo zaparzona kawa stała w kubku na stole. Gdy wyciągnął paczkę herbatników czekoladowych, które najbardziej lubił i które skubał tylko w wyjątkowych dla niego chwilach, usiadł z powrotem na krześle przy stole. Najpierw upił łyk kawy, a dopiero potem po nią sięgnął. Wziął kopertę do ręki i poczuł, że w jego klatce piersiowej ktoś otworzył drzwi, za którymi znajdowało się nowe niebo i zupełnie nowy kosmos. Trzymał białą kopertę z wypisanym adresem odbiorcy i po paru minutach otworzył ją.
Trzęsły mu się ręce.
On cały dygotał wewnętrznie.
Były kalendarze. Wiele ich było. Małe i duże, płachty czasem całoroczne z wieloma dniami i dwunastoma miesiącami. Był i taki, z którego musiał codziennie wyrywać kartki, bo każdy z dni miał swoją. Potem czytał je z każdej strony i wzdychał nieświadomie, bo znowu nie napisała. Bo dni mijały, lata całe, a ona o nim zapomniała.
Zostawiła go w tym czekaniu przy kalendarzach.
Do dziś.
Dziś jest list. I jest sczytywanie go bez końca, raz za razem. I jest kalendarz na ścianie, a na nim, na dniu, który nadal trwa, wielkie koło, jak obręcz. Stanął przy nim i grubym mazakiem narysował je z niebywałym ciepłem w sobie.
Jest styczeń. Dwudziesty pierwszy. Jest zielony flamaster, myśli – jak nadzieja. Jak jej oczy. Jak jego skarpety dzisiaj. On cały jest nadzieją. Zielenią. Jest jak świat, który wybucha życiem na wiosnę.
Ten kalendarz jest wyjątkowy. Dla niego. Ten i wszystkie po nim, bo na pewno będą, bo muszą być. Już nie samotne, ale wypełnione żywe.
Od tego dnia czas nabiera innego znaczenia, a wszystko, co będzie mijać nabierze wartości. I sensu.
Zaprasza go do siebie. Woli, by to on do niej przyjechał, niż ona do niego. Dostanie swój pokój, zostanie na parę dni. Ma nadzieję, że nie będzie chciał wcześniej uciekać, napisała, że wytrzyma przy niej i u niej. Zmieniła się przez te lata, wspomniała. Jest dorosła, ma niespójną rodzinę i nerwową pracę. Kilka razy w tygodniu opiekuje się starszą, schorowaną bardzo sąsiadką, której wiele zawdzięcza i której nie mogłaby ot, tak, zostawić. Czuje, że tak ma być. Że jest jej to winna. Że gdyby nie ona, nie miałaby domu i nie byłaby teraz żywa. Tak się życie czasem
układa, pisała.
Możesz mnie nie poznać. Dodawała często.
On też przecież. On też się zmienił. Postarzał się i wyhamował ze wszystkim. Kiedyś był porywczy, nawet za bardzo. Kiedyś popełnił wiele błędów, zranił wiele osób, za dużo słów powiedział, których nie dało się już cofnąć.
Bluzgał na ludzi, dlatego odchodzili. A było ich wiele. Byli kumple i przyjaciele, i ona i jej mama. Był i starszy brat, który wolał przestać żyć. Kiedyś wszystkiego w jego życiu było za dużo, prócz ludzi. Ci odchodzili i zostawiali go.
Zostawiali i znikali na zawsze. I było ich coraz mniej. Aż został sam i musiał uciec.
A potem stało się, jak się stało.
I po dwudziestu latach i trzech miesiącach ktoś sobie o nim przypomniał.
Ona sobie przypomniała.