FtW
PORANEK
Ludzkość obudziła się jak zwykle o świcie, ziewnęła, przeciągnęła się i wstała by jak co dzień budować dobrobyt, albo jakieś inne pkb. Włączyła radio, a tam tylko szum, pobiegła do telewizora, a tam szarość - został tylko komputer, lecz niestety w nim drzemała nicość. Przez jej plecy przeszedł dreszcz niepokoju – Ja nic nie wiem- szepnęła zrozpaczona – jak mam teraz egzystować gdy nie wiem czego się obawiać?
Na wszelki wypadek by mieć jakąś busolę egzystencji zaczęła wspominać wczorajsze lęki by nabrać jakiegoś poczucia bezpieczeństwa.
- Nadobna Panna od globalnego ocieplenia, wojna, zaraz wróć, początek trzeciej wojny światowej, powódź, susza i huragan, nowotwór – cała masa nowotworów, w ogóle choroby, niezliczone szeregi chorób, niedobór witamin i tu cały alfabet, inflacja, głód, brak zdolności kredytowej, faszyści i żydzi, złodzieje z metodą „na wnuczka” i z metodą na „podatek”.
Zrobiło jej się trochę lepiej, ale strach dnia wczorajszego nie zawsze spełnia aktualne wymogi.
- Cóż ja mam począć nieboga? - zapytała retorycznie.
Wybiegła w panice na ulicę, gdzie nabrzmiała i się na gromadziła. Już z daleka było widać, że ludzkość jest jakaś taka niedobana, a to bardzo niedobrze, bo wtedy może przestać potrzebować przewodników co ją przez lęki przeprowadzą. Lecz oto nagle - jej ciało w całej swej otyłości – zaczął wstrząsać paniczny strach, strach w swej istocie największy, bo strach przed nieznanym.
A obok tego dziwowiska przechodził jeż i jakoś w tej ludzkości nie zdołał dostrzec człowieka.